Travellerspoint Blogi z podróży

Iquitos

Zapiski z dzienniczka podróży, 5-8 listopada 2007

sunny 32 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Jest już ciemno i leje tak mocno, jak tylko mocno lać potrafi w tropikalnej dżungli: ciężko, gęsto i obficie. Boeing linii lotniczych Star Peru schodzi do lądowania. Wysunięte podwozie, otwarte klapy na skrzydłach. Jest nisko, coraz niżej, niżej i niżej. Mija budynek lotniska, ale wciąż jeszcze nie dotknął ziemi a już dawno powinien. Pod skrzydłami ucieka pas startowy, ucieka bardzo szybko. Na pokładzie cisza zupełna, dłonie pasażerów kurczowo wbijają się w poręcze siedzeń, każdy jakby zastygł w dramatycznym oczekiwaniu. Nagle uderzenie – samolot nie ląduje, raczej spada z kilku metrów na pas hamując z całą siłą. Woda tryska z impetem spod kół i uderza w gorące silniki – powstają kłęby pary i pierwsza paniczna myśl w umysłach pasażerów: - Palimy się, płoną silniki! a zaraz za nią następna i następna: - Nie zdążymy przed końcem pasa, wpadniemy w poślizg, nie wyjdziemy z tego cało!
Nikt jednak nie krzyczy, nikt nie woła o pomoc, nie słychać głośnych modlitw i wołań do Boga. Trwa to może chwilę, ale jest to jedna z tych chwil, które zdają się być nieskończone.
Samolot zatrzymuje się gwałtownie, na samym końcu pasa. Na pokładzie cisza, gęsta, ścięta strachem, pełna jeszcze przerażenia... a wśród tej ciszy, nagle i nieoczekiwanie z głośników płynie entuzjastyczny i radosny, ba, wręcz euforyczny głos kapitana: - Ladies and Gentelmen welcome to Iquitos!

Iquitos – miasto w samym sercu dżungli, wydarte jej siłą niezwykłej wytrwałości i uporu, którymi przyroda obdarzyła chyba jedynie ludzkość. Największe miasto na świecie (ponad 300 tys. mieszkańców), do którego nie można dotrzeć inaczej jak tylko samolotem (z Limy 100$ + 6$ opłaty lotniskowej) lub statkiem (100 soli). Przedziwne to uczucie znaleźć się nad brzegiem Amazonki, na tej ludzkiej wysepce, którą zewsząd otacza najprawdziwsza w świecie dżungla – celva grande, gęsta, wroga i niebezpieczna.
Iquitos tętni życiem, jak każde tropikalne miasto. Hałas, brud i harmider, wilgotno, gorąco i lepko. Typowa tropikalna atmosfera, z tą jednak różnicą, że praktycznie nie ma tu samochodów. Zdecydowana większość ruchu ulicznego spoczywa na barkach riksz motorowych, tzw. mototaxi. Są to motory z domontowanym z tyłu, zadaszonym siedzeniem dla dwóch pasażerów. Tych pojazdów jest wszędzie pełno i przewożą dosłownie wszystko, od ludzi po sprzęt AGD, od skrzynek z owocami po butle z gazem, od zwierząt gospodarskich po meble. Przemieszczają się chmarami, krążą w kółko po całym mieście jak rój szarańczy. Nie mają postojów, łapie się je w biegu, prosto z ulicy.
Traffic_in_Iquitos.jpg
mototaxi na Plaza de Armas

W Iquitos u brzegu Amazonki rozciąga się dzielnica Bélen, najbiedniejsza dzielnica w mieście. Chybotliwe chatki kryte strzechą z liści palmowych, a co solidniejsze blachą falistą, stoją na wysokich palach, jedne obok drugich. W porze deszczowej Bélen „unosi się” na wodzie, a ludzie przemieszczają się między domkami na łodziach. Jest to ponoć widok niesamowity, zachwycający i egzotyczny. Teraz jednak Bélen stoi twardo na ziemi, ziemi brudnej i zaśmieconej, nie ma egzotycznej atmosfery jest za to cała naga prawda o biedzie i wykluczeniu, o społecznych podziałach, które w Iquitos wyznaczają schody łączące Bélen z resztą „lepszego” miasta. Na górze schodów promenada, sklepy, restauracje i stare przegniłe tropikiem kamienice, z czasów gdy mieszkali tu jeszcze kauczukowi baronowie i ich żony, które wysyłały pranie statkami do Paryża, a na dole tych schodów ... byle jakie domki, bieda, wzgarda, głód i bylejakość czyli Bélen, po hiszpańsku Betlejem.
Belen.jpg
Belen

Sercem Iquitos, jak każdego miasta w Peru, jest Plaza de Armas. Kościół, palmy, restauracja w amerykańskim stylu i Casa de Fierro czyli żelazny dom. Zaprojektował go Eiffel. Tak, tak, ten sam, który jest autorem słynnej paryskiej wieży. Żelazny dom składano z przygotowanych we Francji i przywiezionych tu statkami elementów. A działo się to w czasach, gdy Iquitos było miastem bogatych ponad miarę, europejskich, kauczukowych dorobkiewiczów. Dziś „żelazny dom” wygląda zupełnie niepozornie i powiem szczerze rozczarowująco, od paryskiej koleżanki dzielą go lata świetlne. Zatrzymujemy się bardzo blisko Plaza de Armas, u pewnego Francuza, który zamieszkał w Iquitos wraz ze swoją tropikalną pięknością i właśnie remontuje, starą gnijącą, kolonialną posiadłość przekształcając ją powoli w bardzo przyzwoity hotelik (ulica Raimondi 183, szyldu na razie brak). Pokoik (30 soli dwójka z łazienką) mamy kolorowy, czysty, urządzony z europejskim gustem. Na dziedzińcu kuchnia pod gołym niebem, po blacie chodzi wściekle zielona papuga i inny jakiś egzotyczny ptak z kolorowym dziobem. Ale kto by myślał o gotowaniu! Jeśli jeść w Iquitos, to tylko na ulicznych straganach, garkuchniach lub na mercado, czyli na targu. W każdym mieście w Peru jest przynajmniej jedno mercado, czyli zadaszony, miejski targ. Nie ma dwóch takich samych, każdy z nich ma swoją niepowtarzalną atmosferę i swoją specjalność. Mercado w Iquitos to mercado tropikalne. Nad samym brzegiem Amazonki, schodami połączone z portem. Ruch panuje tu niesamowity, stoły uginają się pod ciężarem potężnych rozmiarów melonów, arbuzów, ananasów i papai, słodziutkich tropikalnych bananów i soczystych mango. Chmary much latają natrętnie nad wystawionymi na sprzedaż rybami a co jakiś czas przemykają tu i ówdzie chude, bezdomne psy niepostrzeżenie starając się porwać chociaż mały kęs czegokolwiek.
Co do serwowanych w Iquitos specjałów to trzeba przyznać, że ryba w liściu bananowym bywa w smaku nieco mulista, za to przekąska zwana „yuka” jest jak najbardziej godna polecenia. Owoce są po prostu wyśmienite, uliczni sprzedawcy sprawnie obierają je ze skórki i podają z uśmiechem – nie skosztować to grzech. Ale dla mnie królową Iquitos jest papaja, a dokładnie sok z papai. Jeśli raj istnieje, to sok z papai pije się tam jak na ziemi wodę.
Streets_of_Iquitos.jpg
ulice Iquitos
Colored_market.jpg
kolorowy targ

W porcie Henry kupujemy u kapitana bilet na rejs do Pucallpy (100 soli z wyżywieniem). Czeka nas 5 dniowa podróż po wodach Amazonki i Ucayali, przez soczyście zieloną dżunglę, na pokładzie towarowo-pasażerskiego, pomarańczowo-zielono-białego statku Henry V, spanie w hamakach (trzeba mieć własny, do kupienia na targu w Belén za 20 soli) pośród grubo ponad setki innych pasażerów, start jutro o 17:30.
Boats_in_the_port.jpg
Statki w porcie Henry

Z dzienniczka podróży - dzień później:
16:00 – nasze hamaki już dawno rozwieszone. Bujam się leniwie i obserwuję tłoczących się pasażerów, w porcie nerwowa atmosfera – trwa załadunek towarów.
17:30 – dowiadujemy się, że wypływamy o 18:00.
18:00 – statek stoi tak jak stał i nic nie wskazuje, że szybko wypłyniemy.
18:30 – wśród pasażerów roznosi się wieść, że wypływamy mañana czyli jutro i to dopiero w południe.
9:30 – wstaję i podsłuchuję współpasażerów. W powietrzu unosi się wyraźne powątpiewanie w nasze rychłe wypłynięcie.
12:00 – dostajemy obiad a zaraz potem wiadomość, że wypływamy...mañana o 17:30. Nie wierzę własnym uszom, to przecież niemożliwe! W akcie desperacji i protestu, zostawiamy nasze rzeczy na pokładzie zabierając tylko to, co najcenniejsze i wyruszamy na miasto pocieszyć się sokiem z papai.
16:30 – tknięci jakimś dziwnym przeczuciem wracamy do portu i słusznie. W międzyczasie mañana 17:30 zmieniła się na hoy czyli dzisiaj 18:30.
19:15 – nareszcie wypływamy z Iquitos do Pucallpy, z 26 godzinnym opóźnieniem względem planu. Planu? Jakiego planu? Przecież „plan”, „rozkład jazdy” czy jakikolwiek inny czasowy porządek nie mają w tropikach racji bytu. Nieważne czy to Peru czy Indie. Czas w tropikach po prostu płynie inaczej. W Indiach na pytanie czy autobus odjedzie o tej czy tamtej godzinie, w odpowiedzi uzyskujemy specyficzne kiwnięcie głową, które może oznaczać zarówno „tak” jak i „nie”, „nie wiem” i „być może”. A tutaj w Peru wszystko jest po prostu mañana.

Za drzewami i gęsto porośniętym dżunglą brzegiem gasną powoli światła Iquitos. Wypływamy na „szeroki przestwór” Amazonki, na dalekim horyzoncie niebo rozdzierają pioruny. Przed nami pierwsza noc na największej rzece świata, wśród barwnego towarzystwa mieszkańców dżungli, którzy uczynili ten rejs jednym z moich najbardziej kolorowych wspomnień z podróży.

Wysłane przez aidni 15:24 Kategoria Peru

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Login