Travellerspoint Blogi z podróży

Ghana - czesc 2 - Cape Coast i Elmina

sunny 35 °C

ILE LAT MA GHANA?

Ile lat ma Ghana? Jak daleko siega jej historia? Ano bardzo daleko!
Jest rok 800 n.e., Europa wkracza w wiek sredni, a polska panstwowosc nie zdazyla sie nawet jeszcze narodzic. Wojny, niepokoje i cywilizacyjne balansowanie na krawedzi dwoch epok zaprzataja stary kontynent calkowicie. Nikt nie zadaje sobie pytan, co tam jest za wielka woda, nikt nie szuka, aby fantazyjne ksztalty kontynentow nadane im przez geografow, naocznie zbadac, ani bialych plam na mapie zapelnic. Kiedy Europa zajeta jest soba trwa zloty wiek arabskich odkrywcow, ktorym niestraszna byla pustynia i nieobca odwaga, smialo i coraz smielej zapuszczaja sie w glab Czarnego Ladu.
Niejaki Al-Fazzari juz wtedy wspomina o Ghanie, nazywajac ja "krolestwem zlota", a jego rodak Chwarizimi nanosi ja po raz pierwszy na mape Ptolemeusza. Czy nam sie to podoba czy nie, Ghana znacznie jest starsza niz niejedno z europejskich panstw.
Kupcy, marynarze, zolnierze i zwykli awanturnicy, lowcy przygod zadni latwego i szybkiego bogactwa, sredniowieczni odkrywcy o nieokielznanej odwadze, bezimienni bohaterowie i najzwyklejsze szuje - wszyscy oni zabraliby pewnie swa opowiesc do grobu, gdyby nie pewien arabski, sredniowieczny reporter, ktory choc sam nigdy nie przekroczyl Sahary, dlugie lata spedzil w portach, na przystaniach, gromadzac i w najdrobniejszych szczegolach spisujac te zamorskie opowiesci. Jest rok 1067 n.e., poludniowa Hiszpania. Abdallah ibn Abd al Aziz, zwany takze Abu Ubajd, czy tez po prostu al-Bakri, odklada pioro. Oto zostala ukonczona jedna z najbardziej niezwyklych relacji podrozniczych w historii. Z ciemnych mrokow zapomnienia wylania sie inspirujacy i zadziwiajacy obraz zaawansowanych w rozwoju afrykanskich krolestw, kultur i cywilizacji. A najstarszym z nich byla Ghana. Zlotem ociekajacy palac krola i jego potezna, dwustutysieczna armia, wzorowa organizacja panstwa, pobor podatkow, nowoczesna zelazna bron i narzedzia... Pelne emfazy opisy sredniowiecznych obiezyswiatow potwierdzaja najnowsze odkrycia historykow i archeologow, gdzies w sercu buszu odkopane pozostalosci wielkich miast, jakas ceramika, co artyzmem i wykonanaiem zachwyca...
Mit zapoznionej cywilizacyjnie ziemi bez historii nie dotyczy Afryki, jest jedynie wytworem buty i arogancji bialego czlowieka oraz jego niewiedzy o dlugiej i zawilej historii Czarnego Ladu.
Kolacja, ktora sobie na co dzien kupuje u ulicznych kucharek za niecalego dolara i konsumuje nastepnie w scenerii bardzo malowniczej i panoramicznej dachu hotelu w Cape Coast, zakonczona. Zamykam ksiazke Basila Davidsona o wymownym tytule "Stara Afryka na nowo odkryta". Jest tu ona moja jedyna polska rozmowczynia i choc przeczytalam ja juz w te i nazad, to nie potrafie sie z nia rozstac. Za duzo ma ciekawego przy kolacji do opowiedzenia o zamierzchlych Afryki dziejach.
Cape Coast i Elmina, miasta - siostry u wybrzeza Zatoki Gwinejskiej, ktore historia zlaczyla nie tylko geograficzna bliskoscia, ale i dziejowym okrucienstwem, ludzka bezmyslnie przelana krwia i potwornym cierpieniem. Nie gdzie indziej jak wlasnie w Elmina stoi czis najstarsza budowla wzniesiona przez Europejczykow w Afryce subsaharyjskiej - portugalski fort, ktory sluzyl za punkt przeladunkowy niewolnikow. Cape Coast natomiast zla slawa zapisalo sie na kartach historii, jako ze przez dlugie stulecia byl to najwiekszy osrodek handlu niewolnikami w calej Afryce Zachodniej.
Jedno w tym wszystkim zadziwia, jedna rzecz jest zupelnie niezrozumiala i niepojeta. Jak w tak zachwycajacych okolicznosciach przyrody czlowiek jest zdolny drogiemu czlowiekowi zadac tyle bolu, jak posrod tak nieopisanego piekna przez setki lat trwal okrutny, niewolniczy proceder. Bo Cape Coast i Elmina to miejsca, w ktorych mozna Afryke z miejsca pokochac, dac sie jej uwiesc, omotac, zupelnie zaczarowac tak, ze az sie w glowie zakreci.
Bo oto juz uliczka wije sie zawijasami wzdluz brzegu wscieklego oceanu, ktory poteznymi balwanami uderza rytmicznie w nadbrzezne glazy, w gore wzbijajac zamaszyscie wodna, biala piane.Wzdluz uliczki rzemieslnicze kramy: szewc naprawia uszkodzone obuwie, krawiec szyje kolorowe sukienki i koszule, tapicer odwaznym kolorem obija postawne meble. Najwiecej jednak rybakow. Wszedzie porozkladane, kolorowe rybackie sieci, wokol ktorych krzataja sie mezczyzni, ogladaja, sprawdzaja, naprawiaja.
Zapuszczam sie w boczna uliczke skad wzywa ocean zasloniety sciana szczelnie przylegajacych do siebie budynkow. Po drodze witana owacyjnie przez odpoczywajacych w cieniu zaulkow mezczyzn, przyspieszam kroku, by zdazyc do brzegu nim spadnie na mnie deszcz oswiadczyn i grad milosnych wyznan.
Ach! Gdyby czlowiek jezyk mial wymyslic w takim jak to miejscu, pewnie poddalby sie z miejsca, rece opuszczajac nisko w gescie rezygnacji!
IMG_3168_bis.jpg
IMG_3206_bis.jpg
na wybrzeżu w Cape Coast
Rozbuchane, halasliwe fale oceanu, drobna, wodna mgielka, ktora wiatr roznosi, przykryly jak welonem cala plaze. Ta zas kamienista jest i piaszczysta na przemian. Daleko z prawej biale mury na skale wzniesionego portugalskiego, niewolniczego fortu i palmy kokosowe tarmoszone na wilgotnym wietrze. Wsrod okrzykow radosci, amatorski mecz pilki noznej rozgrywaja mlodzi mezczyzni. Z lewej pietrza sie ku gorze skaly, ciagnie sie linia kolorowych, rybackich domkow. I znow krzyk sie podnosi w czlowieku, znow sie w nim wszystko buntuje. No bo jak to tak smieci rzucac gdzie popadnie na tak pieknym wybrzezu, swinie ublocone wypuszczac w ten smietnikowy zer, a na skale co wbija sie w ocean, umowna tworzyc toalete. To, co zachwyca przybyszow z dalekiej Europy, jest tutaj chlebem powszednim, widokiem do znudzenia opatrzonym, zwyczajnym i codziennym. A tymczasem trzeba stawic czola zyciowym problemom. Bo tam, gdzie brak biezacej wody, na szambo nie ma pieniedzy, a wysypiska smieci nie istnieja, tam wszystko pochlania wielki, wodny olbrzym.
A kiedy juz mi sie wydawalo, ze bardziej urokliwego miasta jak Cape Coast nie sposob w Afryce znalezc, to trafila sie Elmina, od Cape Coast oddalona o zaledwie 15 km. Cala skapana w oblednych kolorach ciasno zaparkowanych, rybackich lodzi, rozrzuconych na zlotym piasku sieci, odwaznie zielonych palm kokosowych wyciagajacych swe dlugie szyje ku niebu, ktore doskonale jest blekitne. W waskich uliczkach kobiety sprzedaja pieczone banany, te same, co w Ugandzie zwa matoke, tutaj zas koko; w cieniu arkad starych, postkolonialanych budynkow, z ktorych farba odchodzi wielkimi platami, mezczyzni chowaja sie przed sloncem, pala paierosy, graja w karty, w zgarbnie skrojonych mundurkach dzieci wracaja ze szkoly. Na piaszczystym boisku chlopcy z oddaniem strzelaja gole i buduja marzenia o wielkiej futbolowej karierze. Wspinam sie po krzywo odlanych w betonie schodach prowadzacych na katedralne wzgorze. W cieniu poteznych drzew, w towarzystwie szalenie kolorowych jaszczurek, siedam w cieniu, ktory obok wody najbardziej jest w Afryce poszukiwanym dobrem, poszukiwanym kazdego dnia, od switu az po zmierzch. W nozdrza uderzaja podmuchy goracego, wilgotnego wiatru, w dole klebi sie gwar miasteczka: klaksony, halasliwe silniki, zbyt glosno puszczana muzyka, smiech kobiet, krzyki dzieci, szumi spokojnie seledynowy ocean. Trwa bez konca moje Afryka zauroczenie, moje czarne, calkowite upojenie.
IMG_3273_bis.jpg
IMG_3343_bis.jpg
Elmina

Wysłane przez aidni 06:05 Kategoria Ghana

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Login