Travellerspoint Blogi z podróży

Aguas Calientes

Zapiski z dzienniczka podróży - 01.11.2007

24 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Jeżeli miałabym stworzyć listę najbrzydszych miast lub najbardziej odpychających miejsc, do których nie chciałabym już nigdy wrócić, to Aguas Calientes byłoby zapewne w ścisłej czołówce. Stworzone dla turystów i bezustannie rozbudowywane tylko dla turystów. Byle jak, bezmyślnie, chaotycznie, jak kto chce. Restauracja przy restauracji, sklepy z pamiątkami poprzeplatane z agencjami turystycznymi, a w centrum kiczowaty plac z pomnikiem Inki w stylistyce Disneylandu.
Ulicą idzie mężczyzna w koszulce z napisem: „Machu Picchu dziękujemy Ci, że zapewniasz byt naszym dzieciom”. Wspaniałe, ukryte przed światem przez setki lat, sekretne miasto Inków, a dziś symbol Peru, jest ledwie 1,5h godziny spacerem stąd (lub 20 minut autobusem – 12$). Machu Picchu karmi, pozwala wykształcić dzieci, zbudować dom, kupić samochód. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie metody jakimi te cele próbuje się osiągnąć. Najbardziej jest to widoczne na dworcu kolejowym. Peruwiańskie koleje stosują segregację rasową. Są specjalne pociągi dla turystów z Europy i USA (do Cusco 46$ - 2h) wielokrotnie droższe niż dla Peruwiańczyków i tylko na nie można kupić bilet. Turyści z lepszego świata czekają na eleganckim dworcu, popijając kawę z włoskiego ekspresu i zajadając ciastka z kremem. Peruwiańczycy czekają na swój pociąg oddzieleni metalową siatką, ściśnięci, trzymają na rękach małe dzieci i całe mnóstwo tobołków, patrzą w naszą stronę z wyrzutem i zazdrością. Machu Picchu zapewnia byt tym, którzy mieszkają u jego stóp, dojąc turystów jak krowy bez zażenowania, otwarcie i bezceremonialnie, ale Machu Picchu także dzieli na lepszych i gorszych, na tych, co mają i na tych, co chcą mieć.
Aguas Calientes to karykatura miasta, to żywy dowód na to, co rozbuchany do przesady ruch turystyczny i związana z nim niepohamowana pogoń za zyskiem potrafi uczynić z pięknych przecież miejsc i ludzkich serc.
Machu_Picchu.jpg
Machu Picchu w ujęciu klasycznym

Wysłane przez aidni 13:12 Kategoria Peru Komentarze (1)

Choquequirao trek czyli 6 dni w Andach

26 - 31 października 2007

28 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Choquequirao trek – czyli 6 dni w Andach
Praktyczny przewodnik

On_the_way_to_Cachora.jpg
Widok na Andy w drodze do miejscowości Cachora
Streets_of_Cachora.jpg
Ulica w Cachora

Niestety komercjalizacja andyjskich tras w Peru postępuje bardzo szybko. Na zdecydowaną większość trekkingów potrzebne jest specjalne (i oczywiście kosztowne) pozwolenie a w dodatku samodzielne pokonywanie tych tras jest zabronione, można je realizować tylko za pośrednictwem agencji turystycznej. Na najpopularniejsze i najsłynniejsze trasy takie jak Inca Trail czy Salcantay trek trzeba się zapisywać się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem i słono zapłacić, by następnie wędrować w tłumie 20 kilku osób.

Jakie argumenty przemawiają za Choquequirao trek ?
- można zorganizować go samodzielnie, bez pośrednictwa agencji,
- nie potrzeba żadnych pozwoleń, kwitków, żadnych papierków i biurokracji
- trasa jest mało uczęszczana i niezadeptana, można naprawdę pobyć sam na sam z górami, a widoki są zachwycające,
- jest po prostu taniej i lepiej.

Jak się do tego zabrać krok po kroku:

Trasa zaczyna się w maleńkim miasteczku Cachora, 4 godziny drogi z Cusco, gdzie z dworca autobusowego trzeba złapać dowolny autobus economico w kierunku Abancay i poprosić kierowcę by zatrzymał się przy zjedzie w kierunku Cachora. Na ogół czekają tu już taksówkarze, z którymi trzeba się zdrowo potargować, albo też zdecydować się na własne nogi – do Cachory jest stąd jeszcze 10 km. Sama trasa jest bardzo malownicza, aparaty trzeba mieć w gotowości.
Miasteczko jest po prostu urocze, kilka ledwie uliczek, kościół i oczywiście Plaza de Armas (nie ma chyba miejscowości w Peru, w której nie byłoby Plaza de Armas). Stojąc twarzą ku wspaniale widocznym stąd Andom, w górnym prawym rogu placu wypatrzycie glinianą chałupkę z licznymi napisami. W tym domku mieszka Doris i jej mąż, mają muły, konie i w ciągu jednego wieczora organizują przewodnika, wiedzą absolutnie wszystko o trekkingu.
Cachora_street_scene.jpg
Woman_in_Cachcora.jpg
Cachora scenki uliczne przed domem Doris

Przebieg trasy i cena
Są dwa warianty trasy:
1- krótka trasa 4 dni. Do ruin starożytnego miasta Inków Choquequirao (stąd nazwa trasy) i z powrotem.
2- dłuższa 7 dni, do podnóża Machu Picchu.
Zdecydowanie warto polecić wariant drugi, trudniejszy, wymagający kondycyjnie ale nieporównywalnie bardziej widowiskowy.

Cena dla dwóch osób jaką wynegocjowaliśmy to 60 soli za każdy dzień, cena obejmowała:
- 2 muły (każdy muł 20 soli/ dzień)
- przewodnika (20 soli/ dzień)
- uczestnictwo dwóch osób (wyszło nas więc po 30 soli od osoby),
- jedzenie dla mułów
- 1 nocleg w domu Doris + rosół (caldo de gallina) na śniadanie
Kurs złotego i sola wobec dolara był bardzo podobny wiec można przyjąć przelicznik 1 sol = 1 złoty. Ceny, które podaję pochodzą z października 2007. Płaci się z góry za całą wyprawę.
Noclegi na całej trasie są bezpłatne. Do ruin Choquequirao są ładnie zagospodarowane bezpłatne kempingi. Dalej nocuje się przy domach mieszkańców mijanych wiosek, w ich ogródkach i na ich poletkach. Wtedy przyjęte jest by podziękować właścicielowi kilkoma solami, albo chociaż kupić u niego napoje lub przekąski. Nawet w najbardziej niedostępnych miejscach jest zawsze zestaw standardowy Inca Cola i Coca Cola.
Wyżywienie: Jedzenie na całą trasę kupuje się jeszcze w małym sklepiku w Cachora, pod fachowym okiem Doris. Za zapasy na naszą dwójkę i Santosa (naszego przewodnika) zapłaciliśmy ok. 100 soli.
a_balcony_in_Cachora.jpg
Balkonik w Cachora

Ile czasu potrzeba na zorganizowanie trekkingu (muły, przewodnik..)?
Do Cachora przyjechaliśmy pod wieczór, a wyruszyliśmy w Andy nazajutrz o 10 rano.

Co zabrać koniecznie?
1. namiot z tropikiem
2. karimatę i śpiwór
3. porządne buty górskie
4. długie spodnie, których pod żadnym pozorem nie wolno podwijać (dlaczego? Zobacz w „uwagach”)
5. koszulkę z długimi rękawami, których podobnie jak spodni absolutnie nie wolno podwijać
6. repelent na owady (najmocniejszy dostępny)
7. krem słoneczny z wysokim faktorem, okulary z filtrem UV oraz kapelusz, czapka czy chociażby chustka na głowę – ze słońcem w Andach nie ma żartów
8. latarkę
9. mały plecak na wodę i aparat fotograficzny
10. tabletki do uzdatniania wody do kupienia w każdej większej aptece w Cusco. Trochę drogie to fakt, ale konieczne.

Co może się bardzo przydać?
1. Kijki teleskopowe (bardzo duże różnice poziomów i spore wysokości – po prostu siadają kolana)
2. Wcześniejsze przygotowanie kondycyjne (jeśli nie uprawia się na co dzień żadnego sportu i pracuje „biurowo”)
3. Rękawiczki, czapka, ciepły polar – w wyższych partiach gór bywa bardzo wietrznie
4. Kurtka przeciwdeszczowa na wypadek deszczu
5. butla gazowa i palnik (udostępnia je Doris za niewielką opłatą), gdy pada ciężko o suche drewno

Uwagi:
Muszki: Przypominają nasze owocówki, maleńkie i niepozorne. W Andach jest ich wszędzie pełno i jest to największe „przekleństwo” tych gór. Gryzą całymi hordami i często na początku niczego się nie czuje. Potem ugryzienia czerwienieją a z czasem robią się fioletowe. Bolą okrutnie i swędzą zarazem. Żadne leki antyalergiczne (typu alertec) nie pomagają. Rany goją się tygodniami.
Szlak: Trasa nie została przygotowana dla turystów. Idzie się po prostu szlakiem zapewne od wieku uczęszczanym przez miejscowych Indian, od wioski do wioski, raz stromo w górę, potem stromo w dół i znów w górę. Nie granią lub wzdłuż stoku, do czego przyzwyczaiły nas polskie góry. Chociaż nie ma tu żadnych trudności technicznych to jest to trasa wymagająca pod względem kondycyjnym i wytrzymałościowym.
Aklimatyzacja: Konieczna jest aklimatyzacja w Cusco (minimum dwa noclegi dla tych, którzy dotarli z Limy samolotem i jeden dla tych, którzy przybyli do stolicy Inków autobusem) + jeden nocleg w Cachora.
Można samemu: Trasę można zrobić samemu, bez mułów i przewodnika. Nie ma jednak dostępnych map, a wybór ścieżki (szczególnie gdy wybierze się wariant dłuższy) nie zawsze jest oczywisty.

Choquequirao od A do Z

Dzień 1 – Cachora – kemping Santa Teresa
Na początku ścieżka jest praktycznie prosta i wiedzie wzdłuż zbocza. Po około 1,5h docieramy do przełęczy, z której schodzimy szerokimi zakosami. W dole widać Rio Apurimac. Trwa to długo, a słońce pali niemiłosiernie. Po prawie 4,5h marszu (od wyjścia z Chachora) pierwszy postój. Gdy docieramy na miejsce Santos czeka na nas z wyśmienitym obiadem, który ugotował korzystając z uprzejmości mieszkającego w małej glinianej chatce starszego małżeństwa. Chatka ma 2 x 4m, jest tam materac do spania, palenisko do gotowania a zamiast podłogi klepisko, po którym biega, jeszcze w postaci żywej, narodowy przysmak Peruwiańczyków „cuy” (czyt. kuj) czyli świnka morska. Świnki przyrządza się tylko na specjalne okazje, do tego czasu biegają sobie w radosnych gromadkach w prawie każdej wiejskiej kuchni w górskiej części Peru.
Kolejny etap trasy to zejście aż do Rio Apurimac (0,5h od postoju), którą przekracza się eleganckim drewniano-metalowym mostem. Dalej nie ma przebacz – 3h stromego podejścia zakosami aż do kempingu Santa Teresa.
Choquequir..-_start.jpg
Wyruszamy
Choquequir..g_day_1.jpg
Choquequir.._day_1a.jpg
Choququira.._day_1b.jpg
Choquequir.._day_1c.jpg
1 dzień trekkingu

Dzień 2 – Santa Teresa – Choquequirao
Zdecydowanie najłatwiejszy dzień na trasie. Chociaż idzie się prawie cały czas pod górę (ok. 4-5h) jest to łatwe podejście. Kemping znajduje się ponad ruinami, które można zwiedzać do zmroku (wstęp 10 soli). Woda pod prysznicem jest polodowcowa, ale jest to jedyny prysznic na trasie, dalej nie będzie okazji.

Dzień 3 – Choquequirao – Maizal
Zdecydowanie najtrudniejszy dzień. Zaczynamy od stromego podejścia, od którego odbijamy by zobaczyć drugą część starożytnego miasta Inków usytuowaną ponad kempingiem. Dalej trochę skrótem (wskazał go nam pan sprawdzający bilety na ruinach) trzymając się inkaskich kanałów wodnych, a potem przebijając się trochę na dziko przez las deszczowy, wracamy do głównej ścieżki. Po dwóch godzinach docieramy do przełęczy, z której schodzimy bardzo stromymi zakosami ponad 4 godziny aż do Rio Bianco (trzeba bardzo uważać na osuwające się spod butów kamienie). Tutaj mamy postój obiadowy. Rzeka czysta i piękna, uderza z impetem w skały. Otoczenie zapiera dech w piersiach. Podziwianie uniemożliwiają jedynie hordy muszek - krwiopijców. Po postoju czeka nas 4h wspinaczka w górę. W międzyczasie zaczyna kropić. Na miejsce docieramy po zmroku i ledwo jesteśmy w stanie ustać na nogach.
Choquequir..g_day_3.jpg
Widok z namiotu o poranku
Choquequir.._day_3a.jpg
Ruiny miasta Inków
Choquequir.._day_3c.jpg
Rio Bianco

Dzień 4 – Maizal – Yanama
Otacza nas totalna mgła i towarzyszyć nam będzie cały dzień a szkoda. Ścieżka wije się stromo pod górę, wśród deszczowego lasu. Jest pełno błota a kamienie śliskie – trzeba się napracować. Podejście na przełęcz zajmuje nam 4 h. Gdy świeci słońce musi być tu naprawdę pięknie. Są urwiska i przepaście i piękne ośnieżone góry. By schronić się przed deszczem jemy obiad w jaskini. Potem już tylko 2h zejścia malowniczą trasą do Yanama. Na dziś wystarczy.
Choquequir..g_day_4.jpg
W Maizal o poranku przywitała nas gęsta mgła
Choquequir.._day_4d.jpg
Yanama

Dzień 5 Yanama – przełęcz 4680m – wioska
O dziwo podejście na najwyższy punkt trekkingu tj. przełęcz na wysokości 4680 m n.p.m. nie jest trudne. Trwa ok. 4h. Ścieżka wspina się powoli. Strome zakosy zaczynają się tuż pod przełęczą. Naszej wspinaczce towarzyszy lekki deszcz. Na okolicznych szczytach nigdy nietopniejący śnieg. Przy podejściu pod samą przełęcz można odczuwać wpływ wysokości. Widoki powalają. Zejście do najbliższej wioski zajmuje 3h, początkowo jest trochę stromo. Gdy pada idzie się po prostu w strumyku.
Choquequir.._day_5b.jpg
Choquequir.._day_5c.jpg
Na przełęczy

Dzień 6 wioska – la Playa
Cały czas schodzimy w dół ok. 7h. Trasa jest piękna i dopisuje pogoda. W la Playa rozstajemy się z Santosem. Nie wiem czy to jego zła wola, czy faktycznie jakieś nieporozumienie. On upiera się, że miał nas zaprowadzić do La Playa skąd odchodzą mikrobusy (collectivo) do Santa Teresa (można stamtąd kontynuować nazajutrz trekking do samego Aguas Calientes), a może to jego zła wola i kombinatorstwo by skrócić trasę (ponoć z la Playa jest szlak do samego Aguas Calientes). Radzę więc by przy omawianiu szczegółów trasy z Doris i jej mężem był obecny także przewodnik.
Choquequir..-_day_6.jpg
Santos i muły
Choquequir.._day_6b.jpg
Muły i konie - tutaj to jedyny środek trasportu

Co wspominam najlepiej?
Gotowanie na ognisku, chociaż wypluwałam sobie płuca by z mokrego drewna wykrzesać płomień wystarczający na czajnik wrzątku. Gorącą herbatę z koki (mate de coca) z cukrem (po prostu nie ma smaczniejszej na świecie). Satysfakcję ze zdobycia tak wysokiej przełęczy. Uśmiechy dzieciaków nieśmiało zaglądających do namiotu. Górskie widoki zapierające dech w piersiach. Niesforne muły, które uciekały Santosowi przy każdej możliwej okazji, byle w dół i byle jak najdalej od nas, biegnąc na oślep z całym naszym dobytkiem.
Ale tak naprawdę najlepiej wspominam samą drogę, każdy z wysiłkiem zostawiony ślad i każdą kropelkę potu ( a było ich niemało ).

Najtrudniejsze chwile?
Zdecydowanie trzeciego dnia. Gdy wyruszyliśmy znad Rio Bianco już wiedziałam, że będzie bardzo ciężko. Zupełnie opuściły mnie siły. Santos pogonił z mułami mocno do przodu, a ja szłam coraz wolniej i coraz wolniej, aż chciało mi się płakać z tej bezsilności, z tej słabości i niemocy. Zapadła noc. Końca wędrówki nie było widać. Wokół gęsty las i nieprzeniknione ciemności. Żadnych świateł ani oznak jakiejkolwiek osady w pobliżu. Gdyby nie opanowanie i zimna krew Marcina (mojego towarzysza) to chyba siadłabym na jakimś kamieniu i zaczęła bezceremonialnie, histerycznie ryczeć. W końcu jednak umysł zwyciężył nad zbuntowanym ciałem i krok po kroczku szłam dalej w górę. W pewnym momencie dotarliśmy do rozdroża. Wybór albo w lewo albo w prawo, a po Santosie ani śladu. Los podarował mi donośny głos, który nieoczekiwanie przydał się w tej chwili. Przez gęsty las popłynęły na wszystkie strony świata moje głośne nawoływania : „Santos, Santos !!!”. Ujadanie psów gdzieś w górze i znaki świetlne nadawane latarką. A więc wioska, do której zdążamy jest blisko (psy) i Santos też. Po kilku chwilach nasz przewodnik był już koło nas. Jak się okazało uciekł mu muł i szukał go po nocy. Po niespełna 30 minutach byliśmy już Maizal. W wiosce nie ma prądu dlatego nie widzieliśmy jej wśród ciemności nocy, mieszka tu jedna tylko rodzina i cała sfora psów, których głośne i bliskie ujadanie dało mi siłę na pokonanie ostatniego odcinka.

Najwspanialsza przygoda?
Ostatniego, 6 dnia. Postanowiliśmy jeszcze na wieczór dotrzeć do Aguas Calientes. W la Playa złapaliśmy collectivo do Santa Teresa. Tam dowiedzieliśmy się, że jedynym możliwym transportem jest pociąg, który odjeżdża ze stacji przy elektrowni wodnej (Hydroelectrica). Szaleńcza jazda motorikszą po dziurawej drodze, z widokiem na spiętrzone wody Rio Urubamba w dole, nie dała rezultatu : nie zdążyliśmy na ostatni tego dnia pociąg. Do Aguas Calientes było stąd tylko 10 km torami i za namową sprzedawców i pracowników stacji zdecydowaliśmy się wyruszyć. Ale wszystko było przeciwko nam: ciężkie ponad miarę plecaki, spuchnięte stopy i nogi bolące potwornie od ugryzień muszek, odzywające się po latach kontuzje, no i ponad 70 km marszu przez Andy za nami. Szliśmy trochę w transie, nie rozmawialiśmy prawie w ogóle. Najważniejsze było nie zagubić rytmu i we właściwym momencie trafić nogą w dobrą belkę. Oby jak najszybciej do celu, zanim zapadnie zmrok. Coraz wyraźniej słychać było grzmoty, burza szła wyraźnie w naszą stronę. Końca drogi nie było widać a po obu stronach torów stała złowroga ściana deszczowej puszczy. Zrobiło się zupełnie ciemno. Nasza jedyna latarka, zamiast oświetlać drogę przyciągała tylko chmary owadów. Zaczynało kropić. Decyzja była szybka: odwrót i to natychmiastowy, do blaszanej chatki, w której tliło się światło, a którą minęliśmy parę minut wcześniej. I tak trafiliśmy do dróżnika i do jego chwiejnego domku z blachy falistej i dykty. Grzmiało, lało, a krople mięsiście dudniły dach. Wiatr hulał w koronach potężnych drzew. Mały blaszany, chybotliwy domek w środku szalejącej przyrody dał nam poczucie bezpieczeństwa, dał nam odpoczynek, ciepło i stał się na tę krótką chwilę naszym domem i najcenniejszym miejscem na świecie. Pioruny rozdzierały niebo, krople dudniły w blaszany dach, wiatr z impetem uderzał w ściany z dykty, a ja przysłuchiwałam się jak Marcin rozmawia z naszym gospodarzem o Polsce. Dróżnik z zachwytem oglądał album, który wieźliśmy dla naszej peruwiańskiej znajomej. A tu Wawel, a tu Mazury a tam dąb Bartek, który nie daje owoców i cała masa kościołów i zamków. – Jak tam pięknie!!!- nie kończyły się słowa zachwytu. I tak odległa Polska niespodziewanie zawitała do małej chatki peruwiańskiego dróżnika. Jego serce napełniła ciepłem marzeń o dalekich podróżach a nasze ciepłem tego, co znane, własne i swojskie.
O 5 rano pożegnaliśmy się z naszym przyjacielem i wskoczyliśmy do pierwszego pociągu do Aguas Calientes.

Na osobny rozdział zasługuje?
Santos – nasz przewodnik. Szczupły, niski ledwie 18 letni. Całą trasę przeszedł ubrany w cienki dres, sandały i byle jaki sweterek, a i tak zawsze nas wyprzedzał i to ze sporą nawiązką. Gdy jeszcze spaliśmy o świcie gonił muły, które pod osłoną nocy wymykały się z obozowiska. Mimo moich protestów i nalegań, żebyśmy gotowali wspólnie, zawsze czekał na nas z obiadem, gdy docieraliśmy do miejsca postoju i rozstawiał nam namiot na noc. Przekraczaliśmy bramy wiecznych śniegów ja w goretexowej kurtce, rasowych górskich butach, podpierając się kijkami teleskopowymi, on mając gołe stopy w sandałkach, okryty ledwie foliową pelerynką, a w rękach trzymając kijek do poganiania mułów i paletkę 30 jaj. Każde z nas należało do innego świata i przyglądaliśmy się sobie z niesłabnącym zaciekawieniem. Byliśmy dla siebie nawzajem równie egzotyczni, równie nieznani i tajemniczy.

Ktoś wyjątkowy spotkany na naszej drodze?
Pewien Amerykanin, który na rowerze przemierzał samotnie Amerykę Południową. Tym razem rower zostawił w Cachora i spotykaliśmy go regularnie przez 4 pierwsze dni trekkingu.

Choquequir.._day_6a.jpg
Andy

Wysłane przez aidni 16:39 Kategoria Peru Komentarze (0)

Autobusem z Limy do Cusco

23/24 październik 2007

overcast 20 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Jest takie miasto, gdzie przez prawie cały rok nie pada. Jest takie miasto, gdzie w ciągu 365 dni słońce wygląda zza chmur zaledwie kilka razy. Jest takie miasto, gdzie przez większość czasu jest wilgotno i szaro, po prostu szaro. A ta wszechobecna szarość i lepka wilgoć to owoce kompromisu, który zawarły dwie sąsiadujące ze sobą potęgi – Ocean Spokojny i wielkie Andy. To miasto to Lima, stolica Peru, licząca sobie według ostatnich szacunków ponad 8 milionów mieszkańców. Oni także zawarli kompromis. Za obietnicę lepszego życia, za szansę na dobrą pracę, na komfort i wygodę zrzekli się bezkresnych, złotych pastwisk na andyjskim płaskowyżu, wysokich, wiecznie ośnieżonych przełęczy, gęstej, kipiącej zielenią dżungli, a nade wszystko błękitu nieba, by żyć w szarości, ciasnocie, otoczeni brzydotą rozwijającej się chaotycznie stolicy. Marzenie o dostatku, o szerokich perspektywach i możliwościach spełniło się dla niewielu. Lima otoczona jest slumsami, jak twierdza.
Miraflores_-_Lima.jpg
W parku miłości w Limie
Palace_-_Lima.jpg
Pałac Biskupi na Plaza de Armas
Jest godzina 18:30, mój drugi wieczór w Peru. Siedzę w wygodnym fotelu i spoglądam przez okno. Autobus jest komfortowy i czysty, każdy pasażer ma swoje wyznaczone miejsce, żadnego szarpania się, przepychania, podstępnego podsiadania, żadnego podróżowania na stojąco czy spania na podłodze. Bagaże odprawiane są w specjalnych okienkach jak na lotniskach. Zaskakuje mnie to zorganizowanie, ten porządek jakiś taki nienaturalny, niepasujący do tego bałaganiarstwa i bylejakości, której wszędzie wokół nie brakuje. No bo weźmy choćby prosty przykład: w stolicy Peru nie ma jednego, głównego dworca autobusowego, a autobus to tutaj absolutnie podstawowy środek komunikacji. Konkurencja jest ogromna. Wiodących firm transportowych jest kilkanaście a pomniejszych pewnie dziesiątki. Każda z nich ma swój dworzec, w innym kącie miasta, dodajmy miasta nieznośnie rozpasanego i rozlazłego. Człowiek przyjeżdża do Limy, wysiada z autobusu po kilkunastu godzinach podróży i od razu próbuje niemożliwego: rozkłada plan miasta usiłując się zorientować, gdzie jest, ale na próżno. Ulice nienazwane, brak wyraźnych punktów orientacyjnych, ręce opadają prędzej czy później, nie wiadomo kiedy i jak, a już siedzi się w taksówce z miną pełną rezygnacji. Z Limą po prostu nie można wygrać.
Ruszamy punktualnie. Jako jedyni gringos (czyli biali turyści) na pokładzie mercedesa firmy Flores relacji Lima - Cusco (80 soli / os.) zbieramy naręcze szerokich uśmiechów od współpasażerów. Przed nami 20 godzin drogi.
Obok mnie mój towarzysz podróży Marcin, który przed dwoma miesiącami wysłał do mnie smsa zawierającego krótkie pytanie: „nie pojechałabyś ze mną do Peru?”. I jakoś tak zupełnie nieracjonalnie, całkowicie spontanicznie odpowiedziałam „tak”, zaskakując tym sama siebie. I chociaż podróży do Peru nie planowałam w najbliższym czasie, siedziałam teraz w autobusie przez okno spoglądając na Limę, z której wydostawaliśmy się prawie godzinę.
Gdy tylko przedarliśmy się przez miasto kierowca natychmiast uruchomił telewizory, jeden z charczących głośników wisiał tuż nad naszymi głowami. I zaczęło się! Peruwiańczyków i Hindusów łączy na pewno jedno: zamiłowanie do życia w hałasie. Jeżeli puszczać film to na cały regulator, żadnych półśrodków, półtonów, przyciszania i kombinowania. Repertuar i tu i tu jest niezmienny: w Indiach bollywoodzkie romanse, w Peru amerykańskie kino akcji z idolem numer jeden w roli głównej tj. Jean Claudem Van Damem. Jedyną szansą na przetrwanie jest posiadanie zatyczek do uszu!!!
The_Andes.jpg
The_Andes_2.jpg
Andy
Nie jestem w stanie pojąć jakim cudem zasnęłam i spałabym pewnie do rana, gdyby w środku nocy nie obudził mnie huk eksplodującej bomby, a może jakiejś wyrzutni rakiet, kto by tam to wiedział i rozróżniał, wybuchom i strzałom nie było przecież tej nocy końca. Na ekranie Van Dam z narażeniem życia po raz kolejny ratował świat przed zagładą, tymczasem nasz autobus mozolnie wspinał się do góry, silnik jęczał. Za oknem spowite we mgle i księżycowej poświacie przedgórze Andów, wyglądało zupełnie nieziemsko.
Wjechaliśmy do jakiegoś położonego wysoko w górach miasteczka. Przez okno, wśród ciemności nocy dostrzegam lepianki, kryte strzechą lub blachą falistą. Ulica, którą jedziemy jest tak wąska, że nasz autobus prawie ociera się o ściany budynków i to z obu stron. Przez większość czasu jest pusto i ciemno. Gdy wjeżdżamy na większy plac, raptem wokół naszego autobusu robi się gwarno. Otoczyły nas handlarki, unosząc na kijach pod nasze okna koszyki z jedzeniem i napojami. Dalekobieżne autobusy w Peru są bowiem wysokie, jakby dwupoziomowe. Na pierwszym poziomie znajduje się kabina kierowcy i luki bagażowe, na drugim pokład pasażerski. Jest naprawdę wysoko. Spoglądam na zegarek, jest 02:00. Nadzieja, że któryś z pasażerów, zbudzony w środku nocy, poczuje pragnienie lub głód, otworzy okno i zapłaci kilka soli za kawałek chleba lub jakieś przekąski jest silna, sprawia, że kobiety te czekają na przejeżdżające tędy autobusy w środku nocy, czekają wystawione na wiatr i przejmujący chłód. Patrzę na nie z pokorą. Daleko od wygodnych i spokojnych brzegów Europy, świat wygląda zupełnie inaczej. Przetrwanie kosztuje tu znacznie więcej. Odjeżdżamy. Żadne okno się nie otworzyło, ani jedna ręka nie wrzuciła kilku soli do któregokolwiek koszyka, nikt niczego nie kupił...
Gdy budzę się ponownie wczesnym rankiem, z trudem otwieram oczy. Mam wrażenie, że głowa spuchła mi jak balon, nos szczypie, uszy zatkane. Czuję się ciężka i zupełnie bez sił. Soroche, czyli choroba wysokościowa zaskoczyła mnie znienacka, kiedy spałam. Różnica wysokości w Peru jest ogromna. W przeciągu zaledwie kilku godzin z poziomu 0 m n.p.m. człowiek zostaje raptem rzucony na 4000 m i jeśli obudzi się rano, z poczuciem, że brakuje mu tlenu, a ciśnienie rozrywa mu głowę, natomiast za oknem ujrzy ośnieżone sześciotysięczniki, bezkresne, złote pastwiska, jeziora i stada dzikich lam a wszystko to w promieniach wschodzącego słońca, może być pewien, że znajduje się na altiplano, czyli andyjskim płaskowyżu.
Jest tu po prostu pięknie. To urzeczenie i zapatrzenie w ten niezwykły krajobraz na chwilę pozwala mi zapomnieć o moich dolegliwościach. Steward (tak,tak, jest tu ktoś taki) przechodzi i doświadczonym okiem rzuca na nietęgie miny pasażerów. Żeby wszystko było jasne nie tylko my gringos byliśmy ofiarami soroche. Musieliśmy naprawdę wszyscy prezentować nieciekawy widok, bo chwilę potem zatrzymaliśmy się na postój regeneracyjny w małej, indiańskiej wiosce.
W lepiance oznaczonej szyldem „restaurant” trzy stoliki i tęga Indianka uwijająca się między nimi bez pośpiechu. Na zapleczu łazienka w postaci kranu z wodą i toalety skrytej za zasłoną z niebieskiej folii. W jadalni prawie nikogo, za to łazienka przeżywa oblężenie. Wszyscy pasażerowie wyciągają szczoteczki i pasty do zębów, mydła a panie nawet dezodoranty. Trwa masowe mycie, pucowanie, odświeżanie. A ja nie mam kompletnie nic i czuję się z tym głupio jakoś. Ludzie przyglądają mi się z zaciekawieniem, dziwny to dla nich widok, kłócący się pewnie ze stereotypem Europejczyka. Przepłukuję usta wodą i spuszczając wzrok uciekam do jadalni, bardziej niż o mydełku i czystych ząbkach marzę o kawie i jakimś jedzeniu. Kawa już czeka a także pierwsza w życiu mate de coca. Czyli herbata z liści koki. Napój Indian, tradycyjny, religijny, pity z namaszczeniem. Z liści koki otrzymuje się kokainę, dlatego ich wywożenie z Peru, gdzie ze względu na narodowe tradycje są one legalne, jest traktowane jak przemyt narkotyków. Z liści koki można robić wyśmienitą herbatkę albo żuć je i przełykać gorzkawą ślinę, co jest namiętnością mieszkańców Andów. Wszystko to jednak nie miało wtedy dla mnie najmniejszego znaczenia. Ważne było tylko to, że koka leczy soroche.
Kawa, dwa kubki herbatki z koki i caldo de gallina, czyli rosół z kury z grubym makaronem stawiają nas na nogi. Czuję się raptem jak nowonarodzona, pełna energii po soroche ani śladu. Nie wiem czemu zawdzięczać to magiczne ozdrowienie, bo większość naszych współpasażerów nie wygląda wcale wiele lepiej, niż przed postojem. Jedziemy dalej. Słońce świeci, Van Dam walczy, a za oknem góry, góry, góry. Jadę przyklejona nosem do szyby.
Wśród pasażerów walka z soroche trwa nadal. Steward rozdaje waciki nasączone alkoholem. Nauczona doświadczeniem robię zawsze to, co tubylcy i także biorę wacik. Naśladując innych pasażerów przykładam go do nosa i biorę głęboki wdech. Uderzenie w nozdrza prawie jak po amoniaku, ale faktycznie przebudza, otrzeźwia umysł i otwiera oczy szeroko.
Powoli opuszczamy altiplano i jego złociste łąki, droga zaczyna wić się doliną, coraz częściej mijamy gliniane wioski i żyzne, zielone pola. Van Dam znika z ekranu zastąpiony peruwiańskimi sitcomami. Poziom hałasu przekracza wszelkie normy. Cały autobus się zaśmiewa, a nam pękają głowy, płyną łzy z oczu bo ten hałas po prostu boli. Wszystko zaczyna drażnić, uwierać, przeszkadzać. I ten wszechobecny śmiech, ta powszechna wesołość są nie do zniesienia. Mam ochotę krzyczeć z bólu i błagać ich o litość, paść przed nimi wszystkimi na kolana, na twarz nawet, byle tylko to wyłączyli, byle tylko zgasili te przeklęte telewizory. Za każdym razem, gdy jestem już gotowa na ten desperacki krok, trafiam na mur roześmianych szczerze twarzy, błyszczących oczu pełnych rozbawienia i czuję się obezwładniona przez tę ich wesołość, czuję się inna przez to moje cierpienie, czuję się z nim obco. Ta ich całkowita obojętność na hałas, który mnie zabija, ta ich niewrażliwość zupełna, działają deprymująco.
Streets_of_Cuzco_3.jpg
Streets_of_Cuzco.jpg
Ulice Cusco
Gdy za zakrętem, głęboko w dolinie ukazało nam się miasto w kolorze dachówki i czerwonej cegły, miasto piękne i rozległe, wspinające się na otaczające wzgórza, wiedzieliśmy, że jesteśmy uratowani. Cusco zjawiło się nieoczekiwanie, blisko jak na wyciągnięcie ręki.
Dancer_2.jpg
Tancerka spotkana na Plaza de Armas w Cusco

Wysłane przez aidni 12:17 Kategoria Peru Komentarze (0)

PERUWIANSKA PRZYGODA

21 październik - 19 listopad 2007


Drodzy przyjaciele i czytelnicy. Czas zmienić kontynent, zapraszam Was na wyprawę do pięknego Peru, które ma do zaoferowania znacznie więcej niż tylko Machu Picchu.
Złapiemy autobus z Limy do Cusco i wyruszymy w dwudziestogodzinną drogę przez góry; przez 6 dni będziemy szli przez Andy, bez prądu, komórki i Internetu, odcięci od cywilizacji, gotując na otwartym ogniu i żując liście koki; zaryzykujemy życiem by dotrzeć do Iquitos – miasta w sercu dżungli, liczącego sobie 300.000 mieszkańców, do których nie można dotrzeć żadną drogą; kupimy hamaki i wskoczymy na pokład towarowego statku Henry V na pięciodniowy spływ przez Amazonkę i Ucayali ... – drodzy przyjaciele zabieram Was do Peru.

Machu_Picchu_2.jpg

Odwiedzone miejsca: Lima – Cusco – Cachora (6 dniowy trekking w Andach) – Aguas Calientes i Machu Picchu – Iquitos (przez Cusco i Limę) – (5 dni na pokładzie statku towarowego Henry 5 na wodach Amazonki i Ucayali) – Pucallpa – Ciudad Constitucion – Puerto Bermudez – La Merced – Junin
Czas trwania: 28 dni (21 październik – 19 listopad 2007)

Wysłane przez aidni 12:06 Kategoria Peru Komentarze (0)

My India/ Moje Indie

You can’t describe India. You can’t describe it with one word or billions of them. Simply because there is no one India.
India has as many faces as uncountable are the gods and goddess its people believe in. India has no color, because India is all colors of the world.
It is happiness and endless pain, it is ultimate beauty and ugliness, it is history and modernity experienced at once in a precious moment.
India can’t be captured, classified, judged or told, because India is pure life right here and right now, because India is truly the beating heart of its people. Muslim, Hindu or Christian, from Kerala, Delhi or Rajasthan, India is all of them, and they are all India. Diversity is India’s biggest treasure which could be a lifetime experience. This diversity is my India, the one that lives in my memory, the one I miss and love sincerely.

Morning_prayers.jpg
Morning prayers in Tanjore temple/ Poranne modlitwy w świątyni w Tanjore

Indii nie można opisać. Nie można opisać ich jednym słowem, ani nawet miliardami słów. Po prostu dlatego, że nie ma jednych Indii.
Indie mają tak wiele twarzy jak niezliczone są bóstwa, które czczą ich mieszkańcy. Indie nie mają koloru, bo Indie są wszystkimi kolorami świata.
Indie to szczęście i cierpienie, które nie zna końca, to najczystsze piękno i brzydota, to historia i nowoczesność, których doświadcza się naraz, w jednej, niezwykłej chwili.
Indii nie można uchwycić, sklasyfikować, osądzić czy opowiedzieć, ponieważ Indie to pulsujące życie, tu i teraz, ponieważ Indie to bijące serce żyjących tu ludzi. Muzułmanie, hindusi czy chrześcijanie, z Kerali, Delhi czy Radżastanu, Indie są nimi wszystkimi, a oni wszyscy są Indiami. Różnorodność to największe bogactwo Indii, bogactwo, które można odkrywać całe życie. Ta różnorodność to moje Indie, Indie, które żyją w mojej pamięci, Indie za którymi tęsknię i które pokochałam.

Wysłane przez aidni 01:02 Kategoria Indie Komentarze (0)

Badami

4-6 february/ lutego 2007

sunny 30 °C
Zobacz South India January 2007 aidni's na mapie.

WERSJA POLSKA POD TEKSTEM ANGIELSKIM

DSC07070.jpg
One of the temples / Jedna ze świątyń
She looked into our room, while we were discussing what to do, where to go and where not, which places are better to be avoided and which are simply a must. We were sitting with the map on our knees the guide book in hand, analyzing every possible option and eating tasty, tropical bananas, juicy water melon or mangos orange like the sun. It was early in the morning. She was hanging on the window bars, small and gray like an European mouse, and observed us carefully with her little, monkey’s eyes. When finally we saw her, she drew out her hand in beggar’s gesture almost immediately. We answered by imitating eating. She understood it perfectly and started to imitate eating as well, although with a bit of exaggeration and nervous haste in it. She was definitely satisfied to be able to communicate with us. “Yes, yes, this is exactly what I want. I’m hungry, I want to eat.” In life it is usually so: if you won’t clarify certain things at the very beginning, if you won’t definite them precisely and you will let them remain unspecified and unsaid, sooner or later you will face their unexpected consequences, that in most cases you would like to avoid. My Indian experience shows that this truth refers not only to human relations but relations between humans and monkeys as well. What we considered to be a question if she was hungry, she understood as an invitation to feast in our room. To feast freely, without any embarrassment, greedily, tasting everything, dirtying, pouring, wiping legs on our sheet and leaving footprints on the wall.
But we didn’t know it yet, relaxed and glad we left our room for a day long trekking to the wonderful temple of Mahakuta…the monkey’s disaster what just about to come.
All this happened in Badami, in Karnataka. A little village – town between Bijapur and Hampi. It is not a popular travelers stop, proof: just two, quite empty hotels. We arrived here early in the morning with a direct night bus from Bangalore. We were the only passengers when the bus arrived to its final destination. It was 6 am, the sun was rising, I got out of the bus carrying my backpack and I fell in love. I fell in love with Badami instantly, from the very first sight.

DSC07076.jpg
The tank/ Zbiornik wodny
DSC07032.jpg
Mother and daughter drying sarees/ Matka i córka suszą sari

After a long travel in India many people like take rest for a couple of days on the beaches of Goa just before returning home. We were taking rest in Badami in the shadow of giant, red rocks. We were sitting at the bank of a water tank surrounded by stairs, a tank older than many European cities and bigger than a football field. We were taking rest listening to the never ending rhythm of soaped clothes hit on rocks, this is just the way India wash: with the hands of its women and girls, in big and small water tanks, in rivers and brooks. In the same water people bath together with animals every morning, in the same water they wash their dishes. Water is just to precious to be wasted on washing machines, dishwashers or bathtubs.
We were taking rest looking at giant red rocks and temples built centuries ago on their top, in their hearts (cave temples) and humbly at their feet.
Every evening we were walking in the lanes of a spontaneously appearing market, chaotic and not planed, which lighted up with uncountable candles and olive lamps each time when the electricity was cut (that means often).
It may sounds pompous, romantic and unbearably sentimental to some you, but I will take that risk and say it: somewhere in those little market lanes, or maybe between those red rocks which surround Badami, India has definitely stolen my heart.
From Badami to Mahakuta temple is 6 kms. 6 kilometers of stony route through desert; little, almost invisible paths through fields and eucalyptus groves in the burning sun and perfect silence.
Silence in India is really something exotic, as well as solitude and good coffee.
We came back to Badami for the sunset. It was breathtaking. Indian sun is magic. At sunrise and sunset the world is different. The colors are so intensive, so warm, that you’ve got the impression that they are simply unreal. You’ve go the impression that you can dip or sink in them. Like touched with a magic wand the dirt disappears from the streets, earthen little homes looks like palaces, and damaged buildings are hidden behind cascades of green falling from the trees like water.
On the way back I’ve got just one dream, one single wish – the juicy water melon that we left in our hotel room. After a day long walk under the merciless sun, in the desert, is there anything more that you can dream about?

OFFCIAL REPPORT FROM MONKEY’S DISASTER

1. Water melon eaten, its skin spread all over the room
2. Sugar partially consumed, spread here and there, together with spices ( supposed to be taken home as gifts) and water melon juice form shriveled pulp on the floor.
3. Organized ants convoys are taking to an unknown place all what the monkey didn’t want to eat any more
4. Garbage bag torn, rubbish dispersed with anger and disappointment
5. Our clothes taken off backpacks.
6. Mosquito net over the bed torn, on the sheet in some places, little footprints

We took one hour to clean all this mess. An analysis of all traces showed, without any doubt, that the monkey entered our room by the ventilation hole just over the door. The window in our room was closed, protected with a mosquito net and bars, the one on the corridor widely open to the streets full of little, hairy, smart criminals.

DSC07064.jpg
Woman carying water/ Kobieta niosąca wodę

In Badami, almost in the front of the bus station, is the only restaurant in town which offers something more than just masala dosa (delicious thing by the way). Like in thousands similar places in India, children work here. Two boys 8 or 10 years old, from early morning to late evening, day after day, serve, clean and wash dishes. In India maturity comes quickly and childhood is a luxury given to few. In India you can see children working everywhere, carrying bags on railways stations, guiding tourists, serving guests in restaurants and food stalls in the streets, cleaning hotel rooms, tailoring… Children, and especially boys, work for the daily bread of their families just like their fathers and brothers. Precocious maturity is a gift that they receive together with poverty.

That evening the restaurant was full and we hardly found a free table for two. This evening the restaurant was full of children, lots of children. But they were different with their nice, trendy clothes, smiling faces, well nourished bodies. They came here for a school holyday with a comfortable bus and stayed in a elegant hotel. This evening children served children. The poor children were bringing another portion of rice or dhal or water whenever they were asked for it by the rich children. I saw the poor children cleaning tables of the rich children. It was worse than all poverty seen everyday on the street, worse than hunger, homelessness and lameness.
Stolen childhood is to me the worse crime of humanity.


POLSKI

DSC07048.jpg
Badami

Kiedy zajrzała do naszego pokoju dyskutowaliśmy właśnie nad tym, co robić, a czego nie robić, gdzie jechać, a co ominąć, przy czym się upierać, a z czego bez żalu zrezygnować. Siedzieliśmy z mapą na kolanach, z przewodnikiem w ręku, przegryzając kolejne opcje tropikalnym, słodziutkim bananem, soczystym arbuzem lub mango pomarańczowym jak słońce. Był wczesny ranek. Kurczowo uczepiona okiennej kraty, nieduża, szara zupełnie jak polska myszka, przyglądała się nam z zaciekawieniem swoimi bystrymi, małpimi oczkami. Gdy ją dostrzegliśmy od razu wyciągnęła do nas łapkę w geście prośby. Odpowiedzieliśmy gestem naśladującym jedzenie. Zrozumiała nas doskonale, natychmiast wykonała ten sam gest kilkakrotnie, z pewną nawet przesadą i nadgorliwością, wyraźnie zadowolona z faktu, że zdołała się z nami porozumieć. „Tak, tak, tego właśnie chcę. Chcę jeść, jestem głodna.”
Tak to jednak zwykle bywa, że jeśli nie wyjaśni się spraw do końca już na samym początku, nie określi się ich jasno czarno na białym i pozwoli im się tkwić w tym niedopowiedzeniu i niesprecyzowaniu to, prędzej czy później odbiją się czkawką. Jak wskazuje doświadczenie jest to powszechna zasada nie tylko w relacjach międzyludzkich, ale najwyraźniej także ludzko-małpich. I tak oto to, co my uznaliśmy za pytanie o to czy jest głodna, ona, jak się później okazało, zrozumiała jako otwarte zaproszenie do ucztowania w naszym pokoju. Ucztowania dowolnego, bez skrępowania, łapczywego, pozbawionego umiaru, częstowania się czym popadnie, próbowania wszystkiego, brudzenia, wylewania, wycierania łapek w pościel i zostawiania śladów na ścianie... Nie spodziewając się zupełnie tej nadciągającej nieuchronnie małpiej katastrofy, wyruszyliśmy na całodzienny trekking do świątyni w Mahakuta.

A rzecz działa się w Badami, w stanie Karnataka. Małej mieścinko-wiosce między Bijapurem a Hampi. Niewielu podróżników tu dociera, czego świadectwem jest świecąca pustkami baza hotelowa w liczbie sztuk 2. Dotarliśmy do Badami o świcie bezpośrednim autobusem z Bangalore. Na docelowej stacji byliśmy ostatnimi pasażerami. Była 6 rano, słońce wschodziło, wysiadłam ciągnąc za sobą plecak i zakochałam z miejsca. Badami to była miłość od pierwszego wejrzenia, miłość która zwala z nóg i obezwładnia zupełnie i niespodziewanie.
Niektórzy jeżdżą wypoczywać po trudach wielotygodniowego podróżowania w cieniu palm na plażach Goa, a my odpoczywaliśmy w Badami w cieniu potężnych, czerwonych głazów. Siedzieliśmy nad zbiornikiem wodnym otoczonym ze wszystkich stron stromymi schodami, zbiornikiem starszym niż Kraków i większym niż boisko piłkarskie. Odpoczywaliśmy wsłuchując się w miarowy, rytmiczny i nieustający dźwięk uderzania namoczoną i namydloną bielizną o kamienie, bo tak właśnie piorą Indie: rękoma kobiet i dziewczynek, w wielkich i małych wodnych zbiornikach, w rzekach i strumykach. W tej samej wodzie ludzie i zwierzęta kąpią się każdego ranka, w tej samej wodzie zmywa się naczynia po posiłku. Wody się nie marnuje na pranie w pralce, zmywanie w zmywarce i kąpiele w wannie.
Odpoczywaliśmy wpatrując się w potężne czerwone skały, na świątynie wybudowane przed stuleciami u ich stóp, na ich grzbiecie, wykradzione ich wnętrzu.

DSC07077.jpg
Temples on rocks/ Świątynie na skałach
DSC07025.jpg
Women washing clothes in the ancient water tank/ Kobiety piorące w starożytnym zbiorniku wodnym

Odpoczywaliśmy spacerując wieczorem po powstającym spontanicznie, w wąskich uliczkach miasteczka targu, targu improwizowanym, trochę chaotycznym, niezaplanowanym, który gdy tylko wyłączano prąd (co nie było rzadkością) natychmiast rozświetlał się nastrojowym światłem świec i lampek oliwnych.
A niech i zabrzmi to pompatycznie, pomyślicie może nawet „co to znowu za nieznośny romantyzm!” lub „Boże broń, jakie to niestrawnie sentymentalne!”, podejmę jednak to ryzyko i powiem: tam gdzieś w tych uliczkach, a może wśród tych czerwonych, otaczających Badami skał, Indie ostatecznie skradły mi moje serce.

Z Badami do wspaniałej świątyni w Mahakuta jest 6 km. 6 kilometrów kamiennego traktu wśród pustynnego krajobrazu, wąskich ledwie zauważalnych ścieżek przez pola, gajów eukaliptusowych, w promieniach palącego słońca i w prawie niczym niezmąconej ciszy. Cisza w Indiach to prawdziwa egzotyka, dobro równie niedostępne co samotność i porządna kawa. Wsłuchiwaliśmy się więc w tę ciszę łapczywie. Ze względu na nią zdecydowaliśmy się wrócić tą samą drogą, chociaż upał doskwierał i zmęczenie dawało się powoli we znaki. Gdy wracaliśmy widok Badami skąpanego w promieniach zachodzącego, indyjskiego słońca po prostu zapierał dech w piersiach. Indyjskie słońce ma w sobie coś niezwykłego, jakąś moc magiczną. O wschodzie i o zachodzie świat wygląda inaczej, kolory są tak intensywne, tak ciepłe, że wydają się wręcz nierealne. Ma się wrażenie, że można się w nich zanurzyć, pogrążyć, zatonąć. Jak za dotknięciem różdżki znika brud ulicy, gliniane lepianki wyglądają pięknie jak pałace, a odrapane budynki giną wśród spływającej kaskadami z drzew, soczystej zieleni.
Przez całą drogę powrotną w głowie mam jedno marzenie, marzenie o soczystym arbuzie, który zostawiliśmy w hotelu. Czy po prawie całym dniu marszu na pełnym słońcu, drogą wijącą się przez pustynię można wyobrazić sobie coś wspanialszego niż chrupiący, pyszny arbuz? ...

PROTOKÓŁ Z MIEJSCA MAŁPIEJ ZBRODNI

1. Arbuz w całości zjedzony, skóra rozszarpana na kawałki i porozrzucana niedbale po pokoju

2. Cukier częściowo skonsumowany, a częściowo rozsypany po podłodze podobnie jak przyprawy kupione z myślą o zbliżającym się powrocie do Polski, wszystko to zmieszane z sokiem arbuzowym tworzy na podłodze zeschniętą breję.

3. Zorganizowane konwoje mrówek transportują resztki małpiej uczty w niewiadome miejsce.

4. Worek ze śmieciami podarty, zawartość porozrzucana po całym pokoju, jakby z pewną wściekłością i niezadowoleniem.

5. Ciuchy powyciągane z plecaków.

6. Moskitiera nad łóżkiem rozerwana, na prześcieradle, gdzieniegdzie, ślady małpich stópek.

Sprzątanie i usuwanie szkód trwało ponad godzinę. Po wnikliwym śledztwie, analizując dowody i ślady pozostawione przez nieproszonego, małpiego gościa, ustalono, że małpa dostała się do pokoju przez otwór wentylacyjny nad drzwiami. Jako, że okno w pokoju było zakratowane, opatrzone moskitierą i dobrze zamknięte, natomiast to na hotelowym korytarzu otwarte gościnnie, na oścież, prosto na ulicę, na której roi się tutaj od zbrodniczego małpiego elementu. Ślady małpich stóp na ścianie, upapranych w arbuzowym soku, nie pozostawiły śledczym najmniejszych wątpliwości, którędy do pokoju wtargnął ten sprytny, włochaty intruz...

DSC07054.jpg
Kids/ Dzieci

W Badami, prawie naprzeciwko dworca autobusowego, jest jedyna w miasteczku restauracja, która w swoim menu ma więcej niż dwie pozycje. Jak w tysiącach podobnych miejsc w Indiach, pracują tu dzieci. Dwóch chłopców w wieku 8, może 10 lat, od rana do wieczora, dzień po dniu, energicznie uwija się przy stolikach, przyjmuje i roznosi zamówienia, zbiera i myje brudne naczynia, przeciera stoły. W Indiach dojrzałość przychodzi szybko, a dzieciństwo jest luksusem danym niewielu. Dzieci w Indiach pracują wszędzie. Są tragarzami, przewodnikami dla przybywających z Europy turystów, sprzedają herbatę w pociągach, pracują w hotelach, restauracjach i ulicznych garkuchniach, są pucybutami, sprzątaczami, krawcami... Dzieci, a w szczególności chłopcy, pracują na utrzymanie rodziny podobnie jak ich ojcowie i bracia. Przedwczesna dojrzałość jest dziedziczna, to podarunek, który dostaje się od losu wraz z biedą.
Był upalny wieczór, gdy wybraliśmy się na kolację. W restauracji, która zwykle świeci pustkami – niespotykany tłum. Z trudem znajdujemy ostatnie dwa wolne miejsca. Wokół nas dzieci, mnóstwo dzieci. Są to jednak dzieci modnie ubrane, wesołe, dobrze odżywione, wygłupiające się beztrosko, dzieci z tak zwanych „dobrych” domów, gdzie niczego nie brakuje, dzieci ludzi zamożnych, umiejące czytać i pisać, które przyjechały tu na szkolną wycieczkę. Tego wieczora patrzyłam jak dzieci biedne – czytaj społecznie gorsze, naznaczone swoją biedą jak stygmatem, usługują dzieciom bogatym – czytaj społecznie wyróżnionym, lepszym, należącym do innego świata. Patrzyłam jak przynoszą im wodę, podają talerze, jak sprzątają wkoło ich stołów, jak biegną z dokładką ryżu na każde ich zawołanie. Był to widok być może bardziej okrutny niż cała nędza i bieda indyjskiej ulicy, którą widzi się tutaj na co dzień. Bardziej okrutny niż głód, bezdomność i okaleczenie.
Największą zbrodnią ludzkości, jej największą hańbą jest zabieranie dzieciom ich marzeń, okradanie ich z dzieciństwa i wciąganie ich w rzeczywistość sztucznych i niezrozumiałych, społecznych podziałów, w rzeczywistość różnic, które oddalają, ograniczają i stygmatyzują często na całe życie. Ekonomiczny porządek świata, z którego jesteśmy tak dumni, którym szczycimy się jako najwspanialszym owocem demokracji, postępu i cywilizacji sprawia, że każdego dnia miliony dzieci w Azji, Afryce i Ameryce Południowej, by ustrzec siebie i swoich bliskich od głodu, ciężko, fizycznie pracuje. W moich oczach oto największy wyrzut sumienia całej ludzkości.

Wysłane przez aidni 14:32 Kategoria Indie Komentarze (0)

On the way to Mysore/ W drodze do Mysore

sunny 30 °C
Zobacz South India January 2007 aidni's na mapie.

TEKST POLSKI POD TEKSTEM ANGIELSKIM
We ran away from Ooty, from the beautiful Nilgiri Hills. The persistent and unbearable cold, the humidity of the mist defeated us - newcomers of sunny Kerala, without major difficulties. Two of us got sick just the next day after our arrival. The decision was taken immediately: we must quickly turn back to a hot place.
DSC06932.jpg
Mysore - temple / świątynia w Mysore

We sat in our dilapidated bus. No mechanical skills were needed to notice that there wasn’t any shock absorbing devices. We squeezed our backpacks under the seats in order to leave a free passage for passengers, and wait for that magical moment when the bus will be full – the moment of departure.
Time is different in India. Nothing needs to begin and nothing needs to end at any precise hour. The bus is here and it will leave but when exactly no one knows. Don’t be to much “attached” to the scheduled departure times, it is just an approximate information, not a definite one. So if the departure is planned for 2 pm it means that the bus will leave around 2 pm but remember that “around” is understand in the categories of “more” or “less”. So the bus can leave at 5.30 pm as well as at 1.30 pm for example. And if we aren’t lucky the bus may not come at all. That’s why it is so important to be at right place in the right moment and wait. Waiting is a ritual apart. Waiting gives daily bread to a quite large bus station community. Vendors of everything: newspapers, food, fruits and chai (tea+milk+sugar+spices), beggars, crippled and children, dogs, cats, rats and in some places even monkeys and pigs, without even mentioning the cows. Both bus and railway stations are full of life, overcrowded, noisy and in constant movement they offer to Indians what they like the most.
So we were sitting and waiting in our bus in Ooty. Passengers were coming without haste. On the roof packing up luggage operations were at their high. When Indians travel they travel with uncountable bags, suitcases, boxes and sacks, and all this must be put on the roof of the bus, can’t be any exception, it’s a must. It takes a lot of time, because people are carrying with them a immense variety of things. During my travels to India I saw on buses roofs gaze bottles, wires, potatoes and rice, furniture…There are no limits, everything is acceptable if only it is possible to attach it somehow to the roof. When the passenger has finished with his luggage, he enters the bus, sit and wait for departure. Later when he gets of, he climbs again on the roof and remove, tighten, undo without haste his goods and the bus is waiting for him. No one is in hurry, time goes by slowly, aside, nobody thinks about it, nobody sees it, nobody cares about it.

The bus roared like a jet, steel shuddered with convulsions, screaming music emerged from shabby speakers. All conditions fulfilled, everybody’s ready for the awaited departure, when suddenly…
- Your backpacks must be put on the roof – “said” to us the driver assistant, who cares for the precision of the sometimes extremely dangerous operations of his colleague behind the wheel, sells tickets and manage the seats. He didn’t speak any English so we communicated with our hands and the help of other passengers. – If you won’t put your backpacks on the roof, we won’t leave – he menaced. Oh! So it began! Unfastening, pulling out, fastening again. When we finally managed to draw out all our backpacks (we were 4), the driver assistant changed his mind, certainly because he saw that this kind of operations are not simple and, to be honest, completely senseless. He said us to put the bags where they were before and gave the driver the sign for departure. Furious, amused and helpless, thrown from left to right each time when the bus passed on a road hole (which means actually all the time), we were fastening our bags to the seats once again not to let them fall out by the door hole. Yes, door hole, because there wasn’t any doors or windows. It was a public bus, economic and airy, private buses calling themselves “deluxe” are airless but they’ve got windows and doors and even carriers. India is a country of contrasts on every possible level.
The bus was shaking, up and down, left to right… Reading is impossible, because holding a book properly is impossible, forget about writing as well. You can only admire the landscapes. Then I saw the driver assistant coming. He sat at my left and smiled to me widely. I don’t know what it was suppose to mean but I hoped sincerely that he hadn’t change his mind about our backpacks once again. But he took a piece of paper and…began to draw!!! To draw!!! Just imagine. The bus shakes all the time, everybody’s trying to bear to anything and he is drawing! Practice makes perfect. After a while he gave me a really beautiful drawing of a peacock and he shook hands with all of us. He didn’t know any English but it was just obvious that in this uncommon way he wanted to say “I’m sorry”.
DSC06816.jpg
Maharajas palace/ Pałac Maharadży

We arrived to Mysore in the afternoon. It was hot, it was beautiful and there was South Indian Meal (rice, fried vegetables, sauces and chapaties) for 25 Rs. only. In the heart of the city a giant Maharajas palace. But not a thousand years old one, from the time of Ashoka the Great or, God save us, mentioned on the UNESCO World Heritage list, in contrary a completely modern one. Pomp and glamour, greatness and madness, indecent richness and lack of moderation and all this “decorated” with 90 000 bulbs. The simplest bulbs possible, installed one close to another along moulds, arcades, ornaments, windows, balconies and roof. Every Sunday they are lighten up, and according to what people told me, the palace is then really magnificent. Perhaps, but seen from near, please forgive me, they’re just ugly, vulgar bulbs.
DSC06869.jpg
Veg. market / Targ warzywny
DSC06891.jpg

My personal discovery in Mysore was the vegetable – fruit – flower and spices market, one of the biggest I visited in India. An absolutely amazing place, one of those I will always remember, due to its unique atmosphere. I always had a particular weakness for markets of any kind, but veg. markets especially. Because a market is not only a place where you can buy or sell something, this is so much more, at least when it comes to oriental markets. A market is a meeting point, it’s the place where bonds of friendship, love, sympathy are born, a place that has the power to unite the entire community. Many times I had the impression that, despite appearances, selling and buying are secondary matters.
Here is the tomatoes, onion and huge pumpkins sector. All stalls are identical, merchandise is identical, the prices are identical. No economical competition in western style. The spirit of this kind of places lies in never ending debate, everlasting discussion, repeated news and gossip. People talks all the time, they quarrel, reconcile, bargain…
Markets wake up early in the morning, when comes the trucks overloaded with goods. People starts to pile up fruits and vegetables in originally shaped forms, pyramids for example. When the sun is high enough above every stall a dark linen must be spread out, waste must be swept, rats, dogs and other animals, who every night come here for feast, expelled. The market is divided into strictly defined sectors. Here are the fruits and here the vegetables, and flowers over there (in extremely long, amazing garlands, or in giant baskets in kilograms), as well as the perfumes, incenses and spices in huge bags. No matter if it is morning, noon or evening, the spectacle of human passions settled in an extraordinary scenery of perfumes, colours, light and shadow.
Today when I think about India, rarely I see in my mind the famous Taj Mahal, the temples of Khajuraho, the overcrowded streets of Bombay or Maharajas palaces. Today when I think about India it smiles to me widely like an Indian woman sitting surrounded with her vegetables trying to convince me to buy her goods, it follows me like a bracelets vendor and it won’t let me forget just like I can’t forget this stunning mosaic of light, colours, sounds and perfumes of the market in Mysore.

POLSKI
Uciekaliśmy z Ooty, uciekaliśmy z pięknych Gór Błękitnych (Nilgiri Hills). Wszechobecny chłód, przeszywające nocą zimno i wilgotna mgła pokonały nas, przybyszów z gorącej Kerali, bez większych trudności. Połowa ekipy legła zakatarzona i rozgorączkowana już następnego dnia. Decyzja zapadła szybko, wracamy tam, gdzie jest ciepło.

Zajęliśmy miejsca w zdezelowanym autobusie. Gołym okiem było widać, że na amortyzację nie można liczyć. Poupychaliśmy plecaki tak, by nikomu nie zawadzały i czekamy grzecznie, aż autobus się zapełni. W Indiach czas płynie inaczej, nic nie musi zaczynać się ani kończyć o jakiejś wyznaczonej godzinie. Autobus jest i pojedzie, ale kiedy dokładnie, to dopiero się okaże. Rozkład jazdy należy traktować z przymrużeniem oka, jako informację orientacyjną i w żadnym stopniu niewiążącą. I tak, jeśli odjazd autobusu planowany jest na 14:00 to znaczy, że pojedzie on około godz. 14:00, przy czym „około” należy rozumieć bardzo szeroko i to zarówno w kategoriach plus jak i minus. Autobus może zatem pojechać zarówno o 15:30 jak i 13:30. Jeśli mamy pecha może się okazać, że autobus w ogóle nie pojedzie. Trzeba po prostu być na miejscu we właściwym czasie i cierpliwie czekać. A czekanie na autobus to cały rytuał. Z tego czekania w każdej miejscowości utrzymuje się pokaźna dworcowa społeczność. Handlarze wszystkiego, gazet, przekąsek, owoców i herbaty, żebracy, kalecy i dzieci, psy, koty, szczury a gdzieniegdzie nawet małpy i świnie o krowach nie wspominając nawet. Wokół dworców kwitnie życie, są tam często jedyne w mieście publiczne toalety, jest ruch i tłok i hałas, czyli to, w czym Hindusi czują się najlepiej.
Siedzieliśmy więc w naszym autobusie i czekaliśmy. Pasażerowie schodzili się bez pośpiechu. Trwała w najlepsze gimnastyka związana z ładowaniem pakunków na dach. Jeśli Hindus podróżuje to podróżuje obładowany torbami, walizkami, pudłami i workami, a wszystko to musi zapakować na dach, nie ma rady, to absolutny mus. Pakowanie to trwa czasem bardzo długo, bo i przewożone dobra to prawdziwe różności. W czasie moich podróży po Indiach widziałam na autobusach butle z gazem, opony, worki z ziemniakami i ryżem, meble… Przewozić można wszystko, bez ograniczeń, byle dało się jakoś przymocować. Kiedy właściciel uwinie się z załadunkiem swoich klamotów, wsiada do autobusu i czeka na odjazd. Później gdy wysiada, wspina się ponownie na dach i odwiązuje, zdejmuje, spokojnie ściąga swoje tobołki, a nowi pasażerowie dokładają swoje, wciągają, układają, przywiązują. Wtedy autobus czeka na nich. I tak w kółko. Nikomu się nie spieszy, czas płynie sobie spokojnie, jakby z boku, nikt się nad nim nie zastanawia i nikt go nie dostrzega, po prostu czas nikogo nie obchodzi.
Ryknęły silniki jak w odrzutowcu, zatrzęsła się w konwulsji blacha, krzykliwa muzyka poszła w głośniki. Wszystkie objawy kliniczne wskazywały, że nareszcie ruszymy, gdy nagle…
- Wasze plecaki musicie załadować na dach – dał nam do zrozumienia wymownie gestykulując, pomocnik kierowcy, który sprzedaje bilety, przesadza pasażerów i czuwa nad precyzją jego czasem karkołomnych manewrów. – Nie zładujecie, nie pojedziemy – zaszantażował. Ach! i zaczęła się zabawa. Odpinanie, wyciąganie spod siedzeń, zapinanie. Kiedy wreszcie udało nam się wydobyć nasze tobołki na środek autobusu, pomocnik widząc, że plecakowe manewry wcale nie należą do łatwych, zmienił zdanie i stwierdził, żebyśmy z powrotem je poupychali pod siedzenia i dał znak do odjazdu. Ogarnęła nas wściekłość zmieszana ze śmiechem i poczuciem bezradności. Rzucani jak worki z ziemniakami po nie dających się opisać wertepach, na nowo przywiązywaliśmy plecaki do siedzeń by nie wypadły po drodze przez otwór drzwiowy. Tak otwór drzwiowy, bo drzwi podobnie jak i szyb w oknach nie było. Był to autobus publiczny i przewiewny, prywatne nazywające siebie „deluxe” są duszne, ale mają i drzwi i okna, nawet prawdziwy bagażnik. Indie to kraj kontrastów na wszelkich możliwych poziomach.
Rzuca, trzęsie i tarmosi. Nie można czytać, bo nie sposób utrzymać książki prosto, o pisaniu nie ma mowy. Można tylko patrzeć się przed siebie lub podziwiać widoki za oknem.
Pomocnik kierowcy siada koło mnie i uśmiecha wymownie. Nie mam pojęcia, co to oznacza, mam tylko nadzieję, że nie zmienił znów zdania w sprawie plecaków. Wyciąga jednak jakiś kawałek kartki i … zaczyna rysować!!! Rysować!!! Wyobraźcie sobie tylko, wszystko wokół trzęsie się, każdy trzyma się czego się da, autobus podrzucany na kolejnych niemierzalnych dziurach drży jakby zaraz miał się rozsypać, a on rysuje! Praktyka czyni mistrza. Po chwili dostaję naprawdę śliczny rysunek pawia i wyciągniętą na zgodę dłoń. Nie znał angielskiego, ale zrozumiałam wyraźnie, że chciał nas przeprosić.
DSC06842.jpg
Us/ my
Do Mysore docieramy po południu. Jest gorąco. Jest pięknie i jest South Indian Meal (ang. południowo indyjskie danie czyli ryż, smażone warzywa, kilka sosów i indyjskie chlebki czapati) za 25 rupii, dokładki bez ograniczeń. W samym sercu miasta gigantyczny pałac Maharadży. Nie tam jakiś tysiącletni, pamiętający czasy Ashoki i nie daj Bóg wpisany na listę dziedzictwa światowego UNESCO, ale jak najbardziej współczesny. Blichtr i cukierkowy przepych, rozmach i szaleństwo, nieprzyzwoite bogactwo i całkowity brak umiaru a wszystko to upstrzone 90 000 najzwyklejszych w świecie żarówek przymocowanych jedna przy drugiej, wzdłuż gzymsów, arkad, ornamentów, okien, balkonów i dachu. Ponoć co niedzielę zapalane są wszystkie, co sprawia, że pałac wygląda nadzwyczajnie i magicznie. Być może, z bliska jednak są to po prostu, wybaczcie mi to słowo, wulgarne żarówki.
DSC06853.jpg
Young tailor/ młody krawiec
Moim odkryciem w Mysore był targ warzywno-spożywczo-kwiatowy, bodaj największy jaki odwiedziłam w Indiach. Miejsce niesamowite, jedno z tych, które swoją niezwykłą atmosferą odcisnęło trwały ślad w mojej pamięci. Zawsze miałam ogromną słabość do targów przeróżnych, a warzywnych w szczególności. Targ to bowiem miejsce pełne życia, na które nie przychodzi się wyłącznie po to by coś kupić lub sprzedać. To coś znacznie bardziej doniosłego, przynajmniej na Wschodzie. Targ to przede wszystkim miejsce spotkań, budujące więzi, scalające wspólnotę i nie raz miałam nieodparte wrażenie, że handlowanie jest tu o ironio zajęciem raczej drugorzędnym. Oto alejka pomidorów, cebuli i wielkich dyni. Każdy stragan identyczny. Towar dokładnie ten sam. Cena wywoławcza taka sama. Nikt z nikim nie konkuruje w europejskim stylu, klienta nawołuje się i zachęca do zakupów wyłącznie werbalnie, jednak nikt nie załamuje rąk, gdy klient wybierze pomidory ze straganu obok. Bo tak naprawdę żywiołem takich targów jest wieczna debata, niekończąca się dyskusja, targ jest żywiołem informacji i plotek. Słowa i okrzyki płyną wartkim strumieniem. Ludzie nieustannie rozmawiają, przekomarzają się, kłócą i godzą, targują o każdy grosz, wyliczają i przeliczają.
Życie na targu zaczyna się o świcie. Wypakowane po brzegi ciężarówki przywożą towar. Zaczyna się gorączkowe rozładowywanie i układanie warzyw i owoców w zmyślne formy np. piramidki. Nim słońce wzejdzie zbyt wysoko trzeba rozwiesić na straganem ciemne płótno, zamieść odpadki, przegonić szczury, psy i inne stworzenia, które w nocy przyszły się najeść do syta. Każda alejka ma wąską specjalizację. Tu owoce a tu warzywa, tam kwiaty (sprzedawane na metry w postaci przepięknych girland, lub na kilogramy – same kwiaty bez łodyżek), tam perfumy, olejki eteryczne i kadzidła, a tam przyprawy w wielkich workach. Niezależnie od pory dnia trwa tu zawsze prawdziwe widowisko ludzkich namiętności i istna rewia zapachów, kolorów, taniec światła i cienia.
Gdy myślę o Indiach rzadko kiedy przed oczami staje mi Taj Maral, świątynie w Khajuraho, zatłoczone ulice Bombaju czy pałace Maharadżów. Gdy dziś myślę o Indiach uśmiechają się one do mnie szeroko jak straganiarki zachwalające swoje produkty, chodzą za mną jak sprzedawca bransoletek i piszczałek przeróżnych i nie pozwalają o sobie zapomnieć jak ta niezwykła mozaika światła, kolorów, dźwięków i zapachów z targu w Mysore.

Wysłane przez aidni 15:37 Kategoria Indie Komentarze (0)

India is everyone's homeland/ Indie to ojczyzna wszystkich

Kerala - 19-26 january/ stycznia 2007

28 °C
Zobacz South India January 2007 aidni's na mapie.

WERSJA POLSKA POD TEKSTEM ANGIELSKIM
I hadn’t much luck that day. I was walking down a steep street, when suddenly I slipped and fell. My heavy backpack pinched me without mercy and in a second my left knee became red of blood. I sat on a step of somebody’s house and started first aid operations in western style – spilling a half bottle of a popular disinfectant on my injured knee. Few minutes ago there was nobody here but then I looked and saw a group of Indians observing me with great interest. I don’t know how and when someone brought coconut oil (used to cure wounds), someone else herbs and another one proposed to call a doctor. Oh Indians! When you’ll ask them the price they will multiply it by five for you and even if you’ll bargain hard, at the very end they will be the winners. When you’ll ask the way to a hotel they will take you there smiling widely but the receptionist will add to your bill a bakshish that you won’t be aware of. You’ll ask direction and everybody will give you different indications, they will rather let you wander than admit their ignorance. They’ll walk behind you all the day long to break your patience and sell something that you don’t really want and need, and this for the double price! They will cheat you, lie to you and earn on you always with their everlasting smile, and that smile will be even bigger if you discover the rules of their game. However if you’ll be in a real need they will always offer you sincere help, expecting nothing in return. Insensibility towards someone’s request for help is unknown among Indians. Once in Jaipur, one of my companions had a nose haemorrhage. She was immediately taken out of the sun to the nearest shop, she received cool water to drink and put on her neck. The owner didn’t want any money, truly satisfied with our sincere “thank you”. This is one of the uncountable Indian paradoxes, that fulfil your mind with great stupefaction at every moment. Paradoxes are waiting for you on every corner of the street, in buses, in trains, in hotels and restaurants. You can’t escape them, cause they are the pure essence of this country and its people.
on_the_beach.jpg
Varkala
I was sitting with my wounded knee in Munnar in the state of Kerala. Oh yes “Kerala”-pronouncing this word for Indians is like whispering a delicate, idyllic dream. How not to be amazed indeed! Imagine a land where forests of coconut palms covers the valleys of the Western Ghats, imagine large beaches crowned with a high, red cliff and the Arabic Sea so warm, calm and blue like sky itself! How not to fall in love in a land of canals, meandering through stunning nature, canals taking you for hours, or even days lasting trips, on board of a luxurious boat with a cook and high class hotel services (option for rich and comfort liking people) or a public ferry (15 Rs. for a two hours long excursion – this is not a mistake).
large_canals.jpg
A luxurious boat / Łódź luksusowa
daily_life..illages.jpg
Daily life of the villagers in Kerala/ Codzienne zycie na wsi w Kerali
a_little_p..kwaters.jpg
Backwaters/ Kanały
This is not a fairy-tale, Kerala really exists and Munnar is situated in the eastern part of the state, where steep hills are entirely covered with tea fields and stays proudly the highest peak of southern India – Anamundi (2695 m).
Due to the little knee accident, the mountain became inaccessible to me so I decided to visit the nearby tea-fields and Munnar is very famous for its tea.
The tea-plantations, especially when they are so large like here, are really impressing. Perfectly trimmed bushes, shining of intense green, overgrowing steep hill-sides and between those bushes a labyrinth of narrow lanes! When you look at it from distance you’ve got the impression that someone laid a giant green carpet before you. Arriving here in an typical, crumbling Indian bus you don’t care any more for the dangers of the road and your risk-liking, typical Indian driver, because this amazing green tea-carpet is mesmerizing, hypnotising you, and scattering your attention like magnet.
DSC06722.jpg
Near Munnar/ Okolice Munnar
So I entered into those fields, hobbling on the meandering lanes. Noon was close. Sun was burning without mercy. Looking for shadow I sat for a while under a huge rock. Being alone in India is not an usual experience, but at this precise moment I was completely alone. Being all alone for Indians is a real disaster. Indians are living together, very close one to another. Nobody here seeks solitude, nobody need it, in contrary solitude is a curse. That’s why my moment of loneliness was a real short one. Trough silence and vibrant, hot air I’ve heard somebody’s steps, and a buzzing melody. And then I saw him coming, a mid-aged man with a canister of some liquid on his back and a sprayer. When he saw me, he smiled immediately and greeted me sincerely. His work consisted on fighting pests destroying tea bushes. He comes here everyday and control the hill-side for which he is responsible. We talked for a while, sitting under the big rock and looking at the awesome, natural carpet. I answered some typical questions, where I’m from, what’s my job, do I like India…surprisingly he didn’t ask me if I was married. I told him about Poland, that tea doesn’t grow in my country and that at the moment it’s very cold there, really freezing…
- Are you Christian? – he asked a bit out of the blue I must admit.
- Yes - I replied
- Me too – he smiled widely. Despite all differences between us he found something common, something that we could share.
- Here in India you’ve got probably all the religions of the world and still people lives in peace – I said.
- Yes, you’re right – he answered – India I everybody’s homeland.
W talked for a longer while after that, drinking water and eating fruits, and then he walked his way and I walked mine.
But this sentence, those four words “India is everybody’s homeland” had the power to described neatly the essence, the true experience of India that was mine. That’s why these words sank in my memory so deeply. No matter how much we judge India exotic and different of our European countries, being there we feel so easily, naturally like home.
India is everybody’s homeland. In the little town of Munnar, on the three main streets, three temples: a church, a Hindu temple and a mosque. At 6 pm the muezzin start his prayer for the glory of Allah, a couple of minutes after the Hindu priests begin their evening celebrations clamoured a little bit down by Christian songs emerging from big, wheezing speakers.
The three temples, one close to another in a peaceful neighbourhood! What an incredible picture! In this world, where most of the conflicts, wars and genocides are committed in the name of religions, there is a country where these religions coexist together perhaps not in the atmosphere of a perfect understanding, but tolerance for sure. If it’s possible here, why it is not possible elsewhere?
India is everybody’s homeland. It’s the country of 18 official languages, different cultures, a diversity that cannot be described. Here live followers of all religions of the world as well as uncountable sects and gurus, here the Tibetan refugees found their new home as well as many immigrants from the bordering countries. Many Europeans choose India to be their new homeland. “No matter where you come from and no matter where are you going – says a hit bollywood song lyrics – you’re already a part of this land”. India is also your country, because India is everybody’s homeland.

POLSKI
Pech chciał, że schodząc stromą, wybetonowaną uliczką pośliznęłam się i upadłam, a ciężki plecak przygniótł mnie bezlitośnie. Moje lewe kolano z miejsca zalało się krwią a szczęki zwarły się mocno w grymasie bólu. Siedząc na schodku u wejścia do jakiegoś budynku przeprowadzam dezynfekcję po europejsku, wylewając na moją ranę pól butelki wody utlenionej. Wcześniej było tu zupełnie pusto, ale nim zdążyłam syknąć z bólu wokół przyglądała mi się już z zainteresowaniem grupka Hindusów. Nie wiedzieć skąd zjawił się ktoś i nieśmiało zaproponował ojej kokosowy (ponoć doskonały na rany), ktoś inny zioła, inny znów chciał wzywać lekarza. Ach Hindusi! Gdy będziesz pytał ich o cenę pomnożą ją pięciokrotnie i chociaż będziesz się targował zacięcie i tak wyjdą na swoje. Gdy zapytasz o drogę do hotelu zaprowadzą Cię radośnie pod same drzwi, ale recepcjonista bez twej wiedzy doliczy Ci bakszysz za tę usługę. Zapytasz o drogę i każdy wskaże Ci inną, prędzej pozwolą Ci błądzić niż przyznają się do własnej niewiedzy. Będą chodzić za Tobą cały dzień, aby złamać twoją cierpliwość i sprzedać Ci coś, czego nie chcesz i to za znacznie wygórowaną cenę! Naciągną Cię, wprowadzą w błąd, zarobią na Tobie z beztroskim uśmiechem i śmiać się będą tym bardziej gdy rozszyfrujesz ich zamiary, ale gdy będziesz w potrzebie zawsze przybędą z bezinteresowną pomocą, okażą Ci prawdziwą troskę. O żadnej znieczulicy i obojętności nie może być mowy. Kiedyś, gdy byłam w Jaipurze, moja towarzyszka podróży dostała krwotoku z nosa. Natychmiast zabrano ją z palącego słońca do pobliskiego sklepu z odzieżą, dano jej wodę i schłodzono kark. Właściciel nie chciał żadnej zapłaty i cieszył się naszym szczerym „dziękuję”. Oto jeden z niezliczonych indyjskich paradoksów, które zaskakują na każdym kroku, czyhają za zakrętem, w autobusie, na ulicy i pociągu. Nie sposób od nich uciec, są one esencją samą tego kraju i jego mieszkańców.
in_the_tra..akumari.jpg
On the way to Varkala / W drodze do Varkali

A siedziałam tak z moim zakrwawionym kolanem w Munnar, w stanie Kerala.
„Kerala” - już samo brzmienie tego słowa u Hindusów wywołuje idylliczne skojarzenia. No bo jak tu nie wpadać w zachwyt! Wyobraźcie sobie krainę, w której gęste lasy palm kokosowych rosną u stóp malowniczego grzbietu Ghatów Zachodnich, wyobraźcie sobie szerokie plaże zwieńczone wysokim, czerwonym klifem i Morze Arabskie ciepłe, spokojne i niebieskie jak samo niebo! Jak nie zakochać się w krainie kanałów, które w odróżnieniu od tych weneckich biegną nie wśród zabytkowych budowli a palm i oszołamiającej przyrody, kanałów, po których można żeglować całymi dniami na pokładzie luksusowej łodzi z kucharzem i obsługą jak w prawdziwym hotelu (opcja dla zamożnych i komfortolubnych) lub też zwykłym promem publicznym (15 rupii czyli ok. 1,20 zł – to nie pomyłka – za dwugodzinny rejs).
in_public_ferry.jpg
In public ferry/ Na promie

stunning_nature_2.jpg
Backwaters/ kanały

amazing_sunset_2.jpg
Sunset in Varkala/ Zachód słońca w Varkali

To nie są bajki, Kerala naprawdę istnieje. A Munnar leży w głębi Kerali tam, gdzie strome wzgórza porastają pola herbaciane i stoi dumnie najwyższa góra południowych Indii – Anamundi. (2695m n.p.m.).
Góra z oczywistych względów stała się dla mnie zupełnie nieosiągalna, zostały mi więc pola herbaciane. A Munnar słynie z herbaty. Pola herbaciane, szczególnie gdy są tak rozległe jak tutaj tworzą widok prawdziwie niezwykły. Równiutko wystrzyżone krzewy o żywej, zielonej barwie, piętrzą się na zboczach stromych gór. Między krzewami labirynt ścieżek. Z daleka wygląda to jak dywan, gigantyczny zielony dywan. Jadąc tu po stromych serpentynach z zawrotną prędkością, znaną tylko szalonym indyjskim kierowcom, człowiek nie zważa już na niebezpieczeństwa drogi, na dyskomfort jazdy po dziurach i dołach, bo widok zielonego, herbacianego dywanu urzeka od razu, hipnotyzuje i przyciąga jak magnes.
DSC06786.jpg
Tea carpets/ Herbaciane dywany

Weszłam więc w te pola i kuśtykałam samotnie po wijących się zakosami ścieżkach. Zbliżało się południe. Słońce grzało niemiłosiernie. Szukając cienia, usiadłam na chwilę pod ogromnym głazem. Rzadko kiedy w Indiach można być samemu. A ja byłam zupełnie sama. Samotność to dla Hindusa ogromne nieszczęście. Hindusi żyją razem, blisko siebie, jeden obok drugiego. Nikt samotności nie szuka, nikomu nie jest ona do niczego potrzebna, przeciwnie, jest przekleństwem. Dlatego też moja chwila samotności nie trwała długo. Wśród ciszy i stojącego powietrza dały się słyszeć kroki i jakaś nucona cicho melodia. Zza zakrętu wyłonił się mężczyzna ze zbiornikiem jakiejś cieczy na plecach i spryskiwaczem. Na mój widok uśmiechnął się szeroko, podszedł i uścisnął mi rękę na przywitanie. Jego praca polegała na tępieniu szkodników niszczących herbaciane krzewy. Codziennie przychodził tu i doglądał przydzielonego mu wzgórza. Wymieniliśmy parę grzeczności. Odpowiedziałam na serię standardowych pytań, skąd jestem, co robię, czy podobają mi się Indie...o dziwo nie zapytał czy mam męża. Opowiadałam mu o Polsce, o tym, że u nas herbata nie rośnie i że teraz jest zimno i bardzo nieprzyjemnie.
- Czy jesteś chrześcijanką? – zapytał dość nieoczekiwanie.
- Tak. – odpowiedziałam.
- Ja też - Uśmiechnął się porozumiewawczo. Mimo różnic, które nas dzielą znalazł coś co łączy i to go ucieszyło
- Macie tu w Indiach chyba wszystkie religie świata, a jednak ludzie żyją ze sobą w pokoju. – pozwoliłam sobie na małą obserwację.
- Tak to prawda- odpowiedział z satysfakcją– Indie to ojczyzna wszystkich.
Rozmawialiśmy jeszcze chwilę, podzieliśmy się wodą i przekąskami i każde z nas poszło w swoją stronę.
Jednak to, co powiedział, utkwiło mi w pamięci. To zdanie, te kilka słów „Indie to ojczyzna wszystkich” miało w sobie moc i zawierało całą istotę, zgrabnie opisywało to, co czuje się podróżując po tym kraju. Jak egzotyczny by on nie był, jak bardzo zaskakujący i inny od naszych europejskich ojczyzn, czujemy się tu jak u siebie, swobodnie, jak w domu.
Indie to ojczyzna wszystkich. W mieścince jaką jest Munnar przy trzech głównych ulicach, stoją trzy świątynie: Kościół chrześcijański, świątynia hinduska i meczet. O 18:00 muezin rozpoczyna swój śpiew na chwałę Allacha, chwilę później wieczorne modlitwy zaczynają hindusi nieco zagłuszani przez chrześcijańskie pieśni płynące z ogromnych, charczących głośników. Stoją jedna obok drugiej w zgodnym sąsiedztwie. W takiej chwili ogarnia człowieka szczere zdumienie. Na świecie, targanym konfliktami, wojnami i okrutnymi mordami, których jedynym celem, sensem i uzasadnieniem są religie, takie czy inne, istnieje kraj, gdzie te same religie koegzystują razem, może nie w duchu zrozumienia i dialogu, ale tolerancji na pewno. Pytanie nasuwa się samo: skoro jest to możliwe tutaj, dlaczego nie jest możliwe gdzie indziej?
Indie to ojczyzna wszystkich. To kraj 18 języków urzędowych, odmiennych kultur, nieopisanej różnorodności. Mieszkają tu wyznawcy wszystkich religii świata oraz niezliczonych sekt i odłamów, tu znaleźli schronienie uciekinierzy z Tybetu, imigranci z wielu państw ościennych, a także wielu Europejczyków, którzy czują się tu bardziej u siebie niż we własnym kraju. „Nieważne skąd przybywasz podróżniku i nieważne dokąd zmierzasz – mówią słowa piosenki – jesteś już częścią tej ziemi”. Indie to także twój kraj, bo Indie to ojczyzna wszystkich.

Wysłane przez aidni 10:27 Kategoria Indie Komentarze (2)

At the Bottom of India / Na krańcu Indii

18 January/ Stycznia 2007

sunny 28 °C
Zobacz South India January 2007 aidni's na mapie.

WERSJA POLSKA POD TEKSTEM ANGIELSKIM
- Madame one photo, please. Said smiling a young Indian woman and put her own baby on my hands. She wasn’t alone. There was a dozen women like her around me, who came with their husbands, fathers and brothers, sisters and mothers, uncles, aunts, mothers and fathers in law, cousins and friends. All families and each on his own wanted to have a photograph with me. A short while and here I’m – the hero of certainly the most unusual photo session in my life. How did it come to that...?
The_bottom_of_India.jpg
The bottom of India/ Kraniec Indii

We reached Cape Comorin – the southernmost point of the subcontinent, at 3 am. The night was warm, the little town of Kanyakumari totally asleep and I was standing at the very end of the land, where the Indian Ocean meets Arabic Sea. Such places posses some kind of inner magic. There are easily recognizable, there are the points that help you to orient yourself towards the rest of the world. When you reach such place, you can see with the eyes of your imagination how far away you are from home and how incredibly long distance is already behind you. For the Indians it’s a holy place, here divine India – their Mother - ends (in contrary of what we are used to in Europe, patriotism in India has its spiritual dimension), that’s why there is a temple here and next to it the Ghandis mausoleum, where his ashes were left before being scattered at the holy Ganga.
This same place during the day looked completely different. Crowded and noisy, with souvenir vendors, Indian tourists (people from the West are rarely seen here), pilgrims, beggars, homeless animals, children and holy men offering their blessings for few rupees.
It all started with an innocent request for one photo and then a second, third and fourth one… I can’t even remember exactly when I lost the control of the situation. Within a while I was already surrounded by crowd. Someone put a necklace around my neck, earrings in my ears and bracelets on my hands. Indian women were decorating me like a Christmas tree with their own jewels. Ladies and Gentlemen here we go! Cheese! Photo series with children on my hands, arms, anchored to my legs and neck. Cheese! Photo series with women in colored saris, all positions and configurations tested. Cheese! Photo series with men smiling widely to the camera and looking triumphant, Indian men are very partial to western woman. I’m surrounded, no escape is possible. Someone brought a photographer from the town. Photo series start again, from the beginning but now with a professional. Everybody together and alone, sitting, standing with the sea behind and the temple, etc., etc. The photographer charges 10 rupees per picture, it’s a lot in a country where a hard working waiter in a restaurant got 30 for his day long effort. Despite that clients are many.
the_port.jpg
Coloful port/ Kolorowy port

men_in_the..g_boats.jpg
Boatyard/ szkutnicy

I never actually understood what makes a white woman so exceptional for Indians. I’m not speaking here about Indian men, this is a completely different question but about Indians in general. A white woman is very often asked to be photographed with a family, with students or school classes, with pilgrims in temples, mothers gives her their babies just to see her holding them in her arms for a while. Everybody wants to shake your hand and say at least “hello”. My little investigation in that matter is still not finished.
After 30 minutes of being a photo model I was sure of one thing: I’m certainly not made for fame, popularity and uncountable fans! All celebrities have a difficult life, believe me. Finally I said a firm and strong „no” to the next kind request for photo and simply ran away from my „beset fortress”.

At the bottom of India there is a fishermen village. Set aside, away from souvenir markets, the whole tourist city, hotels, restaurants and shops. I would probably never came to visit it if there wasn’t this high neo-gothic church entirely painted in … yellow! Build in the center of the village it dominated it. Though the village is very colored it is now in mourning. Black flags on every house, the bishops portrait in almost every window. In some larger streets altars to commemorate the dead man. Christianity in India wears a Hindu outfit. The priests are subjects of worship just like the local gurus. To enter a church you need to take off your shoes just like in Hindu temples, you will find there the same smell as well. The smell of flowers and incense. The Christian temples, even though they try to imitate the western sacral architecture, are simply unable to avoid to be partial to kitsch, which is the irrefutable element not only of the modern popular Indian culture, but of the outer appearance of Hinduism. That’s why churches are often paint in “crazy” colors, like rose or yellow and the statues of Jesus or Maria are decorated with Christmas tree lights in every possible color.
Boas_in_the_port.jpg
Boats in the port/ łodzie rybackie w porcie

During the day the village looks empty. It’s just an illusion because during the day it’s the port that organizes everyone’s life. The port is arc shaped with multicolored boats moored closely alongside. In the north a boatyard where work never stops. Almost every minute a boat full of fish comes while another one leaves for the sea. Along the shore children pays with everything that their powerful imagination is able to change into a toy. From the breakwater a gorgeous, panoramic view of the village is spread before you. The wind is very strong. On the top of a hill, a Christian cemetery. Crosses and tombs in European style surrounded by banana trees and coconut palms create a really exotic landscape. At the entrance old men play chess. Further, in the narrow and serpent lanes, women dry fish that their husbands caught the day before. They simply lay them on the ground. When the sunset comes the village glitters with intensive colors and life comes back to the little streets of Kanyakumari.

POLSKI
- Madame one photo, please (Madame, jedno zdjęcie, proszę). Młoda kobieta daje mi na ręce swoje kilkumiesięczne niemowlę i uśmiecha się szeroko. Takich jak ona jest wokół mnie kilkanaście a wraz z nimi ich mężowie, ojcowie, bracia, siostry i matki, wujkowie, ciotki, teściowie, kuzynki i kuzyni, krewniacy i znajomi. Całe rodziny i każdy z osobna chce mieć ze mną zdjęcie. Jedna krótka chwila wystarczyła, bym stała się bohaterką najbardziej niezwykłej sesji zdjęciowej w moim życiu. A było tak...
Dojechaliśmy na Przylądek Comorin (Kanyakumari) – najdalej wysunięty na południe kraniec Indii, o 3 nad ranem. Noc była ciepła, miasteczko spało twardym snem, a ja stałam na końcu lądu, tam gdzie Ocean Indyjski i Morze Arabskie wpadają sobie w ramiona. Takie miejsca mają w sobie jakąś niezwykłą, prawie mistyczną moc. Są łatwo rozpoznawalne, są punktami, które ułatwiają orientację, pozwalają określić swoje położenie względem reszty świata. Docierając w takie miejsce, oczyma wyobraźni podróżnik widzi siebie na mapie i uświadamia sobie z całą mocą jak daleko jest od domu i jaki szmat drogi ma już za sobą. Jest to święte miejsce dla Hindusów – tu kończą się boskie Indie – ich matka (inaczej niż w Europie, w Indiach patriotyzm ma swój wymiar religijny), dlatego stoi tu duża świątynia a tuż obok mauzoleum ojca narodu – Ghandiego, gdzie przez pewien czas spoczywały prochy wielkiego przywódcy nim oddano je świętej rzece Ganges.
men_watching_sunset.jpg
Men watching sunset/ Mężczyźni obserwujący zachód słońca

W tym samym miejscu, gdy przyszliśmy tu ponownie nazajutrz rano, było już gwarno i tłumnie. Roiło się od sprzedawców pamiątek, indyjskich turystów (biali rzadko tu zaglądają) i pielgrzymów, żebraków, bezdomnych zwierząt, dzieci i świętych mężów udzielających błogosławieństwa za kilka rupii.
Zaczęło się od niewinnej prośby o jedno zdjęcie, potem drugie i trzecie... Sama nie wiem kiedy sytuacja wymknęła się spod kontroli. W przeciągu krótkiej chwili zostałam otoczona przez pokaźny tłum. Na mojej szyi zawisły korale, wisiorki i inne ozdoby, w uszach kolczyki, a na rękach bransoletki. Hinduski pościągały z siebie swoje klejnoty by mnie jakoś przyozdobić. Pstryk! Oto ruszyła seria zdjęć z dziećmi na rękach i ramionach, uwieszonych na szyi i nogach. Pstryk! Teraz w obiektywie wszystkie możliwe konfiguracje i ustawienia tym razem wśród barwnie ubranych kobiet. Pstryk! Triumfująco uśmiechają się otaczający mnie Hindusi, znani wszem i wobec ze swej słabości do białych kobiet. Jestem szczelnie otoczona, ucieczka jest niemożliwa. Ktoś sprowadził z miasteczka fotografa. Ustawianie i fotografowanie zaczyna się na nowo. A to wszyscy razem, a to osobno, a to siedząc, a to stojąc, a to z morzem w tle, a to ze świątynią itd. Fotograf za każde zdjęcie każe sobie słono płacić – 10 rupii (ok. 80 gr.), w kraju, gdzie za cały dzień ciężkiej pracy kelner w restauracji dostaje ich 30 (ok. 2,50 zł.) to naprawdę dużo, mimo to chętnych nie brakuje.
Nigdy nie zdołałam zrozumieć, co takiego ma w sobie biała kobieta, że w oczach Hindusów staje się kimś wyjątkowym, prosi się ją o wspólne zdjęcie z całą rodziną, klasą na szkolnej wycieczce, pielgrzymami w świątyni, że matki dają jej na ręce swoje kilkumiesięczne niemowlęta, mimo ich donośnych i stanowczych protestów. Każdy chce uścisnąć jej rękę, zamienić choćby zdanie. Pytani o to Hindusi odpowiadają wymijająco lub w ogóle. Podczas mojego pierwszego pobytu w Indiach dowiedziałam się, że ponoć żona Ramy, jednego z najważniejszych bóstw hinduizmu, była biała, ale to wiadomości niepotwierdzone. Moje małe śledztwo w tej sprawie jeszcze nie znalazło pomyślnego zakończenia.
Po pół godzinie pozowania do zdjęć, jedno wiem na pewno: nie dla mnie sława, popularność i rzesze wielbicieli! Ostatkiem sił i woli mówię „nie” na kolejną prośbę o zdjęcie i ewakuuję się z mojej „oblężonej twierdzy”.

the_port__.._church.jpg
The port, the village and the yellow church/ port, wioska i żółty kościół

Na krańcu Indii jest rybacka wieś. Leży na uboczu, z dala od straganów z pamiątkami, turystycznego city, hoteli, restauracji i sklepików. Nigdy bym tam pewnie nie trafiła, gdyby nie zaintrygował mnie neogotycki kościół pomalowany w całości na... żółto! Stoi w samym sercu wioski i góruje nad nią. Wioska choć kolorowa wszystkimi barwami tęczy, pogrążona była w żałobie. Na każdym domu czarny kir, co rusz gdzieś portret księdza biskupa. Na niektórych większych uliczkach ołtarzyki upamiętniające zasłużonego. Chrześcijaństwo w Indiach ubrane jest w kostium hinduizmu. Kapłani otaczani są czcią podobną do tej, którą cieszą lokalni guru. Do kościołów wchodzi się boso, jak do hinduskich świątyń, jest tu i ten sam zapach kadzideł i mnóstwo kwiatów. Chrześcijańskie świątynie chociaż z jednej strony starają się imitować architekturę Zachodu z drugiej nie potrafią oprzeć się zamiłowaniu do kiczu, który jest nieodpartym elementem nie tylko popularnej kultury Indii, ale i zewnętrznej oprawy hinduizmu. Stąd też szalone kolory w kościołach, np. róż lub wściekła żółć i lampki choinkowe migające różnymi kolorami wokół posągu Jezusa czy Maryi.
smiles.jpg
Boys in the port / Chłopcy w porcie

W ciągu dnia wioska wydaje się pusta. Wydaje się, bo w ciągu dnia całe życie toczy się w porcie. Ma on kształt półkola, na którym stoją gęsto zacumowane, kolorowe łodzie. Nieco dalej na północ warsztat szkutniczy, praca trwa tam nieustannie. Co rusz do portu przypływają rybacy z sieciami pełnymi ryb, co rusz inni wypływają w morze. Po brzegu biegają dzieci bawiąc się wszystkim, co wpadnie im w ręce i co ich dziecięca wyobraźnia zdolna jest przemienić w zabawkę. Z falochronu, o który rozbijają się z impetem potężne fale, roztacza się piękna panorama wioski. Wiatr urywa głowę. Na niewielkim wzniesieniu, góruje nad portem chrześcijański cmentarz. Krzyże i nagrobki w europejskim stylu, otoczone bananowcami i palmami kokosowymi tworzą egzotyczny krajobraz. Przy wejściu mężczyźni grają w szachy. Dalej w krętych uliczkach kobiety suszą na słońcu złowione przez mężów ryby rozkładając je po prostu na ziemi. Gdy zachodzi słońce cała wioska nabiera niezwykłych barw, a życie wraca z portu ponownie w wąskie uliczki Kanyakumari.

Wysłane przez aidni 17:14 Kategoria Indie Komentarze (0)

Pondicherry

by bike trough Indian traffic jungle / rowerem przez chaos indyjskich dróg - 13-14 January/ Stycznia 2007

sunny 28 °C
Zobacz South India January 2007 aidni's na mapie.

WERSJA POLSKA POD TEKSTEM ANGIELSKIM
The true queen of Pondicherry is the Mother. You can meet her everywhere, in each hotel, shop, restaurant or market, on each corner of the street, in every heart and soul. Wherever you look you meet her kind but severe eyes. Isn’t it ironic that in this former French colony the hearts of the ingenious inhabitants, who fought with so much determination for the independence of their country, were peacefully conquered by the Mother, a Frenchwoman born in Paris from Arabic origin parents. She joined the famous guru and Yogin Sri Aurobindo in his Ashram in Pondicherry in 1914. She quickly became his most important student and after his death she became the leader of the whole community (for more information about her incredible life see http://en.wikipedia.org/wiki/The_Mother). The Mother have built Auroville, an international – independent village/ town where at the moment live about 1500 people from 33 different countries. The idea was the create an ideal place, where peace, love and respect were the ultimate rules. An utopian dream that she decided to make real.
Auroville is just 10 km away from Pondicherry. Rent a bike and go – it seems so easy! But not in India, where things that are easy and obvious for us Europeans appears to be a big problem, and other way round: things which are impossible in our eyes, here suddenly become simple and normal. After having lost a lot of time searching bikes for rent, asking locals for directions and receiving each time completely different instructions, we finally manage to find good looking bicycles and start our ride to Auroville.
Amazed by the colorful fishermen district (north from the main promenade) I didn’t realize at first what a challenge it will be to face the Indian traffic reality. But when I was driving my bicycle on the main road Pondicherry – Madras, surrounded by the cacophony of claxons, in the heart of chaos, that I was completely unable to comprehend, with dusty and extremely polluted air that was “biting” my throat… I slowly realized that it will be the most difficult and the most dangerous 10 km (20 km if you add the way back) during this journey.

Pondy-traffic.jpg
Traffic in Pondicherry/ Ruch w Pondicherry

You don’t know anything about Indian traffic if you only experienced it as a bus or taxi passenger. To understand this exotic highway code you need to drive a vehicle yourself and personally I will recommend a bicycle. Why a bicycle? Let me explain.
The first and absolutely basic rule in Indian traffic, that you learn immediately, is the rule of the strongest. The more your vehicle is big the more it is important on the road. The bicycle, as the weakest from all often very strange Indian vehicles, is the most concerned by this eternal rule of the jungle. The second rule is the rule of the claxon. The claxonless bicycle is automatically destitute of vote rights and carried by the road like by a mad river flow. To increase your chances for survival, stay as close as possible to the “traffic river bank” and learn the claxon alphabet. Yes this is not a cacophony it’s a whole language. Each kind of vehicle got a particular “tone” of claxon. For example the motorikshaw uses sounds that remember me Donald Duck’s voice. Motorbikes uses the tones of European personal cars and the ambassador, white taxis got a more deep “voice”. But the deepest tones belongs to giant buses and good carries (trucks).

The road is full. Although I’m driving on its bank, on my right, close at hand a rikshaw which is just overtaken by a mad motorbike, going very fast and having great luck not crashing on a truck. Absolute concentration needed, losing balance is synonym of great life risk, avoid to look back! I’m not feeling any heat and that the noise is making a hole in my brain, I’m not feeling anything and I’m not thinking about anything else than driving. For a moment I got even an illusion of stability and security, when surrounded by other little and meaningless vehicles I’m driving carefully in a column. And then I hear a merciless roar, a roar coming from hell itself somewhere behind me! I looked back immediately and saw a big bus arriving with great speed, not paying any attention to other vehicles on the road. I look left – a 1.5 m deep ditch. There is no way to escape!!! I hear the roar again, but much closer this time. – He can’t simply run over me – I’m thinking reasonably not to panic. And then I see all other little vehicles going faster and faster. Devoted to my traveling rule nr 1 which is: if you want to survive always do what the locals do, I accelerated as well, using all the strength I got in my legs. The roar again, this time just behind, and our column turns suddenly left into a little road leading to some distant fields and villages. I’m still alive. What an amazing feeling! I see the bus far away using its claxon but never its breaks. Bicycle driver you can count only on yourself!
With great joy I turn left to a small road to Auroville. I don’t need to fight for survival anymore, I can finally enjoy the beautiful Indian countryside. The red ground and the green fields create an impressing landscape.

DSC06233.jpg
On the way to Auroville/ w drodze do Auroville

When I finally get to Auroville I discover, no without deception, that it’s possible to visit it only until midday. But maybe it is better that way. The uncountable groups of tourists coming here made this place a tourist attraction. Though it’s a village where people want just to live in peace, that perhaps they weren’t able to find elsewhere. It’s not really a surprise that they don’t want to be a tourist attraction. When it comes to me I don’t want to be a member of a curious group of tourists who wants to see this attraction. So I drink some water, eat a sweet, little, delicious banana and jump on my bike to face once again the beast of Indian traffic chaos. There must be an order in it I can’t find and understand, because despite the fact that it really looks crazy, during all my stay in India I haven’t seen any car accident.

POLSKI

Behind_the..icherry.jpg
Behind the Veg. market / Na tylach targu warzywnego

Niekwestionowaną królową Pondicherry jest Matka. Matkę można spotkać wszędzie, w każdym hotelu, sklepie, kramie, na każdym rogu ulicy, w każdym sercu i duszy. Gdzie nie spojrzeć - Matka przygląda sie pełnym dobroci choć surowym spojrzeniem. I tak oto prawem ironii losu, królową serc i myśli Hindusow z tych stron jest Francuzka. A to nie kto inni jak Francuzi właśnie, przez długie lata okupowali ten skrawek Indii.
Mirra Alfasa, bo tak naprawde sie nazywała, była jednak Francuzką nietypową. Jej rodzice byli emigrantami ze świata arabskiego, a ona sama, choć wychowała się w Europie, w poszukiwaniu swej duchowej drogi trafiła aż do Indii. Był rok 1914 gdy los przywiódł ja do guru i Mistrza Jogi Sri Aurobindo i do jego ashramu w Pondicherry. Szybko stała się jego najważniejszą uczennicą, a po jego śmierci zajęła jego miejsce we wspólnocie. Wtedy też nazwana została Matką. Zasłynęła na całym świecie tym, że porwala się na realizację utopijnego pomysłu stworzenia międzynarodowej wioski/ miasta, gdzie ludzie mogliby życ w pokoju i harmonii niezależnie od swojego pochodzenia i przeszłości. Miejsce to nazywa sie Auroville, liczy sobie dziś ok. 1 500 mieszkańców z 33 krajów i leży ledwie 10 km asfaltową drogą od Pondicherry.
Nic prostszego mogłoby się zdawać - pożyczyć rower i jechać. Nie w Indiach jednak. Tu wszystko bywa na opak. To, co w Europie wydaje nam się oczywiste, logiczne i proste, tutaj często jest problemem nie do przeskoczenia i odwrotnie. To, co w Europie jest nie do pomyślenia, tutaj staje sie czymś zupelnie naturalnym i jak najbardziej normalnym. Po długich poszukiwaniach wypożyczalni rowerów, kiedy to błądziliśmy po miescie kierując się wskazówkami mieszkańców (nikt z nich nie wiedział tak naprawde, gdzie jest wypożyczalnia, ale każdy wskazywal drogę po uważaniu- tak w Indiach jest wszędzie, przyznanie się do niewiedzy lub błędu nie leży w naturze Hindusów) udało nam sie wreszcie wyruszyć.

Zauroczona dzielnicą rybacką (na północ od gł. promenady) nie uświadamiałam sobie z początku na co sie porywam. Dopiero gdy wjechalam na główną drogę Pondicherry - Madras, wśród kakofonii przeróżnych klaksonów, chaosu, którego nie mogłam ogranąć, pyłu, kurzu i spalin, które wgryzały się w gardło oraz szaleńczych manewrów tutejszych kierowców, powoli zaczęło do mnie docierać, że to będzie 10 najtrudniejszych i z pewnością najbardziej niebezpiecznych kilometrów na tej wyprawie (20 km licząc z drogą powrotną).
O tym jak w Indiach jeździ sie po drogach nie wie nic ten, kto ten opentańczy wir obserwował jedynie jako pasażer taksówki, rikszy czy autobusu. Aby zrozumieć ten przedziwny kodeks drogowy trzeba samemu siaść za sterami jakiegoś pojazdu, a najlepiej jeśli będzie nim rower. Dlaczego rower? Już wyjaśniam. Pierwszą i naczelną zasadą ruchu drogowego w Indiach jest prawo silniejszego. Im większy pojazd, tym ważniejszy jest na drodze. Rower to pojazd najsłabszy spośród wszelkiej maści konstrukcji poruszajacych sie po indyjskich drogach, dlatego też ma najmniej praw. To prawo dżungli dotyka zatem rowerzystę najbardziej. Drugą podstawową zasadą jest zasada klaksonu. Rower nie posiada klaksonu, a zatem pozbawiony jest prawa głosu na drodze. Droga niesie go jak nurt szalonej rzeki, jeśli chcesz zwiekszyć swe szanse na przetrwanie trzymaj sie jak najbliżej brzegu i naucz się rozrożniać klaksony. To tylko pozorna kakofonia. Każdy bowiem pojazd posiada klakson o charakterystycznym dla siebie brzmieniu. Piskliwe motorisze, na przyklad, przypominały mi głos Kaczora Donalda. Motory i nieliczne samochody osobowe mają klaksony podobne do naszych. Białe taksówki marki "Ambasador" buczą juz niższym tonem. Najniższe i najgłośniejsze odgłosy wydają jednak autobusy i ciężarówki - jedno i drugie potężnych rozmiarow.

Droga zapchana niemiłosiernie. Chociaż jadę przy jej samym brzegu, po mojej prawej, w odleglości łokcia jedzie motoriksza, którą z szaleńczą prędkością wyprzedza motor. Cudem uniknął zderzenia z pędzacym z naprzeciwka busem. Koncentracja całkowita, żadnych zachwiań równowagi, żadnego oglądania się za siebie. Nie czuję upału, nie czuję jak hałas wierci mi dziure w głowie, w zasadzie niczego nie czuję. Jestem nastawiona wyłącznie na przetrwanie. Przez chwilę nawet daję się zwieść złudzeniu pewności i bezpieczeństwa, gdy jadę sobie spokojnie w zwartej kolumnie innych pojazdów z kategorii drogowego plebsu. Gdy nagle złudzenie to burzy potężny ryk. Potężny ryk gdzieś z tylu. Szybko rzucam okiem za siebie - ogromny autobus pędzi w moją stronę za nic sobie mając innych uczestników ruchu drogowego. Patrzę w lewo (w Indiach ruch jest lewostronny)- rów głęboki na jakieś 1,5 m, gdzie uciekać? Tymczasem znów ten ryk, zdaje się że prawie za moimi plecami. - Nie moze mnie przecież tak po prostu rozjechać! - probuję ratować się rozsadkiem. Nagle jadące obok mnie pojazdy zaczynaja gwałtownie przyspieszać. Zasada numer jeden każdego podróżnika mówi: "chcesz przetrwać - rob to, co tubylcy". I ja więc zaczynam pedałować ile sił w nogach. Znów ryk tym razem naprawdę za plecami i nagle jadący obok mnie rowerzyści gwałtownie skrecają w lewo, a ja wraz z nimi. Cudem jakimś była tam mała polna dróżka. Nadal żyję. Co za niesamowite uczucie :) Autobus mija nas z impetem rycząc swym klaksonem, by rowerzyści jadący przed nim zdążyli powskakiwać do rowów i pochować się w krzaki. Potwory indyjskich dróg - ogromne autobusy i ciężarówki dają znaki ostrzegawcze, rzadko jednak używają hamulców.
Z radoscią dosterzegam tablice wskazujacą betonową drogę do Auroville. Tu ruch jest znacznie mniejszy. Nie muszę juz walczyć o przetrwanie, mogę wreszczie nacieszyć oko pięknymi widokami. Gdy kończy się beton i pojawia się zamiast niego dosłownie czerwona ziemia, krajobraz staje sie naprawdę niesamowity.
Gdy docieram na miejsce okzauje się, że Auroville można zwiedzać tylko do 12:00. Trochę żal, ale gdy patrzę na ciagnące tu klimatyzowanymi autokarami zastępy turystów to w duchu się cieszę. W końcu ludzie, ktorzy tu mieszkają szukają tu przede wszystkim spokoju, którego może nie mogli znaleźć nigdzie indziej. Ciężko im sie dziwić, że nie chcą być atrakcją turystyczną. Ja ze swojej strony nie chcę należeć do grona gapiów, którzy w tych kategoriach ich postrzegają. Wypijam więc łyk wody, zagryzam pysznym, małym, żółtym i słodziutkim bananem i wsiadam na mój rower, by znów zmierzyć się z bestią - indyjskim ruchem drogowym. W panującym tu komunikacyjnym chaosie musi być jednak jakaś metoda, chociaż wygląda on naprawde szaleńczo to przez cały mój pobyt w Indiach nie widziałam ani jednego wypadku.

Wysłane przez aidni 07:10 Kategoria Indie Komentarze (0)

Mamallapuram

12 January/ Stycznia 2007

30 °C

WERSJA POLSKA POD TEKSTEM ANGIELSKIM
How to get from Hospet to Mamallapuram as fast and as cheap as possible? It’s quite complicated but I think that we managed to do it. This was our itinerary:
1. Bus from Hospet to Bellary (be prepared for an two- three hours long journey on an atrociously bad road…I wouldn’t count on a seat)
2. Another bus from Bellary to Guntakal (another two hours, the bus was better and the road as well)
3. Train from Guntakal to Chennai (buy the tickets in advance in Hospet to get a bed). Consider to buy some food in town, at the railway station there’s really no much to choose from.
4. 5:00 am you’re in the incredibly crowded (even at that hour) city of Chennai, take a public bus or a rikshaw to the bus station (quite far away from the railway station) and take one of the numerous buses to Mamallapuram (2h30). Be aware and get prepared for the windowless buses - great chances to catch a cold, it’s really freezing in the morning.

MAMALLAPURAM

Mamallapuram is a very popular seaside (or rather Oceanside) resort among Indians, the prices are high everywhere and to be honest I didn’t find it particularly interesting, at least at the first sight. The LP guide highly recommend it but when it comes to me I think there are many much more beautiful and interesting places in South India.
But there are two things which make Mamallapuram worth a visit. The first is the classical Indian dance festival, the second is the impressive Ocean.
The festival is held every year in January. The performances starts in the evening on a stage situated against the famous relief carving called Arjuna’s Penance, which represents the birth legend of the holy Ganga. At night it is lit up, making a beautiful background to the absolutely amazing dance performances.
It’s difficult to describe a classical Indian dance. It’s completely different from what we’re used to see in the bollywood movies. There’s a small orchestra and all the dancer or dancers moves are synchronized with the music so well that is really hard to believe. In India dance is a way to tell a story, every move has a meaning, it’s like a mysterious language that we Europeans unfortunately can’t understand. I observed Indians and their sometimes passionate reactions to the way the dancer “was telling” the story of Krishna. An old women standing on my left laughed and after one minute looked frightened…well I just could admire the skilled dancer and the beauty of her moves, conscious that I wasn’t able to understand the secrets of her dance.
School_kids.jpg
School kids/ Dzieci w drodze do szkoły

The_temple.jpg
The Shore Temple/ Starożytna świątynia nad brzegiem oceanu

The Indian Ocean is impressive. That it is so much more that the polish Baltic Sea, that I’m used to. It’s noisy and windy. The waves are giant and looks dangerous. I know that it sounds incredible but you can have a nice walk in the late evening, watching the sky covered with stars and the black endless Ocean without being followed by souvenirs vendors, having finally a while just for yourself.
Flying_prisoner.jpg
Flying prisonner (This little green bird born to free as all other birds lives in this wooden cage and sings on request to earn money for his master)./ Latający więzień (Ten mały, zeilony ptaszek zamknięty w drewnianej klatce, śpiewa na zawołanie zarabiając w ten sposób na byt swojego pana.)

Recommendations: 1. Look carefully at the relief carving in the background during the dance performances you’ll see a lot of goats lying here and there watching the spectacles with great interest:)
2. try local fish dishes

POLSKI
Jak dostać się z Hospet do Mamallapuram tak szybko i tanio jak to tylko możliwe? To dość skomplikowane, ale chyba udało nam się osiągnąć ten cel. Tak oto wyglądała nasza trasa:
1. Na dworcu w Hospet łapiemy autobus do Bellary (przygotujcie się na dwie/ trzy godziny jazdy po dramatycznie dziurawych drogach... małe są szanse na miejsca siedzące)
2. Z Bellary kolejnym autobusem jedziemy do Guntakal (kolejne dwie godziny, autobus był lepszy i droga też).
3. W Guntakal łapiemy pociąg do Chennai (w bilety trzeba się zaopatrzyć wcześniej na dworcu w Hospet, jeśli chcecie mieć jakiekolwiek szanse na wolne łóżko). Jedzenie na drogę lepiej kupić w miasteczku, na dworcu nie ma w czym wybierać.
4. Ok. 5:00 rano jesteśmy w niezwykle zatłoczonym (nawet jak na indyjskie standardy) dworcu kolejowym w Chennai. Stąd można wziąć motorikszę (opcja droższa) lub autobus miejski (opcja tańsza, którą wybraliśmy) do dworca autobusowego, do którego jest spory kawałek drogi. Stamtąd autobusy do Mamallapuram odjeżdżają bardzo często (jedzie się 2,5 godz.) są często bez okien więc trzeba być przygotowanym, rano jest okrutnie zimno.

MAMALLAPURAM 12.01.2007

my_sis_in_..temples.jpg
My sister in one of the temples / Moja siostra w jednej ze świątyń

Mamallapuram to bardzo popularny kurort wśród Hindusów, ceny są znacznie wyższe niż gdziekolwiek i szczerze mówiąc nie ma niczego szczególnie interesującego, przynajmniej na pierwszy rzut oka. Lonely Planet rozpływa się w pochwałach na temat uroków tego miejsca, ale możecie mi wierzyć, w południowych Indiach jest znacznie więcej miejsc znacznie ciekawszych i piękniejszych.
Są jednak dwa powody, dla których warto tu przyjechać. Pierwszy to festiwal klasycznego tańca indyjskiego, drugi to ocean.
Festiwal tańca organizowany jest tu co roku w styczniu. Przedstawiania odbywają się na scenie, której tłem jest słynna płaskorzeźba zwana Arjuna’s Penance, przedstawiająca legendę związaną z narodzinami świętej rzeki Hindusów – Gangesu. Wieczorem płaskorzeźba jest pięknie oświetlona, tworząc niezwykłe tło dla popisów tancerek.
Opisać tradycyjny indyjski taniec jest niezwykle trudno. Odbiega on znacznie od tego, do czego europejskiego widza przyzwyczaiło kino bollywoodzkie. Artystom towarzyszy mały zespół muzyczny. Ruchy tancerek są tak precyzyjnie zsynchronizowane z wykonywaną na żywo muzyką, że wprost nie można uwierzyć, że coś takiego jest w ogóle możliwe. W Indiach taniec jest językiem, za pomocą którego opowiada się historię, legendy i religijne mity. Każdy ruch, każdy gest jest pełen znaczeń, których my Europejczycy nie jesteśmy w stanie odgadnąć. Przyglądałam się Hindusom i ich pełnym zaangażowania reakcjom na to, jak tancerka „opowiada” historię Kriszny. Starsza kobieta stojąca tuż obok raz śmieje się, raz wygląda na przestraszoną... no cóż ja mogę jedynie podziwiać umiejętności tancerki, piękno jej ruchów, świadoma, że nie jestem w stanie odgadnąć ich tajemnicy.
W czasie przedstawienia, na zabytkowej, wpisanej na listę dziedzictwa ludzkości UNESCO, płaskorzeźbie pojawiają się kozy, cale stadka kóz. Wylegują się na mocnych ramionach Sziwy czy innego bóstwa i oglądają popisy tancerek z wielkim zainteresowaniem.
Temples.jpg
Temples / Swiątynie
Ocean Indyjski robi na mnie ogromne wrażenie. To dobre słowo. Taki właśnie jest: ogromny! Hałaśliwy i wietrzny, z potężnymi falami. Nikt się tu nie kąpie, zbyt jest niebezpieczne. Być może zabrzmi to nieprawdopodobnie, ale wieczorem można wyruszyć na plażę, przyglądać się gwiazdom i czarnemu oceanowi. Nikt za nami nie idzie, nikt nie usiłuje sprzedać czegokolwiek, nareszcie można mieć chwilę tylko dla siebie.
Szczególnie polecam: rybkę przyrządzaną w którymś z kramów przy plaży.
Bon_appetit.jpg
Street scene / Scenka uliczna

Wysłane przez aidni 14:32 Kategoria Indie Komentarze (1)

HAMPI and/ i HOSPET

7-10 January/ Styczeń 2007

sunny 30 °C

WERSJA POLSKA POD TEKSTEM ANGIELSKIM
Hampi could be the paradise on Earth if only it wasn’t so overcrowded by western tourists and completely commercialized. It’s composed of uncountable hotels, restaurants, travel agencies, shops with western designed clothes, souvenirs etc. , you can’t expect to see much of true Indian life there, be rather prepared to hear French, English or Italian more often than Hindi. Nevertheless it’s absolutely beautiful and the surroundings are just breathtaking.

Copy_of_DSC06000.jpg
The village of Hampi/ Hampi

Hampi is dominated by Virupaksha Temple, the first Dravidian temple I saw in my life and It impressed me from the very first moment. The giant gopuram (entrance gate to the temple) is amazingly sculptured and apparently very popular among local monkeys who climb it with admirable nimbleness. To be honest I enjoyed the temple much more than the Vijayanagar ruins, which made Hampi so famous. In fact the temple is full of life and I don’t mean only pilgrims, who often invite you to participate to their prayers and observe their rituals, it’s also full of animals. Monkeys are definitely the larger group, but there is also the temple’s elephant named Lakshmi (a blessing is offered for 1 Rs.) and then the multicolored birds. The temple is particularly beautiful during the sunset, especially observed from the water tank side, I still see that magnificent view when I close my eyes.

Copy_of_DSC05963.jpg
The gopuram of Virupaksha Temple is the heart of Hampi/ Gopuram świątyni Virupaksha
Copy_of_DSC05988.jpg

My best day in Hampi started very early in the morning by climbing a rocky mountain to observe the most splendid sunrise I ever seen in my life. I got there in a mighty company of monkeys, who apparently decided to start their day in a similar way:)

Copy_of_DSC06016.jpg
Sunrise over Hampi/ Wschód słońca nad Hampi

How to describe the landscape which Hampi is sat in??? Are there any suitable words??? Amazing, unforgettable, unique, gorgeous … they are all scanty! Let’s try in a different way. Imagine that god Shiva himself spread giant stones all over a desert area and then traced with his powerful finger the gentle Tungabhadra River. After that he planted uncountable banana trees up to the horizon and brought animals. People were so amazed by this beautiful land that they build the magnificent Virupaksha Temple as an expression of their unfailing gratitude and devotion to Shiva.

After a fast breakfast we started our improvised trekking in those marvelous surroundings. First we took the path leading to the biggest attraction of Hampi - the Vittala Temple and then just straight ahead :) along the river. After a couple of hours on our feet, walking through a delightful countryside, we crossed the river with a funny oval boat and started our way back to Hampi along the shore again.

Copy_of_DSC06019.jpg
Indian baby in the morning/ Dziecko o poranku

Copy_of_DSC06057.jpg
Oval boats / Okrągłe łódki
Copy_of_DSC06062.jpg
Hampi seen from the other side of the river/ Hampi - widok z drugiego brzegu

It was just stunning: giant stones and rocks everywhere, buffalos swimming in the water, cowmen taking rest in the shadow of the trees and greeting you by saying “namaskar”, white herons on rice yards and we… absolutely alone with the pure beauty and natural wealth of India !!! This fantastic walk ended at the crossing point, were surrounded by Indian kids, who laughed at us when they discovered our red sunburnJ, we took the boat back to Hampi. It really must have been a funny picture – tired but delighted rose European pigs in an Indian boat:) To finish we rent a motorbike from our hotel and made a wonderful one hour long ride through little sleepy villages under the a beautifully clean sky full of stars, which looked to be close at hand.

Copy_of_DSC06064.jpg
rice yards/ pola ryzowe
Copy_of_DSC06055.jpg
sleeping beauty/ śpiąca królewna

A DAY IN HOSPET 10.01.2007

Lonely Planet guide is not really kind with Hospet, meanwhile I simply loved it. We spent almost a whole day there, on shopping, admiring and observing the true life of an average Indian town. There is nothing to see … or in contrary there is a lot to see.
While in Hampi you can only buy a western looking skirt here within 3 hours you can get a true, hand-tailored Punjabi dress made of quality cotton or linen (in all colors of the world) for just 300 Rs. Here where western tourists are only seen on the bus station you can taste Indian hospitality and kindness. Our accidental visit in the vegetable market is on of the most colored experience of India I had.

Copy_of_DSC06084.jpg
Hospet - the veg. market/ Hospet targ warzywny

Charming, smiling people, kids running after us asking for photos, no annoying rikshaw drivers and street vendors…visiting Hospet was pure pleasure.

Copy_of_DSC06105.jpg
Young rikshaw drivers/ Młodzi rikszarze
Copy_of_DSC06109.jpg
some things are only possible in India, like this cow apparently trying to check her bank account:)/ Niektóre rzeczy możliwe są jedynie w Indiach jak na przykład ta krowa, która usiłuje sprawdzic stan swojegokonta :)

We returned to Hampi just before the beautiful, golden sunset. The next day we started our long way to Mammalapuram (to be continued).
Recommendations for Hampi:
Just one: - Tibetan Restaurant just on the right side of Hampi Bazaar. Great, tasty meals and just fantastic staff.

POLSKI
Hampi mogłoby być prawdziwym rajem na ziemi gdyby nie było aż tak oblegane przez turystów i całkowicie skomercjalizowane. Miasteczko składa się z niezliczonych hoteli, restauracji, biur podróży, sklepów pełnych ubrań szytych pod europejski gust i różnego rodzaju pamiątek... Ciężko doświadczyć tutaj „prawdziwych” Indii, francuski, angielski bądź włoski słyszy się częściej niż hindi. Niemniej Hampi jest piękne, a okolica po prostu zapiera dech w piersiach.

Copy_of_DSC06001.jpg
Virupaksha Temple seen from a rooftop restaurant/ Świątynia Virupaksha widziana z restauracji na dachu

Nad Hampi góruje świątynia Virupaksha, pierwsza drawidyjska świątynia jaką widziałam w życiu. Zrobiła na mnie ogromne wrażenie od samego początku. Charakterystyczną cechą świątyń drawidyjskich są gopuramy (ogromne i wysokie bramy wejściowe). Ilość ich jest bardzo różna w zależności od świątyni. Rekordzistką kraju w tym względzie jest świątynia w Trichy, która liczy sobie 21 gopuramów a jej powierzchnię można by przyrównać do małego miasta! Świątynia w Hampi jest naprawdę niewielka jak na takie standardy, ma tylko 4 gopuramy. Każdy gopuram jest bogato zdobiony postaciami bóstw, po których z zaskakującą zręcznością wspinają się małpy, raz siedząc na ramieniu Shivy, a raz na głowie Krishny. Wewnątrz niezwykła atmosfera. Świątynia jest pełna życia. Jest tu całe mnóstwo pielgrzymów, którzy chętnie pozwalają na przyglądanie się ich obrzędom, oraz zwierząt. Poza najliczniejszą grupą, jaką tworzą wścibskie małpy, jest także słonica o imieniu Lakshmi (błogosławieństwo 1 Rs.) oraz wielobarwne ptaszki. Świątynia jest szczególnie piękna o zachodzie słońca, gdy obserwuje się ją od strony zbiornika wodnego. Gdy jest się z powrotem w domu, jest to jeden z tych obrazów, które powracają nieproszone, które stają przed oczami i budzą tęsknotę za tym, by znów wyruszyć w świat.

Copy_of_DSC05965.jpg
Colours of India / Kolory Indii

Mój najlepszy dzień w Hampi rozpoczął się od wspinaczki na skalisty pagórek o świcie, skąd ujrzałam najpiękniejszy w życiu wschód słońca, przynajmniej jak dotąd. Dotarłam na szczyt w towarzystwie małp, które najwyraźniej postanowiły rozpocząć swój dzień w podobny sposób.
Nie potrafię znaleźć właściwych słów by opisać krajobraz, który otacza Hampi. Wspaniały, niezapomniany, wyjątkowy, olśniewający – wszystkie te słowa wydają mi się niewystarczające. Może spróbuję w mniej konwencjonalny sposób...
Wyobraźcie sobie, że Shiva zstąpił na ziemię i rozsypał na pustyni gigantyczne kamienie. Dzięki swym boskim mocom palcem nakreślił delikatnie bieg rzeki Tungabhadra i zasadził soczyście zielone bananowce aż po sam horyzont, a na końcu sprowadził zwierzęta. Ludzie byli tak zachwyceni pięknem tej ziemi, że z wdzięczności i szczerego oddania zbudowali na cześć Shivy wspaniałą świątynię, którą skąpaną w pomarańczowym, ciepłym świetle wschodzącego słońca miałam teraz przed oczami.

Copy_of_DSC06017.jpg
My sister and the impressing light of the Indian sun/ Moja siostra w promieniach indyjskiego słońca

Po szybkim śniadaniu wyruszyliśmy na improwizowany “trekking” po tej wspaniałej okolicy. Najpierw poszliśmy do największej atrakcji turystycznej Hampi czyli świątyni Vittala a stamtąd prosto przed siebie, wzdłuż rzeki. Po paru godzinach na nogach wśród zachwycających skał i pól, przeprawiliśmy się na drugi brzeg rzeki śmieszną, okrągłą łódką i powolnym, tropikalnym krokiem rozpoczęliśmy powrót do Hampi.
Potężne skały wszędzie wokół, bawoły kąpiące się w rzece, pasterze odpoczywający w cieniu drzew, pozdrawiający rzadko zapuszczających się tu przybyszów z Zachodu zawołaniem “Namaskar”, białe czaple na polach ryżowych i my... zupełnie sami wśród naturalnego bogactwa Indii!!!

Copy_of_DSC06052.jpg
The river/ Rzeka

Leniwym krokiem dotarliśmy do przeprawy rzecznej otoczeni przez niezliczone zastępy dzieciaków. Śmiały się z nas do łez, gdy tylko zauważyły naszą czerwoną opaleniznę, a dokładnie rzecz ujmując spaleniznę. Wsiedliśmy na łódkę z powrotem do Hampi. To naprawdę musiał być zabawny widok – trzy zachwycone choć zmęczone, europejskie świnki w indyjskiej łódce. Aby godnie zakończyć tak udany dzień wynajęliśmy motor od naszego hotelarza i wybraliśmy się na nocną przejażdżkę po wpół uśpionych, okolicznych wioskach. A nad nami było niebo czyste i pełne gwiazd, które zdawały się być tak blisko, że można było ulec złudzeniu, że wystarczy sięgnąć po nie ręką.

Copy_of_DSC06065.jpg
Sunset/ Zachód słońca

DZIEŃ W HOSPET
Przewodnik Lonely Planet nie jest zbyt łaskawy dla Hospet, ja jednak dałam się zauroczyć. Spędziliśmy tam prawie cały dzień na zakupach, na obserwowaniu życia w prawdziwym, zwyczajnym indyjskim mieście. Nie ma tu nic do zobaczenia... albo i przeciwnie jest tu bardzo wiele do zobaczenia. O ile w Hampi można jedynie kupić spódnice w stylu europejskim (dzieci kwiaty) tutaj, w niecałe 3 godziny, można sprawić sobie prawdziwą, ręcznie szytą sukienkę Punjabi (sukienka + spodnie + szal), we wszystkich kolorach świata i to z pierwszej jakości lnu lub bawełny, za ledwie 300 Rs. (ok. 25 zł). W Hospet, gdzie zachodni turyści widywani są jedynie na dworcu autobusowym, można doświadczyć indyjskiej gościnności i serdeczności. Nasza przypadkowa wizyta na targu warzywnym jest jednym z moich najbardziej kolorowych, indyjskich doświadczeń.

Copy_of_DSC06083.jpg
Veg. market / targ warzywny

Uroczy i uśmiechnięci ludzie, dzieci biegnące za Tobą i proszące o zdjęcie, żadnych napastliwych rikszarzy ani ulicznych sprzedawców… poznawanie Hospet było czystą przyjemnością.
Wróciliśmy do Hampi tuż przed wspaniałym, złotym zachodem słońca. Następnego dnia wyruszyliśmy w stronę Mamallapuram.

Polecam w Hampi: Restauracja Tybetańska zaraz po prawej stronie Hampi Bazaar. Wyśmienite jedzenie i bardzo sympatyczni właściciele.

Wysłane przez aidni 05:43 Kategoria Indie Komentarze (0)

On the way to Hampi/ W drodze do Hampi

6/7 January/ Stycznia 2007

sunny 30 °C

WERSJA POLSKA POD TEKSTEM ANGIELSKIM
Getting to Hampi from Aurangabad took us 24 hours. We started with a “deluxe” bus to Pune (with TV and screaming Indian movies). During one hour we were driving around Aurangabad to collect passengers from, I suppose, all existing travel agencies in the city. When the bus was finally full (means: ready to go), I realized that we stood exactly in the same place from which we started!!!. Fortunately we arrived on time to Pune to catch our train to Hubli. We were 6 persons and we had just one bed to share and five distant places on so called “waiting list” (if there are no more free places in the 2nd sleeper class they put you on a list from which theoretically you can “jump on” a bed if somebody resign, but be realist if your number on the waiting list is higher than 5 it means that you will travel on the floor, which is not that bad either but costs the same as a ticket with granted bed). We had a funny situation in the train. We were talking perhaps a little bit too loud I admit and a guy from the upper bed got apparently very angry. He started to scream at us unfortunately in Hindi, but I understood one word: disturb. I apologized and promised him that we’ll be silent, but he didn’t wanted listen to me. He called a policeman who explained me that the guy maintains that we are drinking not pure coca-cola but coca-cola mixed with alcohol and so he need to check it. I was really surprised by this uncommon accusation and so were my companions. People in India are usually very very friendly to foreigners but this man apparently wasn’t. Other passengers were observing this unusual situation smiling to us. The policeman examined our cola, of course there was no alcohol inside. People started to laugh, so he ordered everybody to be silent and to sleep, and he left us. And then after 2 or 3 minutes one of the passengers, apparently exhausted cause the whole situation didn’t wake him up, started to snore so loudly that, I suppose, he could been heard in Mexico City! Everybody guffawed and so did we, it really was so funny!

DSC05958.jpg
My travel companions fighting the dusty air/ Moi towarzysze walczyli z kurzem

From Hubli we took a bus to Hospet. It was a beautiful 4 hours long trip. Watching woman drying chili peppers in the light of a golden sunset, admiring the palms and hills, it was just amazing. I really enjoyed this travel despite the terribly dusty road full of giant holes. If you consider that our bus was apparently unequipped in any kind of shock absorbers, you’ll have an idea how we felt when we finally arrive to Hospet – like after a definitely lost fight with Mark Tyson.
I liked Hospet from the very first moment. It’s just 10 km away from Hampi, that’s why tourists rarely decide to visit this little town and it’s a big mistake. Hospet is the place to go if you want to take a look on a real Indian city-dwellers life, away from tourists and historical sights. I’ll write more about Hospet later on.
From Hospet we took a direct bus to the famous village of Hampi. (to be continued)

DSC06934.jpg
From your bus window you can buy everything / Z okna uatobusu można kupić wszystko

POLSKI
Dotarcie do Hampi z Aurangabadu zajelo nam 24 godziny. Zaczęliśmy od autobusu typu „deluxe” do Pune (wyróżniał się posiadaniem wielkiego telewizora i hałaśliwymi indyjskimi filmami). Przez godzinę jeździliśmy wkoło po Aurangabadzie zbierając pasażerów z prawdopodobnie wszystkich istniejących w mieście agencji turystycznych. Kiedy autobus się zapełnił (czyli był gotowy do odjazdu), zorientowałam się, że stoimy dokładanie w tym samym miejscu, którego wyruszyliśmy!!! Na szczęście dotarliśmy na czas do Pune by złapac pociąg do Hubli. Było nas 6 osób a do podziału mieliśmy tylko jedno łóżko i pięć odległych miejsc na tzw. waitnig list (jeżeli nie ma już wolnych miejsc w klasie 2nd sleeper lądujesz na liście rezerwowej, z której możesz ewentualnie „wskoczyć” na łóżko, jeżeli ktoś zrezygnuje. Trzeba jednak być realistą, jeśli twój numer na waiting list jest wyższy niż 5 oznacza to po prostu, że będziesz podróżować na podłodze, co nie jest znowu takie straszne jeśli ma się karimatę, ale kosztuje dokładnie tyle samo, co bilet z gwarantowanym łóżkiem).

W pociągu mamy zabawną przygodę. Rozmawialiśmy faktycznie być może za głośno, przyznaję bez bicia, no i pewien pasażer zdenerwował się mocno. Zaczął krzyczeć na nas niemiłosiernie niestety w hindi, więc z początku nie mogłam dojść o co mu chodzi. Ponieważ jednak Hindusi lubią urozmaicać swój język angielskimi wstawkami (tzw. hinglish) po chwili wyłapałam wreszcie jedno znajome słowo, ale za to kluczowe : disturb (po ang. przeszkadzać). Przeprosiłam natychmiast i obiecałam, że będziemy grzeczni i nie będziemy już więcej zakłócać jego snu. Nie chciał słuchać ani chwili. Zawołał policjanta, który wytłumaczył mi, że ów przesymatyczny mężczyzna twierdzi, że nie pijemy zwykłej coca-coli ale coca-colę z dodatkiem alkoholu, a ten jest w pociągach zabroniony. Byłam totalnie zaskoczona całą sytuacją i szczerze mówiąc z trudem powstrzymywałam śmiech. Inni pasażerowi rozbudzeni całym zajściem przyglądali się z zainteresowaniem i uśmiechali do nas. Policjant oczywiście musiał sprawdzić prawdziwość zarzutów wobec grupki niesfornychi nie ociągał się z tym obowiązkiem. Tu i ówdzie słychać było chichot pasażerów. Oczywiście nie było tam żadnego alkoholu i ludzie z trudem już powstrzymywali się od śmiechu. Policjant natychmiast nakazał wszystkim się uciszyć i iść spać, a sam gdzieś poszedł. Zaległa cisza. Nie minęły 2, no może 3 minuty gdy jeden z pasażerów, prawdopodobnie bardzo zmęczony bo całe to zajście wcale go nie obudziło, zaczął chrapać. Ale jak!!! Chrapał tak głośno, że pewnie słyszano go w Mexico City! Wszyscy ryknęli głośnym i już niehamowanym śmiechem. Co za komiczna sytuacja :)

Copy_of_DSC06107.jpg
Cinema fans from Hospet/ Kinomani z Hospet

Z Hubli złapaliśmy autobus do Hospet. Pokonanie tego odcinka zajęło na 4 godziny, a widoki po drodze są naprawdę piękne. Obserwowałam jak kobiety suszą krwistoczerwone papryczki chili w promieniach złotego, zachodzącego słońca, podziwiałam wzgórza i palmy o bujnych koronach – naprawdę było pięknie mimo, że droga jest potwornie zakurzona i pełna ogromnych dziur. Jeśli weźmiecie pod uwagę, że nasz autobus był całkowicie pozbawiony amortyzatorów możecie już sobie wyobrazić jak czuliśmy się, gdy w końcu dojechaliśmy do Hospet... jak po zdecydowanie przegranej walce z Mikem Tysonem.
Polubiłam Hospet od pierwszej chwili. Do Hampi jest stąd jedynie 10 km, dlatego turyści rzadko decydują się zajrzeć dalej niż na dworzec autobusowy. Hospet to dobre miejsce, by podejrzeć prawdziwe życie w zwykłym indyjskim mieście, w którym nie ma zabytków i turystów, które nie ma czym zwabić i na czym zarobić. Jego jedyną wizytówką jest przeciętność i zwyczajność - w oczach podróżnika to jednak duże atuty. Z Hospet wsiedliśmy w ostatni tego wieczora autobus do Hampi, po 24 godzinach dotarliśmy do celu :)

Wysłane przez aidni 16:05 Kategoria Indie Komentarze (1)

ELLORA & AJANTA CAVES

One of the most impressive, astonishing and unforgettable masterpieces of architecture I’ve ever seen in my life.

30 °C
Zobacz South India January 2007 aidni's na mapie.

ELLORA
5 January 2007

The best way to visit Ellora and Ajanta is to stay in Aurangabad, a dusty and loud city but really well connected with the caves. We arrived to Aurangabad early in the morning (there is a direct night train from Mumbai). There is a couple of good restaurants open even at 6 am, just turn right while leaving the parking in the front of the railway station. We didn’t really look for a hotel, as usual in India the hotel always look for you first, so don’t worry.
The temples in Ellora are just 30 km away from Aurangabad. The best way to get there is to take a bus from the bus station, which is a little bit away from the railway station area. For 5Rs/per. (after bargain of course) you can get there with an auto-rikshaw.
We decided to go to Ellora the same day we arrived to Aurangabad, but we had lost a lot of time in the cues to buy the train ticket for our next destination (Indian trains bureaucracy is just unbelievable for us - Europeans). Anyway we arrived to Ellora at 11 am. It was already so unbearably hot. It’s really wise to take a big bottle of water with you, there are more than 30 caves to visit!

The biggest attraction of Ellora is definitely the Kailasa Temple. An absolutely amazing Hindu temple devoted to Shiva. It symbolize the Kailasa Mountain which, according to Hindu religion, is home to Shiva. The temple is … breathtaking. It was built from one piece of stone, actually carved from a giant rock! And it’s bigger than the Parthenon in Athens. It’s really worth to enter inside (5$, the entrance to the rest of the caves is free) and look at each detail of the marvelously sculptured façade.
Copy_of_DSC05769.jpg
The Kailasa Temple inside

Copy_of_DSC05790.jpg
Kailasa temple - an ornament

Copy_of_DSC05798.jpg
The Kailasa temple inside

Copy_of_DSC05810.jpg
The Kailasa temple inside

The temple is surrounded by an imposing two levels “archway” (which is also home to many bats). There are some fabulous sculptures of Shiva on the 2nd level but climbing the terribly steep, slippery and completely dark stairway is pretty dangerous. The sacred rooms inside the temple are serene and it’s atmosphere is really spiritual. I spent there around two hours, it’s so incredibly beautiful! Then, I climbed the rock in which this temple was carved, the view is stunning and believe me it leaves you speechless.

Copy_of_DSC05813.jpg
The Kailasa Temple seen from the surrounding rock

Copy_of_DSC05811.jpg
Women lokking at the Kailasa Temple

After such an incredible “architectural experience” the Buddhist caves (on the right of Kailasa Temple) looked really poor to me, at least at the first sight. No imposing and widely decorated sculptures, no ornaments just simple caves with a statue of Buddha or a Stupa inside. But maybe it was actually the point of men who carved those caves. Maybe this simplicity reflects the will to focus on what is really important, on what’s essential...

Buddhist_caves_ellora.jpg
The Buddhist caves

The Hindu and Jain temples are located on the left of Kailasa Temple. There is a narrow and picturesque path which leads you there. The Hindu temples remembered me the Egyptian temples in Luxor, probably because of the great colonnades.

droga_do_h.._ellora.jpg
The picturesque path to the caves

Copy_of_DSC05846.jpg
Western tourists taking rest in one of the Hindu caves

The Jain temples are definitely the “richest”, I mean the most decorated. They’re just submerged with ornaments. We were visiting the Jain temples in the evening, after 5 hours spent in the other caves, and I must confess that the thing I remember the most from that place was the sunset. The incredibly soft and colourful light of the Indian sun on the lonely tree that grow just in the front of the last temple.

jain_temple2.jpg
Inside one of the Jain temple

jain_temple.jpg
In a Jain temple in Ellora

It’s is easy to get to Ellora but to catch a bus back to Aurangabad in the evening seems to be impossible. There are many jeeps running to Aurangabad but you need to bargain hard and then wait until the jeep is full, which in India means overcrowded. We were 21 persons traveling in our jeep, some of on the roof. But what I like about India is the very friendly atmosphere in all means of transport. No matter how uncomfortable it can be, it is always a positive social experience.

Copy_of_DSC05886.jpg
A little girl in our overcrowded jeep to Aurangabad

AJANTA
6 January 2007

The journey started early in the morning. A praying muezzin from the mosque nearby our hotel waked us up. We took the bus to Ajanta which is about 100 km away from Aurangabad. It was a very pleasant way, the bus was almost empty, at least at the beginning, so we could observe the beautiful sunrise above the surrounding hills. The bus don’t reach Ajanta, it leaves you 4 km away from it, in a crazy place called T-junction. Why is it crazy? Well, to get to the bus which goes to the caves you need to pass through a kind of souvenir market, specially created for western tourists. What’s really funny about it is that you need to pay a entrance fee of 5 Rs, just to pass through, which can be a difficult task if you’re not good enough in saying “no”, the vendors are really skilled.
When we finally reach our bus I was sure that we left all the vendors behind. I realized that it was an illusion when I find out that my neighbor is a postcard seller.

I really can’t find suitable words to describe how amazing the Ajanta caves are. First of all there are situated in a magnificent place, a kind canyon looking river valley, so the landscape is just breathtaking. The caves themselves are all Buddhist caves and they’re much more ornamented than those in Ellora.

Copy__2__of_DSC05923.jpg
The caves an the impressive surroundings

Copy__2__of_DSC05941.jpg
The caves

Colonnades, large halls and impressive Buddha statues inside are really beautiful. In some of the caves you can still observe wall paintings. How strong must have been the faith and the devotion of men who carved all these 30 caves ? One of them is unfinished and it’s one of the most impressive of all. While looking at it I realized how hard work it was to built such a cave without any of our modern, electric tools. All the caves are masterpieces of art, there’re the most incredible sculptures I’ve ever seen.

Ajanta_-_o..e_caves.jpg
One of the caves

Ajanata_in.._cave_2.jpg
Inside one of the caves

Ajanta_inside_a_cave.jpg
Inside one of the caves

Copy__2__of_DSC05932.jpg
Beautiful statue of the lying Buddha

On the other side of the river is the viewpoint (keep your ticket if you want to go back to the caves). But the truly great view is some 100 meters away. Not only the caves are absolutely awesome here, the river is as well.

Copy_of_DSC05952.jpg
Masterpieces of nature

Copy_of_DSC05949.jpg
Masterpieces of nature in Ajanta

Wysłane przez aidni 10:12 Kategoria Indie Komentarze (1)

SOUTHERN INDIA - MUMBAI

2.01.2007-9.02.2007

30 °C
Zobacz South India January 2007 aidni's na mapie.

Pleces visited: Mumbai, Ellora & Ajanta, Hospet, Hampi, Mammalapuram, Pondicherry, Thajavour, Trichy, Kanyakumari, Varkala, Kollam, Periyar National Park (Kumily), Munnar, Ooty, Mysore, Bangalore, Badami, Bijapur

let's start with..

MUMBAI (Bombay)

Mumbai is giant, impressive. At night, seen from the plane, the city looks like multicolored jewels spread all over, just amazing. It’s the gateway to southern India. You won’t find here any old and astonishing pieces of Indian architecture, no traces of fascinating ancient culture and traditions. Mumbai is the modern face of India, which doesn’t mean that it’s completely westernized. In fact the city, it’s atmosphere, is a powerful mixture of modernity and traditionalism.
Copy__2__of_DSC05637.jpg
The famous Victoria Terminus

No cycle rikshaws (by the way not very popular in the South of India), no motorikshaws in the center town, no holy cows, but beautiful parks, air-conditioned banks and shops, large streets, and even pavements! But on the other hand also beggars and homeless children, uncountable street vendors, crowds everywhere, slums just in front of exclusive and high buildings…this also is Mumbai. It’s rich and it’s poor, it’s modern and traditional, it all depends in which part of it you actually are. Mumbai is not homogeneous just as India is…. It is full of optimism and energy, of audacious dreams, and great vitality. Mumbai is the heart of India and you can feel it beating if you care enough.
Copy__2__of_DSC05685.jpg
Not allowed in Mumbai
Copy__2__of_DSC05694.jpg
Calling Poland from a cocnut stall? Why not! In India everything is possible
Copy__2__of_DSC05720.jpg
Mumbai is a great place for book lovers

Since many many years the Gateway of India is the famous symbol of Mumbai. An extremely pleasant place especially in late afternoons an evenings, after a long and busy day. Sitting on the front of it on a nice and clean grassy square, you can realize that this symbol of British power is now a symbol Indian strength. India didn’t destroy it, India incorporated it. The place is actually “submerged” by Indian tourists for whom you can be much more interesting than the Gateway itself , if only you’re a blond haired western girl. That was my case. I rapidly found myself with a crying little baby on my hands while his parents were making us photos. I can’t even count how many babies I held in my arms that evening.
Copy__2__of_DSC05677.jpg
Indian tourists at the Gateway of India
Copy__2__of_DSC05666.jpg
Gateway of India
Copy__2__of_DSC05668.jpg
The most expensive hotel in India - Tata's Taj Mahal

Being in Mumbai you can’t miss Marine Drive the most famous promenade in India. Great place to admire the sunsets and observe the life of young, good-looking, modern Indians and have a marvelous walk along the shore up to Chowpatty Beach.
Copy__2__of_DSC05698.jpg
Sunset
Copy__2__of_DSC05705.jpg
a view from Marine Drive

Oh yeeees Chowpatty Beach! That is the greatest place in Mumbai to observe the city and relax. It’s also one of the best food stops in the town. In Bombay it’s pretty difficult to find a food stall open in the late evening hours. We walked long miles very hungry finding nothing, and then, on a little space, just near Chowpatty Beach we found a “colony” of food stalls! They just emerged from nowhere. One close to another, constantly fighting for each client on this little island of merciless competition (Indian marketing will always be for me an inscrutable mystery). Anyway the food is just gorgeous (fantastic veg. Pulav) and the beach itself a great place to keep up strength for the next day in the metropolis. But don’t think that you can just simply lie on the sand and relax…in India everything is possible beside silence and solitude. So after 5 minutes we had already a quite large number of new Indian friends
Copy__2__of_DSC05709.jpg
Food stall at Chowpatty Beach

Malabar Hill is the most expensive (according to the LP guide and some books I’ve read) and exclusive residential part of Mumbai. It’s worth go there not only for the beautiful panorama of the city or the so called Hanging Gardens (gardens yes, but why hanging???) but also for the route itself. The trip from VT in a public bus takes about an hour and it’s a exiting hour. The bus is running though so many different parts of the city, and you sit by window and just observe. It’s a great way to discover Mumbai if you do not have enough time to do it on your feet.
Copy__2__of_DSC05735.jpg
Mumbai seen from Malabar Hill
Copy__2__of_DSC05752.jpg
Believe or not, I made this photo in the Malabar Hill area!

Recommendations:
- Use public transport!
- Don't be afraid to eat from food stalls (especially those on Chowpatty Beach) on the streets they’ve got the best stuff.
- Practice you bargain skills at the giant Mangaldas Market (you will find there everything that possibly exists if you just have enough patience, time and determination).
- When it comes to hotels, well Mumbai is also very expensive comparing to the rest of India. So if you are a budget traveler a good place to stay is Outram Hotel near Churchgate (it’s in the LP guide). The localization is just perfect, the windows free rooms are clean and the staff is very nice and helpful. Prices 400-500 Rs for a double room with shared bathroom

Wysłane przez aidni 00:07 Kategoria Indie Komentarze (0)

(Wpisy 61 - 75 z 88) « Strona 1 2 3 4 [5] 6 »