Travellerspoint Blogi z podróży

Tanzania czesc 3 - wolnosc Masaja

sunny 29 °C

WOLNOSC MASAJA

Masaj nosi gumowe buty zrobione z samochodowej opony. Na pierwszy rzut oka przypominaja one zwykle ''japonki'' roznica jest jednak zasadnicza, bo w tych butach zakleta jest wolnosc Masaja. Z przodu jak i z tylu wygladaja tak samo, ksztalt podeszwy nie odzwierciedla ksztaltu ludzkiej stopy, jest prostokatny, z kazdej strony identyczny. A wszystko to dlatego, zeby nikt nie mogl ze sladow odczytac , odgadnac, dojrzec, w ktorym kierunku odszedl Masaj, za ktorym jest wzgorzem, czy przemierza step na wschod czy na zachod. Masaja nikt nie sledzi. Masaj nie potrzebuje paszportu,ani wizy, z Tanzanii do Kenii droga jest prosta przez step, przez sawanne, z dala od granicznych posterunkow.
Picture_989.jpg
Masaj ma zawsze przy sobie masajski noz. Dlugi, przypomina niewielki miecz, oraz znacznie oden dluzszy kij. Okrywa sie cienkim kocem w fioletowa lub czerwona krate. Na rece tuz obok elektronicznego zegarka bransolety tradycyjne, plemienne. Telefon komorkowy przy uchu, w ktorym czesto wielka jak piesc dziure przewidziano na ozdoby. Masajowie nigdy nie wyrzekna sie swoich tradycji, ale nie zamykaja sie przed tym, co nowe i z innego swiata. Masajowie to plemie otwarte i ciekawe swiata, lud koczowniczy i wedrowny, ktory podrozowanie ma w nogach zapisane i w genach.
Masajowie sa jak lwy. Kiedy Masaj wyrusza w podroz zostawia swe zony w osadzie. Nie podrozuje ze swoimi kobietami tak, jak to czynia biali ludzie i szakale: Masaj zawsze wyrusza na swe safari samotnie (safari w jezyku suahili oznacza podroz). Masaj zonaty czy tez nie jest w pierwszej kolejnosci czlowiekiem wolnym. Wolnosc ta w pewnej mierze dotyczy takze kobuiet. Jesli bowiem w takiej opuszczonej przez glowe rodziny osadzie pojawi sie inny Masaj, na samym jej srodku stawia swoj kij. Wtedy kazda z ''opuszczonych'' zon, jesli tylko zechce, moze z nim spedzic niejedna upojna noc nawet jesli w miedzyczasie jej maz powroci. Z pokora wtedy spojrwy na kij zatkniety w ziemie posrodku wioski i zadnej z zon nie bedzie mogl wypomniec zdrady. Podobnie jak lew, ktory opusci swe lwice szybko zorientuje sie, ze jego miejsce zajal juz inny samiec.
IMG_2256.jpg
Masaj nie posiada wiele. Najcenniejszym jego dobytkiem sa krowy. Ilosc posiadanych krow swiadczy o jego pozycji spolecznej i zwieksza jego atrakcyjnosc w oczach kobiet. Masaj ma zawsze wiele zon bo jedna nie zdolalaby wszystkich jego krow wydoic.
Masaj zasypia co dzien slyszac wokol odglosy dzikich zwierzat, lwich pomrukow, tetetu kopyt uciekajacych zebr i antylop, dudnienia ziemi pod szarzujacymi sloniami lub stadem bawolow, wycia hien.
Masaj nie obawia sie dzikich zwierzat, bo zyje wsrod nich od dziecka. Wsrod nich dorasta, uczac sie ich zachowan, przewidywania ich reakcji, ich zwierzecej logiki. Masaj nie obawia sie dzikich zwierzat, ale darzy je szacunkiem, jakim tylko wojownik darzy rownego sobie lub silniejszego przeciwnika. Masaj zabija dzikie zwierzeta na ogol tylko wtedy, gdy te zaatakuja jego krowy, rzadko wyrusza na polowanie. Sztuki tej uczy sie jako maly chlopiec od ojca lub wuja. Gdy wyrusza ze swym stadem na step ma przy sobie zawsze swoj noz i dzide. Gdy lew zaatakuje jego krowy, wtedy jednym ruchem wbije mu ja w pachwine - smiertelny to i pewny cios. Jesli jednak chybi, siegnie po miecz i w beposrednim starciu z krolem zwierzat, wbije mu go w gardlo. Jesli na jego drodze pojawi sie szarzujacy afrykanski bawol, zatknie dzide w ziemie pod wlasciwym katem i przykucnie za nia trzymajac mocno, z wszystkich sil. Pedzacy bawol nadzieje sie na nia i padnie bez zycia, a cala wioska jesc bedzie wyborne mieso przez dlugie dni. Jesli jednak chybi, zyc bedzie w strachu, nigdy nie znajac dnia ani godziny, bo bawol to msciwe zwierze, msciwe jak zadne inne, a przy tym wyrachowane i podstepne w przygotowaniu zemsty. Ranny bawol zapamieta zapach swojego oprawcy, bedzie go sledzil tygodniami z oddali nim zaatakuje znienacka.
IMG_2266.jpg
Masaj nie drzy na mysl o spotkaniu z lwem, ale ze sloniem. Gdy go wypatrzy z daleka, bierze do reki grude ziemi, rozgniata ja w dloni i rozsypuje na wietrze, jesli ten wieje w kierunku szarego olbrzyma, nie zatyka dzidy i nie dobywa miecza, a najzwyczajniej ucieka poganiajac marudzace w krzakach krowy. Szarzujacy slon jest bowiem jak wyrok smierci.
Masajowie sa szczupli, smukli i zazwyczaj wysocy. Chodza miekko dotykajac ziemi jakby starajac sie nie wzbudzac zainteresowania dzikich zwierzat, jakby nie chcac po sobie zostawic zbyt wielu sladow. Ten delikatny chod maja we krwi, obok itradycyjnego stroju jest on nieodlacznym elementem plemiennej tozsamosci Masajow, niezaleznie od tego; czy jest to step; sawanna; czy centrum Dar es Salaam (stolica Tanzanii). Jest w Masajach cos, co budzi wielki szacunek, jest w nich jakas godnosc i spokoj. Czy wedruja z krowami przez pustkowia, czy tez przeciskaja sie z trudem przez zatloczone ulice miast, wszedzie sa Masajami odbywajacymi swe samotne safari.

MOJ PRZYJACIEL MASAJ

IMG_2431.jpg
A wszystkie te niesamowite rzeczy wiem od Akara, mlodego Masaja z okolic jeziora Manyara, ktore poznalam tam, gdzie nie spodziewalam sie zadnego Masaja spotkac - w Bagamoyo, nad samym brzegiem Oceanu Indyjskiego.
Akar to Masaj XXI wieku. Masaj prawdziwie swiatowy. Dzieki pewnemu Anglikowi, z ktorym zaprzyjaznil sie gdy ten przybyl tu z Europy na safari, Akar byl w Szkocji i Wielkiej Brytanii. Do samolotu wsiadl i wysiadl w zimnej, szaroscia naburmuszonej Europie , nie inaczej jak w swoim tradycyjnym , plemiennym, masajskim stroju. Oczami wyobrazni widze juz te zaskoczone twarze, te buzie rozdziawione, te szerokie ciekawoscia spojrzenia. Masaj w zimnym Londynie to musial byc widok prawdziwie egzotyczny! Akar przyznaje po chwili , ze gdy znalazl sie w Europie musial wyrzec sie plemiennych atrybutow i przywdziac dzinsy i gruby sweter, ktore przewornie jego kolega zabral ze soba na lotnisko.
Wedrujemy wspolnie przez plaze piaszczysta i szeroka, na ktorej rybacy sprzedaja owoce swych polowow. Kraby wieksze niz ludzkie rece, potezne plaszczki, ktorych ogony zastepuja tutejszej policji palki, a ponadto ryb przeroznych nieopisane mnostwo.
Co Masaj robi w rybackim miasteczku Bagamoyo? Pracuje w hotelu jako stroz i odklada pieniadze na swoje kolejne europejskie safari. Bo Europa jest zafascynowany tak jak ja Afryka. O szkockich zamkach opowiada z takim samym zachwytem, co ja o sawannie, oczy blyszcza mu sie na wspomnienie o Londynie, tak jak moje gdy myslami wracam do krateru Ngorongoro.
Patrzymy na siebie i sluchamy siebie nawzajem z pelnym zrozumieniem. Nic nie musimy sobie wyjasniac. On rozumie moje po Afryce wedrowanie, ja jego marzenie o Europie.
Polubilam Akara, polubilalam Masajow za ich bratnie, podroznicze, wolne dusze, za ich odwage, za ich samotne chadzanie po sawannie, a jednoczesnie szeroki usmiech i szukanie kontaktu z drugim czlowiekiem, za te niezwykla symbioze, w ktorej zyja z dzikimi zwierwzetami i glebokie rozumienie ich swiata, a z drugiej strony otwartosc na wspolczsnosc, wielkomiejskosc, zatloczona ludzmi przestrzen tak rozna przeciez od niemajacej konca przestrzeni masajskich stepow. Polubilam Masajow za te ich uniwersalnosc i indywidualnosc tak zgrabnie polaczona, za te ich dostojnosc i delikatne stapanie po tylko sobie znanych sciezkach.

Wysłane przez aidni 06:17 Kategoria Tanzania Komentarze (0)

Tanzania czesc 2 - Od Ngorongoro do Kilimandzaro

podroz do innego swiata

sunny 29 °C

FOTOPSYCHOZA
Ktos kiedys chlapnal, moze bezmyslnie, a moze umyslnie, niechcaco, a moze specjalnie, ze biali za kazde zrobione w Afryce zdjecie dostaja w Europie 100 USD. No i sie zaczelo, zaczela sie prawdziwa afrykanska fotopsychoza. Nie mozna nikomu zrobic zdjecia bez uiszczenia odpowiedniej oplaty, zazwyczaj w granicach 1 USD za zdjecie. Kiedy czlowiek zaczai sie gdzies z aparatem, by z ukrycia zrobic chocby kilka zdjec naturalnych, niepozowanych, sportretowac chocby skrawek tutejszego, codziennego zycia, zostanie natychmiast zdraedzony przez dzieciaki, ktore szpieguja, zagladaja przez ramie, sledza kady ruch. Wystarczy tylko aparat z plecaka wyciagnac, a juz lament, krzyk, wrzawa i glosny protest. Mozna tlumaczyc, ze to nie tak, ze to tylko zdjecia prywatne, wspomnienia zapisane obiektywem, wszelki trud daremny.
Na malowniczym targu w Mwanza kadry tworza sie same i dopominaja uwiecznienia. Kolorowo ubrane kobiety w wielkich garach przygotowuja jedzenie, nosza ogromne kosze z owocami i warzywami na glowie, smieja sie szeroko zachwalajac swoje pomidory, papaje czy mango. Na wielkich patelniach mezczyzni praza w oleju ryby, a pot gesto splywa z ich skroni. Oj jest co fotografowac. Probuje szczescia! Ryzyk fizyk i raz kozie smierc! Pokusy powstrzymac nie potrafie, wyciagam wiec aparat i robie kilka zdjec z oddali - dwie kobiety siedzace przy garnkach z jedzeniem w targowej jadlodajni, co to spontanicznie wyrosla pod golym niebem. Fotografuje tez pomidory w duzych koszach i kilka potraw gotujacych sie wlasnie na ogniu. Gdy robie to ostatnie ujecie juz slysze wokol podniesione glosy, lamenty, okrzyki. Zblizaja sie klopoty.
Picture_654.jpg
- Dlaczego fotografuje Madame tych ludzi?! - zagaduje mnie mezczyzna
- Alez nic podobnego! Ja nikomu nie robie zadnych zdjec, tylko towarom i garnkom.
- Prosze pokazac zezwolenie! - wokol mnie juz pokazany tlumek, a mezczyzna podnosi glos, krzyczac juz prawie ze zdenerwowania.
- Ale jakie znowu zezwolenie?! Przeciez w Tanzanii nie obowiazuja zadne zezwolenia na robienie zdjec. - spokojnie po dobroci probuje bronic sie jak moge.
- Prosze ze mna w takim razie, pojdziemy na komisariat i tam porozmawiamy - ciagnie mnie za reke mezczyzna.
- Hola, hola! Minutke - juz mnie raz aresztowali za robienie zdjec i ani mi w smak powtorka z rozrywki - przeciez ja nie nie zrobilam niczego zlego. Chcecie zobaczyc moje zdjecia, no to prosze.
Wyciagam aparat i pokazuje oczywiscie tylko te pomidory i gary na ogniu, kobiet sfotografowanych z oddali juz nie pokazuje bo przy tych emocjach nawet jako punkciki na moim zdjeciu kosztowalyby mnie pewnie pol dnia na komisariacie portakmi trzesac ze strachu.
Uff. Ogladaja i patrza badawczo. Tym razem uszlo mi na sucho, ale stracha troche mialam. Groza palcem, ostrzegaja, ale w koncu sie rozchodza, a i ja czmycham czym predzej.
Godzine pozniej, walesajac sue bez celu po ulicach nowoczesnej i calkiem ladnej Mwanzy, trafiam na urocza uliczke z meczetem. Zadnych ludzi ... no to pstryk! A tu nagle krzyk za plecami. No nie! Biegnie ku mnie policjant, co to nagle wyskoczyl jak Filip z konopii. - Prosze nie fotografowac! Nie wolno! Zabronione! Budynek panstwowy!
- Ale ja tylko meczet, uliczke ladna, romantyczna!
Oto wyzszosc aparatu cyfrowego nad analogowym. Pokazanie zdjecia ratuje mnie przed klopotami i utrata pozostalych fotografii. Gdybym robila zdjecia na filmach, byc moze stracilabym wszystkie. Konczy sie na uscisku dloni, pozdrowieniu i zyczeniu udanego pobytu w Tanzanii.
Tego dnia zadnych juz zdjec nie robie, od tych przezyc sama wpadalam w fotofobie.

KRATER NGORONGORO

Jest takie miejsce na ziemi, gdzie czas nie plynie, bo go po prostu nie ma. Jest takie miejsce na ziemi, ktorego ten swiat nie dotyczy, nie dosiega, ktorego ten swiat nie potrafi naruszyc.
Absolutna harmonia, ktora broni sie sama, absolutny spokoj, niezmacony niczym porzadek. Tak kiedys musiala wygladac nasza planeta nim pojawil sie na niej czlowiek trawiony namietnosciami i zadza objecia calego swiata w swe posiadanie. Setki tysiecy lat ewolucji i setki tysiecy lat zmagan z natura, silowania sie i szarpania, narzucania swoich praw i zasad, tysiace lat naszego ludzkiego na ziemi panowania i dumnego zadzierania glowy. Zupelnie tak, jakbysmy zapomnieli, ze przeciez sami jestesmy czescia natury, chociaz miotamy sie i walczymy i robimy wszystko, by udowodnic sobie, ze jest inaczej. Krater Ngorongoro jakims cudem ocalal, byc moze wlasnie dlatego by nam o tym przypominac, zebysmy mogli odkrywac w sobie nasza gleboka, pierwotna nature i laczaca nas wiez ze zrodlem, z ktorego wszyscy pochodzimy.
Picture_743.jpg
Strome zbocza krateru gesto zarosniete sa bujana, zeilona roslinnoscia. Droga wije sie w dol ku gladkiemu jak lustro jezioru. Z daleka nie widac jeszcze,ze brodza w nim setki, tysiace flamingow (a wiec nareszcie udalo mi sie je zobaczyc!). Przez otwarty dach samochodu obserwuje jak powoli zjezdzamy do wnetrza poteznego krateru. Przestrzen, przestrzen, przestrzen! Gleboko, szeroko, zamaszyscie pod blekitna kopula nieba. Wsrod zielonej trawy widac pierwsze zwierzeta, glownie gnu pasace sie leniwie. Podjezdzamy blizej. Nie odchodza, nie uciekaja w poplochu. Jedynie patrza zaciekawione, zdziwione, zaskoczone, choc turystow tutaj przeciez przybywaja setki. Jakby mimo tego, wciaz nie mogly sie nadziwic tym naszym rozpalonym oczom, temu zdenerowaniu i podekscytowaniu, tym emocjom wszystkim, tym buziom szeroko rozdziawionym, tym aparatom przyklejonym do twarzy. Patrza, pokreca glowami z niezrozumienia i niedowierzania, po czym wracaja do swych zajec niewzruszone.
Dalej zebry, zebr cale mnostwo. Przebiegaja kolo auta tak blisko, ze mozna by ich dotknac, poglaskac, podrapac za uchem. Brakuje jednak smialosci, brakuje odwagi jakiejs, a moze bezczelnosci, by ten wspanialy swiat defilujacy przed oczami zbezczescic dotknieciem z innego swiata, by te harmonie zmacic,, zburzyc, nadpsuc zwyklym takim ludzkim macaniem.
Picture_794.jpg
A potem byl lew. Widzimy go najpierw jak wyleguje sie nad kaluza, przeciaga leniwie, ziewa szeroko, w koncu kladzie sie na grzbiecie wzdychajac glaeboko. Obok niego ona. Jak zawsze czujna, rozglada sie wkolo. Krol i krolowa zwierzat wstaja nagle, zmierzajac powoli w nasza strone. Bez pospiechu, jakby z przyzwyczajenia i rutyny i tylko dlatego by polozyc sie w cieniu jednego z samochodow. Sa bardzo blisko, na wyciagniecie reki. W tle wysokie, zielone zbocza krateru, blekit nieba, cisza i jednostajny spokoj.
Jak to jest, sptyacie, tak lwa z bliska zobaczyc? Jak to jest byc gosciem w jego krolestwie? Jest jak wrocic do domu po dlugiej podrozy. Bo chociaz targaja czlowiekiem emocje, wielkie wzruszenie, podekscytowanie, to jednak po chwili przewaz jakas w sobie nagle odnaleziona harmonia, spokoj, lad i porzadek i to piekno jakies niezwykle, ktore z tego wyplywa. Oto ten wspanialy swiat zaczyna odbijac sie w nas samych, sami w sobie doswiadczamy jakiegos niezmaconego od pradziejow czlowieczenstwa, wewnetrznego pokoju i ciszy. I jak to sie dzieje nie wiem zupelnie i wyjasnic nie potrafie, ze nagle czlowiek czuje sie jak ta lwica nad kaluza pochylona, pijac wode drobnymi lykami, jak ten hipopotam, co leniwie przewraca sue w blocie znudzonym wzrokiem omiatajac okolice, jak ten zamyslony nosorozec widziany z dlaeka, w jakiejs kontemplacyjnej zadumie znieruchomialy jak posag. Jak powietrze, co wszystko przenika, jak swiatlo, ktore ogarnia wszystko i jest wszytskim.
Gdzies w oddali dwie smugi. Podjezdzamy blizej. To jezioro i tysiace flamingow, a w tle urwiste zbocza krateru. Flamingi stapaja po gladkiej tafli wody kazdy krok wazc dokladnie jak sztabke zlota. Nie mam ich tym razem tylko dla siebie, ale mam ich za to cale mnostwo i choc patrzec moge tylko z oddali (samochodom nie wolno podjezdzac zbyt blisko by ptakow tych nie sploszyc) to serce rosnie, gdy przed oczami kolejne spelnia sie marzenie. Widze slonia szamotajacego sie wsrod zielska, widze afrykanskie, grozne bawoly i czuje na sobie ich badawcze spojrzenia, widze hieny wylegujace sie na srodku drogi po zakonczonej juz blotnej kapieli, i gazele i antylopy i ptactwa nieopisane bogactwo... Zwierzeta krateru nie opuszczaja, nie migruja, nie szukaja lepszego miejsca, nie probuja nic zmieniac, ulepszac.
Opuszczamy krater Ngorongoro w strugach deszczu i wsrod huku piorunow. Za gestymi, ciezkimi chmurami, chowa sie swiat neizwykly, cudowny, rozplywa sie jak marzenie.

W jakiej my zyjemy nieopisanej i wszechogarniajacej na wokol brzydocie. Krzycza oczy z przerazenia, a sie w czlowieku wszystko burzy i wscieka! Arusha, ktora jest przeciez takim nowoczesnymi i zadbanym miastem, po wizycie w kraterze Ngorongoro wydaje mi sie tak okrutnie brzydka, kanciasta, chaotyczna. Targana wizjami roznytch architektow jak czlowiek swoimi emocjami, co rusz probujacy cos sobie lub innym udowodnic. Jakies jest w tym wszytskim miotanie sie ze soba i swiatem, jakas ludzka szarpaniana nieznajaca konca. Widac to w Arushy i widac w kazdym innym miescie, w kazdym innym dziele czlowieka.
Byc w kraterze Ngorongoro jest jak siegnac dna oceanu, to zobaczyc na wlasne oczy doskonala, od wiekow niezaklocona harmonie, to odkryc, ze sami jestesmy jak ocean, tajfunami targany na powierzchni, lecz w glebi majacy jadro prawdziwego pokoju i ciszy. W tym sensie podroz do krateru Ngorongoro jest podroza do zrodla.

ZOBACZYC KILIMANDZARO

Zeby zdobyc Kilimandzaro potrzeba nie tyle energii, fizycznej krzepy i zelaznej kondycji, co zasobnego portfela. Pieciodniowy trekking na sam szczyt kosztuje 1000 dolarow amerykanskich i nie sposob znalexc tanszej opcji. Bariera nie do pokonania - zostaje na dole, ale zobaczyc musze. Bo jak to tak byc tak blisko i nie zobaczyc, nie zadrzec wysoko glowy , nie zachwycic sie sniezna czapa na dachu Afryki! Po prostu nie da rady.
Docieram do Moshi w strugach deszczu. Sucha pora w Afryce wschodniej zakonczona i ziemia dopomina sie wody, a ta leje sie praktycznie codziennie z nieba gestymi stugami. Potem zwykle wychodzi slonce i wilgoc panuje nieopisana . Niech i tak bedzie, z pokora przyjmuje te odwieczne prawa natury, nie probuje polemizowac. Dlaczego jednak geste chmury zakrywaja Kili od rana do wieczora tak ze niczego nie sposob dostrzec! Jestem rozczarowana. Caly dzien walesam sie po miasteczku bez celu i humoru. No i na co bylo gniesc sie w autobusach godzinami, by zobaczyc jedynie gesta zaslone deszczowych chmur, za ktora pewnie gdzies wysoko pnie sie najwyzsza gora kontynentu.
okolo 6 rano pukanie do drzwi: - Madame! - szeptem mowi do mnie stroz nocny, by innych gosci nie pobudzic. - Gora! Widac gore! Chce Madame zobaczyc?
Pytanie!!! Nie wiem kiedy, a juz jestem zwarta i gotowa, aparat w dloni, pedze co sil na dach hotelu.
Picture_992.jpg
Jest!!! Dach Afryki w promieniach wschodzacego slonca, ani jednej chmury wokol. Spokoj, cisza, bo Moshi nie spieszy sie by nowy dzien witac. Mozna wpatrywac sie godzinami bo takie widokoi maja w sobie jakas moc hipnotyczna, jakas drzemiaca w sobie sile. Takie miejsca sa jak punkty odniesienia. Jezioro Wiktorii, zrodla Nilu, Kilimandzaro.
Stoje i patrze i syce sie tym widokiem. A w glebi serca satysfakcja jest ogromna, ze tak daleko o wlasnych silach dojechalam i oto stoje i podziwiam najwieksza gore calej Afryki.

Wysłane przez aidni 05:36 Kategoria Tanzania Komentarze (1)

Tanzania czesc 1 - HABARI TANZANIA

Bananowy rejs

sunny 30 °C

Jeszcze nie zdazylam Ugandy opuscic, a juz za nia tesknie. Uganda ma w sobie jakis skryty, niewidoczny na pierwszy rzut oka urok. Czlowiek czuje sie tutaj jakby byl wsrod bliskich, jak w rodzinie, jak we wlasnym domu. Ludzka tutaj zyczliwosc nie ma sobie rownych, jest jakies w tych ludziach cieplo, serdecznosc zakleta w ich spojrzeniach, jakas dobroc niezwykla w ich sercach.
No i poc ja stad wyjezdzam!- bije sie z myslami jadac w przeladowanej (a jak!) publicznej taksowce na granice.- Nic mnie nie goni, moglabym w Ugandzie jeszcze troche pobyc. Zal ogromny wyjezdzac z tego zielonego kraju, gdzie zupelnie nie czulam sie obca, inna, czasem ze zdziwieniem spostrzegajac, ze moja skora jest biala, a nie czarna jak wszystkich wokol.
Raptem kierowca wykonuje gwaltowny skret w lewo z glownej drogi i oto niespodziewanie wjezdzamy na jakies dziury i wertepy, zwawo mknac po jakiejs ledwie widocznej sciezynce. A wszystko to dlatego, ze nasz bystry kierowca wypatrzyl na horyzoncie policjanta, wiec aby uniknac placenia mandatu - lapowki za przeladowane auto musial policjanta po prostu zrecznie ominac. Takie rzeczy tylko w Ugandzie! - No i po co ja stad wyjezdzam? - wracaja dreczace mysli. I aby bylo jeszcze smutniej zaczyna lac. Przekraczam granice w strugach rzesistego deszczu i chce mi sie plakac, ze Uganda juz za mna i ze takam glupia i stad jade.
Picture_37.._uganda.jpg
mama Uganda

Ugandyjskie postscriptum - MALA KSIEGA REKORDOW
1. Minibusy zwane tu po prostu taxi, maja miejsc zwykle na 14 pasazerow, a zabieraja ponad 20 lekko, a i 25 nie nalezy do rzadkosci, wtedy tez pomocnik kierowcy jedzie na dachu z braku miejsca w srodku. Podrozuje siez kurami, rybami, bananami, wielkim worem ziemniakow pod nogami, a raz nawet ze sporych rozmiarow telewizorem na kolanach.

2. 2godziny i 30 minut! Tyle wyniosl calkowity czas oczekiwania az zapelni sie minibus z Kabale do Mbarary, przy czym slowo "zapelni sie" nalezy rozumiec jako zapelenienie kazdego cm2 pasazerem upchanym i zgniecionym niemilosierni, najleppiej jeszcze z 2 cudzych dzieci na kolanach, ktore to liczy sie tutaj jako tobolki a nie pelnowymiarowych pasazerow, dlatego tez nie maja prawa do normalnego siedzenia.

3. Prom z Masaki do Kalangala przewidziany na 4 pojazdy ciezarowe i 6 osobowych zabral 7 pojazdow ciearowych 3 osobowe, w tym jedno auto terenowe oraz 3 minibusy. Wykorzystano kazdy milimetr, prom plynal dwa razy wolniej niz zwykle, ale na szczescie doplynal.

4. Ilosc kisci matoke n jednym rowerze - 6.

5. Cena pokaznych rozmiarow ananasa na targu w Masace - 200 szylingow ugandyjskich, to jest jakies 30 groszy!

BANANOWY REJS
Od kiedy przeplynelam sie pol pasazerskim, pol towarowym statkiem po Amazonce i Ukajali w Peru, jakas w sobie odkrylam slabosc do statkow, rzek, jezior, do tego spokojnego suniecia po wodzie, do patrzenia w gwiazdy na niebie, do dzielenia usmiechow, pozdrowien, jedzienia i najczesciej takze dyskomfortu z innymi wspolpasazerami, do zawierania statkowych znajomosci. Po prsotu polknelam bakcyla statkowego podrozowania - jakby to zrecznie okreslil Kapuscinski - i wyleczyc sie z niego nie ma sposobu. Gdy tylko mam okazje jakims statkiem, gdzies po slodkiej wodzie sie przeplynac, to w skakuje na poklad i juz. Taka okazja trafila sie w Tanzanii i to juz pierwszego dnia! Z miejscowosci Bukoba do sporego miasta Mwanza, pokonujac prawie polowe jez. Wiktorii, plywa tu bowiem co drugi dzien prom o takiej samej co jezioro nazwie. Promem tez jest tylko z nazwy i wygladu, bo naczelnym jego zajeciem jest przewoz towarow, a dokladnie rzecz ujmujac bananow, ktore to liczebnie znacznie przekaraczaja ilosc pasazerow. Na pokladzie wrecz wyrosla gora matoke, siegajaca prawie kapitanskiego mostku, a prom ten ma przeciez dwa pietra plus dolny poklad. Gora jest ogromna, wielgachna, ciezka. Przy zaladunku wszystko skrzypi, trzeszczy. Ludzie jednak w spokoju czytaja gazety, pija coca-cole i dyskutuja. Nie ma wiec chyba powodow do paniki. Siedze sobie scisnieta miedzy pasazerami na dolnym pokladzie, na drewnianej, twardej lawce w klasie ekonomicznej. Ani noga ruszyc nie ma jak specjalnie, ani jak powiercic sie troche. A ze w dodatku goraco jest i wilgotno, szybko robi sie zaduch okrutny. Nie no tak nie wysiedze dlugo. Zaladunek matoke sie zakonczyl. Zabieram najcenniejsza czesc mojego dobytku ze soba (czytaj aparat, dokumenty i kase) i uciekam na otwarta przestrzen, poczuc wiatr we wlosach i gwiazdy zobaczyc na niebie. Takich jak ja podobnych uciekinierow zebrala sie tu juz nawet pokazna grupka. U moich stop w rowne rzedy ulozone kosze z zoltymi bananami, za moimi plecami gora matoke, a przede mna jez. Wiktorii w calym swym ogromie, bezkresne, wielkie jak morze. Serce rosnie w takich chwilach, gdy czlowiek wyobrazi sobie mape Afryki i uzmyslowi, ze przemierza wlasnie jej wodne serce. Stoje tak dluzsza chwile i patrze. A na jeziorze pelno swiatel. Z poczatku mysle, ze to moze wioski jakies na drugim brzegu. Ale przeciez jestesmy na srodku jeziora, a one jakos dziwnie bliskie sie wydaja i swiatel ulicznych czy domowych raczej nie przypominaja. - Bo to sieci rybackie! - tlumacza pasazerowie- Kiedy ksiezyca nie ma na niebie, rybacy lowia male srebrne rybki, ktore potem sie suszy i sprzedaje na targu. Rybki ciagna do swiatla jak cmy, a wieksze jednostki omijaja je skrzetnie. Widok naprawde imponujacy.
Picture_646.jpg
ludzie spia gdzie tylko sie da
Picture_647.jpg
prom przy rozladunku w Mwanzie- polowy bananow juz nie ma
Gdy chlod nocy wygania z otwartego pokladu nawet najbardziej wytrwalych, okazuje sie, ze na moje miejsce na lawce nie moge juz wrocic. Ludzie spia gdzie popadnie, szczelnie wykorzystujac kazdy centymetr podlogi. Nie chce ich budzic, przekladac, przesuwac, nie chce nikogo nadepnac, niechcaco uderzyc czy szturchnac. Czekam wiec...
Czekam godzine, dwie, a gdy juz stracilam nadzieje, ze wroce kiedykolwiek na moj maly skrawek lawki, o jakiejs okropnej, okrutne 3 nad ranem godzinie, nastepuje rzecz najmniej spodziewana - kontrola biletow! Tegi mezczyzna przepycha sie miedzy ludzmi, budzi ich brutalnie, szarpie i pomyslec, ze ja sie krepowalam by kogos nie podeptac! Korzystam z okazji i wskakuje z powrotem na moje miejsce. To byl dlugi i intensywny w przezycia dzien. Zasypiam z miejsca, mimo ciasnoty i zaduchu.

ZROBILAM TO - SENENE

No i stalo sie! Zjadlam pierwsze w zyciu, prazone w oleju robaki. Ponoc towar eksportowy i duma Bukoby. Smakuja nawet niezle jak juz sie zapomini, ze to robaki przypominajace wygladem pszczoly lub osy, ale bez skrzydel. - Sa lepszym zrodlem bialka niz mieso - zachwala Nyamissi, policjantka, ktora poznalam w drodze z ugandyjskiej granicy - i sa przysmakiem sezonowym tylko. Masz wiec wielkie szczescie, ze jestes tu akurat teraz. Nazywamy je senene.
Chrupia insekty miedzy zebami, a tlum przyglad sie z ciekawoscia jak to muzungu robaki zajada. Pewnie czekaja az sie skrzywie ze zbrzydzenia, wypluje, albo cos w tym guscie, nie dam im jednak tej satysfakcji, choc pierwsza sztuka staje w gardle, ze przelknac niepodobna. Nyamissi podsuwa mi cala garsc pod nos, a tlum patrzybadawczo. Chrup, chrup zajadam z usmiechem, a ludzie usmiechem odpowiadaja. Chyba zostalam zaakceptowana jako jedyna muzungu w dlugiej kolejce na rejs do Mwanzy.
Picture_636.jpg
senene
Nyamissi czeka ze mna, az zaczna pasazerow wpuszczac na poklad, choc godzina juz poznowieczorna. Uparcie niesie moj plecak, chociaz nalegam, prosze, zaklinam. Nie ma mocnych na afrykanska goscinnosc. Nyamissi wyraznie mnie polubila, bo na prawie caly dzien zparosila mnie do siebie. Wspolnie gotowalysmy ugali, a malenka klitka, ktora jest jej mieszkaniem pelna byla ciekawskich sasiadek. W Afryce zdecydowanie zyje sie kolektywnie. Mieszkanko Nyamissi malutkie jest i w zabudowie szeregowej. Sciany dzialowe nie siegaja nawet dachu, pod ktorym straszy pusta przestrzen. Sasiedzi slysza sie nawzajem doskonale i nawzajem zgluszaja sie telewizorami i zbyt glosno puszczana muzyka. Lazienka bambusowa tez jest wspolna i miesci sie na zewnatrz budynku wsrod trzciny cukrowej, ziemniaczanych grzadek i drzewek papai (zwanej w suahili "popo").
Maz Nyamissi takze policjant (wydzial sledczy ds. przestepczosci zorganizowanej) rowniez wita mnie wylewnie i serdecznie ucinajac sobie dluzsza ze mna pogawedke na temat roznic miedzy Europa a Afryka.
Bo w dziedzinie goscinnosci Afryka po prostu nie ma sobie rownych i zasluguje w tej mierze na palme pierszenstwa, niezaprzeczalnie i nieodwolalnie.

Wysłane przez aidni 08:59 Kategoria Tanzania Komentarze (0)

Z afrykanskiego notatnika - WOLONTARIUSZE

sunny

Wolontariuszy jest w Afryce cale mnostwo. Spotkac wolontariusza jest duzo latwiej niz lwa czy slonia na sawannie Masai Mara. Jesli gdzies na ulicy wypatrzycie biala twarz i jasne gdzies przemkna Wam przed oczami wlosy wsrod barwnego, czarnego tlumu, szans na to ze jest to niezalezny podroznik jest moze ze 2%, dyplomata jakis lub inny pracujacy tu na stale muzungu dajmy na to 1%, 97% zas, ze jest to wolontariusz. Turysta ze zorganizowanej grupy prawie nigdy samotnie nie zapuszcza sie w murzynski, miejski, zwarty tlum wiec w tym wypadku sznase sa zerowe.
Zeby zostac wolontariuszem w Afryce trzeba miec gruby porfel, bo zeby bezinteresownie pomagac nalezy wczesniej wplacic dobrych pare tysiecy dolarow amerykanskich na konto organizacji pozarzadowej, ktora zlalatwia wszelkie formalnosci. Potem czeka sie, nieraz bardzo dlugo, az zostanie sie przydzielonym do jednego z krajow i do wyznaczonej pracy.
Lapie sie za glowe! Gdzie w tym logika?! Przeciez czlowiek ofiaruje swoj czas i umiejetnosci i wiedze i swoja w koncu ciezka prace, nie oczekujac w zamian wynagrodzenia, a tu jeszcze musi za to placic ogromne pieniadze.
- To na zakwaterowanie, wyzywienie i inne koszty zwiazane z naszym tu pobytem. Zreszta polowa tych pieniedzy jest przekazywana lokalnym spolecznosciom. - tlumaczyli mi mlodzi Kanadyjczycy, ktorych poznalam w Kenii nad jez. Naivasha. Ale jakos nie czulam sie przekonana, jakis to ciagle budzi we mnie sprzeciw, jakis to uklad dziwaczny i niezrozumialy.
Czym zajumja sie w Afryce wolontariusze? Pomagaja dzieciom w odrabianiu lekcji (tak!), w przedszkolach ucza maluchy jak poslugiwac sie sztuccami (tak!tak!), bawia sie z dziecmi w sierociencach (tak!tak!tak!), by wymienic tylko niektore z tych zajec, ktore co tu ukrywac nie naleza to najbardziej produktywnych i Afryce potrzebnych. Zdarza sie tez, ze w ogole nic nie robia, caly dzien spedzajac w kawiarence internetowej, bo na miejscu okazuje sie, ze samochod, ktory mial ich dowiezc do wioski w potrzebie od ponad miesiaca jest zepsuty i nikt nie kwapi sie by go naprawic, jak to mialo miejsce w Kabale w poludniowej Ugandzie.
Czasami, gdy juz sie troche zaprzyjaznilismy, wolontariusze skarzyli mi sie na brak konkretnych zdan, jakiejs namacalnej i prawdziwie pozytecznej pracy. Czuja sie nieraz po prostu jak turystyczna atrakcja w szkole czy sierocincu, a przeciez nie po to tu przyjechali i w pocie czola pracowali by odlozyc na ten wyjazd. Wielu z nich, choc rzadko przyznaja to otwarcie, jest po prostu rozcarowana. Organizacja, ktora ich tu przyslala zabrala polowe ich pieniedzy, drugie pol (a smiem przypuszczac ze duzo mniej) trafilo do lokalnej spolecznosci, gdzie pracuja. Dla obu stron idealna transakcja! Tylko gdzie w tym wszystkim miejsce dla tego mlodego czlowieka, ktory kierowany dobrocia serca, chce cos pozytecznego zrobic dla swiata? Co z jego enregia, zapalem, szczeroscia? Zostaja po prostu zmarnotrawione, bo w praktyce okazuja sie nikomu do niczego nie potrzebne. Nie zna granic ludzka pazernosc i pogon za pieniadzem.
Picture_475-crater.jpg
krater - okolice wulkanow Virunga (Uganda)

- Bo prawda jest taka - powiedzial mi Bery z wysp Sesse, ktory prowadzi osrodek pomocy dla nieletnich prostytutek - ze dla niewykwalifikowanych ludzi nie ma tu pracy. Wiekszosc tych mlodych ludzi konczy szkoly, ale w praktyce nie umie nic. No bo jakie ma umiejetnosci ktos z matura ledwie? Jakie ma doswiadczenie ktos, kto ledwie skonczyl 18 lat? Ich szczere checi niektore organiazcje wykorzystuja niestety by drenowac ich ich kieszenie. A przeciez w Afryce wolontariusze sa bardzo potrzebni, ale tylko wolontariusze o konkretnym fachu: lekarze, psychologowie, nauczyciele, ale nie mlodzi ludzi z ledwie matura na karku.

Wysłane przez aidni 08:27 Kategoria Uganda Komentarze (0)

Uganda - czesc 5 - Szukajac goraca w Afryce

moja trasa przez Ugandę: wjazd 03.01.2009, wyjazd 23.01.2009 przejście graniczne Malaba - Jinja - Kampala - Fort Portal - Lake Nkuruba - Kabale - Lake Bunyonyi - Kisioro - Mgahinga NP - Sesse Islands (Kalangala) - Masaka - przejście graniczne Mutukula

semi-overcast 18 °C

SZUKAJAC GORACA W AFRYCE

Mowili mi jedz na wyspy Sesse, gdy marzlam noca w namiocie nad pieknym jeziorem Bunyonyi. "Jesli pragniesz goraca jedz na wyspy Sesse" - namawiali, gdy prosilam o kilka kocy by przetrwac jakos noc u stop wulkanu Sabinyo. O tak pragnelam goraca! Lepkiego, tropikalnego, wilgotnego, afrykanskiego upalu. Chcialam sie pocic i nie moc w nocy zasnac, chcialam czuc jak slonce pali moja skore. Dosc gor z ich surowym klimatem, koniec z wyzynami i szalejacymi nan deszczami i wichurami! Spakowalam plecak, zwinelam namiot i pojechalam na wyspy Sesse.
Jest ich 32, rozrzuconych jakby troche niedbale u wschodniego wybrzeza je. Wiktorii. W miare zorganizowany transport dociera jednak tylko na jedna z nich, te na ktorej znajduje sie Kalangala. Dwa sklepy, jedna restauracja i kilka barowm oraz jeden bank - tak wlasnie wyglada najwieksza tu wioska a zarazem stolica wszystkich wysp. Jak dla mnie bomba, bo im mniejsze miasteczko, im spokojniejsza okolica, tym ludzie serdeczniejsi, bardziej przyjacielscy i otwarci.
Picture_582-fish.jpg
Ryby i boda boda (na promie do Kalangali)
By dotrzec do Kalangali trzeba jednak anielskiej cierpliwosci. Trzeba wytrwale oczekiwac az zapelni sie busik do Masaki, czy raczej przepelni do granic wyobrazni, jechac tak upchanym kilka godzin, by znow przesiasc sie w kolejny busik, tym razem juz bezposrednio do Kalangali, ale droga wciaz jeszcze daleka, bo przed nami przeszkoda w postaci promu. Prom tez trzeba przepelnic tak ze ledwo plynie i plynie wieki cale ,a potem droga pelna dziur, plynaca miejscami jak rzeka po niedawnej ulewie. A do tego kierowca prowadzi jeszcze jakis handel wymienny z mieszkancami mijany6ch wiosek, co chwila wiec stajemy to ziemniaki zamieniac na matoke, to kury na ryby, to mango na banany! Oj trzeba cierpliwosci i pogody ducha, by to wszystko z pokora zniesc. W myslach juz poce sie w niemilosiernym upale i z radoscia patrze na pieknie zachodzace slonce, cieszac sie juz dniem jutrzejszym.
Noc jest ciepla hoc nie goraca, nie marzne jednak, a to juz cos. Kap, kap, kap - wczesnym rankiem budzi mnie stukanie kropel o namiot. Nie trzeba dlugo czekac, a juz na kempingiem prawdziwa zawierucha z piorunami, ulewnym deszczem. I takich bylo dziennie od trzech do czterech nawet. W zostawionym bezmyslnie na noc praniu zalegly sie mrowki, pajaki, szczypawki i wszelkiego gatunku inne talatajstwo. Namiot trwal dzielnie na barykadach jak obroncy Czestochowy przed szwedzkim potopem, ani jedna kropla nie przedostala sie do srodka, az myslalam, ze z dumy pekne. Kij ma jednak zawsze dwa konce. Wybitna wodoszczelnosc i odpornosc niezwykla mojego namiotu zdobyla sobie takze uznanie mrowek gogantow i tych zupelnie malych, ktore pod tropikiem szukaly schronienia i ganialy pod podloga tak, ze slyszalam ciagle ich chrobotanie. W takich oto nadzwyczajnych okolicznosciach przyrody uplynal mi pobyt na wyspach Sesse. Dni slonecznych i upalnych 0, ilosc burz i ulew w ciagu dwoch i pol dnia - no chyba z 10!. Ostatniego dnia zerwalam sie na rowne nogi juz o 5 rano, slyszac jak kropelki , z poczatku drobne, niewinne, delikatnie uderzaja o moj suchy namiot. W ostatniej chwili zdoalalam caly moj dobytek przeniesc na zadaszona weradne. Zwijanie namiotu w strugach deszczu to koszmar kazdego namiotowicza. Pakowalam sie w ciemnosciach o nieludzkiej godzinie, szczesliwa jednak, ze tego koszmaru udalo mi sie uniknac.

O DUCHACH, CZAROWNICACH, RZUCANIU UROKOW I POLIGAMII

- Mialam kiedys sen. Snilam, ze stara, przygarbiona kobieta, bezzebna i pomarszczona podeszla do mnie i skaleczyla mnie nozem w maly palec u lewej dloni. A bylo w tym wszystkim cos przerazajacego, co co napawalo lekiem, a z obudzilam sie z krzykiem w srodku nocy. Ale wtedy dopiero zaczelam bac sie na serio, bo zobaczylam na moim palcu swiza rane i saczaca sie z niej krew.

Picture_55..islands.jpg
Nad jeziorem Wiktorii na wyspach Sesse
Picture_55..slands1.jpg
Kalangala - jedna z uliczek
I nagle, jakby chcac dodac troche grozy do tej opowiesci, troche ja efektami specjalnymi doprawic, trzasnela kloda w ognisku wzniecajac w gore prawdziwy slup skier.
- No i co bylo dalej? Co zrobilas? - niecierpliwi sie mlody Anglik. Siedzimy skuleni przy ognisku wieczorowa pora, szukajac troche ciepla na tropikalnych wyspach Sesse (sic!) i sluchamy niesamowitych opowiasci Rose, ugandyjskiej dziewczyny jednego Wlocha, profesora Uniwersytetu w Bolonii, co to jednak wybral konkurencyjna impreze przy piwie z Niemcami.
- Jak to co? To, co zrobilaby na moim miejscu i matka, i babka i siostra i ciotka, slowem kazda afrykanska kobieta. Poszlam do czarownicy! - dziwi sie Rose na tak nonsensowne muzunga zapytanie.
Sluchamy z coraz wieksza ciekawoscia.
- Opowiedzialm czarownicy moj sen ze wszystkim szczegolami, a i ona ze swej strony zadawala mi mnostwo pytan i w koncu zawyrokowala: jest rzecza oczywist, ze mezczyzna, z ktorym teraz jestes ma oprocz ciebie jeszcze jakas inna kobiete i ona trawiona zazdroscia po prsotu rzucila na ciebie urok! Muszisz natychmiast przyprowadzic mi koze, ktora zloze w ofierze odpowiednim duchom, ktore ten urok z ciebie zdejma.
- Hahahaha - wybuchamy smiechem.
- tak - ciagnie swa opowiesc Rose - tylko jest jeden problem, mowie czarownicy. Ja nie mam mezczyzny, ani meza, ani nawet chlopaka. Czarownica pokrecila glowa, ze moze w takim razie ktos rzucil na mnie urok omylkowo, ale uparcie obstawala dalej przy tym, ze koza byc musi i to natychmist i ze za tym wszystkim stoi jakas zazdrosna kobieta. Co to za glupstwo - pomyslalam - kozy nie kupilam i o czarownicy zapomnialam. Ale jeszcze tego samego wieczora sen znow powrocil. Znow ujrzalam stara, pomarszczona, zgarbiona kobiete, jak zbliza sie do mnie z nozem szurajac nogami po podldze. Jest blizej i blizej i blizej. A ja w tym snie lezalam zupelnie sparalizowana strachem, ani krzyknac, ani uciekac, ani nawet ruszyc palcem. Kiedy noz byl juz w powietrzu i starucha znow chciala mnie bolesnie skaleczyc, obudzilam sie i zobaczylam w moim lozku szczura! A wiec to byla ta zazdrosna kobieta, urak i klatwa! Po prostu zwyczajny szczur ugryzl mnie przez sen.
Rose smieje sie radosnie i my tez sie smiejemy, choc w duchu zastanawiam sie czy bym jednak nie wolala uroku, katwy i czarownicy od szczura we wlasnym lozku.
- Rose powiedz mi - zagaduje - jak to jest, ze w Afryce mezczyzna moze miec kilka zon i one nigdy ze soba nie walcza, nie sa zazdrosne?
- Jak to nie?! - obrusza sie Rose- Ja bym sie nigdy na to nie zgodzila, aby moj maz mial jeszcze inna kobiete oprocz mnie! Nigdy! Ale na wsiach, gdzie tradycje plemienne sa wciaz kultywowane, kobieta tak naprawde nie poslubia danego mezczyzny, ale ducha, ktory mieszka w jego ciele.
- Jak to? - nie mozemy powstrzymac zdziwienia.
- No wlasnie tak - tlumaczy nam jak dzieciom Rose - W jednym ciele moze mieszkac wiele duchow i jesli maz dajmy na to ma cztery zony to kazda z nich poslubila innego ducha! Tak wiec wieczorem, maz wola swoa zone: - Safi, chodz do mnie to ja twoj maz Mofu przywoluje cie dzis do siebie! - to pozostale zony nie sa zazdrosne bo Mofu nie jest ich mezem, kazda z nich poslubila bowiem innego ducha. Tak to sobie sprytnie wymyslili afrykanscy mezczyzni.

Ano faktycznie bardzo sprytnie.

Wysłane przez aidni 05:23 Kategoria Uganda Komentarze (0)

Uganda - czesc 4 - pomoc Afryce

semi-overcast 18 °C

ROZWOJ

Z wszystkich rozczarowan jakie w zyciu moga sie przytrafic najbardziej chyba przykre sa te, ktore dotycza innych ludzi.

- Zachod nie powinien pomagac takim krajom jak Uganda! Krajom,ktore osiagnely juz pewnien stopien politycznej i spolecznej stabilizacji.Owszem bieda jest tu zatrwazajaca, szczegolnie na wsiach i zacofanie okrutne,ale pompowanie pieniedzy do takich krajow rowna sie praktycznie z wyrzucaniem ich w bloto. - mowi mi przy kolacji Huli, przeddzien naszej wspolnej wspinaczki na Mount Sabinyo. - Te kraje musza same znalezc droge dla wlasnego rozwoju i albo ja znajda, albo przestana istniec. - Tu Huli zaczyna sypac przykladami jak z rekawa. - W Malawi zakupiono ok 100 tys. moskitier, jako ze kraj ten ma najwyzszy w Afryce wskaznik umieralnosci na malarie wsrod dzieci. Nim sie obejrzano, nim biurokratyczna machina uruchomila sledztwo,moskitiery zamiast trafic do dzieci dawno juz zostaly sprzedane jako sieci rybackie. W Zimbabwe, by zachecic rolnikow do bardziej wydajnego i produktywnego rolnictwa zaczeto rozdawac bezplatnie nawozy. Dzis wiemy, ze te nawozy niegdy nie zostaly uzyte tylko natychmiast sprzedane z duzym zyskiem na czarnym rynku.
Huli ma 40 lat i juz trzeci rok pracuje w Kampali dla niemieckiego rzadu jako koordynator pomocy rozwojowej dla Ugandy. Swoj kraj opuscil pietnascie lat temu i ani mysli wracac do narodu, z ktorym sie nie utozsamia i z ktorym laczy go - jak twierdzi - jedynie wspolny jezyk. Ja dodam od siebie, ze jeszcze ogromna slabosc do piwa. Pracowal w swej karierze w wielu krajach trzeciego swiata,wiele widzial, wiele doswiadczyl, a dzieki swej pracy, wiele takze mogl ogladac "od kuchni".
- Wezmy przyklad - kontynuuje Huli - Nie tak dawno niemiecki rzad wspieral finansowo budowe szpitala w jednym z prowincjonalanych miasteczek, tutaj w Ugandzie. Zeby zakonczyc ten projekt trzeba bylo wydac ogromne sumy na lapowki! Tak! Publiczne pieniadze niemieckich podatnikow szly takze do kieszeni skorumpowanych, lokalnych urzednikow! Wtedy czlowiek zadaje sobie pytanie do czego to zmierza? Przeciez nie tedy droga! - Huli odpala lokalnego papierosa o wdziecznej nazwie "sportsman" od kominka i wychyla kolejny lyk piwa. Nad polem namiotowym przy Mgahinga National Park noc gwiezdzista i zimna. - Przyjezdzaja tu z Niemie,z calej zreszta Europy, zastepy mlodych psychologow, pedagodow i socjologow, takich co to dopiero opuscili uniwersytety i nigdy nigdzie poza Europa nie byli. Czuja sie jak misjonarze niosacy kaganek oswiaty dla zyjacych w ciemnosciach Murzynow. A przeciez oni maja tu swoje tradycje, swoja kulture, swoje obyczaje i niby dlaczego nasz zachodni model nalezy uznawac za lepszy. Spojrzmy co dzieje sie w Europie. Niz demograficzny zagraza budowanym przez lata systemom ubezpieczen spolecznych, rodzina ulega rozpadowi, pozera nas rozbuchany indywidualizm. Tu w Afryce nie maja takich problemow. Rodzina i plemie jest podstawa calego systemu spolecznych relacji, jest punktem odniesienia, korzeniem wlasnej tozsamosci, jest takze najlepszym gwarantem spokojnej emerytury. Bo w Afryce zyje sie kolektywnie, a nie indywidualnie. Nie rozumiem dlaczego na sile chcemy ich uszczesliwiac, narzucajac im wlasna filozofie zycia.
- Ale to przeciez nie do konca jest tak - wtracam w dyskusje kilka swoich refleksji - przeciez oni takze maja ambicje, marzenia i cele,ktore chca osiagnac. Tak samo jak my aspiruja do lepszego zycia, do materialnego komfortu, do dobrobytu. Wcale nie chca zyc w swoich szalasach i glinianych chalupkach bez pradu i biezacej wody. I nie widze w tym nic zlego,ze pragna lodoweki pralek, telewizorow i samochodow, a skoro my wiemy jak te cele osiagnac to dlaczego nie mielibysmy sie z nimi ta wiedza podzielic!
Huli przeklada noge na nogei wyraznie ozywiony otwiera kolejne piwo.
- Trzeba najpierw wiedziec,ze nasze sposoby na dobrobyt i materialne bogactwo sa dobre ale w Europie i dla Europejczykow,ale tu w Afryce okazuja sie zupelnym fiaskiem. Tu jest inna kultura, zupelnie inne myslenie, niejak nieprzystajaca filozofia zycia. Prosty przyklad: jak sie Europejczyk dorabia swojego mercedesa, domu i urlopu na hiszpanskiej riwierze raz do roku? Pracuje i oszczedzaI to czesto dlugie lata. Rzecz zupelnie dla Murzyna niepojeta. Afrykanie nie umieja oszczedzac, pieniadze sie tutaj natychmiast wydaje. Bierze sie to stad, ze w mysl zasad rzadacych afrykanska rodzina,jeden pomaga drugiemu. Jesli wiec kto ma pieniadze musi sie nimi podzielic z bratem, siostra,wujkiem,kuzynka lub innym pociotkiem. Lepiej wiec pieniadze natychmiast wydac na cokolwiek, bo inaczej sie je straci. Jak myslisz dlaczego jak Afryka dluga i szeroka pelna jest niewykonczonych domow i do polowy skleconych lepianek? No wlasnie dlatego. Jak kto jest przy gotowce natychmiast ja wydaje by wywinac sie z obowiazku dzielenia sie pieniedzmi z liczna rodzina. Kupuje wiec lub zaczyna budowe domu,ktoej z duzym prawdopodobienstwem nigdy nie ukonczy.
- No ale to tylko pokazuje - dodaje od siebie - ze jest tu zalazek jakiego inwestycyjnego myslenia,jakiejs koncepcji lokowania kapitalu nie tak dalekiej od tego, co mamy w Europie. Moze wiec trzeba pojsc ta droga i nasze sposoby i sprawdzone rozwiazania po prostu zmodyfikowac i dostosowac do afrykanskiej rzeczywistosci.
Huli smieje sie radosnie - To trzeba by zaczac od wybicia im z glow idei posiadania az tylu dzieci. Przeciez tu srednia dzieci na kobiete to jest czworo lub piecioro, a skoro mezczyzna moze miec kilka zon, wiec i dzieci ma przynajmniej kilkanascioro! Przy takiej ilosci potomstwa europejski dobrobyt to dla nich dlaej daleka perspektywa. Co zrobic jednak jesli dla nich dzieci to jest cel sam w sobie. Dla mezczyzny duza ilosc czarnuitkichm jak smola malcow to powod do dumy i dowod meskosci, dla kobiety kobiecosci. Jest rzecza powszechna, ze jesli w wieku 18-20 lat kobieta nie ma dziecka to oznacza, ze cos jest z nia nie tak i moze miec problemy ze znalezieniem meza. Czesto wiec kobiety zachodza w ciaze tylko dlatego, by spolecznie dowiesc swojej kobiecosci. Ojciec tak poczetego dziecka oczywiscie najczesciej znika bez sladu.
Zeby pomagac nie wystarczy miec dobre serce, trzeba jeszcze wiedziec jak sie do tego zabrac - konkluduje Huli.
- Bo inaczej wiecej z tego zlego niz dobrego - dodaje od siebie - wymowny przyklad Etiopii mowi sam za siebie.
- Tak wlasnie - stwierdza Huli konczcac juz chyba piate piwo - Zachod powinien pomagac krajom targanym wojnami, niepokojami spolecznymi, epidemiami, jak Sudan czy Somalia, ale kraje takie jak Uganda musza znalezc same swoja wlasna droge rozwoju.

Robi sie juz pozno. Mowie wszystkim dobranoc. Przed czekajacym mnie intensywnym dniem wypada sie wyspac. Wychodze na zewnatrz budynku, ktory miesci recepcje, kuchnie i jadalnie i cudowny ten kominek. Jest chlodno, a by dochowac wiernosci faktom powinnam napisac, ze jest po prostu zimno! Tak zimno jak diabli, choc to Afryka, rownik bliziutko i poludniowa juz polkula! Niebo roziskrzone tysiacami gwiazd zatrzymuje moja uwage. roga mleczna widoczna w kazdym szczegole i orion...
Zza uchylonych drzwi jadalni, przez absolutna cisze nocy slysze jak Huli, wypiwszy jakies szesc butelek piwa, zagaduje kelnerke.
- Maria snilas mi sie dzisiaj wiesz? Snialo mi sie, ze obudzilem sie w srodku nocy, a posciel w moim lozku byla jeszcze ciepla. Spojrzalem na uchylone drzwi i ujrzalem ciebie i twoje piekne, nagie cialo. No wiec jak myslisz Maria? Czy spelnisz moj sen? Czy sprawisz dzis, ze moje marzenie stanie sie rzeczywistoscia? Drzwi do mojego pokoju sa dla ciebie zawsze szeroko otwarte. No wiec ja? Co z nami bedzie?

Ach! Wielkie idee i gornolotne mysli, glebokie Afryki rozumienie i najszczersza chec pomocy!!! Slowa, slowa, slowa i nic tylko slowa. A tak naprawde za tym wszystkim najzwyklejsze w swiecie pasozytnictwo. Mierzi mnie to i napawa obrzydzeniem to ciagle Afryki wykorzystywanie, zerowanie na jej poczuciu nizszosci wzgledem Zachodu, na jej uleglosci. Na wszystkich poziomach od wielkich koncernow, ktore okradaja Afryke z jej naturalnego bogactwa, prze skorumpowanych urzednikow, az po turystow, co przyjezdzaja tu na safari, a brzydza sie uscisnac dlon Murzynowi. Tych zastepow bialych, ktorzy wykorzystuja latwowiernosc tutejszych kobiet dla latwego seksu bez zobowiazan.
Jesli to jest nasz wklad w rozwoj Afryki to chyba faktycznie byloby lepiej gdybysmy jak najszybciej sie z Afryki wyniesli, spakowali manatki i nie wracali wiecej.

Picture_42..na_girl.jpg
bananowa dziwczynka na jednej z ulic w Kabale

BERY Z WYSP SESSE

Czarna Afryka usmiecha sie szeroko, ubiera sie kolorowo, rytmicznie porusza biodrami w rytm wesolej muzyki. Nie afiszuje sie ze swa bieda, nie pokazuje jej przechodniom na ulicach, ani podroznym w autobusach. W duzych miastach niewielu widzi sie zebrakow. Wbrew naszym zachodnim wyobrazeniom, Afryka nie umiera z glodu i chorob pelzajac u stop bialych turystow. Czarna Afryka ukrywa swa biede z dala od ludzkich spojrzen, z dala od drog, miast i turystycznych atrakcji. Wszedzie wiita czlowieka usmiech i radosne "habari"(pozdrowienie w suahili).
Jade wypchanym do granic matatu z Kalangali do Masaki i przygladam sie wspolpasazerom. Jaka jest opowiesc siedzacej kolo mnie starszej kobiety? Jaka jest tajemnica spiacej z glowa oparta o szybe dziewczynki? Jak wyglada codziennosc tego mlodego mezczyzny, probujacego dojrzec kawalek swiata zza niemilosiernie brudnej szyby?
Na wyspach Sesse nauczylam sie, ze Afryka ma drugie dno, nauczyl mnie tego Bery, a oto jego historia.

Bery zajmowal sie w swym zyciu tak wieloma rzeczami, ze az trudno zapamietac, spisac, wymienic, nie gubiac przy tym szczegolu jakiegos, jakiegos znaczacego faktu. By podroznikiem, wolontariuszem, sanitaruiszem, wlascicielem firmy handlujacej alkoholem, mial kiedys biuro nieruchomosci, a polski paszport ma do dzis po ojcu. Kilka lat nawet mieszkal w Bielsku, ale naszego karkolomnego jzyka nigdy nie zdolalal sie nauczyc. Dzis jest na emeryturze i z szerokim usmiechem wspomina dawne, szalone czasy.
Siedzimy przy stole cieplo otuleni promieniami zachodzcaego slonca. wszedzie bujna zielen i piekny widok na jez. Wiktorii. Recz dzieje sie w Mweena, malenkiej rybackiej osadzie niedaleko Kalangali - takze malenkiej stolicy wszystkich wysp.
Kolacja samkuje pysznie, wybornie, doskonale! To najlepsza kolacja jaka jadalam, najsmaczniejsze od odleglych juz etiopskich czasow jedzenie. Pewnie dlatego, ze ugotowana z miloscia, z wielka wdziecznoscia. Bery przedstawia mnie wszystkim dziewczynkom po kolei, wszystkie usmiechaja sie do mnie zyczliwie, sa usciski dloni i wesole, ciekawe, przygladajace sie spojrzenia. Dziewczynki maja od 8 do 13 lat, mieszka ich w osrodku Bery'ego 15. Na pierwszy rzut oka niczym nie roznia sie od innych dziewczynek, z ktorymi witam sie na co dzien, gdy ida do szkoly. Wygladaja tak samo niewinnie, dziewczeco, mlodzienczo i dziecieco jak ich rowiesniczki.
- Kazda z nich wie wiecej o seksie oralnym i penetracji niz ty bedziesz pewnie kiedykolwiek wiedziec. - mowi mi Bery - te dziewczynki to nieletnie, a scislej rzecz ujmujac, dzieciece prostytutki. Takich jak one sa w okolicy setki jak nie tysiace. Nie maja nic wiec sprzedaja swoje cialo by kupic sobie ubrania, ksiazki do szkoly, zaplacic czesne...Dla afrykanskiej kobiety jej cialo, poki jest mlode i atrakcyjne jest towarem na sprzedaz, czesto bowiem kobiety nie maja nic ponad swoje ciale. Probuje z tym walczyc, probuje pokazac im, ze sa inne mozliwosci, probuje dac im nowy start, ale nie mozesz wiedziec jaka to trudna walka.
Bery prowadzi swoj maly osrodek od dwoch lat. Pomaga mu zona, ktora wlasnie przyleciala z Belgii. Przez ten czas zdolali wybudowac maly domek z zapleczem, gdzie miesci sie gabinmet lekarski, spizarnia i kuchnia pod golym niebem. Wszystko czyste, schludne, europejskie takie. Przed domkiem ogrodek, rowno przystrzyzona trawa , czerwone kwiatki. Na srodku dwa duze, biale stoly, przy ktorych codziennie jada sie kolacje.
Bery cale swoje zycie, wszystkie swoje wysilki, oszczednosci i byc moze takze marzenia poswiecil tym dzioewczynkom, sa one teraz calym jego zyciem, jego kazda minuta. W wyobrazni widzi jak jego osrodek sie rozwija, jak swoja szanse dostaja kolejne dziewczynki. Widzi je jak zakladaja rodziny, a niektore moze nawet robia wielkie kariery w miescie. Widzi je szczesliwe, smiejace sie serdecznie tak jakby ich zlamane dziecinstwo bylo nigdy nieistniejacym epizodem, jakims dawno zapomnianym koszmarnym snem.
- Kiedy je poznalem, kiedy zobaczylem jak one zyja to bylo jak porazenie, jakby ktos uderzyl mnie i ciosem tym powalil na kolana. Czlowiek w takiej sytuacji ma zawsze dwa wyjscia: alboodejsc ze spuszczona glowa, zlamany wspolczuciem i wlasna bezradnoscia wobec okrucienstwa tego swiata, albo podjac walke, chocby wydawala sie przedsiewzieciem wrecz szalonym i skazanym z gory na kleske. Tamtego dnia zdecydowlaem podjac sie podjac te walke, chociaz w chwilach zwatpienia wydaje mi sie ona trudna ponad miare, za trudna.
Edukacja to priorytet, to ich paszport do lepszej przyszlosci. Dlatego z mojej skromnej emerytury w pierwszej kolejnosci oplacam im szkoly. Wszystkie chodza do szkol z internatem , poza tym uczymy je innych umiejetnosci, ktore moga im sie kiedys przydac, tak aby powrot do prostytucji uczynic jak najodleglejsza, a najlepiej nieistniejaca alternatywa, gdy juz wkrocza w samodzielne zycie.
Jedna z moich znajomych powiedziala mi kiedys, ze mimo mych dobrych checi i wysilkow robie tym dziewczynkom krzywde, bo pokazuje im zycie, ktorego o wlasnych silach, samodzielnie nigdy nie beda w stanie osiagnac w swym doroslym zyciu. Ale ja wierze, ze pokazuje im nowa droge, ze pokazuje im, ze mozna inaczej zyc. - Bery zamysla sie dluzsza chwile wpatrujac sie w jezioro. Zapada milczenie ciezkie jak znak zapytania, ciezkie jak dreczace go watpliwosci.
Slonce chowa sie za horyzontem. Ostatnie usciski i serdeczne pozdrowienia. wsiadam na boda boda i mkne wsrod zielonych, bananowych gajow na moj kemping. Bery'ego i jego dziewczynki zostawiam daleko ale tylko w wymiarze fizycznym. Widzialam dzis drugie dno Afryki, nie tyle nawet jej biede i ubostwo, co jej upodlenie. Widzialam Afryke odarta z marzen i tonaca w beznadziei. Tego obrazu nie da sie zapomniec.

Wysłane przez aidni 03:59 Kategoria Uganda Komentarze (0)

Uganda czesc 3 - jezioro i wulkany

semi-overcast 20 °C

SAMOTNOSC NAD JEZIOREM BUNYONYI

Znalazlam Shire, znalazlam ojczyzne Hobbitow wprost z "Wladcy Pierscieni" wyjeta. Sam Tolkien by tego lepiej nie wymyslil. Jezioro, a na nim 29 wysp. Kazda z nich upstrzona wydatnym pagorkiem, zagospodarowanym przez mieszkancow na tarasowa uprawe roslin i zboz. Jezioro Bunyonyi ma ksztalt do gory nogami wywroconej litery Y i brzegi ma postrzepione, niegladkie. Aby sie tu dostac trzeba najpierw z Kabale przejechac boda-boda 8 km malownicza droga przez wzgorza, usmiechem odpowiadajac na usmiechy i pozdrowienia mieszkancow mijanych wiosek. Jedzie sie tak piaszczysta droga, koloru gliny wsrod bujnej zielonosci - to zestawienie barw dusza srodkowowschodniej Afryki. A jedzie sie by dotzrec do przystani najprawdziwszych , z jednego kawalka drewna zrobionych, afrykanskich kanoe. Chwyta sie wioslo,plecak rzuca sie z przodu i co sil w miesniach zabiera sie wioslowania. Bo by dotrzec na kemping trzeba najpier przeprawic sie przez gladkie jak lustro jezioro (ok40 minut), na jedna z wysp, gdzie namiot mozna sobie rozlozyc nad samym brzegiem. Mozna slono zapalcic i w 10 minut dotrzec tam lodzia motorowa,ale co to wtedy za frajda,jaka przyjemnosc? Zadna!!! A jednak wiekszosc ososb takie wlasnie wybiera rozwiazanie.
Picture_430-canoe.jpg
moj plecak na kanoe
Picture_43..d_canoe.jpg
nad przystania kanoe
Miejsce jest piekne, ale od razu widac, ze prowadzone przez bialych i dla bialych. Tylko obsluga Ugandyjska, wszyscy zas klienci - biali. Z poczatku ciesze sie nawet z tego.Bedzie okazja do rozmow,do wymiany doswiadczen, do posluchania zabawnych opowiesci i o mrozacych krew w zylach przygodach innych podroznikow. Moje nadzieje szybko jednak rozbijaja sie bolesnie o rzeczywistosc.Chyba jestem juz bardziej "czarna" niz "biala",ze az mnie ta moja biala skora razi jakos i dziwi,kiedy spojrze na nia w lustrze, jakas wydaje mi sie nie na miejscu, obca jakas taka.
Na moje pozdrowienie inni biali zebrani w tej enklawie ludzie Zachodu reaguja zdziwieniem przygladajac mi sie badawczo i zimno. Oj powialo europejskim chlodem, wyobcowaniem i dystansem, zupelnym brakiem zainteresowania i zamknieciem sie w swoim malym swiatku. Jaki to kontrast w stosunku do tego ciaglego wypytywania o wszystko, do tej wymiany usciskow dloni,do tych afrykanskich usmiechow i pozdrowien. Moze i wyprzedzamy Afryke w rozwoju technologicznym,moze i zyjemy sobie wygodniej i bardziej komfortowo, ale w dziedzinie szczerej ludzkiej serdecznosci to Afryka dawno zostawila nas w tyle i to my powinnismy usiasc wuczniowskiej,oslej lawce zganieni przez nauczyciela za nieodrobiona lekcje!
Picture_432-bunyonyi.jpg
Picture_443-bunyonyi2.jpg
jez. Bunyonyi
Wybieram sie na spacer wokol wyspy. Widoki fantastyczne. Czlowiek nigdy zadnym swym dzielem nie dorowna temu, co natura dawno juz stworzyla, daremne sa wszelkie proby. Docieram do jakiejs malej wioski ukrytej w bananowym gaju. Sensacja! Biala kobieta! Muzungu w naszej wiosce! Dzieciaki biegna z piskiem by uscisnac mi reke. Skad te emocje przeciez tylu tu bialych, cala wyspa jest ich pelna, stezenie jak nigdzie indziej w kraju! ... Wyleguja sie jednak na kanapach calymi dniami i rzadko ktory czuje potrzebe i chec by podreptac troche po okolicy. Siedze na werandzie i przegladam sie im. Nalezymy do dwoch roznych swiatow i chociaz przywiodla nas tutaj ta sama ciekowosc, ta sama chec poznania to nie ma miedzy nami zrozumienia.Stoimy po prostu na dwoch roznych biegunach. Podrozujac w pojedynke czlowiek siega pewnego wymiaru samotnosci, ktore nigdy wczesniej nie doswiadczyl. Samotnosc ta czasem uwiera,ta samotnosc jest czasem trudna,ale jednoczesnie otwiera na innych, na innosc,na to,co dziwne, niezrozumiale, obce.
O ironio! Tak oto wsrod bialych Europejczykow czulam sie bardziej samotnie niz wsrod Muzrzynow, ktorych jezyka nawet nie znam.

WULKAN W MOIM ZYCIU

Picture_491-sabinyo.jpg
Mt. Sabinyo
Na ostatni, trzeci wierzcholek wchodzi sie po drabinach pozbijanych z kijow i galezi, przegnilych w niektorych miejscach z nadmiaru wilgoci. Stromo jak diabli. Najlepiej nie rozgladac sie na boki tylko uwaznie piac sie do gory.Trwa ta wspinaczka dobrych 30minut, przy czym nachylenie wynosi jakies 70-80 stopni! Miesnie az trzesa sie ze zmieczenia, bo to przeciez juz piata godzina stromego podejscia. Dwa wierzcholki juz zdobyte, tylko jeszcze ten jeden,ostatni. Oddech ciezko zlapac, bo to juz grubo ponad 3500m npm,pot leje sie z czola choc tuz nad glowa wisi paskudna, na szaro od spodu "przypalona",deszczowa chmura. Przez glowe przechodzimysl "nie dam rady, po prostu nie dam rady!". Moze i checi nie brak, ale sily w miesniach owszem. Nogi jak klody, bardziej ciagna w dol niz do gory, od wchodzenia po drabinie bola plecy w kazdym, nawet najbardziej skrytym zakamarku,rece z wysilku mdleja... Mysli o kapitulacji bombarduja glowe nieustepliwie i wytrwale. W tym momencie, gdzies zza krzekow, gdzies tam daleko z gory dobiega radosny glos Bergsona,mojego przewodnika: - Polowa drogi juz za nami!
I to niby miala byc dobra wiadomosc, w mych uszach zabrzmiala jednak jak wyrok, jak gwozdz do trumny i krzyzyk na droge. A wiec jeszcze raz tyle, jeszcze raz tyle zmagan o kazdy centymetr, o kazdy krok. Przeciez tego sie nie da zrobic!
Gory zawsze budzily we mnie najwiekszy szacunek, bo gory pokazuja czlowiekowi jego wlasciwe miejsce, ucinaja jego ambicje zbyt rozpasane, drwia sobie z ludzkiej wiary we wlasne mozliwosci i sile, wysoko zadarta glowe kaza czlowiekowi pochylic skromnie i wlasna uznac malosc, niedoskonalosc i slabosc. Gory daja czlowiekowi wielka lekcje pokory. I ja, uwieszona na drabinie, przerabialam wtedy moja lekcje pokory. Kiedy jednak czlowiek sam przed soba uzna wlasna niemoc wobec potegi przyrody, ktora byla tu przed nami i przetrwa nas zapewne, wtedy nastpeuje niezwykla w czlowieku przemiana. Krok po kroczku,myslami nie siegajac przeszlosci ani przyszlosci,skromnie,ze spuszczona glowa i wzrokiem utkwionym na najblizszym metrze drogi, znow zaczyna piac sie do gory, sile skad biorac nie sposob odgadnac! Tak jakby gory dajac nam lekcje pokory okazywaly swa laske,gdy tylko uznaja,ze lekcje te zesmy wlasciwie odrobili.
Picture_53.._sbinyo.jpg
widok ze szlaku
Tak tez bylo wtedy, gdy ogromnym wysilkiem miesni i woli zdobywalam Mount Sabinyo (3669m npm) jeden z siedmiu nieczynnych juz wulkanow w pasmie Virunga. Nie jest to ani najwyzszy,ani najnizszy z nichwszystkich, a ksztaltem najmniej z nich wszystkich przypomina wulkan. A jednak widoki z ostatniego wierzcholka, swa potega i wulkaniczna masywnoscia prawdziwie odbieraja mowe. Najwyzszy z wszystkich wulkanow Mount Muhavura (4127m npm) a u jego stop z wszystkich najnizszy Mount Gahinga (3437m npm),nad nimi zas klebia sie deszczowe chmury.W zielonych dolinach wszystko zas mieni sie na zloto cieplym oswietlone sloncem.
Picture_53..n_guide.jpg
Moj przewodnik na drabinowym szlaku
- Brawo! Udalo sie! Witamy na trzecim wierzcholku! - z usmiechem oznajmia Bergson,gdy ledwo lapiac oddech docieram w koncu na szczyt. Jest satysfakcja,jest radosc i szeroki mimo zmeczenia usmiech od ucha do ucha. Bez wiz, bez placenia haraczu w dolarach, bez wypelniania formularzy i stania w kolejkach znalazlam sie w trzech krajach jednoczesnie: w Rwandzie, Ugandzie i Kongo i moglam sobie z jednego do drugiego dowolnie przeskakiwac i chociaz raz zadrwic sobie, chocby tak symbolicznie, z wizowych formalnosci. Bo trzeci wierzcholek Mount Sabinyo ma te dziwna polityczna wlasciwosc,ze go podzielily miedzy siebie te wlasnie trzy kraje.
Schodzimy w tempie ekspresowym, a i to zajmuje nam trzy godziny. W najprawdziwszym w swiecie, gestym i dziewiczym bambusowym lesie,ktory rosnie u stop Mount Sabinyo, swa swiezoscia strasza slady afrykanskich bawolow. Zadnego jednak nie udalo nam sie spotkac. Kolacje przy kominku pochlaniam jak odkurzacz, a sen mam twardy jak kamien az do smego rana,chc burze i zawieruchy i wiatry jakies wscikle tarmosza namiotem bez wytchnienia.

Wysłane przez aidni 02:33 Kategoria Uganda Komentarze (1)

Uganda - czesc 2 -Ucieczka z Kampali

zielone przygody

sunny 28 °C

UCIEC Z KAMPALI
Przez Kampale mozna sie przedostac jedynie na wlasnych nogach lub siedzac namotorze, trzymaja sie kurczowo kierowcy lub siedzenia, gdy ten mknie drwiac sobie z wszelkich zasad ruchu drogowego miedzy stojacymi w korku cala wiecznosc samochodami,autobusami, ciezarowkami i innymi pojazdami. Motocyklowe lub rowerowe taksowki,zwane tu boda boda, sa dla Kampali tym czym dla Kenii sa matatu. Sa po prostu wszedzie,a bez nich Uganda udlawilaby sie w korku,zatklalaby sie i juz.
travel_030.jpg
Boda boda na ulicach Kampali
Stolice Ugandy niektorzy nazywaja Rzymem Afryki,bopodobniejak wieczne miasto lezy ona na siedmiu wzgorzach... ale na tym zasadniczo koncza sie podobienstwa. No moze jeszcze jedno: marabuty kraza nad Kampala jak niegdys sepy nad Koloseum,gdy trwaly tam walki gladiatorow. Marabut jest w Kampali tak wiele,ze wg statystyk pochlaniaja 1 tone miejskich smieci dziennie. Poza tym poobijane auta Wlochow i ich szalencza jazda na skuterach wydaja sie dziecieca zabawa przy ekwilibrystyce, ktora popisuja sie tutejsi kierowcy, przy tutejszych rozpadajacych sie samochodach zostawiajacych za soba kleby czarnego dymu, przy tym ryku tysiecy klaksonow i przy tej halasliwej muzyce plynacej z harczacych glosnikow.
Troche targowania, kilka chwil oczekiwania kto pierwszy ustapi - boda boda czy ja... Udalo sie! Zbijam cene o polowe i juz mkne przez ulice budzacej sie do zycia Kampali.
travel_029.jpg
travel_028.jpg
Korki w Kampali nie maja sobie rownych

Wszystko tonie w smogu i halasie. Kampala ciezko dyszy juz od samego rana. A jednak rajd boda boda z hotelu do ambasady Tanzanii to po prostu fantastyczne doswiadczenie., choc krew w zylach mroza brawurowo scinane zakrety tuz przed maska jakiegos ciezarowego olbrzyma, jakies na klaksonie przejechane skrzyzowanie, jakies zupelnie szalencze wyprzedzanie. Z jednego wzgorza na drugie, znow w dol i juz ponownie wspinamy sie stromo. Mijamy stragany z mango, zkleszczone w korku minibusy, zrecznie wymijamy sprzedawcow przekasek i herbaty i ich drewniane wozki. Odrapane, ciasne budynki powoli coraz wyzej siegaja ku niebu, staja sie coraz bardziej eleganckie, bo oto juz wjezdzamy na glowna ulice miasta - Kampala Road. Sa banki i sklepy, jest ludzki nieopisany tlum. Slonce juz wysoko. Z kolejnego wzgorza widok na miasto jest juz niezwykly. To najbardziej w Kampali reprezentacyjne miejsce - wzgorze Nakasero. Tu sa ambasady, tu sa ekskluzywne hotele i siedziby bankow. jest ciszej, jest zielono, a na ulicach mniejszy tlok. Spogladam na Kampale, ktora otyla, ociezale lezy na swych siedmiu gorach, patrze jak sapie z przemeczenia, ciasna, rozlazla, ociekajaca potem.
Nie jestem milosniczka wielkich miast, a im dluzej podrozuje tym bardziej mnie one mecza, draznia, jakas dziwna budza we mnie agresje i irytacje i zlosc jakas na wszystko i wszystkich. Wize do Tanzanii za usmiech szeroki i przekonujace blaganie dostaje jeszcze tego samego dnia. jakie szczescie jutro bede mogla uciec z Kampali!!!

TOYOTA
Jesli kiedykolwiek w zyciu bede kupowac samochod to bedzie to toyota i do zadnej innej marki nie przekonaja mnie ani statystyki, ani testy, ani zadne ekspertow opinie. Jak Afryka dluga i szeroka jezdzi praktycznie wylacznie toyotami. Toyoty po prostu zniosa wszystko, najgorsze drogi, najgorsze w swiecie wertepy, najgorszy pyl i kurz i upal najgorszy tez zniosa. Zniosa takze to, czego ich japonscy konstruktorzy nie byliby w stanie przewidziec nawet w najbardziej koszmarnym snie.
Jak myslicie, ile osob moze sie zmiescic do w jednej zwyklej, pieciodrzwiowej toyocie corolla? W Europie 5, w Ugandzie zas 11! Cztery z przodu plus dwie osoby na kolanach pieciu biedakow scisnietych okrutnie na tylnym siedzeniu. Gdzie placze niemowle, ale gdzie go upchneli nie potrafie dojrzec. W bagazniku moj plecak jest najmniejszym i najlzejszym ladunkiem. Jada z nim wielkie worki z ziemniakami i cebula, materace, koce i inne wielgachne pakunki. wszystko to sznurkiem powiazane bo rzecz oczywista bagaznika nie sposob zamknac. Tak sie podrozuje po Ugandzie! Wypakowana tak toyota mknie calkiem szybko po piaszczystej drodze co rusz kogos wysadzajac i dopychajac nowych pasazerow.
- Ile ludzi tak mozna upchac i scinac w tym samochodzie? - zagaduje kierowce - Nia ma takich ograniczen Madam! - odpowiada z rozbrajajaca szczeroscia.
Pewnie gdyby auto mialao bagaznik na dachu podrozowaloby nas dwukrotnie wiecej. Rzecz tutaj zupelnie normalna i jesli tylko kto potrafi pomaga kierowcy zmieniac biegi. A wesolo przy tym i radosnie i na niewygody nikt nie narzeka. Po 30 minutach jestem u celu. W ten sposob z Fort Portal dotarlam nad jezioro Nkuruba i cudnie nad nim polozonego kempingu.
Picture_42.._toyota.jpg
Only toyota

MALPA - ELEMENT PRZESTEPCZY
Wygladaja zupelnie uroczo i takich jeszcze nigdzie nie widzialam. Czubek ogona bialy, dalej czarno, czarni, brzuszek zupelnie czarny, ale na plecach juz dwie dlugie, biale pregi, buziak tez czarny jak smola, ale znow glowka juz zmyslnie biala - biala jak snieg! Smigaja te stworzenia calymi bandami skaczac z drzewa na drzewo tuz nad moim namiotem, a krzyk przy tym i harmider nie do opisania. Zwinne to to i sprytne jak to malpy i ciekawskie ponad wszelka miare. Namiot trzeba zamykac szczelnie i to klodke wieszajac na zamkach, bo nim sie czlowiek obejrzy juz wszystko bedzie pootwierane i doszczetnie spladrowane. Zajadam mango, czytam, muzyki sobie slucham, a malpim w drzewach harcom nie ma konca.
Picture_391-monkey1.jpg
Picture_396-monkey2.jpg
Malpki znad mojego namiotu
Na kempingu poznaje dwoch innych podroznikow: sympatycznego Dana z Kanady i nadetego jak paw Anglika Richarda. Z nimi wybieram sie na eksploracje okolicy. Chlopaki litosci nie maja i zazadzaja pobudke o 6.30 i wymarsz o 7.00. Mysle sobie, pewnie wschod slonca chca ogladac, albo jakies ptaki egzotyczne fotografowac, bo wczesniej wyszlo w rozmowie, ze sa pasjonatami przyrodnikami. Swietna okazja by sie czegos nowego dowiedziec, nauczyc. O 7.00 stawiam sie wiec w umowionym miejscu zwarta i gotowa... tylko chlopakow nie ma i nie ma. Po 30 minutach przychdza,a oczy im sie jeszcze kleja z zaspania, zadnych zdjec nie robia, a egzotycznych ptakow tez ani sladu. Tak wczesna godzina wymarszu podyktowana byla zas tym, ze Richard zle znosi upal (sic! i wybral sie do Ugandy). No i tylez szorowania nosem po suficie , tyle z pawiego nadecia i dumy. A okolica piekna po prostu,zielona i bujan i pagorkowata. Jezior cale mnostwo, a nawet i calkiem pokazny wodospad. Droga biegnie przez malownicze wsie, co rusz mijamy ludzi pchajacych rowery ledwo widoczne spod ciezkich kisci matoke, ktore nastepnie sprzedaja na pobliskim targu.
Picture_60..ke_bike.jpg
rower z matoke
A matoke to w Ugandzie absolutna podstawa egzystencji. Pokarm biedakow i bogaczy, dla wszystkich i dla kazdego. Kiscie matoke sa potezne i ciezkie jak diabli,ze uniesc ledwo mozna. Dla europejskiego, niewprawnego oka wygladaja po prostu jak kiscie niedojrzalych, zielonych bananow. Nic bardziej mylnego, to banany zupelnie wyjatkowe, mozna je po obraniu opiekac na ruszcie i sa wysmienita przekaska, mozna je gotowac i cos bliskiego w smaku ziemniakom otrzymac (w Peru tak wlasnie robia) albo ugniesc w zoltawego koloru papke i z woda zmieszac otrzymujac w ten sposob danie dla Ugandy zupelnie podstawowe - tez zwane matoke. Matoke je sie zwykle z ryzem lub poszo (w Kenii i Tanzanii zwanym ugali),ktore jest po prsotu zagotowana maka kukurydziana, co w efekcie daje lepka, bezsmakowa breje, ktora na polski mozna przetlumaczyc jako kaszke manna w postaci stalej. Do tego ziemniak slodki (jest naprawde slodki!) i oto mamy podstawe dania obiadowego, podstawe niezmienna, bo matoke z ryzem lub poszo i slodkim ziemniakiem je sie codziennie i wyjatkow nie ma,zmieniaja sie tylko dodatki.Mozna wiec zestaw obowiazkowy otrzymac z fasola (gotowana w sosiku), z miesem (zwykle wolowina w zupce warzywnej), z orzeszkami zmienymi (utarte na drobiazg niezwykly i ugotowane w zupce gestej, wysmienitej) lub z ryba jesli jakas wieksza woda jest w poblizu. Tak wyglada ugandyjska odmiana wschodnioafrykanskiego dania obiadowego, a przyprawy sa rzecza zupelnie tu niestosowana i rzadko w ogle o czyms takim jak przyprawy ktokolwiek tu slyszal. Niektorzy muzungu ekstremisci podrozuja wiec z wlasna sola i pieprzem.
Nie bedzie przesada jeslipowiem, ze swa zielonosc Uganda zawdziecza wlasnie w duzej mierze wlasnie matoke, bo geste bananowe gaje porastaja szczelnie kazdy kawalek ziemi. Dzieki matoke, ktorej jest w uprawie niewymagajace zupelnie jak chwast zwykly jakis, w Ugandzie nikt chyba nie cierpi glodu. Matoke to doskonaly "zapychacz", ale takze bardzo wartosciowy posilek,bo jak zapewniaja mieszkancy,zawiera wszystkie niezbedne witaminy i mineraly.
Picture_33..er_lake.jpg
jedno z jezior w okolicy Fort Portal
Picture_35.._Uganda.jpg
wm okolicy wodospadu - buja zielona Uganda
Krazymy po jeziorach, chwile dluzsza spedzamy nad wodospadem. Dan z zawodu ogrodnik,pokazuje mi dracene. No faktycznie! Moja mamama taka w doniczce! Tylko, ze tutaj glowe trzeba wysoko zadzierac by czubek wielkiego tego drzewska zobaczyc!
Klakson za plecami. Ciezarowka pelna matoke zatrzymuje sie przy nas gwaltownie. - Muzungu! Where to?! - zapytuje kierowca (co w tutejszej odmianie angielskiego jest zapytaniem dokad zmierzamy). - A do wioski najblizszej na targ!- odpowiadamy. - Wskakujcie na banany, podwioze was!
Tak wlasnie, nieoczekiwanie trafiaja sie przygody, ktore zostaja w pamieci i do ktorych wraca sie myslami usmiechu nie mogac powstrzymac. Wdrapujemy sie na pokazny juz stosik bananowych kisci, ale nie jestesmy sami. Inni banaowi autostopowicze i pomocnicy kierowcy juz dawno wygodnie sie na bananach rozsiedli. Jest radosc, usciski dloni. Dla nich to takze przygoda z muzungami tak na bananch jechac. Szybko okazuje sie, ze chociaz ciezarowka owszem zmierza na najwiekszy w okolicy targ, ale niebezposrednio.
Picture_378-villages.jpg
zielone plantacje matoke
Picture_37..e_truck.jpg
zaladunek naszej ciezrowki

Zanim tam dojedzie musi stos matoke na pce powiekszyc do rozmiarow absurdalnych tak, ze ledwo pod gorke da radje ujechac. Zwiedzamy wiec przy okazji wszystkie w okolicy plantacje matoke, budzac wszedzie sensacje niesamowita i za kazdym razem odjezdzamy goraco zegnani, wyzej juz siedzac na zielonych kisciach niz kiedy przyjechalismy. Nasz kierowca na kazdym z postojow wychyla szklaneczke lokalnego trunku, co wygladem przypomina i zapachem spirytus, a ze upal jest niemilosierny to i na efekty nie trzeba dlugo czekac. Balansujemy na bananach,slalomem zdazajac na targ. Dotarlwszy wreszcie namiejsce zeskakujemy z zielonej, bananowej gory powszechna dajac ludziom radosc i wesolosc. Ciezarowka jedzie dalej, az do Kampali,tylko kto by chcial do wielgachnego miasta z tak pieknej okolicy wracac.
Picture_368-girl.jpg
dziewczynka z chrustem spotkana po drodze

Wysłane przez aidni 23:13 Kategoria Uganda Komentarze (0)

Uganda - czesc I - u zrodla Wielkiej Rzeki

start : 3 stycznia 2009

sunny 30 °C

WIELKA RZEKA
Przedzierali sie wytrwale przez gesta roslinnosc wycinajac sobie droge maczetami, w pocie czola, w wilgotnym upale, trawieni zmeczeniem i chorobami. Jakaz musisla ich gnac do przodu niezwykla sila, jakaz wielka determinacja i gotowosc na wszystko! Nil rozpalal wyobraznie, budowal marzenia, sprawial, ze ludzie chcieli siegac wzrokiem i wyobraznia daleko za horyzont. Historia poszukiwania zrodla Nilu to wielki rodzial w historii afrykanskich odkryc, to jej pelna heroizmu karta. Wielu smialkow i marzycieli zaginelo bez wiesci, wielu stracilo zdrowie, wielu oddalo najpiekniejsze lata swojego zycia by stanac u zrodla tej wielkiej rzeki nigdy jednak nie osiaganawszy celu. W koncu pewnego upalnego dnia, po dlugiej i wyczerpujacej podrozy, brytyjski oficer John Speke uslyszal od napotkanych po drodze plemion o istnieniu na polnocy "wielkiego morza" lub "wielkiej wody". Speke przeczuwal, ze jest bliski celu, ze tym "wielkim morzezm" moze byc tylko nieodkryte jeszcze jakies potezne jezioro, ktore to prawdopodobnie jest tak poszukiwanym zrodlem Nilu. Brnal bez wytchnienia i spoczynku przez gesta, bujna roslinnosc. Wilgoc stawala sie coraz wieksza, co zwiastowalo, ze cel jest juz blisko. Trawiona chorobami, wycienczona nie znajacym granic wysilkiem ekspedycja Speke'a dotarla w koncu do brzegu wielkiego jeziora, ktore na czesc brytyjskiej krolowej nazwano Jeziorem Wiktorii. Swiat wstrzymal oddech a Speke oficjanie oglosil, ze jezioro to jest zrodlem Nilu. Pelen dumy, z wysoko podniesionym czolem wrocil do Anglii, jako odkrywca i zdobywca. Historia utarla jednak nosa niestrudzonemu podroznikowi. Bo w 1878 roku inny Brytyjczyk - Henry Stanley, nie mniej wytrwaly i rownie pelen determinacji, wyruszyl w rejs po jeziorze Wiktorii by w koncu samemu nacznie zweryfikowac hipoteze Speke'a. Wiele musial zniesc trudow nim w koncu odkryl zasilajaca jezioro rzeke Kagere i dotarl do miejsca, z ktorego Nil wyplywa juz jako Nil.
travel_024.jpg
zrodlo Nilu w Jinja
travel_025.jpg
Dokladnie 131 lat pozniej, 04.01.2009 w tym samym miejscu stanelam i ja. Co czul Speke, kiedy odkrywal Jezioro Wiktorii, co czul Stanley, gdy stanal u zrodla Nilu? Czy podskoczyli z radosci i wysciskali jakiegos tubylca, nie mogac stlumic entuzjazmu? A moze wzruszyli sie i z ich oczu poplynely lzy? Ja sie wzruszylam i chociaz lez nie bylo to serce zabilo mocniej. Moja droga do zrodel Nilu byla bez porownania prostsza, latwiejsza, szybsza i wygodniejsza niz droga Speke'a i Stanleya, byla tez nieporownywalnie bezpieczniejsza. Dla mnie jednak byla wyzwaniem i najtrudniejsza jak dotoad odbyta podroza. Dotarcie do zrodel wielkiej rzeki zamknelo takze pewnien rozdzial mojej malej, afrykanskiej odyssei. Od Kairu az do Jinja w Ugandzie Nil towarzyszyl mi nieustannie, byl tlem, byl szkieletem mojej drogi, ktora biegla wzdluz jego brzegow. Stalam nad Nilem w Kairze, w Assuanie plywalam po jego wodach na nubijskiej lodzi, do Sudanu dotarlam takze niesiona na jego barkach. Bylam w Chartumie, gdzie Nil Bialy laczy sie z Nilem Blekitnym. Na jeziorze Tana w Etiopii widzialam jak w swa droge ku polnocy wyrusza ten drugi. Ale dopiero w Ugandzie stanelam u jego zrodla, a dokladniej rzecz ujmujac jednego ze zrodel. Uganda, Rwanda i Burundi spieraja sie o to, gdzi epoczatek bierze Nil. Sprawa jest panstwowej wagi i na ostrzu noza. I chociaz geografowie za zrodlo Nilu uznali rzeke Kagere, bioraca poczatek w Burundi to chyba wszyscy maja racje i myla sie jednoczesnie. Bo tak jak powiedzial jeden z moich przyjaciol, taka ogromna rzeka nie moze miec przeciez tylko jednego zrodla. Stanac u jednego z nich to byla dla mnie prawdziwie doniosla chwila, moje osobiste z Nilem pozegnanie.
travel_023.jpg
Jez. Wiktorii

JINJA
Niewielu do Jinja przybywa takich niepoprawnych romantykow jak ja, co by sie wzruszali jeziorem Wiktorii, Spekem, Stanleyem i Nilem. Wiekszosc przybyszow z Zachodu to milosnicy sportow ekstremalnych, na ktorych afrykanska stolice powoli wyrasta Jinja. Rafting, skoki na bungee, paralotniarstwo, zeby wymienic tylko te najbardziej popularne. Wszystko to oczywiscie slono kosztuje, ale Afryka zostala pomyslana dla turystow o zasobnych portfelach, dusigrosz musi zadowolic sie Afryka, ktora moze ogladac na targach i bazarach, w lokalnych tanich jak barszcz restauracjach, w zdezelowanych autobusach i minibusach wypchanych ludzmi tak szczelnie, jak to tylko mozliwe. Poznaje Afryke od tej wlasnie strony, wiec ekscytujacej relacji z raftingu po wscieklych wodach Nilu nie bedzie i juz! Musicie sie drodzy czytelnicy zadowolic tylko moim skromnym spacerkiem po Jinja. A Jinja to pierwsze ugandyjskie miasto, do ktorego dotarlam z kenijskiej granicy, takie moje pierwsze z Uganda spotkanie.
Jaka jest Uganda? Jest tak niezwykle zielona, tak zuchwale gesta i zarosnieta, ze odnosi sie wrazenie, ze wszystkie rosliny swiata zdecydowaly sie tu zamieszkac. Chociaz centrum miasta niczym nie rozni sie od wiekszosci miast wschodnioafrykanskich to juz na obrzezach, w dzielnicach mieszkalnych roslinnosc rosnie bujnie i z rozmachem, nie pozostawiajac zadnych watpliwosci - to musi byc Uganda.
travel_026.jpg
Marabut na smietnisku

W Jinja widze takze pierwsze w zyciu marabuty! Ale coz to za ogromne ptaszyska! Rozmiarami wyzsze znacznie od naszych bockow i kenijskich flamingow, Masywne przy tym i posepne. Zyja na smietniskach i smieciami sie zywia. Ta ich smietnikowa egzystencja stoi w zrodla ich watpliwej reputacji wsrod Ugandyjczykow. Kiedy z zachwytu zapominam jezyka w gebie i zdjec pstrykam bez umiaru ludzie dziwia sie i pytaja dlaczego takie paskudne ptaszysko fotografuje.
Dobrze czuje sie w Jinja, polubilam to miasto za jego wilgotna, tropikalna atmosfere, za wiejski spokoj i cisze i wszystkie miejskie wygody, za ten targuginajacy sie pod ciezrem wysmienitych owocow sprzedawanych za bezcen.
W Ugandzie mieszka spora mniejszosc indyjska, wygnana niegdys przez Idiego Amina, powrocila po upadku krwawego dyktatora i odzyskala utracaone mienie. Dzis Hindusi to w Ugandzie wyzsza kasta, ludzie na ogol bogaci, a przynajmniej bogatsi niz przecietni Ugandyjczcy, ale z Ugandyjczykami slabo zintegrowani. Hindusow trawi poczucie wyzszosci wzgledem Murzynow, ktorymi pogardzaja, widac to w kazdym supermarkecie, bo tez kazdy supermarket w Jinja nalezy do Hindusow, widac w restauracjach, widac w sklepach. Hindus inzcej rozmawia z bialym klientem, a inaczej z czarnym, tego pierwszego wita szerokim usmiechem, tego drugiego zbywa milczeniem, lub wrecz ignoruje. A przeciez Hindusi to taki otwarty i zyczliwy narod...niestety nie tu w Afryce. Dodaje to troche dziegciu do wysmienitego thali (moje ulubione indyjskie danie), ktore sobie sprawilam na Nowego Roku dobry poczatek, troche gorzkoscia maci prawdziwie indyjski, pyszny czaj (herbate z mlekiem i przyprawami), co tak pozytywne przywraca wspomnienia.
travel_027.jpg
Ugandyjskie dzieci na ulicy w Jinja

Nastepnego snie obiad jem juz w murzynskiej knajpce, prosty, smakowo zupelnie niewykwintny, taki jaki na co dzien zapelnia zoladki Ugandyjczykow. W tej zwyklosci, w tej prostocie, wsrod pedzlujacych lapczywie lyzkami ryz z fasola Murzynow, czuje ze jestem we wlasciwym miejscu.

Wysłane przez aidni 05:43 Kategoria Uganda Komentarze (1)

Notatnik kenijski

Kenia: wjazd 15.12.2008 - wyjazd 03.01.2009 trasa: Moyale - Marsabit - Isiolo - Nanyuki - Nairobi - Naivasha Lake - Elementeita Lake - Nakuru - Eldoret - Malaba (przejscie graniczne z Uganda). Wazne daty: 20.12 ok. 19.00 przekroczylam rownik w Nanyuki

sunny 28 °C

MATATU
Matatu to jest w Kenii podstawa transportu publicznego, to jest jego absolutny organizacyjny fundament. Minibusy, zwane tu wlasnie matatu, kursuja na wszystkich trasach i po wszystkich drogach, ktorymi tylko da sie przejechac. Kazde matatu ma swojego kierowce i jego pomocnika - naganiacza. Podstawowym zadaniem tego ostatniego jest zapelnienie pojazdu pasazerami. Poniewaz czekanie az matatu sie zapelni czasem zajmuje nawet godziny powszechnie stosuje sie takie oto metody zwabienia potencjalnych podroznych: nie gasi sie wiec silnika, by pasazerowie mieli wrazenie, ze matatu zaraz odjedzie a zatem ze jest pelne, jezdzi sie po miescie na klaksonie, by sprawic wrazenie, ze pojazd juz rusza w trase, a co lepiej prosperujace matatu inwestuja w przyciemniane szyby, by niewidocznymi uczynic puste w srodku siedzenia. Nie na tym koniec zmartwien pomocnika kierowcy. Zaostrzone w zeszlym roku prawo dopuszcza maksymalna liczbe 11 pasazerow, trzeba wiec jakos tego rodzaju ograniczenia zrecznie ominac. Metody sa przerozne od banalnych firanek w oknach i przyciemnianych szyb, co by policjant nie zauwazyl dodatkowego pasazera w kazdym rzedzie, po bardziej wyszukane polegajace na przekupieniu z gory wszystkich policjantow , ktorzy zwykle stoja na obslugiwanej trasie. Prawo nagminnie lamia tez kierowcy, pedzac z szalona predkoscia, az czlowiekowi ze strachu krew mrozi w zylach. Silnik az wyje z wysilku, na liczniku 120-130 km/godz., wyprzedzanie na trzeciego", rozmowianie przez komorke i burzliwe dyskusje z pasazerami sa na pozadku dziennym. A trzeba przy tym wiedziec, ze jak sie w Afryce z kims rozmawia to nalezy mu sie patrzec w oczy. Odwraca sie wiec kierowca i rozmawia z pasazerem dyskutantem jak nalezy, pezdzac przy tym rzecz jasna na zlamanie karku. Od roku obowizuje takze nakaz zapinania pasow, ktorym objeci sa takze pasazerowie. W 100% wypadkow bylam jedyna osoba, ktora tego nakazu przestrzegala.
"Miazdzaca wiekszosc drogowych wypadkow w Kenii to czolowe zderzenia matatu - ostrzega przewodnik Lonely Planet - Nigdy nie siadaj obok kierowcy i nie ulegaj pokusie by siedziec przy oknie. Zawsze zapinaj pasy i siadaj miedzy pasazerami w srodku pojazdu, w razie wypadku bedziesz mial wieksze szanse na przezycie". Czyz to nie brzmi zachecajaco?!

AFRYKA OBAMY
Afryka stracila glowe dla Obamy i ogarnela ja zupelna, granic nieznajaca Barakomania. Pierwsze jej symptomy widzialam juz w ambasadzie Sudanu w Kairze, kiedy sympatyczny Sudanczyk stojacy za mna w kolejce z duma wypinal piers w koszulce z amerykanskim prezydentem. W Etiopii szal byl juz calkowity. Restauracje i kawiarnie zmienialy nazwe na "Obama restaurant & Cafe", po ulicach jezdzily autobusy "Obama", w oknach mieszkancy wywieszali jego portrety, jak w Polsce na przyjazd papieza. Stragany uginaly sie od koszulek z Obama, a jego ksiazka jest w Etiopii wielkim bestsellerem. Ze zdumieniem wiec przyjmuje fakt, ze w Kenii, badz co badz ojczystym kraju ojca Obamy, tych zewntrznych oznak Barakomanii jest o wiele mniej. Nie nalezy jednak dac sie zwiesc pozorom! Kazdy szczegol z zycia Obamy wzbudza wielkie emocje. Jego wyjscie z corkami na hamburgera to wiadomosc z pierwszych stron gazet. W Telewizji nie ma dziennika bez Obamy, chocby dotyczace go informacje mialy byc jakims zupelnym glupstwem. Kiedy ogloszono wyniki amerykanskich wyborow Kenia nie poszla do pracy, Kenia tanczyla na ulicach, Kenia swietowala znacznie huczniej nadejscie ery Obamy niz Nowy Rok. W Kisumu, miejscowosci z ktorej pochodzi Obama senior i gdzie do dzis mieszka jego babka, znaleziono ponoc sobowtora nowego amerkanskiego prezydenta, wprawdzie majacego dopiero 10 lat, ale to nie przeszkodzilo w tym by obwozic go po ulicach miasta wsrod wiwatujacego tlumu, ktory wital chlopca z tak wielkim zapalem i entuzjazmem jakby byl to sam Barak Obama.

Wysłane przez aidni 04:59 Kategoria Kenia Komentarze (0)

Kenia - czesc V Cantinas Cafe

Nakuru

sunny 28 °C

Kenia sie modernizuje, Kenia sie rozwija. Widac to na kazdym kroku, na kazdym rogu ulicy. Rozwija sie przemysl - od kenijskich produktow uginaja sie polki w supermarketach, rozwija sie wysokobudzetowa turystyka - co rusz ku niebu wyrastaja coraz to nowsze i bardziej ekskluzywne hotele. A sami Kenijczcy mierza wysoko, aspiracje i ambicje maja odwazne i dalekie. Widac to w ich podejsciu do edukacji, na punkcie ktorej caly kraj po prostu zwariowal. Wyniki panstwowych egzaminow publikuja gazety na pierwszych stronach, a uczniowie, ktorzy osiagneli najlepszy rezultat w skali kraju staja sie z miejsca bohaterami narodowymi i gwiazdami mediow. Jak kraj dlugi i szeroki zna ich z imienia i nazwiska po prostu kazdy. Na wyniki egzaminow jak na wyrok czekaja szkoly, dla ktorych numerek w rankingu oznacza byc albo nie byc. Bo chociaz w Kenii publiczne szkoly podstawowe sa bezplatne, by minimalne wyksztalcenie mogl zdobyc kazdy, to kazdy rodzic dbajacy o przyszlosc swoich dzieci i tak posle je do szkoly prywatnej, czesto kosztem wielu wyrzeczen. W miazdzacej wiekszosci wypadkow sa to szkoly z internatem, czesto na drugim koncu kraju. Rodzice wierza bowiem w wyzszosc szkol z internatem nad szkolami w miejscu zamieszkania, bo dzieci ucza sie tam caly czas, nie ogladaja telewizji i nie marnuja czasu na rozrywki. Pilnuja ich nauczyciele, ktory pracuja w trybie dyzurowym, podobnie jak w Polsce lekarze. Ich zawod jest takze uwazany za wysoce spolecznie odpowiedzialny. Rodzice widuja swoje dzieci kilka razy w roku, a gdy te nie osiagaja pozadanych wynikow zmieniaja szkole na inna, ktora obiecuje cuda na kiju, byle tylko zdobyc nowego pupila. Prasa donosi o skandalicznych praktykach niektorych szkol, ktore tuz przed egzaminami wyrejetrowuja co slabszych uczniow by nie zanizac swoich wynikow i nie spasc w rankingu.
Mature w Kenii zdaje sie z 6 przedmiotow w tym 4 obowiazkowe to angielski, matematyka, chemia i biologia. Kto wie czy gdybym urodzila sie w Kenii, z moimi zdolnosciami w przedmiotach scislych i naukach przyrodniczych zdolalabym zdobyc srednie wyksztalcenie. To stwierdzenie wywoluje powszechna wesolosc mojej goscinnej, kenijskiej rodziny, u ktorej spedzam Nowy Rok. Uznaja to za zart, podczas gdy ja mowilam zupelnie powaznie.
- W edukacji najwazniejsza jest dyscyplina i ciezka praca! - Stwierdza Samson glowa rodziny, emerytowany adwokat. Nie probuje nawet polemizowac bo swoja wiedza, znajomoscia roznorodnej tematyki i elokwentna angielszczyzna niejednego moglby wpedzic w kompleksy.
Bo juz zaraz rozmowa schodzi na Lecha Walese, na Solidarnosc, przemiany ekonomiczne i polska droge do wolnosci. Nic tylko zapasc sie pod ziemie ze wstydu! Przeciez co ja wiem o Kenii, nie potrafie wymienic nawet jednego kenijskiego bohatera narodowego poza moze Barakiem Obama, ale to nowy nabytek i w dodatku troche naciagany. Czuje sie jak glupiec, czuje swa malosc, zwyklosc i przecietnosc i co tu ukrywac intelektulany kompleks wobec mojego murzynskiego gospodarza.
A jak to sie stalo, ze sie raptem znalazlam na tej kanapie, w tym przytulnym domu, wsrod tych goscinnych ludzi? Ano stalo sie w zasadzie samo, jakos tak zwyczajnie, choc nieoczekiwanie.
CANTINAS CAFE
Dotarlam do Nakuru wczesnym popoludniem. Po wizycie w Kenya Wildlife Services (organizacji zarzadzajacej parkami narodowymi) prysly szybko marzenia o spedzeniu Sylwestra nad jeziorem Bogoria raz jeszcze rozbiwszy sie bolesnie o bariere ceny (150 euro pod wlasnym namiotem). Zadnego nie mam planu ani koncepcji co tu ze soba zrobic przez nastepnych kilka dni. A okres to dla podrozowania byl niewygodny bo noworoczny, kiedy to ceny za transport rosna, sklepy zamkniete, wszystko stoi i czeka az sie stary rok skonczy.
- A niech sie dzieje samo, niech sie samo zdecyduje - pomyslalam. Podnioslam glowe i zobaczylam szyld "CANTINAS CAFE". Jest balkonik, a wiec wymarzone miejsce do robienia zdjec ulicznych, jest tez pewnie moja ulubiona w mleku parzona herbata i indyjskie chlebki czapati. Po ciemnych schodach i kretych korytarzach docieram na miejsce. Patrze sobie z gory na tetniace zyciem miasto i zakrokowana ulice. Robie zapiski, rozmyslam o roznosiciach. W przewodniku namierzam najtanszy hotel i zagaduje wlascicielke jak tam dojsc najlepiej. Z tego zagadniecia zrobilo sie zaproszenie na pogawedke przy coca-coli, po chwili do Margaret dolaczyl jej maz Samson, a ze wesolo nam sie rozmawialo i w milej atmosferze, nie bylo juz mozliwosci bym Sylwestra mogla spedzic sama w jakims bezdusznym hotelu.

Ciekawi jestesmy siebie nawzajem. Ja ciekawa jestem Kenii oni Polski i Europy.
A rozmowy mamy polityczne i spoleczne, europejsko - afrykanskie i historyczne. - Kolonializm, wbrew temu co nakazuje mowic afrykanska "polityczna poprawnosc" nie byl wcale taki zly - stwierdza nieoczekiwanie Samson. - W ciagu 60 lat Brytyjczycy wyciagneli nas z plemion, nauczyli pisac i czytac, ubrali nas w garnitury i sprawili, ze bez wstydu i kompleksow mozemy dzis jechac na londysnkie salony. To byl dla Afryki ogromny skok cywilizacyjny, na ktory o wlasnych silach Afryka nie zdoblylaby sie jeszcze przez dlugie stulecia. W ogolnym rozrachunku Brytyjczycy dali nam wiecej niz nam odebrali, chociaz wiadomo, ze cena za to sa do dzis trwajace walki plemienne, zniszczona narodowa kultura. Ale w ogolnym rozrachunku, kolonializm przyniosl nam wiecej dobrego niz zlego.
Nie mowie tego glosno, ale widze to na co dzien i intuicyjnie wyczuwam nieustannie, ze wschodnia Afryka ma wciaz ogromny kompleks Europy, wciaz glowe nosi nisko spuszczona, okazuje swa malosc, slabosc, te swoja jakas gorszosc. A przeciez w tej ziemi jest taki potencjal, taki zapal i energia jest w mieszkajacych tu ludziach. Afryce tak naprawde brak dumy, brak tylko wiary w siebie, brak przekonania, ktore czyniloby ja silna. Afryke dlawi poczucie nizszosci.
travel_022.jpg
Rodzina Obede i ja

Margaret zagaduje mnie przy obiedzie z trudem tlumic ciekawosc. No bo jak to tak kobietra moze sobie tak sama po Afryce podrozowac, nie miec w tym wieku dzieci, meza, nie miec nawet chlopaka, z ktorym w taka droge moglaby sie wybrac. Jest krecenie glowa i niedowierzanie, zrozumiec tego niepodobna. - Przeciez ja jestem od Ciebie 10 lat starsza tylko, a mam juz dorastajace dzieci, z ktorych jedno jest na studiach, drugie w szkole sredniej, a trzecie konczy podstawowa!
Margaret wyszla za maz majac lat 18 za Samsona, ktory wowczas mial ich 38. Jest jego czwarta zona, co wcale nie oznacza, ze poprzednie stracil lub sie z nimi roszedl. Samson ma po prostu cztery zony naraz, co w Afryce jest zupelnie oczywiste i normalne i praktykowane nawet w rodzinach chrzescijanskich (sic!). Rodzina Samsona i Margaret nalezy do kenijskiej klasy sredniej. Domek maja przyzwoity i nawet calkiem spory. Jest zaniedbany ogrodek zamieszkaly przez kilkanascie psow i nie ma biezacej wody, ktora trzeba w wiadrach nosic z pobliskiego zbiornika. Nie ma tez gazu i kuchenki, jest piecyk i rozzarzone wegle, na ktorych gotuje sie posilki. Sprzatanie (codziennie rano), gotowanie, zmywanie i pranie to obowiazki dzieci, rodzice zajmuja sie tylko i wylacznie praca zarobkowa. W duzym pokoju obowiazkowo telewizor i DVD. Mlodzi zachlysnieci kultura Zachodu ogladaja w wolnych chwilach teledyski z MTV. Przed telewizorem uplywa nam tez Nowy rok, a dokladnie rzecz ujmujac taki byl plan. Pokrzyzowala go jednak elektrownia odcinajac dostawe energii na caly wieczor. Sylwester minal nam wiec przy swieczkach i latarkach, a cisza panowala jak na wsi, choc Nakuru to duze miasto.
W Kenii wciaz zeywe jest wspomnienie wydarzen sprzed roku, kiedy w wyniku wyborczych falszerstw wladze utrzymal obecnie urzedujacy prezydent Kibaki. Doszlo wtedy do dramatycznych walk plemiennych. Zycie stracily setki ludzi, tysiace wygnano z domow odbierajac im dorobek, budowany od pokolen. Kraj popadl w zupelna anarchie. Ludzie w bialy dzien okradali sklepy i domy sasiadow. Kenijczycy zyli w nieustajacym strachu, a swiat oczy przecieral z zdumienia, ze w tak stabilnym politycznie kraju jak Kenia, takie dzieja sie rzeczy.
- Byl taki moment, ze przez 4 dni lezelismy pod lozkiem - opowiada Samson - z obawy przed tym, ze ktos nas zastrzeli. Swist kul i odglosy wystrzalow bylo slychac przez caly czas. Przez kilka miesiecy zylismy w okrutnym strachu.
Na krotko przed polnoca znow zaswiecily zarowki. Kanal informacyjny pokazuje dramatyczne zdjecia sprzed roku.
- Nikt tak naprawde nie wie, co siedzi w drugim czlowieku. Dzis usmiecha sie do ciebie ktos, kto przed rokiem nie zawahalby sie cie zabic, gdyby tylko wiedzial ze jestes z innego plemienia - mowi Ruth, najstarsza corka Margaret i studentka ekonomii w Nairobi - A wszystko to z powodu czyichs chorych ambicji i wygorowanych aspiracji, czyjegos za wszelka cene dazenia do wladzy.

Prawdziwie potezna sila jest ludzka pazernosc. Bo oto tymczasem zarowno Kibaki jak i jego glowny konkurent w zeszlorocznych wyborach Odinga, a dzis premier Kenii (urzad ten utworzono na mocy rozejmu wynegocjowanego przez Anana przed rokiem) jak i liczacy ponad 200 poslow parlament, tuz przed swietami odrzucil obywatelski projekt ustawy zobowiazujacy te liczna grupe uprzywilejowanych do placenia podatkow, z ktorych obecnie sa zwolnieni. Kenijczcy sa oburzeni. Srednia pensja nauczyciela w Kenii to 10 000 szylingow (100 euro) i podatki placic musi, prezydent ma zas szylingow 1 000000 (10 000 euro) i wszystie co miesiac bierze w kieszen.
Gdy opuszczalam Kenie krajem wstrzasnal kolejny skandal. Oto wladza, za ktora Kenijczcy zaplacili przed rokiem doslownie cene krwi, uchwalila ustawe w praktyce przywracajaca cenzure. "Prezydent Kibaki podpisal ustawe medialana - koniec wolnosci slowa w Kenii" donosily gazety na pierwszych stronach. Na ulice Nairobi wyszli dziennikarze z zaklejonymi na znak protestu ustami.

Wysłane przez aidni 02:26 Kategoria Kenia Komentarze (0)

Kenia - czesc IV Afrykanska noc

Lake Elementeita

sunny 28 °C

JEZIORO CALE MIEC TYLKO DLA SIEBIE
Jakie piekne i niezwykle sa te afrykanskie noce! Ksiezyc swieci tak mocno, ze mozna sobie spacerowac bez latarki, a gwiazd na niebie jest tyle, ze ciezko dopatrzec sie konstelacji, tak jest tam na gorze tloczno, tak jest tam ich mnogo, tak im tam ciasno, ze az niebo wydaje sie za za male. Za dnia strojna prawdziwa rewia barw, w nocy zas Afryka staje sie srebrzysto - szra, wszystko przykryte ksiezycowa poswiata jak kolderka lub kocem.
Tak bylo w Etiopii, gdzie noca gigantyczne lobelie, ktore w gorach Simien rosna gesto i licznie, wspolnie z urwistymi zboczami tworzyly krajobraz jakby z innego swiata. Tak bylo nad jeziorem Naivasha w Kenii, skad jeszcze przed wschodem slonca wyruszalam na moje pierwsze safari, a kaktusy wielkie jak drzewa i rozlozyste akacje w tym srebrzystym swietle afrykanskiej nocy przybieraly ksztalty przedziwne i jakas nowa zakladaly sukienke.
travel_016.jpg
Dziewczynki znad jeziora Elementeita

Z wszystkich moich dotychczas spedzonych w Afryce nocy jedna byla jednak zupelnie wyjatkowa. A byla to noc spedzona nad jeziorem Elementeita, przy ktorego brzegu obozowalam zupelnie sama i cale je mialam tylko dla siebie. No bo ktoz by nie chcial zobaczyc, setek, ba!, tysiecy rozowiutkich flamingow broczacych w wodzie u brzegu gladkiego, rozleglego jeziora? Ktoz by nie chcial podziwiac jak leca nisko nad tafla wody gromadnie, dotykajac jej delikatnie dlugimi, rozowymi nozkami? A najlepiej jeszcze, zeby to podziwianie nie bylo rownoznaczne z powstaniem wielkiej dziury w budzecie, ktorej dna ciezko sie dopatrzyc. Trzeba bowiem wiedziec, ze natury podziwianie bywa w Afryce bardzo kosztowne. Turystyka na Czarnym Ladzie ogranicza sie w miazdzacej ilosci wypadkow do zorganizowanych grup o zasobnych portfelach gotowych zaplacic kazda cene za uwiecznienie na fotografii zebry, zyrafy czy lwa. Wstepy do najslynniejszych parkow narodowych (takich jak Massai Mara czy Lake Nakuru) zaczynaj sie od 50 do 60 USD za dzien, a do tego jeszcze trzeba wynajac pojazd i przewodnika, bo bez nich straznicy przez brame po prostu nie przepuszcza. I tak powstaje bariera co najmniej 100 USD/ dzien, ktorej taki podroznik - dusigrosz jak ja nie jest w stanie pokonac. By wiec wszystki te finansowe pulapki ominac, jakos tej dziury w kieszeni zrecznie uniknac, a jednoczesnie zobaczyc troszke tej dzikiej Afryki trzeba niestety kombinowac i to nieraz w pocie czola. Trzeba tu jednego, a tam drugiego podpytac, trzeba czasem zajrzec dop czyjegos bardziej dokladnego przewodnika, slowem trzeba bezustannie zdobywac informacje, a czasem nawet bezczelnie podsluchiwac by dopiac swego. Takimi to pokretnymi drogami dowiedzialam sie o istnieniu jeziora Elementeita, polozonego ok. pol godziny drogi od Nakuru. Na tym jeziorze, wedlug zapewnien mieszkancow, jest mnostwo flamingow, a placic wygorowanych cen za wstep nie trzeba, bo jezioro nie jest parkiem narodowym i jest ogolnie i calkowicie bezplatnie dostepne. Cala podekscytowana jade lokalnym minibusem, ktore to minibusy nazywaja tu matatu, to w Kenii podstawa publicznego transportu i jako takie zasluguja na osobny rozdzial, ktorego sie na pewno doczekaja. Wspoltowarzysze drogi polecaja mi zatrzymac sie na Flamingo Camp nad samym ponoc brzegiem jeziora, ktore juz widze za oknem, piekne, otoczone gorami. Tylko flamingow nie widze, ale byc moze to moj wzrok niedoskonaly, byc moze slonce zbyt silne. Wysiadam przy drogowskazie "Flamingo Camp 800m", ale to chyba tak tylko na zachete, bo idzie sie i idzie w sloncu, pocie czola, a dzieciaki biegna cale podekscytowane, szeroko otwierajac oczy i paluszki trzymajac w buzi na ten widok niezwykly, ktorym jest dla nich mzungu.
travel_015.jpg
travel_014.jpg
Jezioro za dnia

Docieram w koncu na piekny kemping, kolorowy od cudnie kwitnacych kwiatow, docieram nad cudne jezioro, gladkie i niczym niezmacone, ciche, rozlegle, od wschodu zamkniete gorami, ale co z tego jak flamingow garstka ledwie, a nieliczne takze pelikany i czaple nie sa w stanie mnie pocieszyc. - Spoznilas sie o jakies dwa, trzy dni. Flamingi odlecialy do Tanzanii, to taka coroczna migracja, wroca dopiero w kwietniu! - tlumaczy mi wlascicielka kempingu - Te, ktore zostaly to najslabsze, chore lub stare osobniki, ktore na te podroz nie mialy juz sily.
No i mamy kolejny klops. Ale skoro juz tu dostarlam z wielkim wysilkiem to i zostane na jedna noc chocby. Jestem na kempingu jedyna klientka, a popoludnie mija mi w pieknym otoczeniu na pogawedkach z wlascicielka, gotowaniu obiadku na rozzarzonych weglach i polowaniu migawka aparatu na rozowe, dostojne flamingi. Gdy nadchodzi noc swiat zmienia sie nie do poznania! Nie dajcie sie zwiesc, nie jest bynajmniej cicho, bo ptaszyska za dnia oniesmielone nabieraja pewnosci siebie w nocy i wyruszaja na pladrowanie pola namiotowego w poszukiwaniu resztek jedzenia. Sa pomruki, odglosy czlapania i ciamkania, skubania i inne rozne niezidentyfikowane szelesty, swisty i szumy. Wyobraznia szaleje jak sie tak samemu na odludziu w namiocie lezy, a tu jeszcze te dziwaczne koncerty nocne. Nim sie czlowiek obejrzy, a juz ma w myslach jakies straszne rzeczy, jakis koszmarny scenariusz zywcem wyjety z amerykanskiego horroru. Dosc! Nie dam sie terrorowi strachu i wlasnej produkcji koszmarnym wizjom. Wychodze przed namiot i siadam na kamieniu. Nad glowa mam roziskrzone niebo i spadajace gwiazdy, przed soba jezioro i ledwie majaczace na horyzoncie gory. Jest jakas magia zakleta w tej nocy i w tym miejscu, jest w nim jakis spokoj i dostojenstwo. Strach milknie i czlowiek zaczyna czuc sie czescia tego nieba, tych gwiazd, tych gor i tego jeziora, juz nie obserwatorem, nie podgladaczem, ale czescia zupelnie naturalna.
Pobudke mam gwaltowna, chlod poranka jest bezlitosny. Nie myslcie sobie drodzy czytelnicy, ze tylko Wy tam daleko w Polsce marzniecie, marzne i ja i to siedzac prawie na rowniku raz z jednej, raz z drugiej strony! O tak! I czesto mnie budza o pranku lodowate dreszcze.
Swita. Otwieram namiot i zerkam przez szparke, co tam ciekawego na swiecie. A tam roz, pomarancz, ciepla, delikatna zolc budzacego sie nieba w polaczeniu z bladym blekitem odbijaja sie w gladkim jak lustro jeziorze. Nad nim unosi sie delikatna mgielka, a w niej... brodza w wodzie flamingi, spokojne i dostojne. Oddech zmiera, oczy otwieraja sie szeroko, a serce bije mocniej, gdy czlowiek wiedzi przed soba taki obraz. Milkna wtedy slowa, milkna nawet mysli.
travel_018.jpg
travel_019.jpg
travel_020.jpg
Poranek nad jeziorem Elementeita

W calkowitej ciszy siedze nad brzegiem i patrze intensywnie, gorliwie, wnikliwie by ten obraz zapisac w pamieci jak najdokladniej, by moc zawsze odtworzyc go w kazdej chwili, by nie stracic zadnego szczegolu. Nie gromadze w tej podrozy pamiatek, bo kazdy gram ciazy na plecach bezlitosnie, nie kupuje nic na straganach z rekodzielem, choc piekne tu mozna wypatrzec przedmioty, gromadze jedynie obrazy w myslach, przezycia w pamieci, a niezwykle chwile zapisuje w duszy - to moje jedyne pamiatki.

Wysłane przez aidni 01:11 Kategoria Kenia Komentarze (0)

KENIA - czesc III - Safari w piekle

Hell's Gate National Park

sunny 32 °C

NAIROBI - PRZYSTANEK EUROPA
Nairobi to odpowiedz Afryki na nasz zachodni brak wiary w jej mozliwosci. Stolica Kenii moze z powodzeniem stanac w szeregu z wieloma stolicami Europy i wiele z nich moze wpedzic w kompleksy, chocby nasza kochana Warszawe.
travel_001.jpg
Czy to dalej Afryka czy juz Europa?
travel_002.jpg
No i palmy najzupelniej prawdziwe i dodrodne.
travel_003.jpg
Sa chodniki, swiatla, klimatyzowane restauracje, ktore niczym nie roznia sie od naszych, cenami niestety tez nie.
Z trudem mozna uwierzyc, ze polnoc Kenii i Nairobi to ten sam kraj!
Na tej wyspie nowoczesnosci spedzilam swieta w towarzystwie moich motorowych podroznikow i rodakow - Izy i Kamila.

MUZUNGU NA PIEKIELNYM SAFARI

Jak obudzic dzieciece marzenie o Afryce? Jak ozywic obrazy z wyobrazni, ktora zabierala nas do Afryki, dzieki czytanym ksiazkom i sluchanym opowiesciom? Jak znow odnalezc w sobie dzieciecy entuzjazm i najszczerszy, nie dajacy sie stlumic zachywt? Nie ma rady. Trzeba zapakowac w plecak pare kanapek, butelke wody, trzeba wskoczyc na rower i wyruszyc na prawdziwa afrykanska przygode do Hell's Gate National Park, czyli parku narodowego piekielnych wrot. Jest to jedyny park narodowy w calej wschodniej Afryce, po ktorym mozna przemieszczac sie rowerem, a nawet pieszo i to bez obstawy straznika, a to dlatego, ze lwy i inne grozne drapiezniki zapuszczaja sie tu tylko noca. Z tego tez powodu turystow jest tu bardzo malo, no bo co to za safari, z ktorego nie przywiezie sie zdjecia krola zwierzat. Zgoda krol krolem i berla mu nie odbieram tylko pedaluje przez piekna sawanne, wsrod wysokich skal, w pieknym swietle wczesnego ranka. Wraz z towarzyszacymi mi Kanadyjczykami, ktorych spotkalam na kempingu, jestesmy tego dnia pierwszymi goscmi. Zwierzeta zaskoczone nasza tak wczesna i pelna entuzjazmu obecnoscia uciekaja w poplochu, co rusz przebiegaja nam droge antylopy, gazele i zebry i to w odleglosci kilku metrow. Odkladamy na bok rowery i skradamy sie, spokojnie i cichutko, na paluszkach, delikatnie, bez zadnych gwaltownych ruchow.
travel_004.jpg
travel_005.jpg
travel_010.jpg
Zebry przygladaja na sie podejrzliwie, a w sercu czlowieka budzi sie tymczasem mlody odkrywca z dzieciecych lat, ten zapomniany juz dawno mlody lowca przygod. Siadamy na dluzsza chwile w bezruchu tak by zebry przyzwyczaily sie do naszej obecznosci, by nie zwracaly juz na nas uwagi. Aparaty w dlon i juz pelzniemy przez busz by byc ich jak najblizej. Pstryk, pstryk, pstryk, poszla w ruch migawka, uwieczniona chwila, kiedy to zebry byly doslownie o kilka metrow od nas. Co za uczucie! Co za przezycie! Serce w czlowieku rosnie, co tu duzo mowic! Zebry uciekaja wzbijajac w powietrze tumany kurzu. Wsiadamy na rowery i ruszamy w dalsza droge. Chwila doslownie nie minela, a moze i mniej, gdy pod piekna, smukla akacja ujrzalam jeszcze piekniejsza i jeszcze bardziej smukla zyrafe! Jak to tak? Ja i zyrafa, a miedzy nami nic, ino kilka krzakow, z 15 moze metrow suchej ziemi i stoimy sobie obie jak wryte. Obie mamy oczy okragle ze zdziwienia, obie zamarlysmy w bezruchu. Raptem szelest jakis, czyjes ciche, powolne, badawcze skradanie sie. Po chwili zza plecow zyrafy wychodzi druga zyrafa! Az mi sie chcialo krzyczec z zachwytu. Nigdy nie sadzilam, ze bedzie mi dane stanc tak blisko prawdziwej, dziekiej, afrykanskiej zyrafy. Przeklnelam jednak tylko sline dlawiac swoj entuzjazm, by tych pieknych dam z afrykanskiej sawanny nie sploszyc moim wyraznym okzywaniem radosci.
travel_006.jpg
travel_007.jpg
Spedzam z nimi dluzsza chwile i na tym wlasnie polega lukss mojego niskobudzetowego safari. Bez krola lwa w roli glownej wprawdzie, ale takze bez szyb i metalowego dachu samochodu, bez barier, bez zaslon, bez odgradzania sie. Sama na sam z afrykanska przyroda, ktorej dotykam palcami, ktorej melodii nie zaglusza warkot silnika, ktora czuje w miesniach zmeczonych pedalowaniem i pocie splywajacym z czola z wysilku i goraca.
Rower polozylam gdzies w trawie i siedze sobie otoczona juz calkiem pokaznym stadkiem zyraf. Nikogo nie ma poza mna, jestem z tymi pieknymi damami sam na sam. Z trudem moge uwierzyc, ze to dzieje sie naprawde. Przed moimi oczami stanela Afryka wprost z dzieciecych marzen. Obrazy, ktore widzialam oczami wyobrazni defilowaly teraz przede mna namacalne, realne, trojwymiarowe i ozywione. Znow dotykalam Afryki, znow chlonelam ja kazdym zmyslem.
Ach jakie te zebry przedziwne wydaja z siebie dzwieki. Cos miedzy zawodzeniem osla a konskim prychaniem. Echo niesie te melodie przez cala sawanne i towarzyszy mi ona w drodze do piekla. Tak do piekla! Bo jak nazwa parku wskazuje skoro sa piekielne wrota to i pieklo musi byc gdzies w poblizu. Po drodze widze strusie calymi hordami ganiajace po okolicznych wzniesieniach w doskonalej zyjac z zebrami komitywie.
travel_011.jpg
Przy posterunku straznikow ponownie spotykam moich kanadyjskich towarzyszy. Parkujemy rower i juz na nogach ruszamy w dalsza droge. Zawsze wydawalo mi sie, ze by trafic do piekla nie trzeba sie specjalnie natrudzic, starac i wysilac, ze to niebo, a nie pieklo wymaga od czlowieka poswiecenia, wyrzeczen i kroczenia trudniejsza, wyyboista sciezka. Nic bardziej mylnego, przynajmniej jesli mowa o piekle, ktorym w Kenii nazwano niezwykly wawoz wyzlobiony przez wieki przez sezonowo plynaca tu rzeke. Do wawozu schodzi sie po stromiznach, sliskich i mchem porosnietych kamieniach, zeskakujac ze skal prosto pod gorace strumnienie tryskajace z ich wnetrza. Jest przy tym mnostwo radosci i smiechu, a ze wawoz jest przepiekny i waski, zupelnie nie moge zrozumiec dlaczego nazwano go pieklem. Siedzac na wielkim glazie u wyjscia rzeki, zajadamy mango i stwierdzamy jednomyslnie - dla nas ten ten park to wrota do nieba, a nie do piekla.
travel_008.jpg
travel_009.jpg
Oto jest pieklo

Wracajac podziwiam zebry, gdzies zza akacjowej korony spoglada po raz ostatni na mnie zyrafa. jest juz grubo po poludniu, slonce pali bezlitosnie. Do paku wjezdzaja jeepy z turystami wzbijajac w powietrze tumany kurzu. Zwierzyna ucieka w poplochu, a ja dusze sie w tym pyle spychana co rusz do rowu przez wygodnie rozsiadlych w swych jeepach turystow. Nic to jednak w obliczu tego przezycia, tego spotkania z wymarzona Afryka twarza w twarz, sam na sam, gleboko patrzac jej w oczy, a w uszach majac jej dziki spiew.

Wysłane przez aidni 07:06 Kategoria Kenia Komentarze (0)

KENIA czesc II - DOSWIADCZYC AFRYKI

Isiolo

sunny 28 °C

Jesli istnieje jakas ''afrykanskosc", jakis w tej niezwyklej roznorodnosci Czarnego Ladu wspolny mianownik, jakas w tym wszystkim dusza to bez watpinia zakleta jest w tancu, w tradycyjnym plemiennym spiewie, w tym uderzeniu stop o ziemie, w tym glebokim dudnieniu bebnow, w tym cienkim kobiecym glosie, w tym szelescie tysiecy koralikow i muszelek. Kazdy taniec jest inny. Oto juz przede mna kobiety z plemienia Samburu, w swych wspanialych naszyjnikach siegajacych ramion, tancza podskakujac i poruszajac przy tym glowa do przodu, by w ruch wprawic te niezwykle noszone na szyi ozdoby. Kobiety z plemienia Turkana rowniez podkskauja i klaszcza i tupia soczyscie pietami, a szyje ich zaslanija zlozone z setek naszyjnikow "obroze". Z kolei wesole tancerki z plemienia Meru maja spodniczki z ... suchej trawy i radosnie kreca biodrami, hojnie obdarowujac wszystkich zebranych usmiechem. Muzulmanki z plemienia Borana, ubrane na bialo z przepaskami z muszelek wokol glowy, oraz Somali w swych pieknych czerwonych sukniach, tancza w kregu zawodzac tak jak tylko zawodzic potrafia wyznawczynie Allacha.
IMG_0659.jpg
Kobieta z plemienia Turkana spotkana w Isiolo
IMG_0664.jpg
Kobieta z plemienia Samburu
A ja siedze pod sciana i chlone to wszystko kazdym zmyslem. Lapczywie, szeroko otwartymi oczami sledze kazdy ruch, a dzwieki nie tylko uchem lapie, ale oddycham nimi gleboko.
Byc moze faktycznie istnieje jakis ogolnoludzki kulturowy skrypt, ktory wszyscy mamy gdzies gleboko wyryty w podswiadomosci, jakis wspolny kulturowy "gen". Przy calej bowiem odmiennosci, przy calej egzotycznosci tego tanca, spiewu i muzyki, gdzies gleboko wydaja sie one jakos przedziwnie i nieoczekiwanie znajome, a nawet bliskie.
IMG_0908.jpg
Tancerki Samburu
A wszystko to dzialo sie na kulturalnym festiwalu kobiet w Isiolo, ktore choc jest niewelkim miesteczkiem jest prawdziwym lacznikiem miedzy zacofana, ale wciaz dziewicza polnoca Kenii, a rozwinietym poludniem. To tu po raz pierwszy zobaczylam w Kenii asfaltowa droge i pierwsze samochody osobowe, ktore drogi z Moyale nie bylyby w stanie pokonac. Tu spotykaja sie dwa oblicza tego samego kraju, tu spotykaja sie takze jego roznorodni mieszkancy. Bo Isiolo podobnie jak dolina Omo w poludniowej Etiopii, to miejsce zamieszakale przez roznorodne plemiona i grupy etniczne, Samburu, Turkana, Borana, Meru, Somali. Ludzie ci czesto ubrani tradycyjnie przychodza do Isiolo na targ codziennie, wiec turysta ma pelen komfort, moze sobie po prostu pojsc i poogladac, potargowac sie o cene za zdjecie i nacieszyc oko. Ale czasem bywa tak, ze sie ma po prostu szczescie, jakos sie wszystko tak samo zlozy i nagle ludzie otwieraja swoje domy, serca i umysly. W Isiolo mialam szczescie miec to szczescie.
A zadecydowal o tym niezwykly ciag spotkan. Najpierw byl Franck z Niemiec poznany w kawiarence internetowej, ktory przedstawil mi Mohameda - lokalnego trenera pilkarskiego, ktory dorabia sobie do skromnej pensji "przewodnikowaniem" nielicznie docierajacym tu turystom. Za skoromna oplata zgadza sie mnie oprowadzic po okolicy. Nim jednak zdolalismy przejsc pierwsze 100 metrow spotkalam Lothe - Dunke, ktora pracje w Isiolo juz ponad rok i zajmuje sie edukacja kobiet na temat ich praw i wolnosci. Jest takze koordynatorka majacego miejsce nazajutrz Festiwalu Kobiet. Zostaje z miejsca zaproszona. Uradowana tym bardzo ruszam w dalsza droge z moim przewodnikiem. Nie mija pol godziny - kolejne spotkanie, zaproszenie na herbatke i drzwi przede mna szeroko otwarte. Nie zastanawiam sie ani chwili, wchodze.
Rosemary ma piekny ogrod za miastem, pelen kwiatow i drzew dajacych tak bezcenny w Afryce cien. Ma takze dwa domy stojace tuz obok siebie. Jeden w europejskim stylu, z pewnoscia ze wzgledu na meza Dunczyka, ktory mieszka z nia w Kenii juz od wielu lat, i tradycyjny, gliniany domek afrykanski, kryty strzecha, taki jaki w zwyczaju maja stwiac ludzie z plemienia Turkana. Bo Rosemary choc jest zona Europejczyka, plynnie mowi po angielsku i jest znana w Isiolo dzialaczka na rzecz praw kobiet, jest wierna swemu plemieniu i jego tradycjom. W Afryce przynaleznosc plemienna wciaz odgrywa wazna, jesli nie najwazniejsza role. Nie inaczej jest w Kenii, ktora zamieszkuje okolo 80 roznych plemion i grup etnicznych. Nie ma w Afryce homogenicznych spoleczenstw takich jak chocby Polacy. Spoleczenstwa afrykanskie to mozaikowe struktury, w ktorych przynaleznosc plemienna pozostaje czytelnym drogowskazem, punktem odniesienia i fundamentem tozsamosci.
IMG_0680.jpg
domek Rosemary
Afrykanski domek Rosemary zbudowano wedlug tradycyjnej sztuki murarskiej plemienia Turkana. Najpierw wzniesiono drweniany szkielet z kijow i patykow i przeroznych galezi. Na ten szkielet nalozono zaprawe zlozona z gliny, krowiego lajna, trawy i innych jeszcze skladnikow. A gdy wszystko to wysuszylo palace slonce, nakryto domek strzecha z lisci palmowych. Do domu Rosemary wchodzi sie przez bardzo niskie drzwi, ktore jakby wymuszaja na odwiedzajacym oddanie poklonu gospodarzowi., a tak na wszelki wypadek, gdyby roztargniony gosc zapomnial. Tuz za progiem zaczyna sie waski korytarz. Jest tak ciemno, ze nie widac doslownie nic. Korytarz zakreca gwaltownie w lewo o jakies 180 stopni i juz jestesmy w pokoju. Malutkie okienka wpuszczaja niewiele swiatla. Pod sciana w rzedzie stoja male stoleczki, tuz obok lozko jak nalezy kryte moskitiera. Z pokoju wchodzi sie do kolejnej izby, ktora sluzy za kuchnie. Wszystko to malutkie jest strasznie i ciasne i ciemne. Podczas gdy w Europie architekci buduja szklane domy, by lapac kazdy, najmniejszy nawet promyk slonca tu w Afryce glowia sie od wiekow nad tym, by stworzyc okna, ktore daja swiatlo, ale nie wpuszczaja slonca. Bo afrykanski dom to przede wszystkim schronienie przed sloncem i goracem, w glinianym domku panuje przyjemny chlodek.
Na festiwalu widze Rosemary w tradycyjnym stroju plemiennym wykonujaca taniec Turkana. Dotykam Afryki kazdym zmyslem, zagladam do jej serca i duszy.
IMG_0864.jpg
Jedna z tancerek z plemienia Turkana

Wysłane przez aidni 06:09 Kategoria Kenia Komentarze (1)

KENIA czesc I - Polnoc

sunny 28 °C

PIERWSZE KROKI MZUNGU
I na poczatek od razu klops. Dumna z siebie nabylam bilet na autobus do Marsabit, a tu sie okazalo, ze mozna bylo za 1/3 tej ceny dojechac do Marsabit ciezarowka, siedzac na dachu, nogami machajac krowom lub kozom nad glowami. Ciezarowki, zwane tu lorri, to na polnocy Kenii instytucja sama w sobie. Wysokie na jakies 3,5 metra przewoza glownie bydlo, pasazerowie sa zas ladunkiem dodatkowym, ktory siedzi na dachu. Trzeba jednak wiedziec, ze zadaszenie sklada sie z metalowych rur zespawanych na krzyz. Na takich rurach sie siedzi, do nich przywiazuje sie plecak i trzyma sie ich kurchowo, by podskoczywszy na wyboju nie spasc i tak juz wystarczajaco niezadowolonym krowom na glowe.
Ach! Zla na siebie obserwowalam odjezdzajace do Marasabit lorri, siedzac w mocno przeplaconym i jak sie okazalo zepsutym autobusie. Kiedy stracilam juz wszelka nadzieje, ze kiedykolwiek wydostane sie z Moyale burknal nagle silnik, w powietrze uniosla sie czarna chmura spalin – ruszylismy.
Z pelna odpowiedzialnoscia moge stwierdzic, ze znalazlam godna konkurencje dla drog polnocnego Sudanu – drogi w polnocnej Kenii. Wyboje niesamowite, a nawierzchnia podobnie jak w ta sudanska przypomina tarke. Po ledwie godzinie czuje juz wszystkie kosci i miesnie, a w dodatku siedze na kole. No gorszego miejsca juz miec nie moglam!!! No i co sie stalo z krajobrazem? Etiopia takie piekne zgotowala mi pozegnanie, a tu tylko suche krzaki, sucha ziemia i tak po horyzont. Ach! Ze tez nie wsiadlam na lorri przynajmniej bylaby przygoda. Ciagnie sie to wszystko w nieskonczonosc, ciagnie wieki cale. Ani poczytac, ani na czym okaz za oknem zawiesic. Dzieciaki, ktore stanowia spora czesc pasazerow placza, jecza, wrzeszcza zniechecone dluzaca sie podroza po wybojach, w upale, halasie i kurzu. Noc zapada, a my wciaz daleko jestesmy od celu.Wedlug zapewnien kierowcy mielismy byc na miejscu o 16.00, jestesmy dopiero o 21.00. Wszystko zamkniete, a tu zoladek skrecony w 8 z glodu i zadnych widokow na jedzenie. No i stalo sie, musialam poswiecic zurek (goracy kubek knorra), ktory tak zmyslnie oszczedzalam z mysla o Wigilii. Ide spac zdegustowana, nie pomaga nawet przyjemny hotelik i telewizor w pokoju i nawet przyzam wciagajacy film kryminalny. Obrazilam sie dzis na Kenie i juz.

MARSABIT
Rano wstaje pelna energii. No dobra zobaczymy co tez do zaoferowania ma Marsabit. Otwieram drzwi…co to??? Chmury, mgla i zminy wiatr? I to ma byc Afryka? Szybkie sniadanie w hotelu i wymarsz w miasto, w bluzie, polarze, skarpetkach, ktore wepchnelam na dno plecaka w przekonaniu, ze dlugo juz na nic sie nie przydadza. Miasteczko tak okropnie brzydkie, ze zupelnie nie wiem jak je ugryzc. Jakies walace sie budy, jakies latajace po ulicach smieci, brud, tandeta i bylejakosc. I co tu poczac jak taka brzydota wokol a jest dopiero 10.00. Na Internecie posiedziec sie nie da, bo wyslanie jednego maila zajmuje cala godzine, a w hotelu spedzic caly dzien… no jakos nie potrafie. Upewniwszy sie ze lorri do Isiolo jada jutro calymi brygadami i miejsce dla mnie znajdzie sie na pewno, ruszam przed siebie. Bron sie Marsabit, bron sie Kenio! Daje wam dzis ostatnia szanse! Obronily sie i Kenia i Marsabit.
IMG_0633.jpg
IMG_0632.jpg
okolice Marsabit

Z kazda godzina robilo sie coraz cieplej, coraz jasniej i sloneczniej. Na wzgorzu za miastem dostrzegam duzy kosciol. Ot swietne miejsce na wypad. Droga, a wlasciwie sciezka wije sie pod gore wsrod wiosek i zielonych pol. Co chwila spotykam na mej drodze ludzi z plemienia Samburu zmierzajacych na targ do Marsabit. Kobiety z tego plemienia nosza wspaniale naszyjniki, ktore koncza sie im na ramionach, a na glowach maja piekne przepaski I to wszystko zrobione z malych, kolorowych koralikow. Zaskoczona jestem tym nieoczekiwanym spotkaniem, a i oni nie mniej. Usciski reki, wymiana usmiechow. – Karibu mzungu! – Krzycza za mna dzieci wesolo machajac reka. Co jezyku suahili oznacza “witaj biala”. No zaczyna mi sie podobac. Gdy zgubilam droge wsrod plataniny sciezek, zaraz znalazl sie mezczyzna wypasajacy kozy i wskazal mi ktoredy isc. Jego bezinteresowna pomoc, po pieciu tygodniach spedzonych w Etiopii jest dla mnie zaskoczeniem. Docieram w koncu do kosciola i widok mam przepyszny. Zielona trawa porosniete wzgorza pieknie kontrastuja z czerwienia ziemi. A wszedzie przetrzen niczym nieograniczona.
IMG_0637.jpg
Marsabit

Dzis w hotelu nie bylo pradu, ani biezacej wody. Musialam sie pakowac przy swieczce. Nic to, humor mialam doskonaly. Nie wygody, nie komforty czynia czlowieka szczesliwym.

ZIEMIA ZAPOMNIANA
Jak sie zaczyna przygoda? Doswiadczenie uczy, ze na poczatku jest zawsze ciezko i pod gorke. Trzeba zeby zaciskac z wysilku, trzeba umysl trzymac w ryzach. Tak tez bylo i tym razem, kiedy siedzac na dachu ciezarowki glowe mialam prawie w chmurach, z ktorych siapil jak od niechcenia pierwszy w tej podrozy afrykanski deszcz. Nim zdazylismy wyruszyc z Marsabit juz wszyscy przemoklismy, a tymczasem zerwal sie porywisty wiatr. Znow marzalm w Afryce, znow przenikliwy chlod spinal miesnie i przeszywal kosci. Murzyni to ludzie bardzo wytrzymali. Bylam jedyna mzungu na naszym lorri (I chyba jedyna w calym Marsabit bo bo niewielu tu dociera turystow), a z wszystkich marzlam chyba najbardziej.
IMG_0646.jpg
Lorri do Isiolo

I oto juz moja ciezarowka mknie po fatalnej, wyboistej i piaszczystej drodze, oto wyruszylismy w droge do Kenii. Tak do Kenii!!! – Ale jak to? Przeciez jestesmy w Kenii! Kenia zaczela sie w Moyale. Mam tu prosze bardzo paszport i wize mam nawet i pieczatki. A tu mapa jest i granica jak wol wymalowana! – protestuje, ale kto by tu sluchal takich argumentow. Dla mieszkajacych tu ludzi Kenia zaczyna sie tam, gdzie zaczyna sie asfaltowa droga, czyli dopiero w Isiolo. Istnienie asfaltowej drogi wyznacza granice lepszego, bogatszego, bardziej cywilizowanego swiata. Asfaltowa droga niesie postep, niesie rozwoj, niesie nadzieje.
- Skoro to nie jest jeszcze Kenia, to co to jest? – draze temat. – To jest ziemia zapomniana, o ktora nikt nie dba, na ktorej nikomu nie zalezy. – brzmi odpowiedz. Przez lata kwitl tu bandytyzm, przemyt broni i walki plemienne. Dzis chociaz sytuacja juz sie znacznie poprawila, rzad w Nairobi dalej zwleka z rozpoczeciem prac drogowych, a ludzie czekaja tu na asfalt z utesknieniem, asfalt jest wielkim marzeniem Polnocy. Ale ja w duchu ciesze sie nieskromnie i egoistycznie, ze udalo mi sie jeszcze te “ziemie zapomniana” zobaczyc taka, jaka jest dzis. Zanim zastepy jeepow z turystami dojada tu gladka droga, zanim wszystko co dzis tu dzikie jeszcze i dziewicze zadeptane zostanie i wystawione na sprzedaz za euro i dolary. Zanim klimatyzowane autobusy zastapia ciezarowki takie jak ta, na ktorej moja obecnosc budzi tak ogromne zdziwienie, szybko jednak przeradzajace sie w sympatie i braterski uscisk dloni.
Deszcz nie ustaje, zziebniete rece zaciskam na metalowej rurze, na ktorej siedze. Jakies 1,5 metra pode mna niezadowolone krowy przepychaja sie miedzy soba. Wszystko skrzypi i trzeszczy jakby mialo sie zraz rozpasc na czesci. Wsrod pasazerow panuje zupelna cisza, kazdy skoncentrowany jest tylko na tym by przetrwac. Na Boga! To przezciez Afryka, w koncu musi wyjsc slonce!
A afrykanskie slonce ma moc niezwykla. Gdy tylko rozstapily sie chmury, gdy deszcz ustal, nim zdazylam sie szczerze ucieszyc juz bylam calkowicie sucha, juz pot lal sie ze mnie, a skora piekla.
Wsrod pasazerow od razu nastapilo pobudzenie, zaczely sie rozmowy i zarty, radosne na wybojach podskoki i wspolne akacji unikanie (siedzielismy bowiem na tyle wysoko, ze korony tych pieknych drzew, przy odrobinie nieuwagi, mogly jesli nie zrzucic z dachu to przynajmniej porzadnie poturbowac i pokaleczyc).
Teraz, drodzy czytelnicy, trzeba uzyc wyobrazni, teraz trzeba wszystko, co tu napisze po stokroc pomnozyc, powiekszyc, rozbuchac, nadac rozmiary wrecz fantastyczne, chocby sie wydawac moglo, ze popadam w przesade, w emfaze, chocby wydawac sie moglo, ze to niemozliwe.
IMG_0650.jpg
Droga do Isiolo
IMG_0649.jpg
Kobieta z plemienia Samburu
Oto przed Wami piaszczysta droga. Piach jest jasny, bardzo jasny, blizej mu do blieli lub bezu niz do zlotego koloru Sahary. Po prawej stronie pagorek, po lewej dwa, gdzies daleko na horyzoncie delikatnie zarysowuja sie ksztalty wyzszych gor. Przestrzen, przestrzen, przestrzen niczym nieograniczona, rozpasana, pelna rozmachu, zuchwale siegajaca horyzontu. Nic Was nie ogranicza, zaden dach, zadne okna i gdyby nie wyboista droga moglibyscie ulec wrazeniu, ze wznosicie sie nad ziemia, ze lecicie nad Afryka. A przestrzen ta wypelniona jest akacjami, rozlozystymi, pelnymi dostojenstwa. Rosna tu licznie na tej piaszczystej ziemi, pod blekitem nieba. Uwaga na glowe!! Wlasnie swisnela Wam kolo ucha galazka, zostaly we wlosach dwa listki. Slonce pali, trzymacie sie kurczowo metalowej rury, na ktorej siedzicie w radosnym towarzystwie kilkunatsu innych osob.Przebiegaja przez droge wielblady, przebiegaja antylopty. Ostre hamowanie… to stado krow w poplochu ucieka w krzaki, a siedzacy w cieniu pasterze z plemienia Samburu pozdrawiaja Was radosnie krzyczac : - Karibu! Mzungu! (witajcie biali). Co rusz mijacie mosty i mostki nad nieistniejacymi rzekami, co rusz przejezdzacie przez ich suche koryta. W porze deszczowej plyna tedy wartkie strumienie i potoki, plyna poteznym nurtem rzeki, ktore pojawiaja sie tu rownie gwaltownie, co milkna, pozostawiajac ziemie zryta, zlobiac w niej korytarze, glebokie szczeliny i urwiste brzegi.
Z daleka widac tumany wzbijanego w powietrze kurzu. To inna ciezarowka lorri jedzie z naprzeciwka. Zasloncie usta! Zasloncie oczy! Dluzsza chwile jedziecie w chmurze pisakowego pylu, a gdy ten wreszcie opadnie, znow bedziecie mogli podziwiac krajobraz, wobec ktorego milkna wszelkie slowa.
IMG_0653.jpg
moja ciezarowka lorri na psotoju w jednej z wiosek mijanych po drodze

Okolo 17.00, po 8 godzinach drogi odwiazuje plecak i zsiadam z mojej lorri w Isiolo z zalem. Moglabym tak jechac przez cala Afryke!.

Wysłane przez aidni 06:42 Kategoria Kenia Komentarze (0)

(Wpisy 31 - 45 z 88) « Strona 1 2 [3] 4 5 6 »