Travellerspoint Blogi z podróży

Autobusem z Limy do Cusco

23/24 październik 2007

overcast 20 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Jest takie miasto, gdzie przez prawie cały rok nie pada. Jest takie miasto, gdzie w ciągu 365 dni słońce wygląda zza chmur zaledwie kilka razy. Jest takie miasto, gdzie przez większość czasu jest wilgotno i szaro, po prostu szaro. A ta wszechobecna szarość i lepka wilgoć to owoce kompromisu, który zawarły dwie sąsiadujące ze sobą potęgi – Ocean Spokojny i wielkie Andy. To miasto to Lima, stolica Peru, licząca sobie według ostatnich szacunków ponad 8 milionów mieszkańców. Oni także zawarli kompromis. Za obietnicę lepszego życia, za szansę na dobrą pracę, na komfort i wygodę zrzekli się bezkresnych, złotych pastwisk na andyjskim płaskowyżu, wysokich, wiecznie ośnieżonych przełęczy, gęstej, kipiącej zielenią dżungli, a nade wszystko błękitu nieba, by żyć w szarości, ciasnocie, otoczeni brzydotą rozwijającej się chaotycznie stolicy. Marzenie o dostatku, o szerokich perspektywach i możliwościach spełniło się dla niewielu. Lima otoczona jest slumsami, jak twierdza.
Miraflores_-_Lima.jpg
W parku miłości w Limie
Palace_-_Lima.jpg
Pałac Biskupi na Plaza de Armas
Jest godzina 18:30, mój drugi wieczór w Peru. Siedzę w wygodnym fotelu i spoglądam przez okno. Autobus jest komfortowy i czysty, każdy pasażer ma swoje wyznaczone miejsce, żadnego szarpania się, przepychania, podstępnego podsiadania, żadnego podróżowania na stojąco czy spania na podłodze. Bagaże odprawiane są w specjalnych okienkach jak na lotniskach. Zaskakuje mnie to zorganizowanie, ten porządek jakiś taki nienaturalny, niepasujący do tego bałaganiarstwa i bylejakości, której wszędzie wokół nie brakuje. No bo weźmy choćby prosty przykład: w stolicy Peru nie ma jednego, głównego dworca autobusowego, a autobus to tutaj absolutnie podstawowy środek komunikacji. Konkurencja jest ogromna. Wiodących firm transportowych jest kilkanaście a pomniejszych pewnie dziesiątki. Każda z nich ma swój dworzec, w innym kącie miasta, dodajmy miasta nieznośnie rozpasanego i rozlazłego. Człowiek przyjeżdża do Limy, wysiada z autobusu po kilkunastu godzinach podróży i od razu próbuje niemożliwego: rozkłada plan miasta usiłując się zorientować, gdzie jest, ale na próżno. Ulice nienazwane, brak wyraźnych punktów orientacyjnych, ręce opadają prędzej czy później, nie wiadomo kiedy i jak, a już siedzi się w taksówce z miną pełną rezygnacji. Z Limą po prostu nie można wygrać.
Ruszamy punktualnie. Jako jedyni gringos (czyli biali turyści) na pokładzie mercedesa firmy Flores relacji Lima - Cusco (80 soli / os.) zbieramy naręcze szerokich uśmiechów od współpasażerów. Przed nami 20 godzin drogi.
Obok mnie mój towarzysz podróży Marcin, który przed dwoma miesiącami wysłał do mnie smsa zawierającego krótkie pytanie: „nie pojechałabyś ze mną do Peru?”. I jakoś tak zupełnie nieracjonalnie, całkowicie spontanicznie odpowiedziałam „tak”, zaskakując tym sama siebie. I chociaż podróży do Peru nie planowałam w najbliższym czasie, siedziałam teraz w autobusie przez okno spoglądając na Limę, z której wydostawaliśmy się prawie godzinę.
Gdy tylko przedarliśmy się przez miasto kierowca natychmiast uruchomił telewizory, jeden z charczących głośników wisiał tuż nad naszymi głowami. I zaczęło się! Peruwiańczyków i Hindusów łączy na pewno jedno: zamiłowanie do życia w hałasie. Jeżeli puszczać film to na cały regulator, żadnych półśrodków, półtonów, przyciszania i kombinowania. Repertuar i tu i tu jest niezmienny: w Indiach bollywoodzkie romanse, w Peru amerykańskie kino akcji z idolem numer jeden w roli głównej tj. Jean Claudem Van Damem. Jedyną szansą na przetrwanie jest posiadanie zatyczek do uszu!!!
The_Andes.jpg
The_Andes_2.jpg
Andy
Nie jestem w stanie pojąć jakim cudem zasnęłam i spałabym pewnie do rana, gdyby w środku nocy nie obudził mnie huk eksplodującej bomby, a może jakiejś wyrzutni rakiet, kto by tam to wiedział i rozróżniał, wybuchom i strzałom nie było przecież tej nocy końca. Na ekranie Van Dam z narażeniem życia po raz kolejny ratował świat przed zagładą, tymczasem nasz autobus mozolnie wspinał się do góry, silnik jęczał. Za oknem spowite we mgle i księżycowej poświacie przedgórze Andów, wyglądało zupełnie nieziemsko.
Wjechaliśmy do jakiegoś położonego wysoko w górach miasteczka. Przez okno, wśród ciemności nocy dostrzegam lepianki, kryte strzechą lub blachą falistą. Ulica, którą jedziemy jest tak wąska, że nasz autobus prawie ociera się o ściany budynków i to z obu stron. Przez większość czasu jest pusto i ciemno. Gdy wjeżdżamy na większy plac, raptem wokół naszego autobusu robi się gwarno. Otoczyły nas handlarki, unosząc na kijach pod nasze okna koszyki z jedzeniem i napojami. Dalekobieżne autobusy w Peru są bowiem wysokie, jakby dwupoziomowe. Na pierwszym poziomie znajduje się kabina kierowcy i luki bagażowe, na drugim pokład pasażerski. Jest naprawdę wysoko. Spoglądam na zegarek, jest 02:00. Nadzieja, że któryś z pasażerów, zbudzony w środku nocy, poczuje pragnienie lub głód, otworzy okno i zapłaci kilka soli za kawałek chleba lub jakieś przekąski jest silna, sprawia, że kobiety te czekają na przejeżdżające tędy autobusy w środku nocy, czekają wystawione na wiatr i przejmujący chłód. Patrzę na nie z pokorą. Daleko od wygodnych i spokojnych brzegów Europy, świat wygląda zupełnie inaczej. Przetrwanie kosztuje tu znacznie więcej. Odjeżdżamy. Żadne okno się nie otworzyło, ani jedna ręka nie wrzuciła kilku soli do któregokolwiek koszyka, nikt niczego nie kupił...
Gdy budzę się ponownie wczesnym rankiem, z trudem otwieram oczy. Mam wrażenie, że głowa spuchła mi jak balon, nos szczypie, uszy zatkane. Czuję się ciężka i zupełnie bez sił. Soroche, czyli choroba wysokościowa zaskoczyła mnie znienacka, kiedy spałam. Różnica wysokości w Peru jest ogromna. W przeciągu zaledwie kilku godzin z poziomu 0 m n.p.m. człowiek zostaje raptem rzucony na 4000 m i jeśli obudzi się rano, z poczuciem, że brakuje mu tlenu, a ciśnienie rozrywa mu głowę, natomiast za oknem ujrzy ośnieżone sześciotysięczniki, bezkresne, złote pastwiska, jeziora i stada dzikich lam a wszystko to w promieniach wschodzącego słońca, może być pewien, że znajduje się na altiplano, czyli andyjskim płaskowyżu.
Jest tu po prostu pięknie. To urzeczenie i zapatrzenie w ten niezwykły krajobraz na chwilę pozwala mi zapomnieć o moich dolegliwościach. Steward (tak,tak, jest tu ktoś taki) przechodzi i doświadczonym okiem rzuca na nietęgie miny pasażerów. Żeby wszystko było jasne nie tylko my gringos byliśmy ofiarami soroche. Musieliśmy naprawdę wszyscy prezentować nieciekawy widok, bo chwilę potem zatrzymaliśmy się na postój regeneracyjny w małej, indiańskiej wiosce.
W lepiance oznaczonej szyldem „restaurant” trzy stoliki i tęga Indianka uwijająca się między nimi bez pośpiechu. Na zapleczu łazienka w postaci kranu z wodą i toalety skrytej za zasłoną z niebieskiej folii. W jadalni prawie nikogo, za to łazienka przeżywa oblężenie. Wszyscy pasażerowie wyciągają szczoteczki i pasty do zębów, mydła a panie nawet dezodoranty. Trwa masowe mycie, pucowanie, odświeżanie. A ja nie mam kompletnie nic i czuję się z tym głupio jakoś. Ludzie przyglądają mi się z zaciekawieniem, dziwny to dla nich widok, kłócący się pewnie ze stereotypem Europejczyka. Przepłukuję usta wodą i spuszczając wzrok uciekam do jadalni, bardziej niż o mydełku i czystych ząbkach marzę o kawie i jakimś jedzeniu. Kawa już czeka a także pierwsza w życiu mate de coca. Czyli herbata z liści koki. Napój Indian, tradycyjny, religijny, pity z namaszczeniem. Z liści koki otrzymuje się kokainę, dlatego ich wywożenie z Peru, gdzie ze względu na narodowe tradycje są one legalne, jest traktowane jak przemyt narkotyków. Z liści koki można robić wyśmienitą herbatkę albo żuć je i przełykać gorzkawą ślinę, co jest namiętnością mieszkańców Andów. Wszystko to jednak nie miało wtedy dla mnie najmniejszego znaczenia. Ważne było tylko to, że koka leczy soroche.
Kawa, dwa kubki herbatki z koki i caldo de gallina, czyli rosół z kury z grubym makaronem stawiają nas na nogi. Czuję się raptem jak nowonarodzona, pełna energii po soroche ani śladu. Nie wiem czemu zawdzięczać to magiczne ozdrowienie, bo większość naszych współpasażerów nie wygląda wcale wiele lepiej, niż przed postojem. Jedziemy dalej. Słońce świeci, Van Dam walczy, a za oknem góry, góry, góry. Jadę przyklejona nosem do szyby.
Wśród pasażerów walka z soroche trwa nadal. Steward rozdaje waciki nasączone alkoholem. Nauczona doświadczeniem robię zawsze to, co tubylcy i także biorę wacik. Naśladując innych pasażerów przykładam go do nosa i biorę głęboki wdech. Uderzenie w nozdrza prawie jak po amoniaku, ale faktycznie przebudza, otrzeźwia umysł i otwiera oczy szeroko.
Powoli opuszczamy altiplano i jego złociste łąki, droga zaczyna wić się doliną, coraz częściej mijamy gliniane wioski i żyzne, zielone pola. Van Dam znika z ekranu zastąpiony peruwiańskimi sitcomami. Poziom hałasu przekracza wszelkie normy. Cały autobus się zaśmiewa, a nam pękają głowy, płyną łzy z oczu bo ten hałas po prostu boli. Wszystko zaczyna drażnić, uwierać, przeszkadzać. I ten wszechobecny śmiech, ta powszechna wesołość są nie do zniesienia. Mam ochotę krzyczeć z bólu i błagać ich o litość, paść przed nimi wszystkimi na kolana, na twarz nawet, byle tylko to wyłączyli, byle tylko zgasili te przeklęte telewizory. Za każdym razem, gdy jestem już gotowa na ten desperacki krok, trafiam na mur roześmianych szczerze twarzy, błyszczących oczu pełnych rozbawienia i czuję się obezwładniona przez tę ich wesołość, czuję się inna przez to moje cierpienie, czuję się z nim obco. Ta ich całkowita obojętność na hałas, który mnie zabija, ta ich niewrażliwość zupełna, działają deprymująco.
Streets_of_Cuzco_3.jpg
Streets_of_Cuzco.jpg
Ulice Cusco
Gdy za zakrętem, głęboko w dolinie ukazało nam się miasto w kolorze dachówki i czerwonej cegły, miasto piękne i rozległe, wspinające się na otaczające wzgórza, wiedzieliśmy, że jesteśmy uratowani. Cusco zjawiło się nieoczekiwanie, blisko jak na wyciągnięcie ręki.
Dancer_2.jpg
Tancerka spotkana na Plaza de Armas w Cusco

Wysłane przez aidni 12:17 Kategoria Peru

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Login