Travellerspoint Blogi z podróży

W DRODZE DO KENII

sunny 28 °C

Cokolwiek tu napisze i tak bedzie niewystarczajace, bo wobec piekna poludniowej Etiopii i polnocnej Kenii jezyk ludzki oglasza calkowita kapitulacje. Jakich slow by nie uzyc, jakich metafor, jakich innych nie szukac by wybiegow wszystko i tak na nic. To po prsotu trzeba wlasnymi oczami zobaczyc, to trzeba samemu przezyc i juz. Nie mozna tego opowiedziec, nie mozna oddac nawet fotografia.
A wszystko zaczyna sie w Konso – malym miasteczku otoczonym tradycyjnymi wioskami zamieszkalymi przez plemie o tej samej nazwie. O ile mieszkancy poza charakterystycznymi, pasiastymi spodnicami, ktore nosza tu kobiety, wygladaja zupelnie wspolczesnie o tyle ich wioski to dla czlowieka Zachodu prawdziwa podroz w czasie i przestrzeni. Wioski wokol Konso zamieszkuja klany. Kazdy klan ma swoje kryte strzecha tukule odgrodzone szczelnym, drewnianym plotem od tukuli klanu sasiedniego. Kazda wioska ma poza tym specjalny, pozbawiony scian tukul wyposazony w sypialnie na poddaszu. To w nim zbiera sie na narady starszyzna, to w nim spia mlodzi mezczyzni gdy buduja dom dla swojej przyszlej rodziny. Kiedy budowe zakoncza, zakonczy sie takze okres narzeczenstwa, beda wtedy mogli poslubic wybrana przez rodzicow zone. Ludzie w miescie strasza: - Bez przewodnika lepiej tam nie chodzic. Okradna, beda sie domagac pieniedzy, dreczyc.
IMG_0321.jpg
tradycyjna gra plemienia Konso
IMG_0337.jpg
jedna z wiosek
A niech tam! Raz kozie smierc! Wraz z towarzyszacym mi podroznikiem z Izreala decydujemy sie zajrzec do rzekomej jaskini lwa. Juz w pierwszej wiosce droge zagradza nam kobieta wygrazajac reka domaga sie zaplaty za wstep. Na co my odwracamy sie na piecie i wioske czym przedzej opuszczamy. Slyszymy jak za naszymi plecami skonsternowani nieco mieszkancy surowo wykrzykuja na niegoscinna kobiete, po czym biegnac w nasza strone przepraszaja i zapraszaja ponownie. Nie taki diabel straszny jak go maluja.
By z Konso dojechac do Kenii trzeba sie dostac do Yabelo. Mozna uczynic to na dwa sposoby: autobusem o poranku, jest to wariant klasyczny, najtanszy i najbezpieczniejszy, ale mozna tez popoludniem na pace ciezarowki Isuzu, siedzac okrakiem na workach ze zbozem, mocno trzymajac sie czego sie da, wiatr majac we wlosach i slonce nad glowa, a przed soba krajobraz wprost fantastyczny i niczym nieograniczony. Gory ciasno jedne przy drugich osadzone, a miedzy nimi zlote trawy i wysokie akacje. Droga wije sie miedzy nimi dluzsza chwile, a gdy nadchodzi zachod slonca rzucana na wertepach ciezarowka wjezdza na prawdziwa sawanne gory zostawiwszy daleko w tyle. Oprocz akacji ku niebu wyrastaja tu wysoko… termitiery. Jest ich cale mnostwo. A ze ziemia jest tu tak czerwona jak cegla to i termitiery w promieniach zachodzacego slonca wygladaja jak wysokie, czerwone slupy, z ktorych kazdy ma co najmniej 2,5 m wysokosci. Wsrod termitier, akacji, traw i gorejacej, czerwonej ziemi – wielblady, cale stada wielbladow. Przebiegaja co chwila przez droge w poplochu. Zlote promienie gina za horyzontem oswietalajac cieplym swiatlem pelne majestatu drzewa. A chwile potem niebo iskrzy sie juz tysiacami gwiazd. Czlowiek dociera do Yabelo czujac cala swoja malenkosc wobec takiej przyrody, bo wobec takiego spektaklu natury milkna wszelkie slowa.
Nazajutrz ostatni o 5.00 rano autobus i ostatnie o okrutnej godzinie wstawanie. W autobusie sprzedaje sie chyba nie tylko miejsca siedzace ale takze cm2 wolnej przestrzeni, bo do granicy upchani jedziemy jak sardynki tak ze noga nie sposob ruszyc.
15 grudnia 2008 ok. godziny 12.00, urzednik immigracyjny na przejaciu granicznym w Moyale mowi mi z usmiechem “welcome to Kenya”. Zegnaj Etiopio poznana, przejechana autobusami, ciezarowkami, jeepami, witaj nowa przygodo, witaj Kenio!

Wysłane przez aidni 06:26 Kategoria Etiopia Komentarze (1)

ETIOPIA od A do Z

Moja etiopska droga: przejscie graniczne Metema - Shihedi - Gonder - Debark (treking w gorach Simien) - Bahir Dar - Lalibela - Addis Ababa - Harar - Arba Minch - Konso - Key Afar - Jinka - Yabello - Moyale

sunny 25 °C

A jak Addis Ababa ponad 4 milionowa stolica Etiopii na tle reszty kraju wypada bardzo blado. Miasto bez wyraznego charakteru, bez czytelnej tozsamosci. Stolica prostytucji, ktora paraja sie tu takze nieletnie. Krotko mowiac : rozczarowujace.
A takze jak Amharowie i amharski - oficjalny jezyk Etiopii i dominujaca politycznie, choc nie liczebnosciowo, grupa etniczna. Choc ciemnoskorzy, Amharowie maja europejskie rysy, waskie nosy i smukle twarze. Bardzo piekni ludzie, szczegolnie kobiety i dzieci.
B jak birr czyli lokalna waluta. 1 birr to 1/10 USD, tj. jakies 30 polskich groszy. To takze jedno z najczesciej slyszanych zawolan na bialych turystow - "one birr!". W podziekowaniu za jednego birra w gorach Simien dzieci klaniaja sie wpol, pozbawiony palcow u rak i nog tredowaty w Addis odpowiada szerokim usmiechem, o jednego birra mlody, silny i w pelni sprawny mezczyzna prosi mnie przez ponad 2 godziny na autobusowym w Yabello, tak po prostu dla zasady, dla podtrzymania tradycji. Na 50 birrow, wykorzystujac moja naiwnosc, oszukuja mnie cwaniaczki z dworca w Bahir Dar. Birr birrowi nierowny.
C jak czas Etiopia ma swoj kalendarz i swoj czas. Dwa czasy nawet! Jeden oficjalny (GMT +3) i tradycyjny, ktorym posluguja sie tu wszyscy. Kiedy jest godzina 13.00 czasu miedzynarodowego to dla Etiopczykow jest 7.00 (zawsze +6).
C takze jak czat albo kat, czyli roslina, ktorej liscie zuja namietnie Etiopczcy jak kraj dlugi i szeroki. Czat ma wlasciwosci pobudzajace i co tu ukrywac narkotyczne. Ponoc zawiera efedryne (pochodna amfetaminy). Czat to zjawisko wrecz kulturowe. W niektorych miejscach odnosi sie wrazenie, ze ludzie czatem sie wrecz zywia.
W drodze do lazienki zagladam z ciekawosci do pokoju sasiadow, ktorego drzwi szeroko otwarte zachecaja do rzucenia ciekawskim okiem, a pokojowka wlasnie zabiera sie do sprzatania.Wierzcie albo nie, ale spod galazek czatu dokladnie objedzony ze wszystkich lisci, nie bylo widac podlogi.
IMG_0357.jpg
Dziewczynka z plemienia Tsemay (Dolina Omo)

D jak drogi w przewazajacej czesci kraju w stanie dramatycznym i to mimo ciezkiej pracy Chinczykow. Z drog korzystaja nie tylko samochody, ale i pasterze. Stada krow leniwie przechodzacych przez droge to rzecz codzienna, nierzadko trafia sie przebiegajacy w poplochu wielblad, a noca hiena.
E jak Etiopczycy Od pelnych godnosci w swej biedzie mieszkancow gor Simien po bezczelnie oszukujacych turystow mieszkancow Poludnia. Trudno wyznaczyc wspolny mianownik. Niestety Etiopczcy w przewazajacej mierze nauczeni sa zebrania jako czegos zupelnie naturalnego. Proszenie o pieniadze, nagabywanie i zaczepianie na ulicach jest rzecza powszechna. Chociaz Etiopczcy zapewne zyskuja przy glebszym poznaniu, to jednak ich nachalnosc bywa bardzo meczaca.
F jak goraczka Farandzi (z ang. faranji fever) Jest to rodzaj zbiorowej psychozy, ktora opanowala Etiopczykow jak kraj dlugi i szeroki. Na obcokrajowcow, uscislijmy od razu: bialych obcokrajowcow, wola sie tu "farandzi", co z pewnoscia jest jakas pochodna angielskiego slowa "foreigner" (obcokrajowiec) i byc moze "french" (Francuz) po amharskiej obrobce. Slowo farandzi rzedko wystepuje w osamotnieniu, zwykle towarzyszy mu wszedobylskie "you". - You! You! You! Farandzi! - krzyczy za czlowiekiem cala Etiopia, mala i duza, mloda i dorosla, niepismienna i wyksztalcona, meska i zenska. Nie ma wytchnienia, nie ma zadnej taryfy ulgowej, nie ma mozliwosci przejsc niezauwazonym. Prym wioda oczywiscie dzieci, zawsze przy tym wyciagajac reke i do klasycznych juz slow "You! Farandzi" dodajac "money", "pen", "one birr". Goraczka Farandzi to zjawisko niegrozne, chociaz bardzo momentami uciazliwe. Na wsiach i w mniejszych miejscowosciach moze wystepowac takze w postaci otoczenia zszokowanego Farandzi zwartym tlumem i przygladanie sie mu z wielkim zaciekawieniem, czego na wlasnej skorze doswiadczylam.
G jak granica sudansko - etiopska Gallabat/ Metema. Miejsce zupelnie niezwykle! Na przestrzeni zaledwie kilkudziesieciu metrow ma tu miejsce zderzenie dwoch calkowicie odmiennych swiatow: ludzi, kultur, ale takze i krajobrazu, przyrody i otoczenia. Sudan i Etiopia - dwie skrajne innosci zestawione razem. Roznice widac golym okiem.
H jak Hajle nasz 23 letni przewodnik po gorach Simien. Niezwykle oddany swojej pracy, z ogromnym poczuciem obowiazku. Zakochany w moim namiocie, ktory byl chyba dla niego urzeczywistnieniem marzen o odrobinie prywatnosci i wlsanym, chocby i tak malym domu. Na co dzien Hajle mieszka z rodzina na pewnie kilku metrach kwadratowych. W czasie trekingow spi wraz z kucharzami, skautami i innymi prewodnikami w duzym tukulu, ktorych na polach namiotowych w gorach Siemien sluzy za kuchnie. Niestety namiotu nie moglam mu dac.
I jak indzira Czyli rodzaj duzego nalesnika wyrabianego z wystepujacego i uprawianego tylko w Etiopii zboza o nazwie tef. Indzira ma lekko kwaskowaty smak i szarawy kolor. Stanowi absolutna podstawe etiopskiej kuchni. Jedzona zarowno na sniadanie, obiad i kolacje, podawana jest z roznymi rodzajami sosow warzywnych (shiro, bayaneut), z miesem kozim (kitfo) lub wolowym (tibbs) i koniecznie na ostro. Je sie prawie zawsze raczkami, a dokladnie raczka prawa.
J jak jogging Sport narodowy i marzenie o lepszej przyszlosci. Co dzien rano na drogi, szczegolnie w goracha, wybiega mnostwo mlodych biegaczy. Widok to naprawde niezwykly, bo wsrod pasterzy, oslow objuczonych towarami, wsrod ludzi owinietych w biale plotna zmierzajacych do pracy, raptem pojawiaja sie na sportowo ubrani, w adidasach i dresach, poranni biegacze - marzyciele, ktorzy na wzor bohatera narodowego Hajle Debre Selasje, takze pragna siegnac po olimpijskie zloto.
K jak kawa W Etiopii, skad pochodzi, smakuje wysmienicie. Co ciekawe, najczesciej przygotowywana jest na sposob wloski, w wysluzonych ekspresach cisnieniowych. Pozostalosc po krotkiej obecnosci Wlochow w latach 30'. Etiopskie macchiato wyglada jednak zupelnie inaczej jak wloskie. Jest dwuwarstwowe, a kawa w jakis zupelnie przedziwny sposob unosi sie na powierzchni mleka.
Oczywiscie Etiopczycy parza takze kawe w tradycyjny, etiopski sposob. Tak zwana "coffee ceremony" trwa czesto bardzo dlugo, a zaczyna sie niezmiennie od palenie zielonych jeszcze ziaren, rozcierania ich a nastepnie parzenia w glinianym dzbanuszku, na rozgrzanych weglach. Zapach unosi sie po calym pomieszczeniu. Kawe z pierwszego parzenia tradycyjnie pija mezczyzni, bo jest najmocniejsza. Druga - kobiety, a trzecia, najslabsza dzieci. Bo w Etiopii kawe pije sie od dziecinstwa i bez niej po prostu nie ma zycia.
L jak liga angielska, ktora wszyscy Etiopczycy kochaja bez pamieci. Poniewaz wlasny telewizor posiadaja w domach tylko nieliczni w kazdym, nawet najmniejszym miasteczku powstaly tzw. TV SHOW ROOMS czyli salony telewizyjne. W kazda sobote zapelniaja sie po brzegi, gdy etiopscy fani brytyjskiego futbolu emocjonuja sie kolejnymi potyczkami Manchesteru czy Arsenalu.
M jak mundurki szkolne W Etiopii fantastycznie kolorowe. Co dzien rano ulice miast i miasteczek zapelniaja sie mlodymi ludzmi, ubranymi w kolory od zieleni, przez czerwien i blekit az po fiolet i zmierzajacymi do szkol, ktore jakos dziwnie polozone sa na przedmiesciach.
N jak nieistniejacy przemysl Kolejny etiopski paradoks. Produkty spozywcze w sklepach sa czesto drozsze niz w Polsce, dlatego ze w Etiopii przemysl spozywczy po prsotu nie istnieje. Dzem sprowadza sie z Grecji (ok 10zl sloik), groszek zielony w puszkach z Wloch (ok. 4 zl/ puszka) i stamtad tez makaron (ok. 6zl/ paczka), soki z mango (o zgrozo!!!) docieraja tu z Egiptu (3zl za maly kartonik), a mieso baranie w puszkach z Francji!!! (8zl/ puszka).
O jak obojetnosc i osamotnienie. W Etiopii podobnie jak w oddalonych o tysiace kilometrow Indiach, zjawiska te nie wystepuja zupelnie.
P jak piwo Etiopczycy kochaja piwo i bez problemu mozna sie napic schlodzonego piwa, w prawdziwym kuflu i top w dodatku za niecalego dolara. Zdaniem smakoszy najlepsze sa marki Harar i Bedele.
R jak religia Chociaz Etiopczcy to w wiekszosci chrzescijanie nalezacy do ortodoksyjnego kosciola etiopskiego, to przewyzszaja muzulman liczbnie jedynie o 10%. Jedni i drudzy utrzymuja raczej pokojowe relacje, chociaz znaki rywalizacji sa tu i owdzie widoczne. W Jince, na poludniu kraju, ksieza postanowili pokazac imanom swoja wyzszosc i nadaja przez megafon spiewy od 3 rano do 7.00. Ilosc jednak nie idzie w jakosc, ale cel zostaje osiagniety : modlitwa z minaretu skutecznie zagluszona. Nie musze dodawac, ze hotel mialam oczywiscie w sasiedztwie wspolzawodniczacych swiatyn. Nocy nieprzespanych z powodu walki duchownych: 2.
S jak Samosa Tak! Chociaz to zupelnie niezwykle, ten indyjski specjal jak jest smazony na glebokim oleju pierozek z ostrym nadzieniem, zwany samosa trafil takze do Etiopii i stal sie tu przekaska tradycyjna. Przybral ksztalt trojkatny i napchal sie soczewica - samkuje wybornie.
S takze jak soki Wysmienite, tropikalne mieszanki. Ach! Jesli sprobowac nieba to tylko w sokrni.
T jak Tedz. Czyli wyrabiane z miodu, lokalne wino, produkowane w domowych warunach. Podawane zazwyczaj w niewielkich buteleczkach z cienka szyjka i korpusem w ksztalcie banki. Tedz jest koloru zolciutkiego, jest bardzo smaczny i spelnia swoje zadanie: uderza do glowy. Najlepszy pilam w Lalibeli.
U jak Urzekajaca wyzyna Bo Etiopia to kraj gorzysty, calkowicie osiadly na wyzynie abisynskiej.Chociaz ta ma jedna nazwe to krajobrazowo daleko jej do jednorodnosci. Gory przybieraja rozne ksztalty i formy, jednym daja urodzajne ziemie i jeziora, drugim smagane wiatrami pastwiska, a innym jeszcze sawanny, ktorym pozwalaja rozkladac sie u swoich stop. W kazdym wypadku po prostu zachwycaja.
W jak Wladca Pierscieni Czy to przypadkiem czy z wyrachowania Tolkien zaczerpnal z Etiopii nazwe Shire (miasto na polnocy Etiopii i legendarna kraina Hobitow) i Gondor nazwal za etiopskim Gonderem?
Y jak Yabello ostatnie miasteczko na drodze do Kenii, gdzie jakdlam najlepszy tibbs w calej Etiopii.
Z jak zamki w Gonder, ktore przypominaja o wielkosci i minionej swietnosci etiopskiego imperiom. Dzis ich ruiny to przyjemne miejsce odpoczynku od zgielku miasta. Siedzac w cieniu drzewa, na nienagannie choc recznieprzystrzyzonej trawie, mozna podziwiac fantastycznie kolorowe jaszczurki w pospiechu biegajace miedzy kamieniami.

Wysłane przez aidni 05:45 Kategoria Etiopia Komentarze (0)

WESOLYCH SWIAT

Boze Narodzenie 2008

[i]Kochani przyjaciele i rodzino, drodzy czytelnicy odwiedzajacy te strone!
Z samego serca Czarnego Ladu pragne zyczyc Wam Wesolych, Szczesliwych i Pogodnych Swiat Bozego Narodzenia! A jesli za Waszym oknem ciemno jest i zimno to przesylam Wam takze mnostwo afrykanskiego slonca.

Swiateczne pozdrowienia z Nairobi!

IMG_0359.jpg

Wysłane przez aidni 05:49 Komentarze (1)

ETIOPIA czesc IV

TAM, GDZIE ZACZYNA SIE AFRYKA- PODROZ DO DOLINY RZEKI OMO

sunny 30 °C

Znalazlam Afryke w Afryce! Nie te geograficzna rzecz jasna, ale te,ktora widzialam oczami wyobrazni, tegdzie ziemia jest czerwona jak cegla, gdzie wsrod gor rozposciera sie sawannaporosnieta akacjami o plaskich koronach, te gdziew oczach ludzi mozna dostrzec taka glebie, ze ma sie wrazenie, ze siega ona pradziejow ludzkosci. Taka Afryka zaczyna sie na poludnie od Addis Ababy, w dolinie rzeki Omo. Przedziwnym zrzadzeniem historii przeciely sie tu szlakimigracyjne wielu plemion i mieszkaja dzis one blisko siebie, wmniej lub bardziej pokojowym sasiedztwie. Nie ma takiego drugiegomiejsca na ziemi. Dolina Omo towyjeta wprost z dzieciecych marzen Afryka w pigulce.
IMG_0373.jpg
Okolice Key Afar w dolinie Omo

Jak opisac to uczucie, kiedy wymienia sie uscisk dloni z kobieta,ktorej wlosy wysmarowane sa glina,ktorej ubranie stanowi skora zdobiona muszelakmi, ktora w rece trzyma tykwe wypelnionamlekiem, a na plecach dzwiga malucha spiacego twardym snem? Czuje sie bezsilna i bezsilne sa wszelkie slowa. A przeciez w duchu, tam w srodu gdzies gleboko, jestesmy takimi samymi ludzmi. O tym, ze dzieli nas dzis taka przepasc zadecydowalo tylko miejsce, w ktorym sie urodzilysmy.
Zderzenie dwoch zupelnie odmiennych swiatow i glebokie spojrzenie w oczy. Ja w jej oczach widzialam Afryke tak stara jak ludzkosc,co ona zobaczyla w moich?
IMG_0392.jpg
niezwykle spotaknia

Key Afar to mala wioseczka. Ot kilka domow na krzyz, dwa hoteliki, jedna restauracja. Na co dzien nie dzieje sie tutaj absolutnie nic, bo tez badzmy szczerzy, co moze sie tu dziac. Czwartek to jednak dzien wyjatkowy, bo wtedy wlasnie schodzasie tutaj mieszkancy skrytych gdzies w buszu osad na cotygodniowy targ. Sa toprzedstawiciele plemion Bana, Hammer, Ari i Tsemay. W galopujacym swiecie postanowili oni zachowac swoja tradycje i zyja dzis tak samo jak setki lat temu zyli ich przodkowie.
IMG_0388.jpg
kobieta z plemienia Hammer

Na ulicach wokol placu targowego barwny, kolorowy, plemienny tlum. Mezczyzni Tsamey maja smukle sylwetki wojownikow. Kazdy z nich bez wyjatku trzyma w rece stoleczek, ktory sluzy takze jako podporka pod glowe, podobna do tych,ktorych uzywali starozytni Egipcjanie. W ten sposob w ciagu dnia moga na nim siedziec, a gdy przyjdzie wieczorne zmeczenie oprzec na nim glowe i zasnac. Ot taki sobie zwykly stoleczek -poduszka,a jednak symbol i atrybut kazdego nomady. Mezczyzni zarowno Hammer jaki Tsamey czy Bana nosza liczne, zrobione z koralikow ozdoby. Po kolorach mozna rozpoznac do jakiego naleza plemienia. Trwaja zaciete negocjacje o cene bydla, krowy, barany i kozy przechodza z rak do rak. Tymczasem z recznie zdobionych tykw, kobiety Bana wyciagaja miod. Nad targiem unosza sie roje pszczol. Miod wymieniaja na inne towary,ktore sa z kolei specjalnosci kobiet z innych plemion,np. na mleko, jajka czy ozdoby.
Najwiekszym jednak zainteresowaniem cieszy sie zdecydowanie stoiskoelektroniczne z tandetnym sprzetem Hi-Fi. Bo trzeba wiedziec,ze plemiona plemionami, a plemienna tradycja byc sobie moze plemienna tradycja, ale przeciez ci ludzie tak samo sa ciekawi nas, jak my ciekawi jestesmy ich. Podobnych targow w dolinie Omo jest wiecej,odbywaja sie one w prawie kazdej wiekszej wiosce. W zaleznosci od miejsca mozna tam spotkac rozne plemiona i wszedzie niezmiennie za zdjecia trzeba placic. Sa to niewielkie sumy,rzedu 2-3 birrow (60- 90 groszy) za kazde zdjecie, ale placic trzeba i juz. Bo z przybywajacych tu coraz liczniej turystow, polujacych na mieszkancow doliny obiektywami aparatow, tez mozna miec jakas korzysc. "Komercja! Pokazowka dla turystow!" powiecie moze,ale przeciez czlowiek czy to czarny i plemienny,czy tez bialy i cywilizowany jest przeciez tylko czlowiekiem,zawsze weszacym za zyskiem i materialna korzyscia. Targowanie sie o kilka birrow za takie czy inne ujecie to przy okazji szansa na nawiazanie kontaktu, wprawdzie niewerbalnego,migowego, gdzie gesty okazuja sie jezykiemnajbardziej uniwersalnym, ale jednak kontaktu, a wymiana usciskow dloni i usmiechow bywa doswiadczeniem zupelnie bezcennym i absolutnie niezapomnianym. Dwa odmienne swiaty,jeden wyposazony w cyfrowe aparaty, telefony komorkowe i inne techniczne nowinki, i ten druginiepismienny,zyjacy w glinanych chatach,ubrany w skory i chodzacy boso, spotykaja sie tutaj pod jednym drzewem, przy jednym straganie, w jednym autobusie.
IMG_0389.jpg
IMG_0390.jpg
IMG_0406.jpg
IMG_0409.jpg
Kolorowi mieszkancy doliny Omo

W Key Afar poznalam Slawka. Jest w tym cos zupelnie niesamowitego,ze tam gdzie konczy sie cywilizacjaspotykam raptem rodaka. A ze do Key Afar przyjechalam dzienprzed targiem bylam przekonana, ze bede w wiosce jedyna biala, mylilam sie bylo nas dwoje i to dwoje Polakow. Slaweknie tylkojest doswiadczonympodroznikiem,ktory w zeszlym roku objechal caly swiat dookola, a w Indiach byl az siedem razy, to takze artysta,ktory w odwiedzanych przez siebie miejscach zostawia swoje namacalne, artystyczne slady. Za pomoca wloczki lub sznurka nadaje najczesciej glazomgeometryczne ksztalty. (http://free.art.pl/slavek_brzoska).
Cierpienie trzeciego swiata zaskakuje nas czasem znienacka,gdy zza usmiechu dziecka wyjrzy nieoczekiwane, gdy ujawni sie w czyjejs historii, w czyims zlamanym zyciorysie, wtedy uderza ze zdwojona sila,wtedy szokuje i zasmuca najbardziej.
Oto opowiesc Slawka:
"Spotkalem ja na targu w Turmi wraz z towarzyszacym mitegodnia Anglikiem. Miala moze 15 - 16 lat, na pewno nie wiecej. Zaczepila nas na ulicyi oferowala swoje uslugi jako prostytutka. Ale jak to robila! Tobyla prosba, blaganie, to bylo wrecz zebranie!Uwieszona na rece mojego kolegi mowila doniego pelnym zalosci tonem: "Sir,please, sex only 15 birr, please". Przeciez 15 birrow to jakies 5zlotych! Czulismy sie obaj paskudnie. Po chwiliwidzacy cale zajscie mieszkaniec wioski podbiegl do nas i chwytajac dziewczyne za piersi zaczal zachwalac: "very good sir, very nice sex". Dowiedzielimy sie, ze jej rodzice zmarli na AIDS. Dletego tez dziewczyna nie moze otrzymacpomocy od rzadu, bo panstwo dyskryminuje dzieci chorych na AIDS, by w ten okrutny sposob zniechecic ich do posiadania potomstwa. Zycie zmusza ja do prostytucji, ktora jest dla niej jedyna droga przetrwania. Wykorzystywana przez mezczyzn,poniewierana, upokarzana. Az chcielismypo prostu siasc i plakac." Kolejnemlode,krotkie zycie brutalnie zlamane na pol nim zdolalo rozwinac skrzydla.
IMG_0413.jpg
IMG_0471.jpg
Podejrzanena targu w Key Afar (Bartek dziekuje za obiektyw :)

ZAWILA HISTORIA GLINAINEGO TALERZYKA

Nacinaja im dolna warge juz we wczesnym dziecinstwie i na samym poczatku wsuwaja tylko cienki patyczek. Z czasem, gdy nacieta warga sie naciagnie,wkladaja pierwszy, niewielkich rozmiarow, glinany talerzyk. Nastepnie wymieniaja go na wiekszy tak, aby w wieku dojrzalym dziewczyna mogla wlozyc sobie w dolna warge talerzykmozliwie najwiekszy. Wowczas bedzie warta wiecej krow, a jej rodzina wzbogaci sie znacznie na jej zamazpojsciu. Rekordzistki potrafia przelozyc sobie dolna warge przez glowe,ale zazwyczaj srednica takiego talerzyka nie przekaracza 30 cm.
A mowa oczywiscie o kobietach z plemienia Mursi, cieszacego sie w dolinie Omo najgorsza reputacja zarowno wsrod mieszkancow,gdzie uchodza za plemie najbardziej agresywne i nieskore do zgody, jak i wsrod turystow,ktorych przymuszaja do robienia sobie zdjec za ma sie rozumiec sowita oplata.
Nie ma co jednak ukrywac,ze cala slawa doliny Omo wziela sie wlasnie od tego szpetnego, nieszczesnego talerzyka, a plemie Mursi jest najczesciej i najchetniej odwiedanym plemieniem ze wszystkich tu mieszkajacych.
IMG_0569.jpg
IMG_0570.jpg
Kobiety z plemienia Mursi

Mursi doskonale zdaja sobie sprawe ze swojego znaczenia i pelnymi garsciami czerpia z niego zyski. Kazdy samochod,ktory wjedzie na teren ich wioski znajdujacej sie w parku narodowym Mago, musi wniesc oplate wysokosci 20USD.Samochodow z turystami przyjezdza tu dziennie przynajmniej kilka, wiec dzienny bilans sprawujaca piecze nad finansami plemienia starszyzna,zawsze zamyka na pokaznym plusie. Oczywiscie za zdjecia trzeba dodatkowo placic czesto bedac do nich przymuszanym ciaglymszarpaniem,szturchaniem i popychaniem. Kto jednak nie ma wlasnego pojazdu i liczy kazdego birra, slowem ktos taki jak ja, by zobaczyc Mursich nie ma wielkiego wyboru,musi w sobote stawic sie na targu w miejscowosci Jinka,uzbrojony w jednobirrowe banknoty, mozliwie nowe, bo tych zniszczonych Mursi nie chca nawet ogladac. Targ jest ogromnyi niezwykle zatloczony. Nie tak latwoznalezc Mursich, ktorzy gromadnie skryli sie w ceiniu drzewa. Pomaga mi niewidomy na jednooko chlopiec. A gdy wspolnymisilami odnalezlismy w tlumiewysokiego mezczyzne z dzida w reku bylo juz z gorki. Pierwsze zdjecie 3 birry,nim zdazylam sie zorientowac mezczyzna juz ciagniemnie za reke tam, gdzie wraz z dziecmi siedza kobiety Mursi. Te namoj widok zrwyaja sie na rowne nogi iw pospiechu wkladaja talerzyki w swoje zwisajace dolne wargi. Nie ma gadania, mam robic zdjecia i juz i placic. Cennik ustalony, niema negocjacji. Tylko ze misie juz odechciewa, odechciewa mi sie brania udzialu w tej szopce. Robie tylko kilka zdjec i szybkowtapiam sie w tlum. I pomyslec ze to wszystko za sparwa tego glinaiego talerzyka,ktory kiedys zakladaly by sie oszpecic i tym samym uchronicprzed porwaniemprzez handlarzy niewolnikow(takglosi jedna z teorii o pochodzeniu tej tradycji).
Dzis talerzyk przynosi Mursim ogromne zyski, tak ze na targu nie musza niczym handlowac, czekaja tylko na zdjecia.
Siadam w kacie, miedzy jakims barem a sklepem i obserwuje ludzi,ktorych tu cale mnostwo.Nie maja okaleczonych warg, targuja sie zaciecie i smieja wesolo. Tu bije serce Afryki.
IMG_0572.jpg
Mama Africa

Cale popoludnie nurtuje mnie jednak jedna mysl: co Mursi robia z tymi przeciez ogromnymi pieniedzmi,ktore dostaja od turystow? Odpowiedz przywozi Slawek,ktory szarpnalsie na wiekszy wydatek i odwiedzil Mursich w ich wlasnej wiosce. Na jednym ze zdjec klasyczna kobieta Mursi ma przez ramie przewieszonego kalasznikowa. I pomyslec, ze to wszystko przez jeden,maly gliniany talerzyk.

W SZKOLNEJ LAWCE

Czasami wystarczy po prsotu iscprzed siebie, niczego nie planujac, nie okreslajac celu,po prsotu sobie isc i zobaczyc co sie zdarzy. W Afryce zasnie da sie przejsc niezauwazonym, bo biala skora wyroznia, czyni czlowieka widocznym z daleka, intryguje i przyciaga. No bo jak to tak mozna byc takim bialym, trzeba to jakos sprawdzic, trzeba tej bialej skory dotknac, pomacac,zobaczyc czy jest w dodtyku taka sama jak nasza. A te wlosy! Jakie dziwne,cienkie takie,lekkie i jakie dlugie,a kolorniezwykly,taki jasny zupelnie. Swieca sie oczy z niedowierzania, buzie otwieraja sie szeroko w zachwycie i wielkim zdziwieniu.
Wybralam sie ze Slawkiem na przechadzke po wioskach wokol Jinki i od pierwszych krokow mamy niezmiennie czyjes ciekawskie towarzystwo. Przybywajacy do Jinki turysci ograniczaja sie dozaliczenia tutejszego targu i pstrykniecia zdjec tylkona to czekajacym Mursim, stad te nieustanne pytania!Gzie chcecie isc? Przeciez tam nic nie ma ciekawgo?Po co tam idziecie?Odpowiedz, ze chcemy tylko sie przejsc, popatrzyc sobie na krajobraz,poprzygladac sie wioskomi polomjest dla nich zupelnie niezrozumiala. W Afryce jak juz sie gdzies idzie to w jakims konkretnym celu, do jakiegos okreslonegomiejsca, idzie sie po cos, nie marnuje sie energii na walesanie sie tu i owdzie w palacym sloncu, pod ktorym wysychaja wszystkie zyciowe sily. Tlumek wokol nas rosnie proporcjonalnie do ciekawosci. Na pewno cos kombinuja, przeciez toniemozliwe zeby sobie tak po prostu szli! Prawdziwa sensacje wzbudza nasz sie kremowanie. Probujemy jakos na migi wytlumaczyc im,ze kremchroninas przed sloncem, ale jest topraktycznie niewykonalne. Efekt jest taki, ze wszyscy chca sie z namikremowac. Wachaja, wcieraja w skore i smieja sie radosnie.
- Amoze chcecie odwiedzic szkole? - rzuca nagle mlody mezczyzna. - Chetnie! -odpowiadamy. Na buziach usmiech i zrozumienie. No nareszcie chca gdzies isc, w jakieskonkretne miejsce, a nie dziwaczyc i spacerowac.
W szkole wzbudzamy swoja innoscia jeszcze wieksza sensacje niz wmijanych wioskach. Nauczyciele szybkoprzygarniaja nas pod swoje skrzydla i zapraszaja dopokoju nauczycielskiego, ktory miesci sie... na swiezym powietrzu, pod dorodnym mangowcem. Ogrodzony plotkiem przed szalejaca dzieciarnia,wyposazony jest w krzywe laweczki,naktorych w czasie przerw majamiejscekrotkie chwile belfrowego wytchnienia. Bo jesli polskie klasy sa przeludnione to co powiedziec o afrykanskich,gdzie jedna klase tworzy 40 a nawet 50 uczniow!
IMG_0486.jpg
dzieci ze szkoly w Jinka
IMG_0488.jpg
Nauczyciele czestuja nas ciasteczkami i herbata.Na wiesc, ze jestem corka nauczycielki matematyki, tutejsza matematyczka wysciskala mnie serdecznie. Gdy spotykaja sie dwie innosci, roznosci, odmiennosci znalezienie jakiegos chocby nieznacznego podobienstwa budzi wielka radosc i entuzjazm. Zacheceni przez nauczycieli ruszamy z aparatami w reku zrobic szkole i dzieciom troche zdjec. A ze jest toszkola podstawowa,wiec dzieci reaguja spontanicznie. Jest pisk i tumult i radosc szalencza, gdy widza siebie na wyswietlaczu aparatu. Ale jest tez strach. Tak, strach! To nie tylkojest bowiem tak,ze jak bialy przybywa do Afryki topelny jest obaw, leku przed ta innoscia tak zupelna. Afryka takze boi sie odmiennosci bialego. Wiec gdzy probujeschwytac chcby jednego malego czarnuszka dopamiatkowego ze mna zdjecia, to wszystkie uciekaja w poplochu, krzyczac z przerazenia.
Szkola afrykanska to szkola rozgi. Wszelkie nawet drobne przewinienia i psoty natychmiast koncza sie interwencja rozgi,ktora specjalnie szkolnipilnowacze porzadku posluguja sie wprawnie. - My nie chcemy dzieci bic -tlumaczy dyrektor- ale jak inaczej utzrymac dyscypline, gdy ma sie tak wielu podopiecznych!
Koniec przerwy,nauczyciele poubierani w biale kitle wracaja do klas. My razemznimi. Robimy pare klasowych zdjec,wymieniamy adresy.Dzieciakidostana wkrotce pierwsze szkolne zdjecia. Bylismy pierwszymi bialymi, ktorzy odwiedzili te szkole i nabruzdzilismy troche nauczycielomw pracy, bo wychodzac dzieciaki machaly nam wesolo z klasowych okien.
IMG_0494.jpg
Lekcja matematyki

A dalej byly pola, przeprawa przez rzeczke i sliczne wioski i lakii droga wijaca sie z powrotem do Jinki.

JINKA A LOTNICTWOCYWILNE
Jinka choc jest dosc przyjemnym miasteczkiem niewiele ma ciekawego do zaoferowania poza sobotnim targiem. Targ zas jest tak slawny, ze kiedys przylatywaly tu nawet samoloty z turystami, ktorzy nie mieli dosc detreminacji lub czasu by dotzrec tu z Addis podziurawionymi jak szwajcarski ser drogami. A lotnisko w Jince zasluguje na chcby krotka wzmianke, bo jest po prsotu zjawiskiem niezwyklym. Po pierwsze "lotnisko" to zdecydowanie zbyt duze slowo, napisac powinnam ladowisko. Bo w istocie jest to szeroki pas trawy mieszczacy sie w samym sercu miasta. W ciagu dnia pasa sie tu krowy i owce, popoludniami graja w pilke entuzjasci futbolu. Ludzie rozkladaja sie na kocach, piknikuja,plotkuja. Stan ladowiska jest dramatyczny. Nic dziwnego, ze po dwoch wypadkach loty zawieszono. Jednak za lepszych czasow, gdy samolot schodzil do ladowania,na pas wybiegal mezczyzna z dlugimkijem i przeganial krawy i kozy, pilkarzy i piknikujace rodziny z glosnym okrzykiem:
- Samolot! Samolot laduje!
Musialo tobyc widowisko.
IMG_0535.jpg
Lotnisko w Jinka

Wysłane przez aidni 03:14 Kategoria Etiopia Komentarze (0)

ETIOPIA czesc III

Harar

sunny 28 °C

NAKARMIC HIENY
Nikt juz dokladnie nie pamieta kiedy sie to zaczelo, ale po dzis dzien, ok. 19.00, za murami miasta ma miejsce niezwykly spektakl. Jedyne chyba na swiecie zorganizowane, kontrolowane i w podstepnie przygotowane karmienie hien. Przychodzi ich tu zwykle ok. 10, a na pozarcie idzie caly wielki kosz roznych miesnych odpadow w miejskich rzezni. Mieso podaje hienom na kiju specjalnie ustanowiony przez miasto karmiciel. Na kij nabija mieso i podaje je bestiom prosto do pyska, ktore wyszarpuja je natychmiast. Czasem bierze kij do ust i nie drgnie nawet, gdy z dugiego konca hieny lapczywie chwytaja mieso, klapiac zebiskami tuz przed jego nosem. Zachwyceni turysci klaszcza z radosci, ale dopiero od niedawna biora oni udzial w calej tej niezwyklej ceremonii i myli sie ten, kto uwaza ze cale to widowisko zorganizowano pod publiczke. Hieny dokarmia sie po to, by zglodniale nie atakowaly zwierzat hodowanych przez mieszkancow. Najedzone hieny leniwie ukladaj sie do snu pod murami miasta, zupelnie przyzwyczaily sie do ludzi, tak jak ludzie przeyzwyczaili sie do nich. Ani oni ani one nie zwracaja juz na siebie najmniejszej uwagi. Nawet flesze aparatow nie robia na sytych hienach zadnego wrazenia. Prawdziwie niezwykla i pokojowa koegzystencja. Hieny mozna spotkac takze noca na boisku pilkarskim, gdzie badz sie wyleguja, badz buszuja po okolicznych smietnikach. Boisko jest w samym sercu nowego miasta, a to usypia codziennie kolysane do snu hienim wyciem.
A mowa tu oczywiscie o Harar, polozonym 500 km na wschod od Addis Ababy, w otoczeniu prawdziwej afrykanskiej sawanny, takiej z charakterystycznymi akacjami o "plaskich" koronach.

6IMG_0164.jpg
karmienie hien w Harar

"ZEBRACZA" MENTALNOSC
Przemierzajac Etiopie z polnocy az na poludnie, patrzac na te wszystkie rzeki, jeziora i zielono porosniete gorskie stoki, wprost nie sposob uwierzyc, ze w tym kraju ledwie 30 lat temu ludzie umierali z glodu. Etiopia bowiem ma wszystko, co potrzebne by stac sie spichlerzem Afryki. Tymczasem na targu w Harar sprzedaje sie sorgo (sic!!!) z wielkich workow z napisem "MADE IN USA, HUMANITARIAN AID, NOT FOR SALE" (ang. "wyprodukowano w USA. Pomoc humanitarna, nie na sprzedaz"), po lewej cale stosy pochodzacych z Europy ubran z drugiej reki, zapewne takze wziete z jakiegos miedzynarodowego programu pomocowego, sprzedaja sie po zupelnie sufitowych cenach jak swieze buleczki. Zas tuz obok owinieci w podarte szmaty zebracy wyciagaj reke po 1 birra (lokalna waluta), a w gorach Simien dzieci piszcza z radosci jak szalone, gdy podarowuje im pare welnianych skarpet i niepotrzebny mi juz polar.
Korupcja? Gospodarka cwaniaczkow? Totalny brak organizacji czy moze zwykle lenistwo? To zbyt proste odpowiedzi na pytanie dlaczego Etiopia nie potrafi wlasciwie rozdzielic docierajacej tu z calego swiata pomocy humanitarnej, dlaczego nie potrafi wykorzystac swoich ogromnych bogactw i potencjalu.
- Bo problem tkwi w mentalnosci. - mowi mi Etiopczyk, ktory na stale mieszka w Australii i z ktorym ucielam sobie pogawedke w oczekiwaniu az zakonczy sie trwajaca wieki naprawa autobusu. (A bylo tak: huk, trzask, rzucilo gwaltownie zelaznym olbrzymem na jakims wertepie i ten stanal natychmiast, a co sie zepsulo nikt nie byl w stanie stwierdzic - ale to juz zupelnie inna historia). - Chcemy zyc jak Europejczycy czy Amerykanie, ale nas na to jeszcze nie stac. Ludzie maja zebracza mentalnosc. Pomoc, ktora dostajemy od Zachodu nauczyla ludzi, ze mozna miec bez wysilku, tyle ze aspiracje sa dzis wyzsze niz kiedys, podobni jak oczekiwania. Tymczasem ludziom trzeba dac wedke, a nie rybe!
"Zebracza" mentalnosc Etiopczykow jest odczuwalna na kazdym kroku, na kazdym rogu ulicy. Praktycznie kazde pozdrowienie, kazda uliczna zaczepka konczy sie prosba o pieniadze. Najsmutniejsze jest to, ze prym w zebraniu wioda dzieci i to w sumie chyba wszystkie dzieci, nawet te ktorym "one birr" czy "one pen" nie sa absolutnie potrzebne. Zebrza bo tak robia wszystkie dzieci, bo tak sie nauczyly, bo za nic moga dostac to czy tamto. Turysci zas daja chetnie i hojnie sciskani za serce widokiem malych, zasmarkanych obdartuskow. Rosnie kolejne pokolenie "zebrakow", ktore w krainie miodem i mlekiem plynacej wyciagac bedzie reke po jednego birra.

1IMG_0101.jpg
Male uliczki starego Harar

W hotelu Tewodros w Harar spotykamy rodakow - Ize i Kamila, ktorzy na motorze przemierzaja swiat z Singapuru do Polski. (Ich wspaniala przygode mozna sledzic na www.singapore2poland.com). Po godzinach przegadanych przy piwie i lokalnym jedzeniu wspolnie wybieramy sie do starej czesci Hararu, ktora slynie z tego, ze na przestrzeni zaledwie 1km kwadratowego stloczonych zostalo az 368 uliczek. Prawdziwy to labirynt, po ktorym bladzi sie z wielka przyjemnoscia. Piekne slonce, robimy wiec mnostwo zdjec. W pewnym momencie jeden z licznie towarzyszacych nam dzieciakow zaczyna domagac sie pieniedzy za zdjecia. Kiedy kategorycznie odmawiamy zaczyna podjudzac przeciwko nam cala bande podobnych do niego maluchow.. Juz zadnego zdjecia nie pozwola nam zrobic, nawet domow czy ulic. Szarpia, szturchaja, wygrazaja i krzycza "one birr", "give money" i to z minami pelnymi triumfu, bo w grupie czuja sie silne. Poniewaz i te zabiegi nie przynosza skutku, przodujacy calej bandzie chlopiec bierze do reki spory kamien grozac mi, ze jesli natychmiast nie dam mu pieniedzy, to rzuci nim we mnie bez zastanowienia. Probuje nawet moich reakcji, zamachujac sie i pozorujac rzut. Radosc ma wielka z moich unikow i statysfakcje, ze mnie przestraszyl. I chociaz nie dalam mu nawet grosza, niesmak pozostal. A wszystko to dzialo sie na oczach licznych doroslych obu plci. Nikt nie zareagowal. Przeciez chlopiec w koncu mial racje, przeciez bogaci biali powinni dawac, zawsze tak bylo. Nie ma w tym nic dziwnego ze malec domaga sie tego, co mu sie nalezy.

Zachod nauczyl Etiopie zebrac i Etiopia zebrze na wszystkich poziomach, od dzieci po rzad, z zebrania uczyniwszy niestety sposob na przetrwanie.

Wysłane przez aidni 02:00 Kategoria Etiopia Komentarze (1)

ETIOPIA Czesc II

Z Bahir Dar do Lalibeli

sunny 28 °C

Ile potrzeba czasu by w Etiopii pokonac 250km? Prosze zgadywac! 5,6,7 a moze 8 godzin? Nie! Potrzeba ich az okraglutkich 12, nie liczac 3 dodatkowych zwiazanych z awaria autobusu juz na starcie, czyli w sumie 15. A wszystko to by dotzrec do Lalibeli, turystycznego epicentrum Etiopii, ktore to jeszcze nie zostalo przez turystow zadeptane i calkowicie swiatu sprzedane przez lokalne wladze.
Zacznijmy jednak od poczatku. Bahir Dar, ktore bez przesady mozna nazwac etiopskim Bevely Hills jest niezwyklym miejscem nie tylko dlatego, ze jest tu ladnie ale dlatego, ze laezy nad samym jeziorem Tana. Ilu ludzi w przeszlosci poswiecilo jesli nie zycie to przynajmniej zdrowie by dotrzec do tego miejsca! Bo tutaj wlasnie znajduje sie, przez tak wiele stuleci poszukiwane, zrodlo Nilu Blekitnego. Ten kiedys niedostepny, tajemniczy i nieznany zakatek Afryki dzis podziwia sie z pokladu wynajetej lodzi motorowej, z aparatem w reku, podnoszac glowe gdy niebo przecina wlasnie startujacy z pobliskiego lotniska samolot. Ale zeby nie bylo, ze cywilizacja juz calkowicie sie tu zagniezdzila, zapuscila swe macki i rozplotla wszedobylskie korzenie, jezioro Tana wciaz traci dzikoscia. To wlasnie tu zobaczylam pierwsze, leniwie pluskajace sie hipopotamy oraz nisko lecace pelikany o wielkich dziobach.
01_03_2001_861.jpg
Jezioro Tana

Ale na jezioro Tnana wyplywa sie nie tylko po to, by z bliska podgladac przyrode. Na licznych rozrzuconych po jeziorze wyspach znajduja sie klasztory i miejsca religijnego odosobnienia, ktore maja ogromne znaczenie dla ortodoksyjnego kosciola etiopskiego i sa uznawane za swiete. Nieiwiele osob wie, ze kosciol etiopski nalezy do najstarszych na swiecie. Wysoko na wyzynie abisynskiej chrzescijanstwo zawitalo juz w IV w. Od tamtego czasu obrzedy nie zmienily sie ani troche, a msze trwaja tak dlugo, ze niezbedne okazuja sie specjalne laski, na ktorych opieraja zmeczone ciala co mniej wytrwali wierni. Siadac bowiem w czasie mszy swiatej nie nalezy, trzeba wystac do konca, taryfy ulgowej nie ma nawet dla starszych.
Klasztory na jeziorze Tana, jak wiekszosc kosciolow ortodoksyjnych w Etiopii, zbudowano na planie kola. Wchodzac do srodka nie zobaczymy oltarza, ale kolejny okragly mur, ktory mozna obejsc dookola. Czesto pokryty szczelnie kolorowymi freskami, a co najmniej obrazami, skrywa to, co tutejsi duchowni nazywaja "najswietszym z najswietszych", czyli kopie tablic z 10 przykazaniami, podyktowanych przez Boga Mojrzeszowi na gorze Synaj, a ktorych niedoscignione oryginaly znajduja sie ponoc w Aksum. To wlasnie tam wedlug tutejszych wierzen spoczywa arka przymierza. Problem jednak w tym, ze nikt nie moze tego sprawdzic i ostatecznie rozwiac watpliwosci sceptykow. Poniewaz ktokolwiek spojrzy sie na Arke z mijsca zamienia sie w proch, mozna sie zatem domyslic, ze smialkow nie ma wielu. W koncu jednak wiara nie bylalby wiara, gdyby wszystko mozna bylo pomacac, powachac i na wlasne oczy zobaczyc. A Etiopczycy wierza, ze to wlasnie w ich kraju spoczywa slynna Arka.
mnich2.jpg
Mnich i stara ksiega
W klasztorach mnisi i duchowni pokazuja chetnie stare, bogato zdobione krzyze i ksiegi. Niektore maja po 1000 lat i dalej sluza tak samo, jak sluzyly wiernym wieki temu. Te pieknie ilustrowane i pisne zdobnym pismem ewangelie w Polsce zapewne lezalyby za szyba chroniona alarmem, gdzies w muzeum jako cenny, jesli nie najcenniejszy, eksponat. Tutaj tysiacletnie ksiegi leza na polkach, krzeslach, czasem na podlodze, po prostu tam, gdzi zostawil je ostatni czytelnik.

DLUGA DROGA DO LALIBELI

01_03_2001_830.jpg
Mieszkancy Bahir Dar spotkani na targu

Afryka pelna jest paradoksow, ktore po prostu nie mieszcza sie w naszych europejskich glowach, jak chocby ten, ze w Etiopii by gdziekolwiek dalej dojechac, trzeba na dworcu autobusowym zjawic sie juz o 5.00 rano, kupic bilet, wrzucic plecak na dach i czekac az autobus sie zapelni, bo wtedy dopiero odjedzie. Jesli do danej miejscowosci odjezdza dziennie piec autobusow to wszystkie maja niezmiennie stoja gotowe o 5.00 rano i ruszaja gdy tylko wszystkie miejsca zostana sprzedane. Czesto bywa tak, ze jedzie sie w kolumnie 3-4 autobusow, bo akurat wszystkie zapelnily sie w tym samym czasie.
Nasza ciagnaca sie w nieskonczonosc podroz z Bahir Dar do Lalibeli takze zaczela sie o 5.00 rano. Pech jednak chcial, ze nasz autobus choc zapelnil sie szybko, okazal sie zepsuty. Patrzylismy tylko z zazdroscia jak inne, w gestych oparach spalin odjezdzaja z dworca. Zorganizowanie nowego autobusu zajelo korporacji transportowej ponad trzy godziny, a podstawiony pojazd byl tak ciasny, ze oparcia siedzacych przed nami pasazerow konczyly sie nam na kolanach. Cale dziesiec dlugich godzin jechalismy po piaszczystej drodze, po nieopisanych wertepach, przy calkowitym braku amortyzacji, pod palacym sloncem i w chmurze takiego kurzu, ze kazdy zakrywal usta i nos, czym tylko sie dalo, by moc jako tako oddychac. Chociaz jak Etiopia dluga i szeroka, pelna jest Chinczykow w pocie czola budujacych drogi, to pracy przed nimi jeszcze bardzo wiele jeszcze.
O 18.00 docieramy do Gasheny, gdzie mielismy przesiasc sie na autobus do Lalibeli. Mielismy, bo wszystkie juz dawno odjechaly. Po godzinnym oczekiwaniu na szczescie, w towarzystwie dwojki innych podroznikow, ktorzy rownie dlugo jechali tu z Gonder, udaje nam sie zlapac jeepa jadacego akurat do Lalibeli. Po dwoch godzinach, zupelnie zmarnowani, glodni i wymeczeni, docieramy do celu. A ze bylo warto wszystkie te trudy pokornie znosic przekonalismy sie juz nastepnego dnia o poranku. Lalibela zaczarowala nas zupelnie!

LALIBELA
Pierwsze tak blisko widziane tukule, hotelik w lokalnym domostwie, wioska zyjaca wlasnym a nie turystycznym zyciem, zaproszenie na wesele i koscioly wyrzezbione we wnetrzu ziemi, najlepszy w Etiopii zjedzony obiad, a wszystko to we wspanialej gorskiej scenerii - czy mozna chciec wiecej?
Dawno, dawno temu, gdzies na przelomie XI i XII w. ne, krol Lalibela mial we snie wizje. Wrogowie chrzescijanstwa niszczyli swiatynie, ktore wierni w pocie czola wznosili przez stulecia. Pan Bog przemowil wiec do Lalibeli we snie i nakazal mu zbudowac swiatynie w ziemi tak, by ujrzec je mogly z daleka tylko ptaki, a przed oczami niewiernych by pozostaly na zawsze ukryte. Tak tez uczynil krol Lalibela i zbudowal 11 wspanialych swiatyn, z ktorych czesc to tzw. koscioly monolityczne, czyli powstale z jednej skalnej bryly. Ponoc wybudowanie, a dokladnie rzecz biorac wyrzezbienie ich w ziemi, zajelo Lalibeli ledwie 28 lat. Sa tez tacy, ktorzy twierdza, ze sam Jezus Chrystus spuszczal je z nieba na ziemie z przedkoscia 1 metra dziennie. Obserwujac zapal do pracy przy sprzatniu swiatyn na nadchodzace Boze Narodzenie, wydaje sie, ze ta druga wersja, choc tak wrecz bajkowa, jest jednak bardziej przwdopodobna.
IMG_9891.jpg
Kosciol Sw. Jerzego w Lalibeli

Najslynniejszym ze wszystkich 11 kosciolow jest kosciol sw. Jerzego, ktory jako jedyny nie jest chroniony paskudnym, zelazno-plociennym zadaszeniem. Zbudowany na planie rownoramiennego krzyza i wysoki na jakies 3 pietra, z gory jak i z dolu wyglada rownie zachwycajaco. Padajace tu czasem deszcze sparwily, ze na scianach kosciola pojawily sie z czasem zoltego koloru porosty, dzieki czemu widziany z daleka wydaje sie posypany zoltawym proszkiem. Na dziedzincu, podobnie jak w pozostalych 10 swiatyniach, basen ze swieta woda. Gleboki na tyle samo metrow, na ile wysoki jest kosciol, przy ktorym sie znajduje. W czasie wielkich swiat, takich jak Timkat (zaraz po Bozym Narodzeniu) gesto porastajaca powierzchnie zbiornika roslinnosc odgarniana jest na boki dlugimi kijami, a w samym zbiorniku zanurza sie na linach, na krotka chwile, chociaz ponoc w calosci, kobiety cierpiace na bezplodnosc. Swieta woda ulecza ponoc 100% przypadkow.
Wnetrze kosciola sw. Jerzego nie rozni sie wiele od pozostalych. Kiedys rowna podloga, przez setki lata zadeptywana przez tysiace wiernych, dzis jest mocno pofaldowana i przykryta szczelnie dywanami. Stare, piekne dekoracje mieszaja sie z kiczowata nowoczesnoscia: lampami jarzeniowymi i odpustowa ikonografia. Kazdy kosciol w Lalibeli ma swojego ksiedza - opiekuna, ktory zazwyczaj pokazuje turystom swiete krzyze przechowywane w niedostepnych dla zwyklych smiertelnikow zakatkach swiatyni. Krzyze choc piekne niewatpliwie budza jedna zazwyczaj mniejsze zainteresowanie niz sam ksiadz. W obawie przed fleszami aparatow fotograficznych zaklada tandetne, plastykowe okulary przeciwsloneczne i w jednej chwili caly majestat i wizerunek swietego, uczonego meza diabli biora, nawet stare, opasle ksiegi, trzymane w reku nie pomagaja - groteska jest i basra.
IMG_9853.jpg
"Groteskowy" ksiadz

WESELE

A wieczorem w hotelu wesele! Ponoc jest w modzie i w dobrym tonie, aby szanujacy sie rastafarianin mial zone prosto z Etiopii. Przybywaja wiec do Etiopii rastafarianie z calego swiata i wyjezdzaja z jakas amharska pieknosci u boku. W tym wypadku, piekna panna mloda poleci daleko, bo az do Trynidadu i Tobago. Uroczystosci weselne trwaja zwykle 3 dni, my zaproszeni przez naszego hotelarza, bierzemy udzial w drugim dniu weselnym. Lokalne piwo wyrabiane z miodu leje sie litrami. Szklanki nie mozna wypic do dna, bo jest ona systematycznie uzupelniana. A muzyka, drodzy Panstwo, na zywo! W tym wypadku nie byl to jednak powod do radosci, bo muzyka etiopska na tle calej Afryki jest wyjatkowa i po prostu nie da jej sie sluchac. Na weselu dominuja przyspiewki, ktorych slowa uklada sie na biezaco, komentujac sytuacje i gosci. Nieodlacznym elementem weseliska jest tradycyjny taniec ASMARI, darem wykonywania ktorego wszyscy sie tutaj rodza, bo z taka niezwykla wykonuja go lekkoscia i swoboda. A sprawa jest naprawde bardzo trudna. Caly taniec opiera sie bowiem na szybkich i zwinnych ruchach ramion i szyi oraz wystukiwaniu rytmu nogami. Latwiej opisac niz wykonac, chociaz oba zadania sa nadzwyczaj skomplikowane.
I ja tam bylam, lokalne piwo pilam i choc fajki nie palilam to asmari zatanczylam. Wyszlo mi to bardzo nieudolnie, ale biesiadnicy byli zachwyceni, a o to chyba chodzilo.
IMG_9885.jpg
IMG_9749.jpg
Lalibela

Wysłane przez aidni 00:23 Kategoria Etiopia Komentarze (0)

ETIOPIA - czesc I

afrykanska odyseja trwa

5 DNI W GORACH SIEMIEN
Czy mozna zmarznac w Afryce? Owszem, i to tak do szpiku kosci, tak ze az cialo przeszywaja dreszcze, a czlowiek budzi sie w srodku nocy i ma ochote krzyczec z bolu. Ale jesli juz marznac w Afryce to jednak nie byle gdzie. Jesli juz marznac w Afryce to w jednych z najpiekniejszych gor naszego globu - w gorach Simien w polnocnej Etiopii. Takich gor jeszcze nie widzialam: waskie kaniony, jakby wykrojone nozem z wnetrza ziemi, strome klify, z ktorych sacza sie wodospady (jeden wysoki nawet na 450 m) i strumienie. Stoki porasta tu zoltawa trawa oraz gigantyczne lobelie i dziurawce wielkosci niemalych drzew, kwitnace wszedzie szalona zolcia. Chociaz widoki zapieraja dech w piersiach to jednak najwiekszym przezyciem w gorach Simien jest spotaknie z dzeladami, a moze i widoki i spotkanie naraz? Trudno rozsadzic. Dzelady (gelada baboon - malpy z rodziny pawianowatych endemiczny gatunek, wystepujacy jedynie w gorach Simien) nazywa sie takze malpami o krwawiacym sercu. Na piersi nosza bowiem jak emblemat, gorejace, czerwone serce. Sa ich tu setki, tysiace nawet.
01_03_2001_764.jpg
Nie obawiaja sie ludzi w najmniejszym stopniu, a dokladniej rzecz biorac bialych ludzi. Przed czarnymi czmychaja bowiem czym predzej. Od kiedy szelmy zapuszczaja sie na pola mieszkajacych tu licznie gorali, w celach ma sie rozumiec ewidentnie rabunkowych, ci ciskaja w nie kamieniami bez opamietania. Bialy czlowiek tymaczasem podchodzi na palcach, caly az tak przejety, ze az mowi szeptem i co najwyzej pstryknie pare zdjec. Dzelady wiec, nie wykazujac najmniejszego zainteresowania dla przybyszow z dalekiej Polnocy, skubia trawe, marudzac pod nosem zupelnie otwarcie. Porzadek spoleczny stada dzelad reguluje swoiscie rozumiany patriarchat. Wprawdzie to samiec ma role decydujaca i ma przynajmniej kilka malpich zon, ale to samice dokonuja wyboru samca - przewodnika stada, a gdy ten sie zestarzeje i zniedoleznieje, przepedzaja go bez namyslu wybierajac na jego miejsce silnego, mlodego nastepce. Porzadek dnia dzeladowego jest prosty, niezmienny i calkowicie przewidywalny. Po nocy spedzonej na skalnych urwiskach, poranek uplywa dzeladom na wzajemnym iskaniu a nastepnie jedzeniu korzonkow i trawy, i to by w zasadzie zamykalo temat. Czasem, przy odrobinie szczescia, mozna podejrzec jakas mala, rodzinna awanture, a nawet walke samcow z dwoch konkurencyjnych stad. Jaki wtady wrzask, jaki tumult, jakaz prawdziwa malpia histeria i poruszenie w przyrodzie!
01_03_2001_658.jpg
Dzelady zyja w niezwyklej symbiozie z kozicami gorskimi zwanymi valia ibex, ktore charakteryzuja sie rogami dlugimi na prawie 1,1m. To takze gatunek wystepujacy jedynie w gorach Siemien i dzis zagrozony wyginieciem. Te piekne i dlugie rogi od zawsze budzily podziw i podsycaly ludzka pozadliwosc. Dlatego kozice boja sie ludzi, strach ten jest w nich wciaz zywy chociaz dzis bedac pod ochrona moga czuc sie juz zupelnie bezpiecznie. Kozice maja jednak zbyt slaby sluch, by uslyszec zblizajacego sie na placach czlowieka. Ten zmysl za to jest silna strona dzelad. Kilka charakterystycznych piskow kudlatych malp skubiacych trawe i kozice juz wiedza, ze zbliza sie czlowiek. Rzadko wiec mozna zobaczyc je z bliska, dzelady to bowiem niezawodni informatorzy.

CENA ZYCIA

Aby wyruszyc w gory Siemien trzeba miec ze soba cala swite: przewodnika, ochroniarza z dluga bronia (na broni nie znam sie wiele, ale wygladala na taka, co ostatni raz strzelala w czasie II wojny swiatowej) oraz mula wraz z opiekunem. Mozna takze zabrac kucharza, ale to na szczescie opcja nadobowiazkowa. W Afryce jest rzecza powszechna i najzupelniej naturalna, ze czynnosc, ktora w Europie z powodzeniem wykonuje jedna osoba, tutaj potrzeba osob kilka, chocby mialy sie nudzic caly dzien, podpierajac glowe na zmiane, to lewa, to prawa reka i ziewac szeroko. Czasem jest to nuda tak straszliwa, ze az wyczuwa sie ja w powietrzu, tak gesta, ze wrecz mozna jej dotknac. Widac to w bankach, restauracjach i urzedach, widac takze i w gorach Siemien.

Kazdy dzien zaczynamy niezmiennie od goracej herbaty i owsianki na wodzie (ktorej calym sercem po prostu nie cierpie) oraz suszenia namiotu na sloncu. Topnieje gruba wartwa szronu na tropiku, z syberyjskich mrozow nocy w sercu Afryki, dzieki sloncu momentalnie wkraczamy do afrykanskiego pieca. Mul zostaje obarczoiny naszymi tobolkami i wraz ze swoim opiekunem rusza droga do kolejnego obozowiska. My zas, wraz z naszym przewodnikiem i ochroniarzem, ktorego nazywa sie tutaj skautem, podazamy spokojnie waskimi, kretymi i zazwyczaj stromymi sciezkami wsrod gestych traw, wysokich na ponad 2 metry lobelii, dzelad liczonych w setkach i kozic liczonych na placach.

01_03_2001_544.jpg
01_03_2001_739.jpg
Dzieci z gor Simien

Spotakalismy ja w czasie postoju, w pieknym, widokowym miejscu, jednym z wielu w gorach Siemien, ktore urzekaja, oczarowuja i najzwyczajniej w swiecie zwalaja z nog kazdego wedrowca. Zaledwie 10-cio letnia, a juz ciezko pracuje wypasajac kozy i owce na gorskich stokach. Nie ma butow, ani cieplego ubrania, jedynie cienka podarta sukienke i kocyk, ktorym owija sie szczelnie. Pod tym kocykiem, przez dluzszy czas ukrywala przed nami wstydliwie paskudna rane - praktycznie calkowicie rozszarpane udo. Gdy wypasala swoje owce i kozy ugryzl ja pies. Szczesliwie nie przegryzl tetnicy udowej, bo wtedy najpewniej wykrwawila by sie samotnie, gdzies wysoko w gorach w ciagu zaledwie kilku chwil. Bartek, ktory towarzyszyl mi w mojej podrozy az do Addis Ababy, byl zapewne pierwszym lekarzem, ktorego spoktala w zyciu, leki, ktore jej podarowal byly najpewniej pierwszymi, jakie kiedykolwiek przyjmowala. Chodzila z ta rana 3 dni a jej matka prosila o pomoc przechodzacych turystow, zupelnie nie zdajac sobie sprawy ze ta rana moze jej odebrac corke.
Ile kosztuje zycie jednego afrykanskiego dziecka?
40 USD, a najpewniej jeszcze mniej. Bo tutaj w gorach bieda jest okrutna i bezwzgledna. Ludzie zajmuja sie rolnictwem, ktore pozwala im jedynie przetrwac. Nie produkuja nadwyzek, ktore nastepnie mogliby odpsrzedac, nie maja wiec pieniedzy i to w najzupelniej doslownym znaczeniu. Dzieci wypasaja bydlo od najmlodszych lat, rzadko ktore chodzi do szkoly, wszystkie za to wyplataja czapki z welny. Te welniane czapeczki sprzedaja nastepnie turystom i jest to pewnie jedyna gotowka jaka potem dysponuja ich rodziny. Jedna czapka kosztuje 25 birr tj. 2,5 USD. Jak zatem kupic koce, cieple ubrania i buty i skarpety dla licznej rodziny? Marzna w swoich tukulach (typowych, afrykanskich, okraglych chatkach krytych strzecha) zapewne znacznie bardziej niz my w naszym namiocie. Jak zatem mogliby oplacic transport rannej corki do najblizszego szpitala, ktory od miejsca, w ktorym ja spotkalismy znajdowal sie o trzy dni marszu? Z czego oplacic lekarza, jak kupic lekarstwa? 40 USD, ktore jej podarowalismy okazalo sie wystarczajace uswiadamiajac nam jednoczesnie, jak zatrwazajace sa roznice dzielace ten swiat. Pieniadze, ktore w Europie wydajemy sami nawet nie pamietajac na co, w innej czesci swiata maja moc ratowania zycia.
Bieda ma rozne oblicza, ale to ktore widzialam w tej pieknej gorskiej scenerii bylo chyba najokrutniejsze ze wszystkich dotad mi znanych. Bo panujaca tu bieda to bieda kaprysnie szafujaca ludzkim zyciem i smiercia, to bieda, ktora nie daje zadnych szans, to bieda trzymajaca ludzi w kleszczach, z ktorych nie ma ucieczki, a przejawem jej najwyzszej laski jest tylko to, ze pozwala im przetrwac. A do tego to nieustajace zimno, ten chlod przenikajacy gleboko cialo i kosci. Nie widzialam okrutniejszej i bardziej bezwzglednej biedy jak ta w gorach Simien.

Wysłane przez aidni 06:49 Kategoria Etiopia Komentarze (0)

Sudan

04.10 - 11.11

sunny 34 °C

WADI HAFA
Do malenkiego portu na polnocy Sudanu dotarlismy juz kolo 12. Po drodze mijajac wspaniala swiatynie w Abu Simbel, ktora nakladem ogromnych srodkow i wysilkow uratowano od zalania po budowie wielkiej tamy w Asuanie. Rejs po jeziorze Nasser to niezwykla przygoda. O ile noc byla wspaniala tak w dzien jest tu prawdziwe pieklo. Temperatura siega 35 stopni, cienia brak a formalnosci na granicy sudankiej trwaja grubo ponad 4 godziny, takze dlatego ze pierwszenstwo w wyladunku maja towary a nie ludzie...a w dodatku nas statek sluzy za tlo do teledysku, dlatego odprawa sie opoznia. Jak widac gwiazdy ekranu i sceny maja swoje prawa pod kazda szerokoscia geograficzna.
Picture_019.jpg
Nasz statek w porcie

Po zejsciu z pokladu czekamy w nieskonczonosc na obowiazkowy meldunek, ktory w dodatku kosztuje 30 USD. Wykonczeni padamy na lozka w niezwykle obskurnym hotelu. Koniec egipskich luksusow, zaczyna sie prawdziwa Afryka.
Picture_020.jpg
W hotelowym korytarzu

PAKIET PRZYGOD NA POCZATEK
Nie wie o trudach podrozowania nic ten, kto nie droga ladowa nie pokonal polnocnego Sudanu.
Nie jest latwo sie stad wydostac i nie jest latwo stad gdziekolwiek dotrzec, bo Wadi Halfa istnieje praktycznie wylacznie dzieki temu, ze co tydzien przyplywa tu statek wyladowany po brzegi ludzmi i towarami z Egiptu.
Inaczej nie byloby tu nikogo ani niczego, a gliniane miasteczko pochlonelaby natychmiast pustynia.
Przekonalismy sie o tym dosc szybko, gdy okazalo sie ze najblizszy autobus odjezdza do miejscowosci Dongola dopiero nazajutrz o 13.00, zas pociag do stolicy jest tylko raz w tygodniu.
Sudan to jednak prawdziwe podroznicze wyzwanie. Trudno wyobrazic sobie drogi bardziej
wyboiste, o nawierzchni przypominajacej tarke, ktore pokonac moze jedynie pancerny autobus o wysokim jak ciezarowka zaweszeniu, pedzacy z predkoscia ok 70 km / h.
Rzuca czlowiekiem jak workiem z ziemniakami, gdy ten pancerny pojazd przedziera sie zuchwale przez wszechobecna, kamienno-piaszczysta pustynie.
Trudno zlapac oddech, gdy przez kazdy otwor, chocby i najmniejszy, wdziera sie drobny pyl, drobniejszy nawet niz piasek, wydobywajacy sie spod kol calymi tumanami. Ale nie na tym koniec. Bo skoro jest Sahara to i musi byc goraco, i to jak! Goraco jest jak w piecu, slonce pali jak ogromna grzalka. Nie pomoze zadna ilosc wypitej wody, nic nie zwyciezy zaru Sahary.
Trwa to 11 godzin. Cale nieskonczenie dlugie 11 godzin!!! Choc mimo zapewnien biletera mielismy byc na miejscu juz 7 godzinach. W Afryce czas jednak plynie inaczej, jakaz to roznica czy autobus ma spoznienie czy nie, ktoz by sie przejmowal.
Po drodze widoki pustyni zachwycaja, przerazaja i zasmucaja jednoczesnie. Gliniane wioski i bieda, jaka trudno sobie nawet wyobrazic.
Ludzie zyja tu tylko zeby przetrwac, bo na tyle tylko pozwala im bliskosc Nilu i ogarniajaca reszte swiata Sahara.

O BIWAKU POD CHMURKA I OSIOLKU, KTORY NAS OBUDZIL
Kiedy zapada zmrok, dla odmiany, zaczyna sie robic zimno i to nie na zarty. Okolo 1.00 w nocy docieramy do malego, calkowicie uspionego miasteczka Kerma i ku naszemu zdziwieniu (oprocz Bartka, ktory towarzyszy mi w mojej podrozy az do Addis Ababy, bylo z nami dwoch brytyjskich podroznikow) dowiadujemy sie, ze nasz autobus do Dongoli nie pojedzie ani metra dalej. Zorganizowano dla nas jednak transport zastepczy
w postaci wysluzonego juz pikupa marki Toyota. Trzymamy sie czego sie da usilujac nie wypasc jakos z paki. Zimno przeszywa cale cialo, a kierowca pedzi po pustynnych wybojach nie znajac strachu ani hamulca. Marzenie jest tylko jedno - lozko jakiekolwiek, nawet w norze porownywalnej do tej z Wadi Halfa. Wreszcie widac jakies swiatla i jakies niemrawe zabudowania.Patrze na zegarek dochodzi 2.00 w nocy. Wysiadamy uradowani - nareszcie koniec koszmaru. Kierowca jednak na pytanie o hotel usmiecha sie bezradnie.
Cos tu jest nie tak. Barwna gestykulacja zostajemy w koncu poinformowani, ze Dongola jest po drugiej stronie Nilu, a mozna sie tam dostac jedynie promem, ktory bedzie dopiero rano. A wiec to nie koniec przygody.
Skoro jednak nie ma hotelu, to trzeba spac pod chmurka,
chociaz tutaj wypadaloby powiedziec "pod gwiazdami". Bo chmur brak, a gwiazd zatrzesienie. Rozgladam sie wokol. Tu i owdzie stoi pare pikapow, kilka chalup skleconych z blachy falistej, kilka stolikow, pare krzesel. Rozkladamy karimaty i spiwory. Na sen nie trzeba czekac - przychodzi natychmiast.
O poranku budzi nas histerycznie glosne "ihaaaa, ihaaa"!!! tak glosne, ze obudziloby chyba umarlego. Otwieram oczy: tuz obok naszego obozu pasie sie radosnie osiolek, a owe kilka pikapow i rozpadajacych sie bud, ktore tak niepozornie wygladaly w nocy, przemienilo sie w tetniacy zyciem dworzec autobusowy i targ, posrodku ktorego obudzilo sie 4, zupelnie zdezorientowanych i calkowicie
zakurzonych bialasow.

Picture_022.jpg
autobus do Dongoli
Picture_024.jpg
asfaltowe kawalki drogi wyrastaja czasem zupelnie nieoczekiwanie, niestety szybko sie koncza

BURZLIWA HISTORIA JEDNEJ FOTOGRAFII
A z Chartumu zdjec nie bedzie, choc dokladniej rzecz ujmujac bedzie tylko jedno, bo w Chartumie, ponad czteromilionowej stolicy Sudanu, robienie zdjec jest zajeciem wysoce niebezpiecznym o czym przkonalam sie na wlasnej skorze. A bylo tak.
Przyznaje sie bez bicia, dalam sie uwiesc nowoczesnemu wygladowi, wielkomiejskiej atmosferze Chartumu i gdy juz poczulam sie swojsko nadszedl piekny zachod slonca. Oswietlona na zloto ulica idzie smukla kobieta, przejzedza samochod - ujecie gotowe. Wyciagam szybko aparat i po prostu naciskam migawke. Nie minela nawet chwila, gdy podszedl do nas dosc wysoki mezczyzna, ubrany zupelnie zwyczajnie
i informuje nas, ze zrobilam zdjecie w niedozwolonym miejscu. Prowadzi nas do stojacego nieopodal policjanta. Tak zaczela sie prawdziwa droga przez meke. Legitymowanie, wiz sprawdzanie, wydzwanianie, w rejestry wpisywanie, ogladnie zdjecia. Nim zdazylam powiedziec chocby pare slow o tym, ze przeciez nie bylo nigdzie napisane, ze zdjec tu robic nie wolno i ze moge zdjecie to skasowac i zajmie to sekunde, juz wokol nas zrobilo sie tlumno i gwarnie. Policjanci, z kalasznikowami przewieszonymi przez ramie, podaja
sobie nasze paszporty, moj aparat wedruje z rak do rak. Nikt nie zwraca na nas uwagi. Po chwili wsadzaja nas do radiowozu i mkniemy na klaksonie przez miasto. Trwa to chwile, gdy w koncu zostajemy wysadzeni przed jakims nieoznakowanym budynkiem. Otwiera sie brama, wchodzimy na dziedziniec, brama zamyka sie natychmiast. Dostajemy dwa krzesla, a oni siadaja pare metrow dalej. Zaczyna sie prawdziwa wojna nerwow.
Obserwuja nas, smieja sie wesolo, gdy z meczetu glos muezina wzywa do modlitwy, rozkladaja dywany i modla sie. Nie odpowiadaja na nasze pytania, nie umieja albo nie chca mowic po angielsku, przygladaja sie za to bardzo uwaznie. Trwa to moze ok. godziny, dla mnie to jednak jak cala wiecznosc. Niedobry to koktail, w ktorym zmieszana jest niewiedza, niepewnosc i poczucie bezradnosci. W glowie rodza sie czarne mysli, a panika
czai sie tuz za rogiem. W koncu brama otworzyla sie ponownie. Na dziedziniec wjechalo eleganckie, srebrne auto. Wysiadl z niego rosly mezczyzna i zaczelo sie przesluchanie, ktore trwalo dosc krotko. Upewniony, ze nie jestesmy dziennikarzami i wysluchawszy moich mocno przesadzonych zachwytow nad Sudanem zwrocil nam na krotko, na szczescie, utracona wolnosc. A zdjecia nawet nie kazal kasowac.
Gdy znow stalam na ulicy, jezdzily gwarnie samochody i tuktuki, ludzie handlowali i usmiechali sie wesolo, nogi ugiely sie pode mna i dalabym wtedy wszystko za setke naszej polskiej wodki, ale w muzulmanskiem kraju musialam zadowolic sie jedynie harbata.
01_03_2001_411.jpg
Zakazane zdjecie

HERBACIARKO-KAWIARKI
Jesli cos w Sudanie urzeklo mnie naprawde, tak prosto w serce i od pierwszego wejrzenia to byly to herbaciarko-kawiarki, ktore na ulicach wszystkich, bez wyjatku miast i miasteczek, sprzedaja przechodniom piekielnie slodka herbate i mocno kardamonowa kawe (za mocno). Kolorowo ubrane kobiety siedza w cieniu drzew, przed soba maja stoliczek ze szklaneczkami, sloiczkami z kawa, herbata i cukrem, a tuz pod reka, na palenisku,
czajnik z gotujaca sie woda. Wokol zawsze pelno jest klientow, o wolny stoleczek jest ciezko, niezaleznie od pory dnia. Na szczescie jednak takich herbaciarek jest liczba ogromna. W Sudanie bowiem kawe i herbate wypic mozna tylko u herbaciarek i kawiarek. Zadna restauracja czy zwykla nawet jadlodajnia nie osmielilaby sie sprzedawac swym klientom cieplych napojow i tym samym odbierac tym kobietom jedyne ich zrodlo zarobku. Nawet w kosmopolitycznym i nowoczesnycm Chartumie, restauracje nie serwuja cieplych napojow w ogrodkach,
a jedynie wewnatrz, gdzies na koncu, w ciemnym kacie sali. Instytucja herbaciarko-kawiarki jest w Sudanie pod scisla ochrona i co najwazniejsze jest to ochrona skuteczna. Barwnych herbacianych stanowisk nie brakuje i raczej dlugo jeszcze, na szczescie, nie zabraknie.

01_03_2001_425.jpg
Tradycyjnie podana sudanska kawa lub herbata

SUDANSKIE LOVE STORY
"-Sursar! Sursar! - do dzis zdarza mi sie snic o niej, a nawet wypowiadac jej imie gdy spie. Moja zona bardzo sie zlosci, nie moze zrozumiec, ze moje serce nie zapomnialo o Sursar. Spojrz tylko!- siedzacy tuz za mna w tlocznym autobusie Sudanczyk wrecza mi komorke
ze zdjeciami egipskich pieknosci - bardzo byla do nich podobna. Kochalem sie w niej przez 10 lat. Marzylem o niej, bo byla taka piekna."
Autobus podskakuje na wybojach, z glosnikow plyna religine, muzulmanskie piesni. Z nieba leje sie prawdziwy zar, jak to w Sudanie, jak to na pustyni. Z kazda chwila jestesmy coraz blizej granicy etiopskiej, ale milosc do pieknej Sursar kpi sobie z czasu, a tym bardziej kpi sobie z granic.
"Tutaj w Sudanie kochac nie jest latwo - opowiadal dalej - slub musi sie odbyc za zgoda rodzicow, a jej matka nie chciala mnie. Sprzedala Sursar jakiemus wojskowemu i przestalismy sie widywac, plakalem codziennie. W koncu sam sie ozenilem i mam dzis troje dzieci. Tylko troje bo ozenilem sie pozno, moi koledzy maja juz kazdy siedmioro. Opowiadam ci o tym dlatego, ze po tych wszystkich latach widzialem dzis Sursar na ulicy, udawala ze mnie nie widzi i poszla swoja droga. Ale ja jej nigdy nie zapomne". Takie to oto historie mozna uslyszec w sudanskich autobusach.

POSTSCRIPTUM
Sudan jest nie tylko biedny, jest przede wszystkim smutny. Ludzi, choc uczciwych i serdecznych, wypelnia jakis smutek, jakby nie wierzyli w jutro, jakby nie starczalo im energii, woli, nadziei. Wszedzie czuc niestety, ze to kraj rzadzony przez rezim, wszystko jest zniewolone, skrepowane, pozbawione inicjatywy i po trosze takze zycia. Zbyt krotko tu bylam by moc ocenic, czy winna jest temu pustynia, polityka, religia czy ciagnaca sie latami wojna, ale takie wrazenie, taki obraz Sudanu zabralam ze soba do Etiopii, ktora na szczescie okazala sie calkowitym Sudanu zaprzeczeniem. Kontrast ten czuc juz bylo na granicy, ktora w tym miejscu jest nie tylko punktem
odprawy paszportowej, ale prawdziwym zderzeniem dwoch, calkowicie odmiennych swiatow.

Picture_025.jpg
Picture_023.jpg
Najpiekniejsi w Sudanie sa zwykli ludzie

Wysłane przez aidni 03:45 Kategoria Sudan Komentarze (1)

Egipt

29.10-3.11

sunny 30 °C

KAIR- MIASTO XXL

Kair – Nowy Jork Afryki, wielka, bliskowschodnia metropolia, ktora za dnia nadyma sie jak balon palacym sloncem i przykrywajaca wszystko, gruba zaslona spalin, wieczorem zas oslepia blaskiem bogatych, sklepowych witryn i uwodzi slodkawa wonia fajki wodnej (sziszy) palonej pod golym niebem chyba w kazdej bez wyjatku czesci miasta.
Zlosliwi Nubijczcy z Asuanu mowia, ze kairczycy caly czas spedzaja jedzac i biegajac, co wcale nie oznacza ze ciezko pracuja, a wrecz przeciwnie, bo nawet w godzinach pracy jest ich zawsze pelno na ulicach. Jest w tym ziarnko prawdy, bo przez Kair rzeczywiscie plyna trzy rzeki: Nil, rzeka ludzi i rzeka samochodow (wsrod nich takze rozpadajace sie polskie maluchy i polonezy). Wszystkie trzy ogromne walczace miedzy soba o pierszenstwo.
Picture_001.jpg
Kair w nocy
Na ulicach Kairu trwa niepzrewanie rewia kobiecej mody w wersji muzulmanskiej. Jak to mozliwe? Po prostu tym czym dla Europejki jest modna fryzura, tym dla mieszkanki Kairu hidzab, czyli chusta, ktora muzulmanki sa zobowiazane szczelnie zakrywac sobie wlosy. Sa ich niezlicone rodzaje, kolory i wzory. Gladkie, karbowane, zdobione cekinami, dwuwarstwowe, upinane na przerozne sposoby. No bo po co toczyc walke z hidzabem, kiedy mozna go w tak prosty sposob uczynic sluga kobiecosci, a przy tym pozostajac wierna surowym islamskim nakazom. Czyz to nie paradoks?
Picture_003.jpg
Kair za dnia

Nie sposob przejsc ulicami Kairu nie napotykajac przy tym wszelkiego rodzaju “przyjaciol”. Pierwszy, ktorego spotkalismy nastreczyl nam samych klopotow, ale nie zrazeni tym postanowilismy dac Egipcjanom jeszcze jedna szanse. I tak poznalismy Mohammada i Islama, a dokladniej rzecz ujmujac to oni poznali nas i to w sposob przebiegly i zaplanowany. Do polnocy rozmawialismy przy sziszy i kardamnowej kawie, a tematem byla oczywiscie wolnosc seksualna w Europie. Oni otwierali szeroko oczy z wrazenia, ze w Europie to jednak nie jest tak, ze wszedzie trwa jedna wielka, nieustajaca orgia, a my, ze az tak fatalna Europejczycy maja w swiecie arabskim reputacje.
Chlopcy, chyba nieoczekiwanie, podarowali nam nieoceniony present: pokazali nam prawdziwe obliczw Kairu. Nie to z eksluzywnymi sklepami i siedzibami bankow, nie to, gdzie w malowniczych uliczkach pelnych sklepow z pamiatkami klebia sie setki turystow, ale to gdzie toczy sie prawdziwe kairskie tu i teraz. Ten znacznie mniej elegancki, “cywilizowany” i bogaty obraz rzeczywistosci, dzieki swej prawdziwosci byl zdecydowanie bardziej urzekajacy niz pelne przepychu turystyczne dzielnice.

Picture_005.jpg
wieczorami najprzyjemniejsze sa spacery po waskich uliczkach pelnych uroku
Picture_006.jpg
i obowiazkowa shisha w jednej kawiarenek pod chmurka

Wiekszosc czasu w Kairze zajelo nam zalatwianie formalnosci zwiaznych z uzyskaniem wizy na dlasza podroz do Sudanu, ale jako ze los jest dla mnie laskawy to i po raz trzeci w zyciu stanelam u stop piramid. Zachwycaja tak samo i ten sam budza podziw, co jakies 15 lat temu, gdy bylam tu po raz pierwszy. Dzis ze smutkiem patrzylam jednak jak miasto okraza je coraz ciasniej i ciasniej, jak zorganizowane wycieczki podjedzaja autokarami prawie pod samo wejscie do piramidy Cheopsa, jak Sfinksowi przed nosem wyrosly Pizza Hut i KFC. Smutno jest patrzec jak ten niezwykly pomnik przeszlosci ginie powoli, szczelnie przykryty gruba warstwa smogu i ludzkiej pogoni za niograniczonym zyskiem.
Picture_009.jpg
po raz trzeci w zyciu stanelam pod piramidami - robia zawsze to samo wrazenie.

ASUAN
Po Kairze, Asuan swoja malenkoscia i zascianmkowym charakterem byl jak prawdziwy balsam. Mieszkajacy tu Nubijczcy to lud dumny, ktory niechetnie przyjmuje wszelkie proby utozsamiania go z Arabami i reszta Egipcjan. Nubijczcy przybyli tu z polnocy Sudanu, o ktorym mowia z szacunkiem i miloscia, jak o utraconej ojczyznie. Nie mieszkaja w Asuanie, ale na drugim brzegu Nilu, gdzie zbudowali wlasne wioski i calkowicie zmonopolizowali rynek romantycznych rejsow po Nilu lodkami zwanymi "feluka". Taki rejs to punkt obowiazkowy kazdej wizyty w Asuanie, obowiazkowy bo po prostu pewnych przyjemnosci nie mozna sobie odmowic, a rejs feluka to po prostu przyjemnosc absolutna.
Picture_015.jpg
Rzecz wspaniala i w Asuanie wrecz obowiazkowa - rejs po Nilu nubijska ladzia zwana "feluka".

Moja przygoda z Afryka zaczela sie wlasnie tu w Asuanie. Egipt znalam, bylam tu juz trzykrotnie, a w kulturze arabskiej dorastalam - prawdziwe spotkanie z innoscia bylo dopiero przede mna. Moja przygoda z nieznana i nieodkryta wciaz dla mnie Afryka zaczela sie nastepnego dnia, a dokladnie 4.11, kiedy to po trwajacej przeszlo 2 godziny odprawie stanelam na poladzie statku SINAI I, ktorym przez nastepna no mialam plynac az do Sudanu.
W porcie musielismy stawic sie juz o 10.00, chociaz statek wyplywal dopiero o 17.00. Pasazerow zaladowuje sie jednak w pierwszej kolejnosci, a potem wszelkie inne towary, a jako ze ich ilosc jest niewyobrazalna, a asortyment siega od cebuli po telewizory, no to trzeba czekac.
Zbyt pozno dowiedzielismy sie niestety, ze zamiast tloczyc sie na pokladzie drugiej klasy (na ktora mielismy wykupione biety - 306 LE) mozna przenocowac na gornym pokladzie pod blekitnym niebem. W ostatniej chwili udalo nam sie wyrwac ostatatnie miejsca gdzies miedzy czyims tobolkiem a walizka, ale noc wynagrodzila nam wszelkie niewygody widokiem na niebo uginajace sie pod ciezarem gwiazd i ksiezycem srebrzyscie oswietlajacym szerokie jak morze jezioro Nasser.
A wiec zegnaj Egipcie i witaj nieznana jeszcze Afryko!

Wysłane przez aidni 03:30 Kategoria Egipt Komentarze (0)

Solo Africa

początek 28.10.2008

afryka-trasa.jpg
Drodzy przyjaciele i czytelnicy.
Nareszcie nadszedł czas, aby znów wyruszyć w drogę. Tym razem na Czarny Ląd. Moja (planowana) trasa zaczyna się w Egipcie 28.10 i dalej biegnie przez następujące kraje: Sudan, Etiopię, Kenię, Ugandę i Tanzanię, skąd samolotem chcę dotrzeć do stolicy Ghany, Akry (nim wyruszę ku Afryce Zachodniej, przy odrobinie szczęścia, być może odwiedzę także Rwandę i Malawi). Następnie przez Togo, Benin i Burkina Faso moja droga wiedzie do Mali, Senegalu, Mauretanii, Sahary Zach. i Maroka, skąd po 6 miesiącach podróży planuję wrócić do Polski.
Wszystkie relacje, w miarę dostępności Internetu, będę zamieszczać na tym blogu.
Proszę, trzymajcie kciuki za mnie i moje afrykańskie marzenie :)

Wysłane przez aidni 01:42 Komentarze (3)

Peru - moje osobiste top 10


Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

1. Wieczory – za codziennie rozgrywające się na horyzoncie, wielokolorowe, burzowe spektakle, oraz poranki – za ich przyjemny chłód i świeżość budzącej się ze snu dżungli, spędzone na dachu statku Henry V, przemierzającego Amazonkę i Ukajali w drodze z Iquitos do Pucallpy.

2. Każdy z trudem zrobiony krok na pięknym choć wymagającym andyjskim szlaku.

3. Gościnność, uśmiech i bezinteresowna pomoc dróżnika, w którego chybotliwej chatce schroniliśmy się przed burzą i nieprzeniknioną ciemnością nocy, gdy torami zmierzaliśmy do Aguas Calientes.

4. Mate de coca (herbata z liści koki a zarazem najsmaczniejsza herbata świata) samodzielnie przygotowana na ognisku w otoczeniu majestatycznych gór.

5. Przejażdżki mototaxi po ulicach tropikalnego Iquitos oraz samo miasto za swoją niezwykłą atmosferę.

Kids_of_the_Andes.jpg
dzieci z altiplano

6. Cusco za najwspanialsze soki na świecie do kupienia na mercado oraz pełne uroku nocne spacery.

7. Oszołamiające widoki z okien autobusu na trasie Lima – Cusco.

8. Machu Picchu – chociaż tak strasznie zadeptane przez turystów, chociaż tak nieznośnie skomercjalizowane, chociaż odarte z całej swej tajemniczości i przerobione na pracującą na pełnych obrotach maszynkę do pieniędzy, to jednak naprawdę piękne.

9. Mleko prosto od krowy wypite na altiplano (andyjski płaskowyż, ok. 4000 m n.p.m.) a podane z uśmiechem przez sympatyczną Indiankę, niedaleko jeziora Junin.

10. Pisco – duma Peru. Lokalna wódka wyrabiana z winogron a pita z dodatkiem cukru, soku z limonki i ... ubitej piany z jajecznego białka.

Wysłane przez aidni 15:00 Kategoria Peru Komentarze (0)

Puerto Bermudez - La Merced czyli pikapem przez dżunglę

15 listopada 2007 - fotorelacja

rain 22 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Trvelling_.._jungle.jpg
Puerto Bermudez godz. 8.00. Tak podróżuje się po dżungli. Z dramatycznie wyboistymi drogami radzą sobie tylko pikapy i ciężarówki.
jungle_bridge.jpg
Klasyczny mostek amazoński. Czasem, część pasażerów musi przejść go na własnych nogach, gdy tylko kierowca wprawnym okiem oceni, że mostek może nie wytrzymać obciążenia.
Crossing_the_river.jpg
river_crossing.jpg
Pierwsza tego dnia przeprawa przez rwącą rzekę. Po półgodzinnej naradzie kierowców zapadła decyzja: przejeżdżamy ! i przejechaliśmy.
Crossing_the_river_2.jpg
Przy kolejnej przeprawie pikapom pomagała koparka, hamując nieco wzburzony nurt.
cow1.jpg
Wielu chciało przedostać się na drugi brzeg.
Crossing_the_river_3.jpg
Nie było łatwo. Nasz pikap wyciągał kolegę, który popadł w tarapaty. Cała akcja ratunkowa była niezwykle sprawnie zorganizowana.
Crossing_the_river_4.jpg
Zaraz potem w takich samych tarapatach znaleźliśmy się my. Tego dnia jeszcze kilkakrotnie przeprawialiśmy się przez rzekę i pokonywaliśmy głębokie błotne koleiny. Podróż na pace pikapa z Puerto Bermudez do la Merced zajęła nam ponad 9 godzin, chociaż miejscowości te dzieli nieco ponad 100 km.

Wysłane przez aidni 07:05 Kategoria Peru Komentarze (0)

Iquitos - Pucallpa : statkiem przez Amazonię

8.11 - 12.11.2007 Zapiski z dzienniczka podroży

sunny 32 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Na początek trochę wiedzy praktycznej
1. Skąd. Statki do Pucallpy i Yurimaguas oraz Brazylii wypływają z portu Henry, na północ od centrum Iquitos.
2. Bilety. Należy je kupować wyłącznie w porcie i wyłącznie u kapitana danego statku. Rejs do Pucallpy to 100 soli od osoby.
3. Spanie. Nocuje się na dużej zbiorowej sali na hamakach (trzeba mieć własny ok. 20 soli, do kupienia na targu w Belen lub bezpośrednio na statku u handlarzy). Statek ma dwa pokłady pasażerskie, zdecydowanie polecam ulokować się na dolnym. Górny pokład znajduje się tuż pod dachem, w godzinach popołudniowych upał jest tu nie do wytrzymania. Rozwieszając hamak trzeba koniecznie zwrócić uwagę czy nie jest zbyt blisko głośników i lamp.
4. Wyżywienie. Cena biletu zawiera również wyżywienie: 3 sycące posiłki dziennie. Nie zapomnijcie zabrać ze sobą dużej ilości wody mineralnej oraz własnych naczyń (miski, lub menażki oraz łyżki i widelca – w razie czego można je dokupić u kręcących się po porcie i statku handlarzy).
5. Co zabrać. Repelent na komary i mocno się nim spryskać na noc. Krem do opalania z jakimś naprawdę wielgachnym faktorem.

na pokładzie Henry 5

ŻYCIE NA STATKU
Zadziwiające jak ludzie zamknięci w ograniczonej przestrzeni, z której przez pewien czas nie mogą się wydostać, szybko organizują sobie życie na nowo, wg prostych, niepisanych reguł poddając im się bez protestów.
Statek Henry V, którym przemierzamy Amazonkę i Ukajali, nie jest tu wyjątkiem. A schemat jest naprawdę banalny: rytm życia na pokładzie odmierza bowiem nie kto inny jak kucharz waleniem łyżką w garnek o stałych porach, anonsując w ten sposób kolejne posiłki. Jest to zjawisko codziennie i niezmiennie.
O 6.00 ludzie budzą się, krzątają wokół rozwieszonych ciasno hamaków, zaglądają do toreb i pakunków, ruchliwie robi się wokół łazienek.
Ach! Łazienki! Są tak niecodzienne, że niepoświęcenie im choć kilku zdań byłoby niewybaczalnym grzechem. Na końcu obu pokładów pasażerskich znajdują się umywalnia (4 umywalki oraz 3 lustra) oraz 6 toaleto-pryszniców. Tak właśnie: toaleto-pryszniców! No bo jak inaczej nazwać ciasną kabinkę, w której centralnie ulokowana jest zwykła muszla klozetowa z najzupełniej zwyczajną spłuczką, a na suficie, na samym środku, sterczy ślepa rura. Po odkręceniu małego czerwonego zaworu, woda tryska z niej obfitym strumieniem i tak toaleta ulega przeobrażeniu w prysznic. Całe zaplecze sanitarne statku zaopatrywane jest w wodę z rzeki, do niej także spływają wszystkie ścieki. Nie należy się łudzić, nie ma żadnego układu uzdatniania wody, żadnych filtrów i zbiorników.
O 6.30 zaczyna się wyczekiwanie. Życie zamiera, wszyscy siedzą na hamakach z miskami i łyżkami w ręku, wszyscy czekają na metaliczne uderzenie w kucharski garnek, które obwieszcza śniadanie.
7.00 BANG! BANG! I 150 osób z garnuszkami w ręku pokornie ustawia się długiej kolejce do kuchni po codzienną i niezmienną owsiankę ugotowaną na wodzie z rzeki i podawaną z kawałkiem chleba. W kolejce się rozmawia, się plotkuje, się komentuje, ale przede wszystkim się zazdrośnie zerka do talerzy załogi, która na śniadanie dostaje danie obiadowe, a nie jak reszta mdłą, odpychającą owsiankę. Po śniadaniu, gdy zakończy się już zbiorowy rytuał mycia garnków, kubków i misek, zaczyna się długie wyczekiwanie na obiad, czyli na magiczną godzinę 12.00. W tym czasie zwykle jednak zatrzymujemy się w przynajmniej dwóch, trzech portach. Wtedy wszyscy pasażerowie wylegają na balkony, wyglądają przez okna, ale nie dlatego, że tak ich interesuje miasteczko czy wieś do której akurat dotarliśmy, raczej czekają na to, co lokalni handlarze różności im zaoferują. W mgnieniu oka na pokład wdzierają się rzesze dzieciaków z owocami i napojami, kobiet z gotowymi daniami obiadowymi, a czasem mężczyzn z towarami „z wyższej półki”: zegarkami, ampicyliną, gumkami do włosów, itp. ale takie luksusy to tylko w większych portach.
Handel na statku to dobry interes. Pasażerowie kupują chętnie to i owo i w dużych ilościach, a ja zaczynam rozumieć dlaczego Peruwianki są tak często przy kości, przynajmniej w porównaniu do europejskich standardów. Po prostu jedzą, jedzą i jedzą. Obiad na śniadanie, obiad na drugie śniadanie, obiad na obiad i na kolację, a w międzyczasie ciastka i ciasteczka, owoce, inka cola oraz inne napoje gazowane w kolorach odblaskowych, które stanowią tutaj absolutną postawę diety. Amazońskie dzieci mają wzdęte brzuszki nie z głodu tylko właśnie od tych fantazyjnie kolorowych napojów bąbelkowych.
Life_on_Ucayali_2.jpg
życie na Ukajali
Storm_is_c..Ucayali.jpg
Storm_is_c..ayali_2.jpg
nadchodzi burza

Płyniemy powoli przez dżunglę niemiłosiernie hałasując silnikiem i włączoną na cały regulator muzyką, oczekiwanie na obiad trwa na dobre.
Nadeszła 12.00 BANG! BANG! I znów wszyscy ustawiają się pokornie w kolejce z garnuszkami w ręku. Załoga je pierwsza więc można po drodze sprawdzić czy menu się zmieniło i stwierdzić niezmiennie, że nie. Obiad jest taki sam dla wszystkich: ryż + kawałek kurczaka lub wieprzowiny + trochę sosu warzywnego + pół ziemniaczanego banana (rodzaj banana, który smakuje prawie identycznie jak ziemniak i tak samo musi być gotowany; surowy jest duży, zielony i twardy).
Po obiedzie zaczyna się czas największego upału. Część pasażerów buja się w hamakach tępo wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt. Powietrze stoi, gorąco jak w piecu. Na dachu, na którym zwykle spędzam większość dnia, po prostu nie sposób wytrzymać. Gęstą atmosferę upału przecinają postoje w wioskach i portach, ale i tam brak już tego porannego ożywienia. Upał skutecznie zabija ludzką aktywność. To zawieszenie trwa do mniej więcej 17.00, kiedy słońce zbliża się ku zachodowi i godzina ledwie dzieli nas od kolejnego kucharskiego BANG! BANG! zwołującego pasażerów na kolację. Po kolacji może się zdarzyć film. Wtedy gasną światła i wszyscy wpatrują się w kolejny hit z Van Damem. Ok. 22.00 zasypiamy, by obudzić się o 6.00 i znów wyczekiwać na śniadanie.
Sunset_on_..i_color.jpg
zachód słońca nad Ukajali

Los Pasajeros – Pasażerowie

DZIECI
Amazonian_boys_color.jpg
Jest rzeczą niezwykłą i piękną zarazem, że przy całej różnorodności tego świata, a w szczególności zamieszkujących go ludzi, dzieci są wszędzie takie same. Tak jakby dopiero kultura i wychowanie czyniły nas różnymi od siebie i odległymi. Dzieci bawią się frywolnie nic sobie nie robiąc z historii, barier językowych i obyczajów. W oczach dzieci na całym świecie można zobaczyć tę samą iskrę bożą, tę prawdziwą radość życia.
Na statku, którym przemierzam Ukajali dostrzegam to jeszcze wyraźniej. Kiedy wszyscy pasażerowie wpół uśpieni bujają się leniwie w swoich hamakach, maluchy ganiają z butelkami po inka coli, tarzają się po podłodze, ciągają za włosy. Każda rzecz zamienia się natychmiast w zabawkę, tknięta czarodziejską różdżką dziecięcej wyobraźni.
Dzieci na całym świecie są takie same. Gdy się uśmiechają to pełną buzią, szeroko, ukazując wszystkie ząbki. Gdy krzyczą to nie oszczędzają gardeł, gdy biegną to jak najszybciej, gdy płaczą to tak by usłyszał je każdy. Dzieci nie lubią kompromisów. Dzieci żyją całą pełnią swoich dziecięcych możliwości zamkniętych w ich małych ciałkach.
W oczach dzieci zamyka się cały świat w swej niewinności, żywiołowości, spontaniczności i otwartości.

KOBIETY
Passgeros.jpg
chłopiec śpiący ze swoją mamą

Kobiety na naszym statku można podzielić na 3 kategorie.
1. Stateczne matrony
Wylegują się na hamakach całymi dniami. Podjadają i popijają bez końca. Czasem, raczej wieczorem niż rano, wyjdą na balkon łaskawym okiem spojrzeć na okolicę. Gdy mijam je w drodze do łazienki patrzą na mnie opiekuńczo, tak jakby litowały się nade mną, jakbym w ich odczuciu była samotna i zagubiona w jakimś zupełnie obcym świecie (trochę racji mają). Pewnego ranka jedna z nich pożyczyła mi miskę i proszek do prania udzielając mi przy tym porad jak najlepiej ugniatać koszulkę, by z brudnej wody Ukajali wyszła biała jak z polskiej pralki (prawie udało mi się tej magicznej sztuczki dokonać).

2. Młode matki
To zdecydowanie najliczniejsza grupa. Każda z nich buja się na hamaku ze swoimi maluchami. Młode matki są pełne energii, gdy upał nie przytłacza krzątają się po statku, sprzątają, piorą cały czas bacznie spoglądając na swoje dzieciaki. Młode matki śmieją się często i do wszystkich. Mają szerokie, macierzyńskie biodra, wydatne brzuszki, włosy spięte w kucyk i odsłonięte ramiona.

3. Dziewczyny:
Tych jest niewiele, ale jeśli już to nieomylnie kręcą się wokół jedynego gringo na pokładzie - czyli Marcina. Mają naście lat chociaż mówią że 20-22. Ubrane w mini i obcisłe koszulki na ramiączkach, spoglądając zalotnie zadają zawsze te same pytania: „czy masz żonę”, „a dzieci” itp. Peruwianki mają wśród Europejczyków przezwisko gringo hunters (ang. polujące na gringo) i jest w tym coś na rzeczy.

MĘŻCZYŹNI

Passagero.jpg
Mężczyźni na naszym statku stanowią, milczące, leniwe tło. Większość czasu śpią lub grają w karty, które rzucają zamaszyście, jakby mieli powalić przeciwnika na same kolana mocą króla czy asa. Starsi czasem czytają gazety, ale czytelnictwo na naszym statku występuje raczej w śladowych ilościach. Młodsi jeśli nie wylegują się na hamakach tępo wpatrując się w jakiś punkt, to wałęsają się po statku bezskutecznie usiłując zabić nudę.
Peruwiańczykom daleko do śmiałości Hindusów wobec białych kobiet, więc na pierwsze „Hola, que tal?” (hiszp. cześć, jak leci?) muszę zaczekać. Trafił się jednak jeden śmiałek, który zaryzykował ze mną nawet dłuższą rozmowę. Jego marzeniem było mieć statek taki jak ten, a nawet całą amazońską flotę. Wyobrażał sobie siebie, że jako kapitan stoi na samym dachu swojego statku, z szeroko rozpostartymi rękoma jak Kate Winslet w „Titanicu”. Wyobrażał sobie siebie jak przemierza Amazonię na jednym ze swoich Lenin Alexander (tak miał na imię i tak samo zwać się miały jego statki). Handel kwitnie, na pokładzie rzesze hamakowych pasażerów, a w Iquitos dom, gdzie czeka na niego żona i wesoła gromadka dzieciaków. Wypowiedziane pod osłoną gwieździstego nieba i ciszy nocy, jego marzenia brzmiały jak zaklęcia. Lenin Alexander wysiadł w jakiejś malutkiej wioseczce. Pożegnaliśmy się serdecznie, po czym zniknął w mroku gęstego lasu.

ZWIERZĘTA

Zwierzęta na amazońskim statku to pasażerowie szczególni. Te, które znajdują na naszym pokładzie, a są to: biała kura przywiązana za nogę do ławki, czarny kogut piejący niemiłosiernie już o 5 rano, mały pies, dwie małpy piszczące ze strachu gdy tylko ktoś próbuje się do nich zbliżyć oraz pancernik zamknięty w drewnianej skrzynce, płyną na prawach turystycznych, jak każdy z nas. Ich perspektywa rychłego wylądowania na pasażerskim talerzu nie dotyczy. Wystarczy jednak zejść po schodkach w dół, na pokład towarowy, gdzie zwierzęca brać płynie nigdy nie znając dnia i godziny, do tej grupy należą kury pozamykane w klatkach i przerażone świnki. Jest zbyt gorąco by mięso kupować w porcie i konserwować, Peruwiańczycy zaś lubią jeść mięso a jest tu ich do wykarmienia co najmniej 150. Kucharz ma codziennie pełne ręce roboty. Bycie wegetarianką daje pewną ulgę na sumieniu, ale jest to ulga pozorna i w gruncie rzeczy egoistyczna, bo przecież żadnemu z tych zwierząt życia nie uratuje.

Me_on_Henr..t_color.jpg
ja i Henry V w docelowym porcie w Pucallpie

Rejs Henry V trwał 4 dni. Do Pucallpy przypłynęliśmy o 5 rano. Wszyscy pasażerowie w pośpiechu opuszczali statek, a mnie było naprawdę żal, żal że to już koniec tej przygody. Koniec wpatrywania się w nieprzeniknioną ścianę dżungli, koniec wieczornych burz szalejących na horyzoncie, koniec gorących dni spędzonych na dachu statku, koniec wiosek, które witały nas z takim entuzjazmem, koniec wspólnych pasażerskich rytuałów i przyglądania się sobie nawzajem z nigdy niesłabnącą ciekawością.

Wysłane przez aidni 06:26 Kategoria Peru Komentarze (1)

Iquitos

Zapiski z dzienniczka podróży, 5-8 listopada 2007

sunny 32 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Jest już ciemno i leje tak mocno, jak tylko mocno lać potrafi w tropikalnej dżungli: ciężko, gęsto i obficie. Boeing linii lotniczych Star Peru schodzi do lądowania. Wysunięte podwozie, otwarte klapy na skrzydłach. Jest nisko, coraz niżej, niżej i niżej. Mija budynek lotniska, ale wciąż jeszcze nie dotknął ziemi a już dawno powinien. Pod skrzydłami ucieka pas startowy, ucieka bardzo szybko. Na pokładzie cisza zupełna, dłonie pasażerów kurczowo wbijają się w poręcze siedzeń, każdy jakby zastygł w dramatycznym oczekiwaniu. Nagle uderzenie – samolot nie ląduje, raczej spada z kilku metrów na pas hamując z całą siłą. Woda tryska z impetem spod kół i uderza w gorące silniki – powstają kłęby pary i pierwsza paniczna myśl w umysłach pasażerów: - Palimy się, płoną silniki! a zaraz za nią następna i następna: - Nie zdążymy przed końcem pasa, wpadniemy w poślizg, nie wyjdziemy z tego cało!
Nikt jednak nie krzyczy, nikt nie woła o pomoc, nie słychać głośnych modlitw i wołań do Boga. Trwa to może chwilę, ale jest to jedna z tych chwil, które zdają się być nieskończone.
Samolot zatrzymuje się gwałtownie, na samym końcu pasa. Na pokładzie cisza, gęsta, ścięta strachem, pełna jeszcze przerażenia... a wśród tej ciszy, nagle i nieoczekiwanie z głośników płynie entuzjastyczny i radosny, ba, wręcz euforyczny głos kapitana: - Ladies and Gentelmen welcome to Iquitos!

Iquitos – miasto w samym sercu dżungli, wydarte jej siłą niezwykłej wytrwałości i uporu, którymi przyroda obdarzyła chyba jedynie ludzkość. Największe miasto na świecie (ponad 300 tys. mieszkańców), do którego nie można dotrzeć inaczej jak tylko samolotem (z Limy 100$ + 6$ opłaty lotniskowej) lub statkiem (100 soli). Przedziwne to uczucie znaleźć się nad brzegiem Amazonki, na tej ludzkiej wysepce, którą zewsząd otacza najprawdziwsza w świecie dżungla – celva grande, gęsta, wroga i niebezpieczna.
Iquitos tętni życiem, jak każde tropikalne miasto. Hałas, brud i harmider, wilgotno, gorąco i lepko. Typowa tropikalna atmosfera, z tą jednak różnicą, że praktycznie nie ma tu samochodów. Zdecydowana większość ruchu ulicznego spoczywa na barkach riksz motorowych, tzw. mototaxi. Są to motory z domontowanym z tyłu, zadaszonym siedzeniem dla dwóch pasażerów. Tych pojazdów jest wszędzie pełno i przewożą dosłownie wszystko, od ludzi po sprzęt AGD, od skrzynek z owocami po butle z gazem, od zwierząt gospodarskich po meble. Przemieszczają się chmarami, krążą w kółko po całym mieście jak rój szarańczy. Nie mają postojów, łapie się je w biegu, prosto z ulicy.
Traffic_in_Iquitos.jpg
mototaxi na Plaza de Armas

W Iquitos u brzegu Amazonki rozciąga się dzielnica Bélen, najbiedniejsza dzielnica w mieście. Chybotliwe chatki kryte strzechą z liści palmowych, a co solidniejsze blachą falistą, stoją na wysokich palach, jedne obok drugich. W porze deszczowej Bélen „unosi się” na wodzie, a ludzie przemieszczają się między domkami na łodziach. Jest to ponoć widok niesamowity, zachwycający i egzotyczny. Teraz jednak Bélen stoi twardo na ziemi, ziemi brudnej i zaśmieconej, nie ma egzotycznej atmosfery jest za to cała naga prawda o biedzie i wykluczeniu, o społecznych podziałach, które w Iquitos wyznaczają schody łączące Bélen z resztą „lepszego” miasta. Na górze schodów promenada, sklepy, restauracje i stare przegniłe tropikiem kamienice, z czasów gdy mieszkali tu jeszcze kauczukowi baronowie i ich żony, które wysyłały pranie statkami do Paryża, a na dole tych schodów ... byle jakie domki, bieda, wzgarda, głód i bylejakość czyli Bélen, po hiszpańsku Betlejem.
Belen.jpg
Belen

Sercem Iquitos, jak każdego miasta w Peru, jest Plaza de Armas. Kościół, palmy, restauracja w amerykańskim stylu i Casa de Fierro czyli żelazny dom. Zaprojektował go Eiffel. Tak, tak, ten sam, który jest autorem słynnej paryskiej wieży. Żelazny dom składano z przygotowanych we Francji i przywiezionych tu statkami elementów. A działo się to w czasach, gdy Iquitos było miastem bogatych ponad miarę, europejskich, kauczukowych dorobkiewiczów. Dziś „żelazny dom” wygląda zupełnie niepozornie i powiem szczerze rozczarowująco, od paryskiej koleżanki dzielą go lata świetlne. Zatrzymujemy się bardzo blisko Plaza de Armas, u pewnego Francuza, który zamieszkał w Iquitos wraz ze swoją tropikalną pięknością i właśnie remontuje, starą gnijącą, kolonialną posiadłość przekształcając ją powoli w bardzo przyzwoity hotelik (ulica Raimondi 183, szyldu na razie brak). Pokoik (30 soli dwójka z łazienką) mamy kolorowy, czysty, urządzony z europejskim gustem. Na dziedzińcu kuchnia pod gołym niebem, po blacie chodzi wściekle zielona papuga i inny jakiś egzotyczny ptak z kolorowym dziobem. Ale kto by myślał o gotowaniu! Jeśli jeść w Iquitos, to tylko na ulicznych straganach, garkuchniach lub na mercado, czyli na targu. W każdym mieście w Peru jest przynajmniej jedno mercado, czyli zadaszony, miejski targ. Nie ma dwóch takich samych, każdy z nich ma swoją niepowtarzalną atmosferę i swoją specjalność. Mercado w Iquitos to mercado tropikalne. Nad samym brzegiem Amazonki, schodami połączone z portem. Ruch panuje tu niesamowity, stoły uginają się pod ciężarem potężnych rozmiarów melonów, arbuzów, ananasów i papai, słodziutkich tropikalnych bananów i soczystych mango. Chmary much latają natrętnie nad wystawionymi na sprzedaż rybami a co jakiś czas przemykają tu i ówdzie chude, bezdomne psy niepostrzeżenie starając się porwać chociaż mały kęs czegokolwiek.
Co do serwowanych w Iquitos specjałów to trzeba przyznać, że ryba w liściu bananowym bywa w smaku nieco mulista, za to przekąska zwana „yuka” jest jak najbardziej godna polecenia. Owoce są po prostu wyśmienite, uliczni sprzedawcy sprawnie obierają je ze skórki i podają z uśmiechem – nie skosztować to grzech. Ale dla mnie królową Iquitos jest papaja, a dokładnie sok z papai. Jeśli raj istnieje, to sok z papai pije się tam jak na ziemi wodę.
Streets_of_Iquitos.jpg
ulice Iquitos
Colored_market.jpg
kolorowy targ

W porcie Henry kupujemy u kapitana bilet na rejs do Pucallpy (100 soli z wyżywieniem). Czeka nas 5 dniowa podróż po wodach Amazonki i Ucayali, przez soczyście zieloną dżunglę, na pokładzie towarowo-pasażerskiego, pomarańczowo-zielono-białego statku Henry V, spanie w hamakach (trzeba mieć własny, do kupienia na targu w Belén za 20 soli) pośród grubo ponad setki innych pasażerów, start jutro o 17:30.
Boats_in_the_port.jpg
Statki w porcie Henry

Z dzienniczka podróży - dzień później:
16:00 – nasze hamaki już dawno rozwieszone. Bujam się leniwie i obserwuję tłoczących się pasażerów, w porcie nerwowa atmosfera – trwa załadunek towarów.
17:30 – dowiadujemy się, że wypływamy o 18:00.
18:00 – statek stoi tak jak stał i nic nie wskazuje, że szybko wypłyniemy.
18:30 – wśród pasażerów roznosi się wieść, że wypływamy mañana czyli jutro i to dopiero w południe.
9:30 – wstaję i podsłuchuję współpasażerów. W powietrzu unosi się wyraźne powątpiewanie w nasze rychłe wypłynięcie.
12:00 – dostajemy obiad a zaraz potem wiadomość, że wypływamy...mañana o 17:30. Nie wierzę własnym uszom, to przecież niemożliwe! W akcie desperacji i protestu, zostawiamy nasze rzeczy na pokładzie zabierając tylko to, co najcenniejsze i wyruszamy na miasto pocieszyć się sokiem z papai.
16:30 – tknięci jakimś dziwnym przeczuciem wracamy do portu i słusznie. W międzyczasie mañana 17:30 zmieniła się na hoy czyli dzisiaj 18:30.
19:15 – nareszcie wypływamy z Iquitos do Pucallpy, z 26 godzinnym opóźnieniem względem planu. Planu? Jakiego planu? Przecież „plan”, „rozkład jazdy” czy jakikolwiek inny czasowy porządek nie mają w tropikach racji bytu. Nieważne czy to Peru czy Indie. Czas w tropikach po prostu płynie inaczej. W Indiach na pytanie czy autobus odjedzie o tej czy tamtej godzinie, w odpowiedzi uzyskujemy specyficzne kiwnięcie głową, które może oznaczać zarówno „tak” jak i „nie”, „nie wiem” i „być może”. A tutaj w Peru wszystko jest po prostu mañana.

Za drzewami i gęsto porośniętym dżunglą brzegiem gasną powoli światła Iquitos. Wypływamy na „szeroki przestwór” Amazonki, na dalekim horyzoncie niebo rozdzierają pioruny. Przed nami pierwsza noc na największej rzece świata, wśród barwnego towarzystwa mieszkańców dżungli, którzy uczynili ten rejs jednym z moich najbardziej kolorowych wspomnień z podróży.

Wysłane przez aidni 15:24 Kategoria Peru Komentarze (0)

obserwacje z okna

Zapiski z dzienniczka podróży 04.11.2007

23 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Na chodniku, przed wejściem do sklepu leży mężczyzna. Leży na plecach, ubrany na czarno, lewą rękę trzyma na głowie. Niewysoki, może pięćdziesięcioletni. Leży zupełnie bez ruchu. Samochody jeżdżą, ludzie przechodzą obojętnie obok, jakby mijali kamień. Sklepikarz z miną niezdradzającą żadnych oznak zainteresowania siedzi zupełnie spokojnie za swym kontuarem.
Obserwuję całe zajście z wygodnego autobusu do Limy, zza uchylonej przyciemnionej szyby, jakby z innego świata, gdzie wszyscy się uśmiechają popijając coca-colę.
Mężczyzna leży dalej, nie drgnie nawet. A wokół harmider i ruch i hałas tysiąca pojazdów. Może stracił przytomność, a może jest martwy, a może po prostu mocno pijany? W pewnym momencie podchodzi do niego ubrana w tradycyjny indiański strój staruszka. Przygląda mu się z lewej, potem z prawej, pochyla się nad nim z namysłem. – Nareszcie – pomyślałam – nareszcie ktoś się nim zainteresował! Kobieta stała tak jeszcze chwilę i nagle zwinnym ruchem wykonała daleki skok i zniknęła w sklepie, a sprzedawca uśmiechnął się do niej szeroko.
Mój autobus rusza. Mężczyzna leży dalej na chodniku, mijają go rozpędzone auta i inne pojazdy, mijają spieszący się ludzie, a on leży przezroczysty dla świata jak powietrze.

Wysłane przez aidni 13:17 Kategoria Peru Komentarze (0)

(Wpisy 46 - 60 z 88) « Strona 1 2 3 [4] 5 6 »