Travellerspoint Blogi z podróży

Malawi - czesc 5 MONKEY BAY

Trasa Malawi: wjazd 13.02.2009, wyjazd 05.03.2009 - Songwe bridge border - Karonga - Chitimba - Livingstonia - Vwaza Marsh NR - Nkhata Bay - Monkey Bay - Liwonde NP - Lilongwe

sunny 33 °C

BAOBABY Z MONKEY BAY
Z wszystkich drzew afrykanskich najbardziej pokochalam baobaby, a baobaby to drzewa afrykanskie par excellence!Wytrzymale i do trudnych warunkow przywykle. Postawne, zdeterminowane, nie dajace sie zlamac choc targaja nimi wichury i ostre deszcze. Baobab stoi niewzruszony tak, jakby przyroda z cala swa gwaltownoscia i zywiolami nie dotyczyla go wcale. Baobab jest jak afrykanski lud, ktory laczy w sobie wielka sile i nadzwyczajana odpornosc, baobab jest swoistym Afryki symbolem. Jadac na Czarny Lad mialam dwa ciche marzenia: chcialam zobaczyc jezioro pelne flamingow i przytulic sie do baobabu. Oba te marzenia sie spelnily, pierwsze w Tanzanii a drugie tutaj, w Malawi.
Niedaleko kempingu, na uroczym jeziora brzegu, gdzie zatrzymalam sie wraz z Dalya, jest baobabow pokazna kolekcja. Wybraly sobie teren bagnisty, podmokly i rozsiadly sie nim wygodnie jak przekupki na targu na swoich ananasach.
Baobab baobabowi nierowny, kazdy ma swoj ksztalt, swoja baobabia, niepowtarzalna osobowosc. Oto jeden powiedzmy klasyczny: pekaty pien, gladka, szara pociagniety kora, z czubka zas wyrastaja mu galazki na wszystkie swiata strony, rachityczne takie jakies, co niemarawo prezentuja sie na tle pokaznej podstawy. Zaraz obok baobab wielki jak dinozaur i wiekiem sedziwy. Z prawej strony ogromna wypuscil galaz nad sama ziemia, jakby chcial jej dotknac, ale w ostatniej chwili zmienil zdanie. Wdrapujemy sie na nia z Dalya na zmiane i zdjec robimy cala mase. Mieszkancy dwoch malych domkow, co w sasiedztwie baobaba – olbrzyma wyrosly, wychodza na prog zdziwieni naszym malym teatrzykiem tak jak i my bylibysmy zdziwieni na widok Murzynow wdrapujacych sie na sosne lub dab, tryskajacych przy tym radoscia jakby spotkalo ich cos zupelnie niezwyklego. Troche dalej kolejny baobab, tym razem indywidualista, co to nie da sie podejsc usadowiwszy sie na bagnie i odgrodziwszy sie od reszty swiata gestym murem wysokiej trawy i innego zielska. Jak to indywidaualista postac przybral nietypowa. Babobabi zachowujac pien pekaty i potezny, ogromna galaz spuscil az do ziemi, jakby przeczac porzekaldlu, ze baobaby to drzewa, co rosna korzeniami do gory (powiedzenie to odnosi sie do typowego ksztaltu baobabow, gdzie cienkie i bogato rozbudowane galezie pna sie wysoko i kontrastuja z wielagchnym pniem). Baobaby o wschodzie slonca, baobaby o zachodzie, baobaby w drodze do miasteczka, baobaby w drodze powrotnej na kemping. W Monkey Bay spotkala mnie nieoczekiwana baobabia uczta. Do tej pory widywalam je z okien autobusow pedzacych bez litosci, z pociagu, lecz zdjecia nie zdolalam zrobic. Tuaj moglam podejsc do nich blisko, dotknac ich, wczolgac sie na ich galezie, patrzec i dziwic sie do woli.
IMG_2899_bis.jpg
IMG_2917_bis.jpg
IMG_2923_bis.jpg
baobaby z Monkey Bay

NIESPELNIONE MARZENIE O LENIWYM POPOLUDNIU
Plan byl prosty, mialysmy wypic zimna cole, powalesac sie po okolicy, a reszte dnia spedzic beztrosko, wygodnie w hamaku, wpatrujac sie w magiczne jezioro. Bezwstydnie, ordynarnie, na oczach calego swiata po prostu sie nudzac! Bo i nuda jest czasem potrzebna, a tak dla rownowagi, dla zachowania w przyrodzie i zyciu wlasciwych proporcji. Chciec sobie jednak mozna, ale coz z tego gdy los zupelnie inny przygotowal dla nas plan.
Monkey Bay spodobalo mi sie od razu. Turystycznie dziewicze, uroczo male, malowniczo skryte w cieniu mangowcow. Nic tylko przejsc sie do portowej zatoczki, rzucic troche okiem na okolice, na jakies wzgorze sie wdrapac, by dla owego rzucania okiem lepsza zyskac perspektywe. Obchdzimy port z lewej strony, niespiesznie podazajac asfaltowa droga az ta raptem konczy sie wojskowym szlabanem zolnierzem w mundurze i wielkim napisem „zakaz wstepu”. – Ale jak to tak?! Baze wojskowa robic a tak pieknym miejscu, a mysmy chcialy pospacerowac, zatoczke zobaczyc!
- Widzicie tego pawiana tam na gorze?- pyta zolnierz, a jako ze to Afryka w koncu to pawian jest tu stworzeniem pospolitym jak dachowiec jakis zwykly w ojczystych stronach – idzcie ta sciezka, a traficie na punkt widokowy.
Idziemy wiec za pawianem, a towarzyszy nam do granic zaciekawiona, miejscowa dzieciarniania co rusz askakujaca w kadr, wieszajaca sie na rekach, na plecaku, trzymajaca za spodnie byle tylko sie z muzungiem zaprzyjaznic. Sciezka stromo wije sie pod gore, po kamieniach tak nieraz ogromnych, ze trzeba sie na nie doslownie wspinac jak na skalki. Punkt widokowy znajdujemy bez wiekszych klopotow i choc widok faktycznie jest piekny to nie to miejsce zapisalo sie w naszej pamieci jako jedno z najbardziej malowniczych w calej Afryce.
Idac dalej sciezka z gory zauwazamy dachy glinianych chatek zrobione z miejscowej strzechy. Wygladaja zupelnie jak otaczajace je zewszad ogromne glazy i za glazy w pierwszej chwili mozna je uznac. Zbaczamy z glownej sciezki, ktora pnie sie dalej stromo i schodzimy przyjrzec im sie z bliska. I tak oto trafiamy do malenkiej rybackiej wioski nad brzegiem czystego jak krysztal jeziora Malawi. Woda mieni sie na przerozne odcienie blekitu. Kolorowe rybki plywaja obok wielkich kamieni lezacych na dnie, a to widac tu golym okiem. Na piaszczystym brzegu rybacy rozlozyli czerwone i biale sieci, przykucneli wspolnie sprawdzajac pieczolowicie czy nie sa gdzie uszkodzone. Tuz obok na dlugich drewnianych platformach, przypominajacych w rzedy poustawiane stoly, susza sie ryby. Bo ryby w Afryce rzadko sie gotuje, suszy sie je w palacym sloncu, w sloncu sie je wypieka. Waskie uliczki miedzy chatkami wija sie, krete, piaszczyste, zacienione. Kobiety przygotowuja posilek skladajacy sie z sima (ugali) w rybnym badz miesnym sosie.Zaskoczone naszym widokiem zrywaja sie z miejsc i zdziwienie swe powstrzymujac witaja nas usmiechami i afrykanskimi pozdrowieniami. Z pustych uliczek wybiegaja jak spod ziemi dzieci raczki pakujac do buzi z wielkich emocji, co rodza sie z tak nieoczekiwanych odwiedzin.
Wioska polozona jest w malej zatoczce, w jej zacieninym skrawku rybacy naprawiaja swoje kanoe-dlubanki nim wieczorem znow wyrusza na nocne polowy. Wszystko to skapane w intensywnym sloncu tworzy obraz pelen barw, swiatla i spokoju ze wprost oczu nie mozna oderwac. Stoimy jak zahipnotyzowane i choc kazdy centymetr tej wspanialej przestrzeni wola o zdjecie, to w pierwszej chwili robic ich po prostu nie potrafie, sama wzrokiem nie mogac ogarnac tak fantastycznego pejzazu. Widzac nasza fascynacje jeden z rybakow, nienanganna jak na malawijskie standardy angielszczyzna, zacheca nas do odwiedzenia kolejnych dwoch wiosek. Namawiac nie trzeba nas dwa razy, tym bardziej, ze w ostatniej z nich jest ponoc nawet restauracja, wiec bedzie gdzie lokalny obiad zjesc. Ruszamy z powrotem na glowna sciezke i wspinamy sie wytrwale po rozgrzanych, tlustych kamulcach. Pomagamy sobie rekoma, bo inaczej sie nie da,a doladnie rzecz ujmjac da sie, choc sztuka ta pozsotanie dla mnie zawsze tajemnica. Gdy docieramy do drugiej wioski mijamy bowiem kobiety z koszami roznistych roznosci na glowach udajace sie do Monkey Bay na targ, boso stapaja zwinnie i do pokonania tej drogi rekoma nie potrzebuja sobie pomagac.
IMG_2862_bis.jpg
IMG_2866_bis.jpg
IMG_2882_bis.jpg
IMG_2876_bis.jpg
w rybackiej wiosce
Wioska okazuje sie byc moze bardziej jeszcze malownicza od swej poprzedniczki, choc malutka i chatek ma niewiele. Pozdrawiane i serdecznie witane przechodzimy miedzy glinianymi domkami, wychodzac na kukurydziane pola szeroko rozrosle pod blekitnym niebem, u stop zielonych wzgorz. Idziemy wsrod tej kipiacej w sloncu zieleni dluzsza chwile nim docieramy do ostatniej z wiosek zarekomendowanych nam przez symaptycznego rybaka. Glodne juz jestesmy nie na zarty, bo godzina mocno juz popoludniowa, wiec cieszymy sie ze to juz ta wioska z restauracja. Wioska to jednak takze rozmiarami z calej trojki najwieksza, wiec bez klopotow gubimy sie w labiryncie sciezek, uliczek, domkow ciasno ze soba zestawionych. Z pomoca mieszkancow trafiamy do restauracji ale tak jednak dzis nic nie serwuje, co za rozczarowanie! Burzowe pomruki slychac z daleka. Nie ma czasu na rozmyslanie, kupujemy na targu troche lokalnych przekasek w towarzystwie chyba calej, wioskowej dzieciarni. Dzieci odprpwadzaja nas z powrotem na droge, gdzie po wielkim mangowcem funduje im spektakl ulubiony wszystkich afrykanskich malcow : smarowanie sie kremem przeciwslonecznym. Na koniec spektaklu chlapne zawsze ktoremus z czarniutkich maluchow biala substancja prosto w nosek, albo czolko wyrywajac go tym samym nieoczekiwanie z tego hupnotycznego wrecz zapatrzenia w ten egzotyczny dla nich rytual. Pisk, krzyk, w panice uciekanie na wszystkie strony. Ale za tym strachem radocha kryje sie ogromna, oczy rozpromienione szczesciem wygladaja zza krzakow.
Szybkim krokiem wracamy by zdazyc przed burza. Los nieoczekiwanie przygotowal dla nas znacznie lepszy plan niz nasze niespelnione marzenie o leniwym popoludniu.
IMG_2879_bis.jpg
zaciekawione dzieci same wskakiwały w obiektyw

Wysłane przez aidni 03:46 Kategoria Malawi

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Login