Travellerspoint Blogi z podróży

Ghana - czesc 3 - Kaprysy Krolowej

overcast 34 °C

KAPRYSY KROLOWEJ

Nikt nie wie kiedy przyplynie, nikt nie wie kiedy odplynie, nikt nie wie czy w ogole kiedykolwiek sie pojawi. W miasteczku Yeji u polnocnego brzegu jeziora Volta, noc jest czarna, zawiesista jak za dlugo parzona herbata. Wsrod tlumu oczekujacych juz od dluzszego czasu kraza na przemian plotki o awarii silnika, podnosnika, steru, pompy, o zerwanej linie. Polnoc juz dawno minela, w gestej ciszy afrykanskiej, wilgotnej nocy uplywa leniwie piata godzina oczekiwania na krolowa najwiekszego na swiecie sztucznego jeziora, najwiekszego przynajmniej do czasu jak Chinczycy nie otworza dumnie swojej tamy trzech przelomow na rzece Jangcy. Krolowa jako jedyna przemierza jezioro Volta raz w tygodniu z polnocy na poludnie i z poludnia na polnoc, a na imie ma Yapei, Yapei Queen. Kaprysna jest jak to dama w dodatku monopol majaca na na transport pasazerow po jeziorze, drwi sobie zupelnie dowolnie, frywolnie, mimowolnie z rozkladow, zapewnien i obietnic zalogi, jest nieprzewidywalna, jest zmienna, jest nie do konca zdecydowana, jest marudna, chwiejna i co tu ukrywac - niepewna.
Ludzie czekaja spokojni, jakby juz dawno pogodzeni z humorami krolowej, z jej kaprysnym charakterem, porozkladali sie na ziemi, na kocach, walizkach, tobolkach, kolysani do snu monotynnym szumem jeziora. W swietle portowych latarni klebia sie zaciekle, ciasno, zwarcie male muszki. Wscibskie to to, ciekawskie i nieznosne. Gdy tylko czlowiek wychyli sie z cienia, nieopatrznie glowe wystawi zza zaslony mroku, zaraz atakuja cala chmara, obsiadajac szczelnie skore, pchajac sie do oczu bez pytania, natretnie zagladajac do nosa i uszu. Mozna odganiac je reka, trzepac wkolo notatnikiem, mozna wywijac recznikiem specjalnie w tym celu wydobytym z plecaka, lub machac gazeta, mozna wszystkiego probowac, nawet najbardziej wymyslnych sposobow, jedno jest jednak pewne: nie ma mozliwosci by z determinacja tych malych, napastliwych stworzen wygrac.
I ja poddaje sie w koncu. Glowe nakrywam kanga, opieram o plecak i zwinawszy sie w klebuszek na rozlozonym na ziemi kocu, po prostu zasypiam. Dzien byl dlugi w Yeji, dlugi i upalny. Male miasteczko obejsc mozna w pol godziny i to nawet niespiesznym krokiem. Domki niskie, gliniane, prostokatne, blacha falista nakryte. Uliczki piaszczyste, rownolegle lub przecinajace sie prostopadle jak kratka w zeszycie. Kazdy, nawet najbardziej niewinny pojazd przemieszczajac sie nimi wzbija w powietrze tumany kurzu i pylu, ktory duzo czasu potrzebuje by znowu na ziemie wrocic. Gdzieniegdzie miedzy domkami jakies drzewo rosnace samotnie, jakis mangowiec moze sie zdarzyc lub rzadziej baobab. A jesli gdzie w Afryce jest duze jakies drzewo w poblizu, jesli wokol susza, kurz i pyl, to niechybnie pod jego korona spotkac mozna odpoczywajacych lub pracujacych ludzi. Jest obowiazkowe powitanie, wypytanie o zdrowie, jak leci, jak rodzina, jak dzieci, jak dzien plynie... Czest takze prosba o e-mail, nie po to jednak by na niego kiedykolwiek jakakolwiek wiadomosc wyslac , bardziej chyba by sie nim pochwalic przed znajomymi, ze sie kogos z lepszego swiata spotkalo.
Nad brzegiem jeziora szukalam chwili spokoju, wszystko jednak inne znalazlam tylko nie spokoj. Ale to w koncu Afryka, slowa spokoj i cisza mozna z powodzeniem wymazac ze slownika. Nim sie spostrzeglam juz wokol mnie pieciu roslych mundurowych ze sluzby ochrony nadbrzeza, a jako ze to Ghana nie musze dlugo czekac az wszyscy bez wyjatku mi sie oswiadczaja.
Do portu przybywa maly prom kursujacy miedzy Yeji a Makongo, miasteczkiem niewielkim po drugiej stronie jeziora. Prom przeladowany jest w prawdziwie afrykanskim stylu, zadnych limitow, zadnych ograniczen, nawet tych ktore stawia wyobraznia.
- Chcecie zenic sie z biala kobieta? - zwracam sie do moich mundurowych, niedoszlych narzeczonych.
- Tak! Chcemy zobaczyc jak zyje sie w Europie. Chcemy poznac twoja kulture! - odpowiadaja z entuzjazmem.
- No to najpierw musicie wiedziec, ze w Europie kobiety nie dzwigaja ciezarow, nie nosza wiader z woda, ktore ledwie mozna uniesc, wszystko, co ciezkie nosza mezczyzni. Kobiety pracuja w biurze, a ich mezowie pomagaja im w wychowywaniu dzieci, sprzataniu i gotowaniu.
- Co?!
- Tak wlasnie!
Grymas zdziwienia, dezaprobaty, zaskoczenia. W Afryce kobiety pracuja duzo ciezej niz mezczyzni, ci czuja sie jak ksiazeta, ktorym w domu nalezy uslugiwac. Zaden afrykanski mezczyzna nie trudni sie noszeniem wody, gotowaniem czy wychowywaniem dzieci, to bylyby dla afrykanskiego mezczyzny zajecia upokarzajace. Troche wyidealizowana i uogolnieniem mym splaszczona, europejska rzeczywistosc ciezka jest do przelkniecia, zrozumienia, do zaakceptowania zas jest zupelnie niemozliwa. Temat zareczyn i malzenstwa samoistnie rozplywa sie w lepkim upale.

IMG_3431_bis.jpg
IMG_3432_bis.jpg
IMG_3447_bis.jpg
na pokładzie Yapei Queen

Budze sie sama z siebie o trzeciej nad ranem. Wokol wszyscy spia, dogasa zar w palenisku sprzedawcy herbaty i cieplych napojow, obok kobieta spi oparta o swoje ananasy, ze spuszczona bezwladnie miedzy kolanami glowa w sen zapadl sprzedawca chleba i kanapek. Sen! Sen w Afryce nie jest swietoscia jak w Europie. Nikt nie sciszy glosu w obecnosci spiacego, nikt nie bedzie sie troszczyl by go przechodzac nieopatrznie nie potracic i ze snu wyrwac, spi sie byle jak i byle gdzie, sen jest szarpany, rwany na czesci, do kupy skladany ze strzepow. W hotelach rzadko obowiazuje cisza nocna, trzaska sie drzwiami o kazdej porze, glosno sie rozmawia przez telefon, histerycznie smiac sie mozna nawet w srodku nocy.
Moj sen na kamienistym nadbrzezu portowym w Yeji przerwal jednak brutalnie nie czyis glos czy halas, ale bol brzucha. Byl to ten rodzaj bolu, ktory jest jak wyrok. Ten bol zna kazdy, kto podrozowal po krajach trzeciego swiata. Tego bolu nie da sie z zadnym innym pomylic, zle zinterpretowac, nieopatrznie zlekcewazyc. Przeszywa czlowieka dreszcz jak miecz, z miejsca robi sie w calym ciele goraco, pot tlustymi kroplami splywa z czola. Miesnie spinaja sie okrutnie, ze z trudem mozna sie poruszyc, zeby z cierpienia naglego zaciska sie mocno, zwiera, oddech jest krotki, plytki, jak po szybkim marszu lub biegu. Czlowiek sam z siebie wie jakos, ze czasu ma malo, ze musi szybko reagowac, dzialac, mimo tego ze boli, ze slabo, ze goraczka, ze w miesniach niemoc. Kogo jednak prosic o pomoc, kiedy wszyscy spia, gdzie isc, gdy cale miasteczko w twardym snie dawno pograzone? Czkac na prom, ktory nie wiadomo kiedy i czy w ogole przyplynie? Zbyt ryzykowne. Wstaje i rozgladam sie wokol. Czlowiek przy czlowieku, cisza nocy niezmacona. Kiedy juz nadzieje trace na jakakolwiek pomoc, widze nagle dziewczynke w zielonej sukience siedzaca w mroku drzewa. ¨Podchodze do niej czym predzej z nadzieja, ze mowi po angielsku. Mowi.
- Bardzo zle sie czuje, musze jak najszybciej isc do toalety, prosze pomoz mi.
Zwracam sie do niej, ale moj wyglad, grymas bolu na mojej twarzy mowia wiecej niz slowa. Dziewczynka bierze mnie za reke i mowi tylko - Chodz ze mna.
Portowa toaleta zamknieta, kto ma do niej klucz nie sposob dociec, a byc moze od lat juz jest nieczynna, na taka przynajmniej wyglada. Idziemy przez uspione miasteczko, waskimi uliczkami, miedzy glinianymi domkami, ciemnosc zakrywa wszystko szczelnie. W swietle mojej latarki widze tylko skrawki otaczajacej mnie przestrzeni. Jakas dziurawa sciezka, jakies smieci i wszedobylskie czarne worki unoszone przez podmuchy wiatru, jakis bezpanski pies przemyka pod sciana budynku nieufnie spogladajac w moja strone. Brudno, slisko i mokro pod stopami, lepiej moze nie patrzec nawet po czym sie stapa. Cos raptem przemknelo zwinnie z lewej strony i zniknelo w ciemnosciach. Czy byl to szczur, a moze waz? Czasem lepiej nie wiedziec, czasem lepiej nie dociekac z obawy, ze rzeczywistosc przerosnac moze nasza odwage.
- To tutaj - mowi moja przewodniczka, z widocznym wstydem i zazenowaniem - tutaj jest nasza toaleta.
Gora smieci, smieci prawdziwe wysypisko. Pod stopami zgnilizna, wokol zgnilizna, smrod zgnilizny, smrod rozkladajacych sie w upale ludzkich i zwierzecych odchodow. Oto afrykanska, publiczna toaleta, bo to, co my w Europie zwyklismy nazywac toaleta, tutaj dla wielu jest dobrem niedostepnym. Moze wielu z zyjacych tu ludzi nigdy prawdziwej toalety nigdy nie widzialo, toaleta zawse bylo dla nich to wysypisko smieci.
Sa takie chwile w zyciu, kiedy czlowiek przekonuje sie, ze stac go na wiele wiecej nie kiedykolwiek by przypuszczal, ze jest w stanie przetrwac, wytrzymac, przelknac to, czego w najokropniejszych snach nie potrafilaby stworzyc jego wyobraznia. Sa takie chwile w zyciu, kiedy nieoczekiwanie rodzi sie w czlowieku jakas odwaga, sila, determinacja, na wszystko zupelna gotowosc. Tak bylo tamtej nocy, kiedy scieta okrutnym bolem, z zacisnietymi zebami musialam zmierzyc sie z potwornym rozwolnieniem na srodku cuchnacego wysypiska smieci w jakiejs odludnej czesci Ghany. Od smrodu chcialo mi sie wymiotowac, z ogromu wlasnego ponizenia chcialo mi sie plakac. W calkowitej ciszy nocy i w absolutnej samotnosci przezywalam moje okrutne upokorzenie. Dlaczego pisze o tym, dlaczego nie zachowam tego przezycia tylko dla siebie, upchnawszy je skrzetnie w jakims ciemnym zakamarku pamieci? Poniewaz pisanie dzis o tym jest echem tamtego doswiadczenia, jego finalnym, ostatecznym zamknieciem. Czlowiek jest tylko czlowiekiem, kiedy w zyciu upokorzy go i zlamie jego fizjologia, jego niezwyciezona bilogicznosc i kiedy to upokorzenie, to ponizenie zaakceptuje jako czesc nieodlaczna swojego czlowieczenstwa.

KROLOWA PRZYBYWA
Syrene przecinajaca cisze nocy jak strzala, jak z dawna oczekiwana wiadomosc, zrywa wszystkich oczekujacych na rowne nogi. Od wielu godzin oczekiwana Krolowa Yapei, powolnie sunac po jez. Volta, przybywa do portu w Yeji. W towarzystwie dwoch wolntariuszek z Kanady i Niemiec oraz ich ghanskiego kolegi wchodzimy na poklad. Na dole, w czesci towarowej promu, ogromna ilosc drewnianych skrzyn, w ktorych ludzie ukladaja sie do snu. Na brudnym, smarem jakims lepkim upackanym podlozu, kobieta kladzie niemowle, tuz obok chaotycznie przeciska sie tlum. W kolejnej skrzyni mezczyzna mosci legowisko swej zonie i sobie pieczolowicie ukladajac nie wiem skad wydobyte nagle siano. Czyzby to byla trzecia, najnizsza klasa? Na mysl przychodza najgorsze skojarzenia - oswiecimskie prycze. Pniemy sie do gory po ciemnych, waskich schodach. Kolejny poklad. Polki na bagaze zawieszone pod sufitem sluza za lozka, ludzie spia takze na stolach, na lawkach, na podlodze, gesto, ciasno scisnieci jak w imadle. W powietrzu unosi sie zapach potu i dziesiatek ciezkich, upalem umeczonych oddechow.
- Chodzcie za mna - wola mlody meczyzna, ktory zaoferowal nam swoja bezinteresowna pomoc w zdobyciu w miare przyzwoitych miejsc. Kolejne schody, waskie i ciemne, i nagle pusty poklad. Jakies lawki, na ktorych nikt nie siedzi ani nie lezy i pdloga pusta zupelnie. Wita nas kapitan. Za te sama cene co w 2 klasie mozemy rozlozyc sie na pokladzie kapitanskim, gdzie tylko nam sie podoba. Wiem, ze to dlatego, ze jestem biala, ze moja europejskosc, zachodniosc sprawia, ze w oczach Ghanczykow zasluguje na specjalne traktowanie. Tym razem nie buntuje sie jednak, nie probuje polemizowac, zlamana zupelnie bolem i zmeczeniem, rozkladam karimate na jednej z lawek i zasypiam twardym snem nim krolowa zdolala opuscic port. A opuscila go dopiero o 6.00 rano! Po 10 godzinach oczekiwania wyplynelismy nareszcie na szeroki przestwor jez. Volta.

Gdy otwieram oczy widze szara, najzupelniej i bez cienia przesady, szaro-srebrna wode jeziora i sterczace zen kikuty drzew jak szkielety umarlych. Kto wie jakie doliny, malownicze pola i krete sciezki pochlnela woda, gdy zbudowano wielka tame na rzece Volta, kto wie jaki swiat na zawsze zginal w tych glebinach. Niebo zasnute jest chmurami, szczelnie. Na ziemie docieraja nieliczne promienie slonca. Wszystko tonie w odcieiach szarosci, zgaslej, wyblaklej zupelnie zieleni i zolci. Wszystko jakby bialo-czarne, okradzione z kolorow, odarte z barw. Jaka to odmiana po magicznym je. Malawi, ktorego swieze wspomnienie wciaz mam przed oczami.

IMG_3551_bis.jpg
jez. Volta

Gdy tylko dowiaduje sie, ze na naszym promie jest prysznic, nie zastanawiam sie ani chwili. Wbrew mym najgorszym oczekiwaniom, prysznic jak najbardziej kwalifikuje sie do nazwania go prysznicem, choc z pewnoscia do najpiekniejszych i najczystszych nie nalezy. Blaszane sciany i podloga mocno juz rdza i brudem obrosle, kto by jednak czas tracil na takie szczegoly, kiedy na czlowieka spada nagle takie szczescie jak nieoczekiwana mozliwosc umycia sie pod biezaca woda! Trzeba po prostu wejsc i sie nie rozgladac, nie koncentrowac uwagi na zadnych detalach, tylko pluskac sie szybko i zwinnie, dluzsze pluskanie grozi bowiem tym, ze sie jeszcze nie daj Bog cos zauwazy, cos czego lepiej nie widziec, np. ogromnego karalucha lub pajaka siedzacego w kacie. Dlatego lepiej nie patrzec. Co z tego jednak, ze zapomni sie o higienie i czystosci kiedy drzwi sie nie zamykaja! Nie przymykaja sie nawet tylko bezczelnie otwieraja sie niemalze na osciez, szeroko, z rozmachem. Niewiele brakuje a zaczna miarowo traskac, gdy prom zakolysze sie na falach.
- Nie ma problemu Madame! Prosze brac prysznic - zachecaja siedzace obok kobiety.
- Ale jak? Toaleta tuz obok i co chwila ktos przechodzi!
- Nie ma problemu, Madame! Nikt nie patrzy.
Moge oko przymknac na brud, moge plazem puscic higiene, moge udawac, ze nie widze pochowanego po katach robactwa, ale brac prysznic przy otwartych drzwiach?! Nie, tej bariery nie jestem w stanie pokonac. Intymnosc to pojecie obce Afrykanczykom, szczegolnie, gdy rzecz dotyczy mycia sie czy zalatwiania najbardziej podstawowych potrzeb fizjologicznych. Nikt tutaj do tego nie potrzebuje intymnosci, nikt nie potrzebuje odgradzac sie, zaslaniac i wstydliwie chowac. Gdy autobus zatrzymuje sie gdzies w szczerym polu na postoj toaletowy, kobiety i mezczyzni swe potrzeby zalatwiaja ledwie kilka metrow od siebie, a w ekstremalnych wypadkach nawet rozmawiaja sobie przy tym wesolo. Gdy trafi sie szczesliwie "normalna", tj. zamykana toaleta to i tak rzadko kto drzwi uzywa zgodnie z przeznaczeniem. W prysznicach zas takich jak ten na naszym promie mycie sie tez ma charakter kolektywny, zbiorowy, razem przezywany i wzajemnie dzilony. Nie raz, nie dwa widzialam jak do myjacaje sie wlasnie kobiety dolacza inna z mydelkiem i reczniczkiem. Radosnie, wesolo i plotkarsko robi sie wtedy pod ntryskiem, nikt nie prostestuje, nikt sie nie buntuje, tylko dzieli sie ochoczo kabina z innym wspolpasazerem. Moja tolerancja dla afrykanskich norm i obyczajow jest wielka, ale przyznam ze niewsystarczajaco wielka. Przywiazuje drzwi sznurkiem od wewnatrz do kranu czym wesolosc wzbudzam obserwujacaych mnie kobiet.

Dzien na promie uplywa powolnie, leniwie, sennie i nieznosnie upalnie. Poklad kapitanski, ktory przez cala noc mielismy tylko dla siebie, powoli zapelnia sie pasazerami. Rozkladaja tu i owdzie swe tobolki i materace. A wiec nie jest to enklawa dla bialych, jak w pierwszej chwili myslalam, a poklad dostepny po prostu "za kapitanska laska". Z uczuciem prawdziwej ulgi przeciskam sie przez calkiem gesty juz tlumek tubylcow, z uczuciem ulgi, bo nie lubie zamknieta byc w turystycznym gettcie, z dala od prawdziwego swiata, od prawdziwej Afryki. A ta jest teraz wokol mnie, ciasno mnie otoczyla, rozsiadla sie z lewej i z prawej, z tylu i z przodu, usmiecha sie do mnie szeroko, zaplata sobie wlosy, podjada placuszki, spi skulona w malym skrawku cienia, czyta gazete, pali paierosa w kacie, myje zeby spluwajac za burte i sciagajac tym na siebie gniew zalogi, w kolorowe zawija sie chusty, czasem dlubie w nosie zupelnie otwarcie lub spiewa nie zwazajac na obojetna publike, ziewa, smieje sie histerycnie lub halasliwie sie kokoszy... Taka jest Afryka wlasnie, taka jak ci pasazerowie wokol mnie.
Sama nie wiem, kiedy to sie stalo, a stalo sie zupelnie niepostrzezenie, jakos tak naturalnie, samoistnie, ze nie zdolalam dokladnej daty w kalendarzu odhaczyc, ani w pamietniku odnotowac, kiedy to Afryka stala sie moja Afryka, moja codziennoscia, moim dniem powsednim, kiedy ta podroz przez Czarny Lad przestala byc podroza przez nieznane i obce, a stala sie po prostu moim zyciem. Afryka choc wciaz mnie zachwyca, wciaz na kazdym kroku dziwi, stala mi sie bliska, a moze nawet swojska, tak bardzo wydaje mi sie dzis oczywista, ze z trudem moge sobie wyobrazic, ze jakis inny, nieafrykanski swiat gdzies w ogole istnieje.Sama nie wiem kiedy zbudowalam sobie moja kragla chatke kryta palmowa strzecha, gdzies w sercu Afryki i zamieszkalam posrod jej ludu.
Otrzasam sie z mojego zamyslenia, bo oto krolowa wplywa do jakiegos portu. Leniwie, nie spieszy jej sie do brzegu, a gdy juz do niego dobije jak mantra powtarza sie ta sama procedura, ten sam niezmienny scenariusz: ludzie biegna z wioski, sa wsrod nich nowi pasazerowie, sa handlowcy, ktorzy odbieraja lub nadaja swoje towary, sa mlodzi meczyzni, ktory pracuja przy rozladunku i zaladunku, najliczniejsi sa chyba jednak zwykli gapie. Przybycie krolowej jest dla wioski, w ktorej na co dzien dzieje sie niewiele ponad nic, zawsze wielkim wydarzeniem, choc przeciez tak przewidywalnym, tak malo zaskakujacym...
Drewniane skrzynie na dolnym pokladzie, w ktorych w nocy spali ludzie, zapelnily sie kasawa, tak gesto, ciasno, tak szczelnie i zwarcie, ze powstaly waskie miedzy ta stloczaona kasawa tunele, przez ktore z trudem mona sie przecisnac. Poklad towarowy dzi juz nie dla pasazerow, a jedynie dla kasawy. Jest jej naprawde nieopisane mnostwo, a aby to mnostwo aladowac potrzeba czasu, wiec marudzimy w porcie naprawde dlugo, tak dlugo, ze nawet gapie zdazyli sie juz nudzic i wrocic do swych chatek. Kiedy zaladunek zblizal sie nareszcie do szczesliwego konca, afrykanska nieokielznana pogoda i sila zywiolow, postanowila zatrzymac nas u brzegu na kolejne godziny. Potezne, czarne chmury, sczelnie kryjac niebo, zgromadzily sie nad naszymi glowami, co rusz inne, grozne przybierajac ksztalty, tanczyly targane porywistym wiatrem, raz wysoko wzbijajac sie ku niebu, a raz opadajc nisko, ze mialo sie wrazenie, ze mozna by ich siegnac nimalze. Raptem wszystko ucichlo, zgaslo w milczacym oczekiwaniu. Kiedy ostatni rybacy, co sil w miesniach machajac wioslem w swych waskich dlubankach, dotarli szczesliwie na brzeg, niebo przeszyla blyskawica i huk rozlegl sie tak ogromny, jkby kto zywcem niebo rozdzieral. To byl prawdziwy nieb krzyk! Chwile potem polaly sie rzesiste wody strumienie, na wszystkie strony zacinane przez porywisty wiatr. Rozowe pioruny szalaly po niebosklonie, szalal deszcz i wiatr i woda, szalala cala afrykanska przyroda, jakby w oblednym jakims tancu.
IMG_3546_bis.jpg
tunele kasawy

Wyplynelismy dlugo po zmierzchu, kiedy zapadla spokojna noc jak nic. Kolejny postoj wymusila awaria liny podnoszacej klape, po ktorej na poklad krolowej wchodza pasazerowie i wjezdzaja pojazdy. Naprawa trwala do rana i krotko po sniadaniu kapitan poinformowal, ze spoznienie krolowej Yapei siegnelo 24 godzin, co nie mniej nie wiecej oznaczalo, ze czeka nas kolejna, trzecia juz noc na statku. Przyjelam te wiadomosc ze stoickim spokojem, ze stoickim spokojem przyjeli ja pasazerowie. Bo choc krolowa jest kaprysna plynie spokojnie i powolnie, pozwala oczy cieszyc niespiesznie mijanym krajobrazem, spokoj daje mysla, co przychodza i odchodza jak fale jeziora. Za to wszystko jestem w stanie wybaczyc krolowej wszystkie jej kaprysy.
IMG_3489_bis.jpg
IMG_3495_bis.jpg
IMG_3526_bis.jpg
burza nad jez. Volta

Wysłane przez aidni 08:17 Kategoria Ghana

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Login