Travellerspoint Blogi z podróży

Tanzania czesc 2 - Od Ngorongoro do Kilimandzaro

podroz do innego swiata

sunny 29 °C

FOTOPSYCHOZA
Ktos kiedys chlapnal, moze bezmyslnie, a moze umyslnie, niechcaco, a moze specjalnie, ze biali za kazde zrobione w Afryce zdjecie dostaja w Europie 100 USD. No i sie zaczelo, zaczela sie prawdziwa afrykanska fotopsychoza. Nie mozna nikomu zrobic zdjecia bez uiszczenia odpowiedniej oplaty, zazwyczaj w granicach 1 USD za zdjecie. Kiedy czlowiek zaczai sie gdzies z aparatem, by z ukrycia zrobic chocby kilka zdjec naturalnych, niepozowanych, sportretowac chocby skrawek tutejszego, codziennego zycia, zostanie natychmiast zdraedzony przez dzieciaki, ktore szpieguja, zagladaja przez ramie, sledza kady ruch. Wystarczy tylko aparat z plecaka wyciagnac, a juz lament, krzyk, wrzawa i glosny protest. Mozna tlumaczyc, ze to nie tak, ze to tylko zdjecia prywatne, wspomnienia zapisane obiektywem, wszelki trud daremny.
Na malowniczym targu w Mwanza kadry tworza sie same i dopominaja uwiecznienia. Kolorowo ubrane kobiety w wielkich garach przygotowuja jedzenie, nosza ogromne kosze z owocami i warzywami na glowie, smieja sie szeroko zachwalajac swoje pomidory, papaje czy mango. Na wielkich patelniach mezczyzni praza w oleju ryby, a pot gesto splywa z ich skroni. Oj jest co fotografowac. Probuje szczescia! Ryzyk fizyk i raz kozie smierc! Pokusy powstrzymac nie potrafie, wyciagam wiec aparat i robie kilka zdjec z oddali - dwie kobiety siedzace przy garnkach z jedzeniem w targowej jadlodajni, co to spontanicznie wyrosla pod golym niebem. Fotografuje tez pomidory w duzych koszach i kilka potraw gotujacych sie wlasnie na ogniu. Gdy robie to ostatnie ujecie juz slysze wokol podniesione glosy, lamenty, okrzyki. Zblizaja sie klopoty.
Picture_654.jpg
- Dlaczego fotografuje Madame tych ludzi?! - zagaduje mnie mezczyzna
- Alez nic podobnego! Ja nikomu nie robie zadnych zdjec, tylko towarom i garnkom.
- Prosze pokazac zezwolenie! - wokol mnie juz pokazany tlumek, a mezczyzna podnosi glos, krzyczac juz prawie ze zdenerwowania.
- Ale jakie znowu zezwolenie?! Przeciez w Tanzanii nie obowiazuja zadne zezwolenia na robienie zdjec. - spokojnie po dobroci probuje bronic sie jak moge.
- Prosze ze mna w takim razie, pojdziemy na komisariat i tam porozmawiamy - ciagnie mnie za reke mezczyzna.
- Hola, hola! Minutke - juz mnie raz aresztowali za robienie zdjec i ani mi w smak powtorka z rozrywki - przeciez ja nie nie zrobilam niczego zlego. Chcecie zobaczyc moje zdjecia, no to prosze.
Wyciagam aparat i pokazuje oczywiscie tylko te pomidory i gary na ogniu, kobiet sfotografowanych z oddali juz nie pokazuje bo przy tych emocjach nawet jako punkciki na moim zdjeciu kosztowalyby mnie pewnie pol dnia na komisariacie portakmi trzesac ze strachu.
Uff. Ogladaja i patrza badawczo. Tym razem uszlo mi na sucho, ale stracha troche mialam. Groza palcem, ostrzegaja, ale w koncu sie rozchodza, a i ja czmycham czym predzej.
Godzine pozniej, walesajac sue bez celu po ulicach nowoczesnej i calkiem ladnej Mwanzy, trafiam na urocza uliczke z meczetem. Zadnych ludzi ... no to pstryk! A tu nagle krzyk za plecami. No nie! Biegnie ku mnie policjant, co to nagle wyskoczyl jak Filip z konopii. - Prosze nie fotografowac! Nie wolno! Zabronione! Budynek panstwowy!
- Ale ja tylko meczet, uliczke ladna, romantyczna!
Oto wyzszosc aparatu cyfrowego nad analogowym. Pokazanie zdjecia ratuje mnie przed klopotami i utrata pozostalych fotografii. Gdybym robila zdjecia na filmach, byc moze stracilabym wszystkie. Konczy sie na uscisku dloni, pozdrowieniu i zyczeniu udanego pobytu w Tanzanii.
Tego dnia zadnych juz zdjec nie robie, od tych przezyc sama wpadalam w fotofobie.

KRATER NGORONGORO

Jest takie miejsce na ziemi, gdzie czas nie plynie, bo go po prostu nie ma. Jest takie miejsce na ziemi, ktorego ten swiat nie dotyczy, nie dosiega, ktorego ten swiat nie potrafi naruszyc.
Absolutna harmonia, ktora broni sie sama, absolutny spokoj, niezmacony niczym porzadek. Tak kiedys musiala wygladac nasza planeta nim pojawil sie na niej czlowiek trawiony namietnosciami i zadza objecia calego swiata w swe posiadanie. Setki tysiecy lat ewolucji i setki tysiecy lat zmagan z natura, silowania sie i szarpania, narzucania swoich praw i zasad, tysiace lat naszego ludzkiego na ziemi panowania i dumnego zadzierania glowy. Zupelnie tak, jakbysmy zapomnieli, ze przeciez sami jestesmy czescia natury, chociaz miotamy sie i walczymy i robimy wszystko, by udowodnic sobie, ze jest inaczej. Krater Ngorongoro jakims cudem ocalal, byc moze wlasnie dlatego by nam o tym przypominac, zebysmy mogli odkrywac w sobie nasza gleboka, pierwotna nature i laczaca nas wiez ze zrodlem, z ktorego wszyscy pochodzimy.
Picture_743.jpg
Strome zbocza krateru gesto zarosniete sa bujana, zeilona roslinnoscia. Droga wije sie w dol ku gladkiemu jak lustro jezioru. Z daleka nie widac jeszcze,ze brodza w nim setki, tysiace flamingow (a wiec nareszcie udalo mi sie je zobaczyc!). Przez otwarty dach samochodu obserwuje jak powoli zjezdzamy do wnetrza poteznego krateru. Przestrzen, przestrzen, przestrzen! Gleboko, szeroko, zamaszyscie pod blekitna kopula nieba. Wsrod zielonej trawy widac pierwsze zwierzeta, glownie gnu pasace sie leniwie. Podjezdzamy blizej. Nie odchodza, nie uciekaja w poplochu. Jedynie patrza zaciekawione, zdziwione, zaskoczone, choc turystow tutaj przeciez przybywaja setki. Jakby mimo tego, wciaz nie mogly sie nadziwic tym naszym rozpalonym oczom, temu zdenerowaniu i podekscytowaniu, tym emocjom wszystkim, tym buziom szeroko rozdziawionym, tym aparatom przyklejonym do twarzy. Patrza, pokreca glowami z niezrozumienia i niedowierzania, po czym wracaja do swych zajec niewzruszone.
Dalej zebry, zebr cale mnostwo. Przebiegaja kolo auta tak blisko, ze mozna by ich dotknac, poglaskac, podrapac za uchem. Brakuje jednak smialosci, brakuje odwagi jakiejs, a moze bezczelnosci, by ten wspanialy swiat defilujacy przed oczami zbezczescic dotknieciem z innego swiata, by te harmonie zmacic,, zburzyc, nadpsuc zwyklym takim ludzkim macaniem.
Picture_794.jpg
A potem byl lew. Widzimy go najpierw jak wyleguje sie nad kaluza, przeciaga leniwie, ziewa szeroko, w koncu kladzie sie na grzbiecie wzdychajac glaeboko. Obok niego ona. Jak zawsze czujna, rozglada sie wkolo. Krol i krolowa zwierzat wstaja nagle, zmierzajac powoli w nasza strone. Bez pospiechu, jakby z przyzwyczajenia i rutyny i tylko dlatego by polozyc sie w cieniu jednego z samochodow. Sa bardzo blisko, na wyciagniecie reki. W tle wysokie, zielone zbocza krateru, blekit nieba, cisza i jednostajny spokoj.
Jak to jest, sptyacie, tak lwa z bliska zobaczyc? Jak to jest byc gosciem w jego krolestwie? Jest jak wrocic do domu po dlugiej podrozy. Bo chociaz targaja czlowiekiem emocje, wielkie wzruszenie, podekscytowanie, to jednak po chwili przewaz jakas w sobie nagle odnaleziona harmonia, spokoj, lad i porzadek i to piekno jakies niezwykle, ktore z tego wyplywa. Oto ten wspanialy swiat zaczyna odbijac sie w nas samych, sami w sobie doswiadczamy jakiegos niezmaconego od pradziejow czlowieczenstwa, wewnetrznego pokoju i ciszy. I jak to sie dzieje nie wiem zupelnie i wyjasnic nie potrafie, ze nagle czlowiek czuje sie jak ta lwica nad kaluza pochylona, pijac wode drobnymi lykami, jak ten hipopotam, co leniwie przewraca sue w blocie znudzonym wzrokiem omiatajac okolice, jak ten zamyslony nosorozec widziany z dlaeka, w jakiejs kontemplacyjnej zadumie znieruchomialy jak posag. Jak powietrze, co wszystko przenika, jak swiatlo, ktore ogarnia wszystko i jest wszytskim.
Gdzies w oddali dwie smugi. Podjezdzamy blizej. To jezioro i tysiace flamingow, a w tle urwiste zbocza krateru. Flamingi stapaja po gladkiej tafli wody kazdy krok wazc dokladnie jak sztabke zlota. Nie mam ich tym razem tylko dla siebie, ale mam ich za to cale mnostwo i choc patrzec moge tylko z oddali (samochodom nie wolno podjezdzac zbyt blisko by ptakow tych nie sploszyc) to serce rosnie, gdy przed oczami kolejne spelnia sie marzenie. Widze slonia szamotajacego sie wsrod zielska, widze afrykanskie, grozne bawoly i czuje na sobie ich badawcze spojrzenia, widze hieny wylegujace sie na srodku drogi po zakonczonej juz blotnej kapieli, i gazele i antylopy i ptactwa nieopisane bogactwo... Zwierzeta krateru nie opuszczaja, nie migruja, nie szukaja lepszego miejsca, nie probuja nic zmieniac, ulepszac.
Opuszczamy krater Ngorongoro w strugach deszczu i wsrod huku piorunow. Za gestymi, ciezkimi chmurami, chowa sie swiat neizwykly, cudowny, rozplywa sie jak marzenie.

W jakiej my zyjemy nieopisanej i wszechogarniajacej na wokol brzydocie. Krzycza oczy z przerazenia, a sie w czlowieku wszystko burzy i wscieka! Arusha, ktora jest przeciez takim nowoczesnymi i zadbanym miastem, po wizycie w kraterze Ngorongoro wydaje mi sie tak okrutnie brzydka, kanciasta, chaotyczna. Targana wizjami roznytch architektow jak czlowiek swoimi emocjami, co rusz probujacy cos sobie lub innym udowodnic. Jakies jest w tym wszytskim miotanie sie ze soba i swiatem, jakas ludzka szarpaniana nieznajaca konca. Widac to w Arushy i widac w kazdym innym miescie, w kazdym innym dziele czlowieka.
Byc w kraterze Ngorongoro jest jak siegnac dna oceanu, to zobaczyc na wlasne oczy doskonala, od wiekow niezaklocona harmonie, to odkryc, ze sami jestesmy jak ocean, tajfunami targany na powierzchni, lecz w glebi majacy jadro prawdziwego pokoju i ciszy. W tym sensie podroz do krateru Ngorongoro jest podroza do zrodla.

ZOBACZYC KILIMANDZARO

Zeby zdobyc Kilimandzaro potrzeba nie tyle energii, fizycznej krzepy i zelaznej kondycji, co zasobnego portfela. Pieciodniowy trekking na sam szczyt kosztuje 1000 dolarow amerykanskich i nie sposob znalexc tanszej opcji. Bariera nie do pokonania - zostaje na dole, ale zobaczyc musze. Bo jak to tak byc tak blisko i nie zobaczyc, nie zadrzec wysoko glowy , nie zachwycic sie sniezna czapa na dachu Afryki! Po prostu nie da rady.
Docieram do Moshi w strugach deszczu. Sucha pora w Afryce wschodniej zakonczona i ziemia dopomina sie wody, a ta leje sie praktycznie codziennie z nieba gestymi stugami. Potem zwykle wychodzi slonce i wilgoc panuje nieopisana . Niech i tak bedzie, z pokora przyjmuje te odwieczne prawa natury, nie probuje polemizowac. Dlaczego jednak geste chmury zakrywaja Kili od rana do wieczora tak ze niczego nie sposob dostrzec! Jestem rozczarowana. Caly dzien walesam sie po miasteczku bez celu i humoru. No i na co bylo gniesc sie w autobusach godzinami, by zobaczyc jedynie gesta zaslone deszczowych chmur, za ktora pewnie gdzies wysoko pnie sie najwyzsza gora kontynentu.
okolo 6 rano pukanie do drzwi: - Madame! - szeptem mowi do mnie stroz nocny, by innych gosci nie pobudzic. - Gora! Widac gore! Chce Madame zobaczyc?
Pytanie!!! Nie wiem kiedy, a juz jestem zwarta i gotowa, aparat w dloni, pedze co sil na dach hotelu.
Picture_992.jpg
Jest!!! Dach Afryki w promieniach wschodzacego slonca, ani jednej chmury wokol. Spokoj, cisza, bo Moshi nie spieszy sie by nowy dzien witac. Mozna wpatrywac sie godzinami bo takie widokoi maja w sobie jakas moc hipnotyczna, jakas drzemiaca w sobie sile. Takie miejsca sa jak punkty odniesienia. Jezioro Wiktorii, zrodla Nilu, Kilimandzaro.
Stoje i patrze i syce sie tym widokiem. A w glebi serca satysfakcja jest ogromna, ze tak daleko o wlasnych silach dojechalam i oto stoje i podziwiam najwieksza gore calej Afryki.

Wysłane przez aidni 05:36 Kategoria Tanzania

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Komentarze

miło jest powspominać miejsca w których się było,2007 styczen-luty,maj-czerwiec,listopad-grudzień.

przez marki

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Login