Travellerspoint Blogi z podróży

Sudan

04.10 - 11.11

sunny 34 °C

WADI HAFA
Do malenkiego portu na polnocy Sudanu dotarlismy juz kolo 12. Po drodze mijajac wspaniala swiatynie w Abu Simbel, ktora nakladem ogromnych srodkow i wysilkow uratowano od zalania po budowie wielkiej tamy w Asuanie. Rejs po jeziorze Nasser to niezwykla przygoda. O ile noc byla wspaniala tak w dzien jest tu prawdziwe pieklo. Temperatura siega 35 stopni, cienia brak a formalnosci na granicy sudankiej trwaja grubo ponad 4 godziny, takze dlatego ze pierwszenstwo w wyladunku maja towary a nie ludzie...a w dodatku nas statek sluzy za tlo do teledysku, dlatego odprawa sie opoznia. Jak widac gwiazdy ekranu i sceny maja swoje prawa pod kazda szerokoscia geograficzna.
Picture_019.jpg
Nasz statek w porcie

Po zejsciu z pokladu czekamy w nieskonczonosc na obowiazkowy meldunek, ktory w dodatku kosztuje 30 USD. Wykonczeni padamy na lozka w niezwykle obskurnym hotelu. Koniec egipskich luksusow, zaczyna sie prawdziwa Afryka.
Picture_020.jpg
W hotelowym korytarzu

PAKIET PRZYGOD NA POCZATEK
Nie wie o trudach podrozowania nic ten, kto nie droga ladowa nie pokonal polnocnego Sudanu.
Nie jest latwo sie stad wydostac i nie jest latwo stad gdziekolwiek dotrzec, bo Wadi Halfa istnieje praktycznie wylacznie dzieki temu, ze co tydzien przyplywa tu statek wyladowany po brzegi ludzmi i towarami z Egiptu.
Inaczej nie byloby tu nikogo ani niczego, a gliniane miasteczko pochlonelaby natychmiast pustynia.
Przekonalismy sie o tym dosc szybko, gdy okazalo sie ze najblizszy autobus odjezdza do miejscowosci Dongola dopiero nazajutrz o 13.00, zas pociag do stolicy jest tylko raz w tygodniu.
Sudan to jednak prawdziwe podroznicze wyzwanie. Trudno wyobrazic sobie drogi bardziej
wyboiste, o nawierzchni przypominajacej tarke, ktore pokonac moze jedynie pancerny autobus o wysokim jak ciezarowka zaweszeniu, pedzacy z predkoscia ok 70 km / h.
Rzuca czlowiekiem jak workiem z ziemniakami, gdy ten pancerny pojazd przedziera sie zuchwale przez wszechobecna, kamienno-piaszczysta pustynie.
Trudno zlapac oddech, gdy przez kazdy otwor, chocby i najmniejszy, wdziera sie drobny pyl, drobniejszy nawet niz piasek, wydobywajacy sie spod kol calymi tumanami. Ale nie na tym koniec. Bo skoro jest Sahara to i musi byc goraco, i to jak! Goraco jest jak w piecu, slonce pali jak ogromna grzalka. Nie pomoze zadna ilosc wypitej wody, nic nie zwyciezy zaru Sahary.
Trwa to 11 godzin. Cale nieskonczenie dlugie 11 godzin!!! Choc mimo zapewnien biletera mielismy byc na miejscu juz 7 godzinach. W Afryce czas jednak plynie inaczej, jakaz to roznica czy autobus ma spoznienie czy nie, ktoz by sie przejmowal.
Po drodze widoki pustyni zachwycaja, przerazaja i zasmucaja jednoczesnie. Gliniane wioski i bieda, jaka trudno sobie nawet wyobrazic.
Ludzie zyja tu tylko zeby przetrwac, bo na tyle tylko pozwala im bliskosc Nilu i ogarniajaca reszte swiata Sahara.

O BIWAKU POD CHMURKA I OSIOLKU, KTORY NAS OBUDZIL
Kiedy zapada zmrok, dla odmiany, zaczyna sie robic zimno i to nie na zarty. Okolo 1.00 w nocy docieramy do malego, calkowicie uspionego miasteczka Kerma i ku naszemu zdziwieniu (oprocz Bartka, ktory towarzyszy mi w mojej podrozy az do Addis Ababy, bylo z nami dwoch brytyjskich podroznikow) dowiadujemy sie, ze nasz autobus do Dongoli nie pojedzie ani metra dalej. Zorganizowano dla nas jednak transport zastepczy
w postaci wysluzonego juz pikupa marki Toyota. Trzymamy sie czego sie da usilujac nie wypasc jakos z paki. Zimno przeszywa cale cialo, a kierowca pedzi po pustynnych wybojach nie znajac strachu ani hamulca. Marzenie jest tylko jedno - lozko jakiekolwiek, nawet w norze porownywalnej do tej z Wadi Halfa. Wreszcie widac jakies swiatla i jakies niemrawe zabudowania.Patrze na zegarek dochodzi 2.00 w nocy. Wysiadamy uradowani - nareszcie koniec koszmaru. Kierowca jednak na pytanie o hotel usmiecha sie bezradnie.
Cos tu jest nie tak. Barwna gestykulacja zostajemy w koncu poinformowani, ze Dongola jest po drugiej stronie Nilu, a mozna sie tam dostac jedynie promem, ktory bedzie dopiero rano. A wiec to nie koniec przygody.
Skoro jednak nie ma hotelu, to trzeba spac pod chmurka,
chociaz tutaj wypadaloby powiedziec "pod gwiazdami". Bo chmur brak, a gwiazd zatrzesienie. Rozgladam sie wokol. Tu i owdzie stoi pare pikapow, kilka chalup skleconych z blachy falistej, kilka stolikow, pare krzesel. Rozkladamy karimaty i spiwory. Na sen nie trzeba czekac - przychodzi natychmiast.
O poranku budzi nas histerycznie glosne "ihaaaa, ihaaa"!!! tak glosne, ze obudziloby chyba umarlego. Otwieram oczy: tuz obok naszego obozu pasie sie radosnie osiolek, a owe kilka pikapow i rozpadajacych sie bud, ktore tak niepozornie wygladaly w nocy, przemienilo sie w tetniacy zyciem dworzec autobusowy i targ, posrodku ktorego obudzilo sie 4, zupelnie zdezorientowanych i calkowicie
zakurzonych bialasow.

Picture_022.jpg
autobus do Dongoli
Picture_024.jpg
asfaltowe kawalki drogi wyrastaja czasem zupelnie nieoczekiwanie, niestety szybko sie koncza

BURZLIWA HISTORIA JEDNEJ FOTOGRAFII
A z Chartumu zdjec nie bedzie, choc dokladniej rzecz ujmujac bedzie tylko jedno, bo w Chartumie, ponad czteromilionowej stolicy Sudanu, robienie zdjec jest zajeciem wysoce niebezpiecznym o czym przkonalam sie na wlasnej skorze. A bylo tak.
Przyznaje sie bez bicia, dalam sie uwiesc nowoczesnemu wygladowi, wielkomiejskiej atmosferze Chartumu i gdy juz poczulam sie swojsko nadszedl piekny zachod slonca. Oswietlona na zloto ulica idzie smukla kobieta, przejzedza samochod - ujecie gotowe. Wyciagam szybko aparat i po prostu naciskam migawke. Nie minela nawet chwila, gdy podszedl do nas dosc wysoki mezczyzna, ubrany zupelnie zwyczajnie
i informuje nas, ze zrobilam zdjecie w niedozwolonym miejscu. Prowadzi nas do stojacego nieopodal policjanta. Tak zaczela sie prawdziwa droga przez meke. Legitymowanie, wiz sprawdzanie, wydzwanianie, w rejestry wpisywanie, ogladnie zdjecia. Nim zdazylam powiedziec chocby pare slow o tym, ze przeciez nie bylo nigdzie napisane, ze zdjec tu robic nie wolno i ze moge zdjecie to skasowac i zajmie to sekunde, juz wokol nas zrobilo sie tlumno i gwarnie. Policjanci, z kalasznikowami przewieszonymi przez ramie, podaja
sobie nasze paszporty, moj aparat wedruje z rak do rak. Nikt nie zwraca na nas uwagi. Po chwili wsadzaja nas do radiowozu i mkniemy na klaksonie przez miasto. Trwa to chwile, gdy w koncu zostajemy wysadzeni przed jakims nieoznakowanym budynkiem. Otwiera sie brama, wchodzimy na dziedziniec, brama zamyka sie natychmiast. Dostajemy dwa krzesla, a oni siadaja pare metrow dalej. Zaczyna sie prawdziwa wojna nerwow.
Obserwuja nas, smieja sie wesolo, gdy z meczetu glos muezina wzywa do modlitwy, rozkladaja dywany i modla sie. Nie odpowiadaja na nasze pytania, nie umieja albo nie chca mowic po angielsku, przygladaja sie za to bardzo uwaznie. Trwa to moze ok. godziny, dla mnie to jednak jak cala wiecznosc. Niedobry to koktail, w ktorym zmieszana jest niewiedza, niepewnosc i poczucie bezradnosci. W glowie rodza sie czarne mysli, a panika
czai sie tuz za rogiem. W koncu brama otworzyla sie ponownie. Na dziedziniec wjechalo eleganckie, srebrne auto. Wysiadl z niego rosly mezczyzna i zaczelo sie przesluchanie, ktore trwalo dosc krotko. Upewniony, ze nie jestesmy dziennikarzami i wysluchawszy moich mocno przesadzonych zachwytow nad Sudanem zwrocil nam na krotko, na szczescie, utracona wolnosc. A zdjecia nawet nie kazal kasowac.
Gdy znow stalam na ulicy, jezdzily gwarnie samochody i tuktuki, ludzie handlowali i usmiechali sie wesolo, nogi ugiely sie pode mna i dalabym wtedy wszystko za setke naszej polskiej wodki, ale w muzulmanskiem kraju musialam zadowolic sie jedynie harbata.
01_03_2001_411.jpg
Zakazane zdjecie

HERBACIARKO-KAWIARKI
Jesli cos w Sudanie urzeklo mnie naprawde, tak prosto w serce i od pierwszego wejrzenia to byly to herbaciarko-kawiarki, ktore na ulicach wszystkich, bez wyjatku miast i miasteczek, sprzedaja przechodniom piekielnie slodka herbate i mocno kardamonowa kawe (za mocno). Kolorowo ubrane kobiety siedza w cieniu drzew, przed soba maja stoliczek ze szklaneczkami, sloiczkami z kawa, herbata i cukrem, a tuz pod reka, na palenisku,
czajnik z gotujaca sie woda. Wokol zawsze pelno jest klientow, o wolny stoleczek jest ciezko, niezaleznie od pory dnia. Na szczescie jednak takich herbaciarek jest liczba ogromna. W Sudanie bowiem kawe i herbate wypic mozna tylko u herbaciarek i kawiarek. Zadna restauracja czy zwykla nawet jadlodajnia nie osmielilaby sie sprzedawac swym klientom cieplych napojow i tym samym odbierac tym kobietom jedyne ich zrodlo zarobku. Nawet w kosmopolitycznym i nowoczesnycm Chartumie, restauracje nie serwuja cieplych napojow w ogrodkach,
a jedynie wewnatrz, gdzies na koncu, w ciemnym kacie sali. Instytucja herbaciarko-kawiarki jest w Sudanie pod scisla ochrona i co najwazniejsze jest to ochrona skuteczna. Barwnych herbacianych stanowisk nie brakuje i raczej dlugo jeszcze, na szczescie, nie zabraknie.

01_03_2001_425.jpg
Tradycyjnie podana sudanska kawa lub herbata

SUDANSKIE LOVE STORY
"-Sursar! Sursar! - do dzis zdarza mi sie snic o niej, a nawet wypowiadac jej imie gdy spie. Moja zona bardzo sie zlosci, nie moze zrozumiec, ze moje serce nie zapomnialo o Sursar. Spojrz tylko!- siedzacy tuz za mna w tlocznym autobusie Sudanczyk wrecza mi komorke
ze zdjeciami egipskich pieknosci - bardzo byla do nich podobna. Kochalem sie w niej przez 10 lat. Marzylem o niej, bo byla taka piekna."
Autobus podskakuje na wybojach, z glosnikow plyna religine, muzulmanskie piesni. Z nieba leje sie prawdziwy zar, jak to w Sudanie, jak to na pustyni. Z kazda chwila jestesmy coraz blizej granicy etiopskiej, ale milosc do pieknej Sursar kpi sobie z czasu, a tym bardziej kpi sobie z granic.
"Tutaj w Sudanie kochac nie jest latwo - opowiadal dalej - slub musi sie odbyc za zgoda rodzicow, a jej matka nie chciala mnie. Sprzedala Sursar jakiemus wojskowemu i przestalismy sie widywac, plakalem codziennie. W koncu sam sie ozenilem i mam dzis troje dzieci. Tylko troje bo ozenilem sie pozno, moi koledzy maja juz kazdy siedmioro. Opowiadam ci o tym dlatego, ze po tych wszystkich latach widzialem dzis Sursar na ulicy, udawala ze mnie nie widzi i poszla swoja droga. Ale ja jej nigdy nie zapomne". Takie to oto historie mozna uslyszec w sudanskich autobusach.

POSTSCRIPTUM
Sudan jest nie tylko biedny, jest przede wszystkim smutny. Ludzi, choc uczciwych i serdecznych, wypelnia jakis smutek, jakby nie wierzyli w jutro, jakby nie starczalo im energii, woli, nadziei. Wszedzie czuc niestety, ze to kraj rzadzony przez rezim, wszystko jest zniewolone, skrepowane, pozbawione inicjatywy i po trosze takze zycia. Zbyt krotko tu bylam by moc ocenic, czy winna jest temu pustynia, polityka, religia czy ciagnaca sie latami wojna, ale takie wrazenie, taki obraz Sudanu zabralam ze soba do Etiopii, ktora na szczescie okazala sie calkowitym Sudanu zaprzeczeniem. Kontrast ten czuc juz bylo na granicy, ktora w tym miejscu jest nie tylko punktem
odprawy paszportowej, ale prawdziwym zderzeniem dwoch, calkowicie odmiennych swiatow.

Picture_025.jpg
Picture_023.jpg
Najpiekniejsi w Sudanie sa zwykli ludzie

Wysłane przez aidni 03:45 Kategoria Sudan

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Komentarze

Aresztowali?! I nie zadzwoniliscie do swego obroncy?! Fantastyczna podroz :)super zdjecia, czekam na dalsze relacje, btw, w sudanskich aresztach chyba marnie z netem;)

przez durgama

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Login