Travellerspoint Blogi z podróży

Tanzania czesc 5 - TAZARA

na poludnie

sunny 30 °C

Dosc autobusow, co pedza na zlamanie karku! Dosc kierowcow - piratow, dosc brudnych szyb, przez ktore nie mozna zdjecia zrobic! By dojechac do Mbeya z Dar es Salaam wybieram pociag potrzebujacy na przebycie tej trasy dwukrotnie wiecej czasu niz autobus, no i o to wlasnie chodzi.
W Tanzanii sa dwie linie kolejowe: Central Line miedzy Kigoma i Mwanza (bilety na tygodnie cale wyprzedane) oraz Tazara, czyli Tanzania - Zambia Railways, laczaca Dar es Salaam ze stolica Zambii Lusaka.
Bilet do Mbeya, niedaleko granicy Malawi, udaje mi sie kupic bez wiekszych klopotow.
Cala jestem w emocjach na te odmiane i pierwsza, nie liczac egipskiego epizodu, jazde afrykanskim pociagiem. Odjazd planowo ma byc o 16.00 ale juz o 14.30 trzeba stawic sie na dworcu. Cale dlugie, sloneczne przedpoludnie spedzam wloczac sie po waskich uliczkach starej czesci Dar es Salaam. Pisalam gdzies, ze wielkich miast nie lubie i wcale nie probuje kota ogonem odwracac, ale Dar jest inne, Dar po prostu da sie lubic za te krete, kolorowe uliczki starego miasta pelne sklepow z tkaninami, ulicznych krawcow, sprzedawcow owocow i przekasek, za te piekna promenade nad brzegiem oceanu, gdzie piasek jest bialy, a woda takie przybiera barwy, ze oczom wlasnym przestaje sie wierzyc. Za te zielen, parki i ogrody i fontanny nawet! Za to ze jest tu goraco nieznosnie, afrykansko, wspaniale! Za ten bukiet zapachow z restauracji afrykanskich, indyjskich, chinskich, ktory wedruje tu sobie swobodnie ulicami w porze obiadowej! Za to, ze od wielkomiejskiego gwaru latwo tu uciec i latwo don wrocic, gdy kto tylko chce. Kraze po uliczkach i zegnam sie z jedynym duzym miastem, ktore jak dotad zdolalam w Afryce prawdziwie polubic.
IMG_2322.jpg
ulice starej dzielnicy Dar es Salaam sa kolorowe i pelne uroku
IMG_2306.jpg
IMG_2303.jpg
wspaniale jest takze wybrzeze

JAK JA KOCHAM AFRYKE

Jak ja kocham Afryke za ten kolorowy, nieopisany tlum! No bo kto by sie tutaj ubieral w jakies ponure szarosci, granatyi czernie! To jest w Afryce zupelnie nie do pomyslenia! Tu wszystko kipi zywa zielenia, zolcia, czerwienia, pstrokatym wzorem odwaznym, deseniem pelnym rozmachu, zamaszystym. A ta szalona rewia barw fantastycsnych niezwykly tworzy kontrast z prawdziwie czarna skora Azanow.
Ach! Jak ja kocham Afryke za te usmiechniete buzie i z daleka wykrzykiwane pozdrowienia, za to cieplo, ktore jest w ludziach, jakby afrykanskie slonce zaklete mieli w sercach.
Kocham Afryke za e kobiety, co caly swiat nosza na glowie (jak to zgrabnie okreslila Kinga Choszcz): wiadra, kosze, torby i walizki, banananowe kiscie, miski pelne prania, wszystko co da sie na glowie postawic. Kocham Afryke za te bobabsy z wdziekiem noszone przez matki na plecach i za te spiewane im kolysanki. Kocham Afryke za te jej spontanicznosc, za tego sprzedawce, ktory tanczy w swoim sklepie, gdy w radio nadaja akurat jego ulubiony przeboj. Kocham Afryke za te przekupki wygodnie rozsiadle na stosach ananasow, za tych ulicznych krawcow, co szyja bez wytchnienia w cieniu ulicznych arkad! Po prostu kocham moja Afryke!
Siedze wsrod tlumu pasazerow oczekujacych na pociag i rozkoszuje sie moim afrykanskim tu i teraz, delektuje sie moim afrykanskim upojeniem.
Hall dworca szczelnie wypelniony. Ludzie siedza na ziemi, co szczesliwsi na lawkach, otoczeni prawdziwymi stosami pakunkow. Dyskutuja, debatuja, spia, nuca pod nosem jaks melodie, bawia sie z rozbrykanymi dzieciakami, popijaja coca-cole i fante, ktore to napoje sa tu wszedzie tansze niz woda.
Zrzucam plecak na ziemie i siadam na zimnej posadzce. I w tym momencie trach! Przez dworcowy gwar przebiega charakterystyczny dzwiek rozdizeranego plotna. Ludize patrza na mnie badawczo i smieja sie wesolo na widok prawej nogawki moich spodni, co to wlasnie postanowila odlaczyc sie od reszty gdzies na wysokosci kolana. Dziura wielka, straszy biala noga, a mnie wstyd jak nie wiem, ze w takich lumpach chodze. Siedzaca obok mloda dziewczyna palcem pokazuje mi dziury w moim t-shircie, ktory dostalam od przyjaciol na szczesliwa afrykanska droge. Byl wtedy nowiutki i bialy jak snieg, dzis straszy dziurami i koloru jest brunatno-czerwonego od pylu i kurzu z afrykanskich drog. Sytuacja wymaga szybkiej reakcji, bo tlum sie przyglada ciekawie i badawczo, a jak doswiadczenie uczy to jest wlasnie chwila, kiedy prostym gestem mozna sobie zjednac tubylcze serca i zyskac przyjaciol na cala droge, choc ja nie znam suahili a oni angielskiego.
Wprawnym ruchem zawiazuje supel na podartych spodniach, by dwie czesci nogawki jakos ponownie zlaczyc, otwieram plecak i symuluje jakies dlugie nurkowanie w jego zakamarkach, by troche rozbawic zaciekawione do granic dzieciaki. W koncu dobywam moja piekna, dzis rano kupiona, pierwsza afrykanska kange i zawiazuje ja sobie wokol bioder dokladnie tak, jak czynia to tutejsze kobiety. A kanga to nic innego jak prostokatny kawalek plotna wystepujacy tutaj we wszystkich mozliwych koloroach i wzorach, sluzacy za spodnice, chustke na glowe czy tez nosidelko na bobasa. Ludzie nie posiadaja sie z radosci. Zaraz zostaje wysciskana, obdarowana usmiechami i dowodami uznania.
Jest rzecza zupelnie niezwykla jak czlowiek z czlowiekiem potrafi sie porozumiec bez slow. W suahili znam ledwie kilka pozdrowien i podziekowan, pare wyduakanych zdan i pojedynczynch slow, a jednak rozumizm, ze siedzaca obok mloda matka straszy swojego malego synka, ze jak dalej bedzie psocil o go posle wprost do muzungu. Maluch przerazony jest nie na zarty, a kobieta posyla mi pare porozumiewawczych mrugniec okiem. Dzieciecy upor i natura knabrna biora jednak gore i nie mija kwadrans jak maluch znow zaczyna radosne swoje rozrabianie. Matka lapie w mig malego urwisa, a ja wyciagam rece krzywiac sie i starajac jakies okropne miny z mej twarzy wykrzesac, co by wygladac naprawde groznie. Krzyk, lament i pisk przerazenia, chlopiec kurczowo trzyma sie matki i wrzeszczy ile sily w gardle, jak by chcial powiedziec "wszystko tylko nie oddawaj mnie do muzungu". Ludzie radosc maja przednia, a ja z mloda kobieta wymieniam porozumiewawczy uscisk dloni. Maluch grzecznie siedzi w kacie, caly trwoga przejety.
W pewnym momencie przez tlum przebiega jak blyskawica elektryzujaca wiadomosc: pociag zamiast o 16.00 odjedzie o 22.00. Ludzie kreca glowami i rece rozkladaja bezradnie. No bo co zrobic?Nastepuje pakunkow ustawianie, przestawianie, przesuwanie, ludzie ukladaja swoje rzeczy na wozkach i jesli tylko maja u kogo sie zatrzymac wracaja do miasta. Pozostali zostaja wzdychajac gleboko na mysl o tak dlugim oczekiwaniu. Ja nos zanurzam w ksiazce, moze czas jakos szybciej zleci. Okolo 18.00 grupka Niemcow podrozujaca pierwsza klasa oznajmia mi, ze pociag odjedzie dopero nazajutrz rano. - Ale jak to?! - nie moge wprost uwierzyc. - Tak madame, pociag dopiero jutro o 9.00, niech Madame wraca na nocleg do miasta i jutro wroci tutaj o 8.00 rano- potwierdza te tragiczne wiesci pracownik stacji. Tragiczne, ale moze nie az tak. Laduje bowiem przypadkiem w tanim jak na Dar hotelu (8 USD). Pokoj mam z balkonem i widok na miasto uspione, wieczorne. Popijam jogurt, zagryzam mango, otula mnie goraca, afrykanska noc.
IMG_2517.jpg
z okna pociagu mozna kupic wszystko
IMG_2540.jpg
i cieszyc sie do woli widokami

TAZARA - drugie podejscie

Rano punktualnie o 8.00 znow stawiam sie na dworcu. Witaja mnie usmiechem szerokim, usciskami dloni i cala masa pozdrowien moi wczorajsi poczekalniani, posadzkowi towarzysze. Kobiety spaly ze swymi malutkimi dzieciaczkami na zimnej podlodze, a mnie az glupio sie robi na mysl o moim pieknym z balkonem pokoiku. Przesuwaja walizki i kilka tobolkow wskazujac bym usiadla. Pilnowaly tego miejsca, trzymaly je dla mnie cala noc!!! No i prosze jak sie mozna z ludzmi zaprzyjaznic bez slow, bez gadania, za pare szczerych usmiechow i troche zyczliwosci.
Dzis juz chyba naprawde pojedziemy. O 8.30 wszyscy wstaja z miejsc i ustawiaja sie w dlugasne kolejki. Niemcy podrozujacy pierwsza klasa na peron wchodza jako pierwsi, eskortowani przez pracownikow kolei. Ach co to za zwyczaj przedziwny. Taki szmat drogi jechac z Europy, tyle wydawac pieniedzy, a Afryki smakowac tylko przez papierek, wszedzie z obstawa, z przewodnikiem, z dystansem bezpiecznym do wszystkiego i wszystkich wokol. Ja klasa jade druga a juz zaluje, ze nie trzecia. Niewiele wprawdzie tansza, a zamiast lozek jak w naszych kuszetkach majaca ciasno upchane drewniane lawki i to tylko dla tych, co szybko umieja biegac z tobolkiem i jako pierwsi ich dopadna. Nic to moglabym jechac i na podlodze, po prostu zal sie rzstawac z przyjaciolmi z dworcowej poczekalni.
Znajduje swoj wagon i przedzial i nie moge sie nadziwic jak tu czysto i schludnie. Dopadam miejsce przy oknie i nie oddam go chocby nie wiem co. Po to w koncu uparlam si by pociagiem jechac, by troche wiecej Tanzanii zobaczyc. Moi przyjaciele wiedza, ze kiedys powiedzialam, ze wolalabym urodzic sie mezczyzna, a nie kobieta. Dzis oficjalnie bije sie w piers i odwoluje te slowa! Patrze na moje towarzyszki podrozy: dwie starsze kobiety o pomarszczonych twarzach, jedna przy kosci nastolatke i dwie mlode mamy. Jedna z nich juz z bobasem na plecach, a druga z wielkim brzuchem. Kazda ma tyle pakunkow, toreb, walizek i klamotow, ze moj plecak wydaje sie przy tym po prostu smieszny i one chyba takze sie dziwia, ze tak maly mam bagaz, bo zerkaja i glowami kreca z niedowierzania. malo tego, ze ich toboly wielgachne, to jeszcz ciezkie przy tym ponad wszelka miare. Z prawdziwym i nieskrywanym podziwem patrze jak one z tymi tobolkami walcza, jak je ukladaja, podnosza na glowie i zwinne wrzucaja na gorne lozka i polke nad drzwiami. Robia to z takim wdziekiem, lekkoscia, smiejac sie przy tym glosno, jakies zabawne opowiadajac sobie historie. Zwinne, zaradne, pelne gracji, silne, wesole i pelne energii. Patrze na nie z zachwytem i ciesze sie ogromnie, ze jednak urodzilam sie kobieta.
Ruszamy! Z prawdziwie afrykanskim poslizgiem, ktory w sumie wyniosl tlustych 17 godzin.Z glowa w oknie patrze i podziwiam. Antylopy, gazele, olbrzymie baobaby i wysokie termitiery, bagna jakies i rozlewiska i pietrzace sie w oddali gory. Z mijanych wiosekludzie wybiegaja z koszami smakolykow na glowach. Jest wszystko, od przekasek po danaia glowne obiadowe, salaki nawet i napoje schlodzone solidnie. Czytam, notuje i probuje konwersowac w suahili ze starsza kobieta siedzaca naprzeciwko. Per "madame" Azanaowie zwracaja sie tylko do bialych kobiet, by szacunek swoj pokazac czarnej kobiecie mowia do niej "mama" czyli matko. Slowo to w suahili zawiera potezny ladunek godnosci, estymy, glebokiego uznania. W mojej lamanej rozmowie korzytam ze slowniczka suahili, ktory przygotowaly dla mnie jeszcz w Kenii dziewczyny z rodziny Obede. Mowie mej rozmowczyni "mama", a ona usmiecha sie do mnie cieplo.
IMG_2507.jpg
ja i caly moj dobytek: niecale 14kg scisnietych w plecaku o poj. 55 litrow (tu razem w hotelu w Dar)

Wysłane przez aidni 06:34 Kategoria Tanzania

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Komentarze

Ola, super potrafisz przekazac afrykanskie piekno w pismie, tak jak to postrzegasz:-), strasznie sie nam podoba tekst "jak ja kocham afryke", rewelka, i czekamy na ciag dalszy...pozdro, iza&kamil

przez izka80

jeszcze nie przeczytałem całego wpisu ale wiem co chcesz przekazać,chociaż czasem jest brak słów to trzeba zobaczyć i przeżyć samemu.pozdrowionki.Marki.

przez marki

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Login