Travellerspoint Blogi z podróży

Uganda czesc 3 - jezioro i wulkany

semi-overcast 20 °C

SAMOTNOSC NAD JEZIOREM BUNYONYI

Znalazlam Shire, znalazlam ojczyzne Hobbitow wprost z "Wladcy Pierscieni" wyjeta. Sam Tolkien by tego lepiej nie wymyslil. Jezioro, a na nim 29 wysp. Kazda z nich upstrzona wydatnym pagorkiem, zagospodarowanym przez mieszkancow na tarasowa uprawe roslin i zboz. Jezioro Bunyonyi ma ksztalt do gory nogami wywroconej litery Y i brzegi ma postrzepione, niegladkie. Aby sie tu dostac trzeba najpierw z Kabale przejechac boda-boda 8 km malownicza droga przez wzgorza, usmiechem odpowiadajac na usmiechy i pozdrowienia mieszkancow mijanych wiosek. Jedzie sie tak piaszczysta droga, koloru gliny wsrod bujnej zielonosci - to zestawienie barw dusza srodkowowschodniej Afryki. A jedzie sie by dotzrec do przystani najprawdziwszych , z jednego kawalka drewna zrobionych, afrykanskich kanoe. Chwyta sie wioslo,plecak rzuca sie z przodu i co sil w miesniach zabiera sie wioslowania. Bo by dotrzec na kemping trzeba najpier przeprawic sie przez gladkie jak lustro jezioro (ok40 minut), na jedna z wysp, gdzie namiot mozna sobie rozlozyc nad samym brzegiem. Mozna slono zapalcic i w 10 minut dotrzec tam lodzia motorowa,ale co to wtedy za frajda,jaka przyjemnosc? Zadna!!! A jednak wiekszosc ososb takie wlasnie wybiera rozwiazanie.
Picture_430-canoe.jpg
moj plecak na kanoe
Picture_43..d_canoe.jpg
nad przystania kanoe
Miejsce jest piekne, ale od razu widac, ze prowadzone przez bialych i dla bialych. Tylko obsluga Ugandyjska, wszyscy zas klienci - biali. Z poczatku ciesze sie nawet z tego.Bedzie okazja do rozmow,do wymiany doswiadczen, do posluchania zabawnych opowiesci i o mrozacych krew w zylach przygodach innych podroznikow. Moje nadzieje szybko jednak rozbijaja sie bolesnie o rzeczywistosc.Chyba jestem juz bardziej "czarna" niz "biala",ze az mnie ta moja biala skora razi jakos i dziwi,kiedy spojrze na nia w lustrze, jakas wydaje mi sie nie na miejscu, obca jakas taka.
Na moje pozdrowienie inni biali zebrani w tej enklawie ludzie Zachodu reaguja zdziwieniem przygladajac mi sie badawczo i zimno. Oj powialo europejskim chlodem, wyobcowaniem i dystansem, zupelnym brakiem zainteresowania i zamknieciem sie w swoim malym swiatku. Jaki to kontrast w stosunku do tego ciaglego wypytywania o wszystko, do tej wymiany usciskow dloni,do tych afrykanskich usmiechow i pozdrowien. Moze i wyprzedzamy Afryke w rozwoju technologicznym,moze i zyjemy sobie wygodniej i bardziej komfortowo, ale w dziedzinie szczerej ludzkiej serdecznosci to Afryka dawno zostawila nas w tyle i to my powinnismy usiasc wuczniowskiej,oslej lawce zganieni przez nauczyciela za nieodrobiona lekcje!
Picture_432-bunyonyi.jpg
Picture_443-bunyonyi2.jpg
jez. Bunyonyi
Wybieram sie na spacer wokol wyspy. Widoki fantastyczne. Czlowiek nigdy zadnym swym dzielem nie dorowna temu, co natura dawno juz stworzyla, daremne sa wszelkie proby. Docieram do jakiejs malej wioski ukrytej w bananowym gaju. Sensacja! Biala kobieta! Muzungu w naszej wiosce! Dzieciaki biegna z piskiem by uscisnac mi reke. Skad te emocje przeciez tylu tu bialych, cala wyspa jest ich pelna, stezenie jak nigdzie indziej w kraju! ... Wyleguja sie jednak na kanapach calymi dniami i rzadko ktory czuje potrzebe i chec by podreptac troche po okolicy. Siedze na werandzie i przegladam sie im. Nalezymy do dwoch roznych swiatow i chociaz przywiodla nas tutaj ta sama ciekowosc, ta sama chec poznania to nie ma miedzy nami zrozumienia.Stoimy po prostu na dwoch roznych biegunach. Podrozujac w pojedynke czlowiek siega pewnego wymiaru samotnosci, ktore nigdy wczesniej nie doswiadczyl. Samotnosc ta czasem uwiera,ta samotnosc jest czasem trudna,ale jednoczesnie otwiera na innych, na innosc,na to,co dziwne, niezrozumiale, obce.
O ironio! Tak oto wsrod bialych Europejczykow czulam sie bardziej samotnie niz wsrod Muzrzynow, ktorych jezyka nawet nie znam.

WULKAN W MOIM ZYCIU

Picture_491-sabinyo.jpg
Mt. Sabinyo
Na ostatni, trzeci wierzcholek wchodzi sie po drabinach pozbijanych z kijow i galezi, przegnilych w niektorych miejscach z nadmiaru wilgoci. Stromo jak diabli. Najlepiej nie rozgladac sie na boki tylko uwaznie piac sie do gory.Trwa ta wspinaczka dobrych 30minut, przy czym nachylenie wynosi jakies 70-80 stopni! Miesnie az trzesa sie ze zmieczenia, bo to przeciez juz piata godzina stromego podejscia. Dwa wierzcholki juz zdobyte, tylko jeszcze ten jeden,ostatni. Oddech ciezko zlapac, bo to juz grubo ponad 3500m npm,pot leje sie z czola choc tuz nad glowa wisi paskudna, na szaro od spodu "przypalona",deszczowa chmura. Przez glowe przechodzimysl "nie dam rady, po prostu nie dam rady!". Moze i checi nie brak, ale sily w miesniach owszem. Nogi jak klody, bardziej ciagna w dol niz do gory, od wchodzenia po drabinie bola plecy w kazdym, nawet najbardziej skrytym zakamarku,rece z wysilku mdleja... Mysli o kapitulacji bombarduja glowe nieustepliwie i wytrwale. W tym momencie, gdzies zza krzekow, gdzies tam daleko z gory dobiega radosny glos Bergsona,mojego przewodnika: - Polowa drogi juz za nami!
I to niby miala byc dobra wiadomosc, w mych uszach zabrzmiala jednak jak wyrok, jak gwozdz do trumny i krzyzyk na droge. A wiec jeszcze raz tyle, jeszcze raz tyle zmagan o kazdy centymetr, o kazdy krok. Przeciez tego sie nie da zrobic!
Gory zawsze budzily we mnie najwiekszy szacunek, bo gory pokazuja czlowiekowi jego wlasciwe miejsce, ucinaja jego ambicje zbyt rozpasane, drwia sobie z ludzkiej wiary we wlasne mozliwosci i sile, wysoko zadarta glowe kaza czlowiekowi pochylic skromnie i wlasna uznac malosc, niedoskonalosc i slabosc. Gory daja czlowiekowi wielka lekcje pokory. I ja, uwieszona na drabinie, przerabialam wtedy moja lekcje pokory. Kiedy jednak czlowiek sam przed soba uzna wlasna niemoc wobec potegi przyrody, ktora byla tu przed nami i przetrwa nas zapewne, wtedy nastpeuje niezwykla w czlowieku przemiana. Krok po kroczku,myslami nie siegajac przeszlosci ani przyszlosci,skromnie,ze spuszczona glowa i wzrokiem utkwionym na najblizszym metrze drogi, znow zaczyna piac sie do gory, sile skad biorac nie sposob odgadnac! Tak jakby gory dajac nam lekcje pokory okazywaly swa laske,gdy tylko uznaja,ze lekcje te zesmy wlasciwie odrobili.
Picture_53.._sbinyo.jpg
widok ze szlaku
Tak tez bylo wtedy, gdy ogromnym wysilkiem miesni i woli zdobywalam Mount Sabinyo (3669m npm) jeden z siedmiu nieczynnych juz wulkanow w pasmie Virunga. Nie jest to ani najwyzszy,ani najnizszy z nichwszystkich, a ksztaltem najmniej z nich wszystkich przypomina wulkan. A jednak widoki z ostatniego wierzcholka, swa potega i wulkaniczna masywnoscia prawdziwie odbieraja mowe. Najwyzszy z wszystkich wulkanow Mount Muhavura (4127m npm) a u jego stop z wszystkich najnizszy Mount Gahinga (3437m npm),nad nimi zas klebia sie deszczowe chmury.W zielonych dolinach wszystko zas mieni sie na zloto cieplym oswietlone sloncem.
Picture_53..n_guide.jpg
Moj przewodnik na drabinowym szlaku
- Brawo! Udalo sie! Witamy na trzecim wierzcholku! - z usmiechem oznajmia Bergson,gdy ledwo lapiac oddech docieram w koncu na szczyt. Jest satysfakcja,jest radosc i szeroki mimo zmeczenia usmiech od ucha do ucha. Bez wiz, bez placenia haraczu w dolarach, bez wypelniania formularzy i stania w kolejkach znalazlam sie w trzech krajach jednoczesnie: w Rwandzie, Ugandzie i Kongo i moglam sobie z jednego do drugiego dowolnie przeskakiwac i chociaz raz zadrwic sobie, chocby tak symbolicznie, z wizowych formalnosci. Bo trzeci wierzcholek Mount Sabinyo ma te dziwna polityczna wlasciwosc,ze go podzielily miedzy siebie te wlasnie trzy kraje.
Schodzimy w tempie ekspresowym, a i to zajmuje nam trzy godziny. W najprawdziwszym w swiecie, gestym i dziewiczym bambusowym lesie,ktory rosnie u stop Mount Sabinyo, swa swiezoscia strasza slady afrykanskich bawolow. Zadnego jednak nie udalo nam sie spotkac. Kolacje przy kominku pochlaniam jak odkurzacz, a sen mam twardy jak kamien az do smego rana,chc burze i zawieruchy i wiatry jakies wscikle tarmosza namiotem bez wytchnienia.

Wysłane przez aidni 02:33 Kategoria Uganda

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Komentarze

U stóp Muhabury (tak jest po rwandyjsku) leży moja była parafia Kinoni a u stóp Sabyinio - Kampanga gdzie dojeżdzałem do jedynej znanej mi katolickiej parafii prowadzonej przez Zakonnice (Siostry od Aniołów)zaś pod Gahingą jest Gahunga Parafia prowadzona przez Ojców Karmelitów. Podziwiam Cię Olu i żałuję że nie wiedziałem że na Sabynio jest podejście od strony Ugandy...

przez xkazik

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Login