Travellerspoint Blogi z podróży

At the Bottom of India / Na krańcu Indii

18 January/ Stycznia 2007

sunny 28 °C
Zobacz South India January 2007 aidni's na mapie.

WERSJA POLSKA POD TEKSTEM ANGIELSKIM
- Madame one photo, please. Said smiling a young Indian woman and put her own baby on my hands. She wasn’t alone. There was a dozen women like her around me, who came with their husbands, fathers and brothers, sisters and mothers, uncles, aunts, mothers and fathers in law, cousins and friends. All families and each on his own wanted to have a photograph with me. A short while and here I’m – the hero of certainly the most unusual photo session in my life. How did it come to that...?
The_bottom_of_India.jpg
The bottom of India/ Kraniec Indii

We reached Cape Comorin – the southernmost point of the subcontinent, at 3 am. The night was warm, the little town of Kanyakumari totally asleep and I was standing at the very end of the land, where the Indian Ocean meets Arabic Sea. Such places posses some kind of inner magic. There are easily recognizable, there are the points that help you to orient yourself towards the rest of the world. When you reach such place, you can see with the eyes of your imagination how far away you are from home and how incredibly long distance is already behind you. For the Indians it’s a holy place, here divine India – their Mother - ends (in contrary of what we are used to in Europe, patriotism in India has its spiritual dimension), that’s why there is a temple here and next to it the Ghandis mausoleum, where his ashes were left before being scattered at the holy Ganga.
This same place during the day looked completely different. Crowded and noisy, with souvenir vendors, Indian tourists (people from the West are rarely seen here), pilgrims, beggars, homeless animals, children and holy men offering their blessings for few rupees.
It all started with an innocent request for one photo and then a second, third and fourth one… I can’t even remember exactly when I lost the control of the situation. Within a while I was already surrounded by crowd. Someone put a necklace around my neck, earrings in my ears and bracelets on my hands. Indian women were decorating me like a Christmas tree with their own jewels. Ladies and Gentlemen here we go! Cheese! Photo series with children on my hands, arms, anchored to my legs and neck. Cheese! Photo series with women in colored saris, all positions and configurations tested. Cheese! Photo series with men smiling widely to the camera and looking triumphant, Indian men are very partial to western woman. I’m surrounded, no escape is possible. Someone brought a photographer from the town. Photo series start again, from the beginning but now with a professional. Everybody together and alone, sitting, standing with the sea behind and the temple, etc., etc. The photographer charges 10 rupees per picture, it’s a lot in a country where a hard working waiter in a restaurant got 30 for his day long effort. Despite that clients are many.
the_port.jpg
Coloful port/ Kolorowy port

men_in_the..g_boats.jpg
Boatyard/ szkutnicy

I never actually understood what makes a white woman so exceptional for Indians. I’m not speaking here about Indian men, this is a completely different question but about Indians in general. A white woman is very often asked to be photographed with a family, with students or school classes, with pilgrims in temples, mothers gives her their babies just to see her holding them in her arms for a while. Everybody wants to shake your hand and say at least “hello”. My little investigation in that matter is still not finished.
After 30 minutes of being a photo model I was sure of one thing: I’m certainly not made for fame, popularity and uncountable fans! All celebrities have a difficult life, believe me. Finally I said a firm and strong „no” to the next kind request for photo and simply ran away from my „beset fortress”.

At the bottom of India there is a fishermen village. Set aside, away from souvenir markets, the whole tourist city, hotels, restaurants and shops. I would probably never came to visit it if there wasn’t this high neo-gothic church entirely painted in … yellow! Build in the center of the village it dominated it. Though the village is very colored it is now in mourning. Black flags on every house, the bishops portrait in almost every window. In some larger streets altars to commemorate the dead man. Christianity in India wears a Hindu outfit. The priests are subjects of worship just like the local gurus. To enter a church you need to take off your shoes just like in Hindu temples, you will find there the same smell as well. The smell of flowers and incense. The Christian temples, even though they try to imitate the western sacral architecture, are simply unable to avoid to be partial to kitsch, which is the irrefutable element not only of the modern popular Indian culture, but of the outer appearance of Hinduism. That’s why churches are often paint in “crazy” colors, like rose or yellow and the statues of Jesus or Maria are decorated with Christmas tree lights in every possible color.
Boas_in_the_port.jpg
Boats in the port/ łodzie rybackie w porcie

During the day the village looks empty. It’s just an illusion because during the day it’s the port that organizes everyone’s life. The port is arc shaped with multicolored boats moored closely alongside. In the north a boatyard where work never stops. Almost every minute a boat full of fish comes while another one leaves for the sea. Along the shore children pays with everything that their powerful imagination is able to change into a toy. From the breakwater a gorgeous, panoramic view of the village is spread before you. The wind is very strong. On the top of a hill, a Christian cemetery. Crosses and tombs in European style surrounded by banana trees and coconut palms create a really exotic landscape. At the entrance old men play chess. Further, in the narrow and serpent lanes, women dry fish that their husbands caught the day before. They simply lay them on the ground. When the sunset comes the village glitters with intensive colors and life comes back to the little streets of Kanyakumari.

POLSKI
- Madame one photo, please (Madame, jedno zdjęcie, proszę). Młoda kobieta daje mi na ręce swoje kilkumiesięczne niemowlę i uśmiecha się szeroko. Takich jak ona jest wokół mnie kilkanaście a wraz z nimi ich mężowie, ojcowie, bracia, siostry i matki, wujkowie, ciotki, teściowie, kuzynki i kuzyni, krewniacy i znajomi. Całe rodziny i każdy z osobna chce mieć ze mną zdjęcie. Jedna krótka chwila wystarczyła, bym stała się bohaterką najbardziej niezwykłej sesji zdjęciowej w moim życiu. A było tak...
Dojechaliśmy na Przylądek Comorin (Kanyakumari) – najdalej wysunięty na południe kraniec Indii, o 3 nad ranem. Noc była ciepła, miasteczko spało twardym snem, a ja stałam na końcu lądu, tam gdzie Ocean Indyjski i Morze Arabskie wpadają sobie w ramiona. Takie miejsca mają w sobie jakąś niezwykłą, prawie mistyczną moc. Są łatwo rozpoznawalne, są punktami, które ułatwiają orientację, pozwalają określić swoje położenie względem reszty świata. Docierając w takie miejsce, oczyma wyobraźni podróżnik widzi siebie na mapie i uświadamia sobie z całą mocą jak daleko jest od domu i jaki szmat drogi ma już za sobą. Jest to święte miejsce dla Hindusów – tu kończą się boskie Indie – ich matka (inaczej niż w Europie, w Indiach patriotyzm ma swój wymiar religijny), dlatego stoi tu duża świątynia a tuż obok mauzoleum ojca narodu – Ghandiego, gdzie przez pewien czas spoczywały prochy wielkiego przywódcy nim oddano je świętej rzece Ganges.
men_watching_sunset.jpg
Men watching sunset/ Mężczyźni obserwujący zachód słońca

W tym samym miejscu, gdy przyszliśmy tu ponownie nazajutrz rano, było już gwarno i tłumnie. Roiło się od sprzedawców pamiątek, indyjskich turystów (biali rzadko tu zaglądają) i pielgrzymów, żebraków, bezdomnych zwierząt, dzieci i świętych mężów udzielających błogosławieństwa za kilka rupii.
Zaczęło się od niewinnej prośby o jedno zdjęcie, potem drugie i trzecie... Sama nie wiem kiedy sytuacja wymknęła się spod kontroli. W przeciągu krótkiej chwili zostałam otoczona przez pokaźny tłum. Na mojej szyi zawisły korale, wisiorki i inne ozdoby, w uszach kolczyki, a na rękach bransoletki. Hinduski pościągały z siebie swoje klejnoty by mnie jakoś przyozdobić. Pstryk! Oto ruszyła seria zdjęć z dziećmi na rękach i ramionach, uwieszonych na szyi i nogach. Pstryk! Teraz w obiektywie wszystkie możliwe konfiguracje i ustawienia tym razem wśród barwnie ubranych kobiet. Pstryk! Triumfująco uśmiechają się otaczający mnie Hindusi, znani wszem i wobec ze swej słabości do białych kobiet. Jestem szczelnie otoczona, ucieczka jest niemożliwa. Ktoś sprowadził z miasteczka fotografa. Ustawianie i fotografowanie zaczyna się na nowo. A to wszyscy razem, a to osobno, a to siedząc, a to stojąc, a to z morzem w tle, a to ze świątynią itd. Fotograf za każde zdjęcie każe sobie słono płacić – 10 rupii (ok. 80 gr.), w kraju, gdzie za cały dzień ciężkiej pracy kelner w restauracji dostaje ich 30 (ok. 2,50 zł.) to naprawdę dużo, mimo to chętnych nie brakuje.
Nigdy nie zdołałam zrozumieć, co takiego ma w sobie biała kobieta, że w oczach Hindusów staje się kimś wyjątkowym, prosi się ją o wspólne zdjęcie z całą rodziną, klasą na szkolnej wycieczce, pielgrzymami w świątyni, że matki dają jej na ręce swoje kilkumiesięczne niemowlęta, mimo ich donośnych i stanowczych protestów. Każdy chce uścisnąć jej rękę, zamienić choćby zdanie. Pytani o to Hindusi odpowiadają wymijająco lub w ogóle. Podczas mojego pierwszego pobytu w Indiach dowiedziałam się, że ponoć żona Ramy, jednego z najważniejszych bóstw hinduizmu, była biała, ale to wiadomości niepotwierdzone. Moje małe śledztwo w tej sprawie jeszcze nie znalazło pomyślnego zakończenia.
Po pół godzinie pozowania do zdjęć, jedno wiem na pewno: nie dla mnie sława, popularność i rzesze wielbicieli! Ostatkiem sił i woli mówię „nie” na kolejną prośbę o zdjęcie i ewakuuję się z mojej „oblężonej twierdzy”.

the_port__.._church.jpg
The port, the village and the yellow church/ port, wioska i żółty kościół

Na krańcu Indii jest rybacka wieś. Leży na uboczu, z dala od straganów z pamiątkami, turystycznego city, hoteli, restauracji i sklepików. Nigdy bym tam pewnie nie trafiła, gdyby nie zaintrygował mnie neogotycki kościół pomalowany w całości na... żółto! Stoi w samym sercu wioski i góruje nad nią. Wioska choć kolorowa wszystkimi barwami tęczy, pogrążona była w żałobie. Na każdym domu czarny kir, co rusz gdzieś portret księdza biskupa. Na niektórych większych uliczkach ołtarzyki upamiętniające zasłużonego. Chrześcijaństwo w Indiach ubrane jest w kostium hinduizmu. Kapłani otaczani są czcią podobną do tej, którą cieszą lokalni guru. Do kościołów wchodzi się boso, jak do hinduskich świątyń, jest tu i ten sam zapach kadzideł i mnóstwo kwiatów. Chrześcijańskie świątynie chociaż z jednej strony starają się imitować architekturę Zachodu z drugiej nie potrafią oprzeć się zamiłowaniu do kiczu, który jest nieodpartym elementem nie tylko popularnej kultury Indii, ale i zewnętrznej oprawy hinduizmu. Stąd też szalone kolory w kościołach, np. róż lub wściekła żółć i lampki choinkowe migające różnymi kolorami wokół posągu Jezusa czy Maryi.
smiles.jpg
Boys in the port / Chłopcy w porcie

W ciągu dnia wioska wydaje się pusta. Wydaje się, bo w ciągu dnia całe życie toczy się w porcie. Ma on kształt półkola, na którym stoją gęsto zacumowane, kolorowe łodzie. Nieco dalej na północ warsztat szkutniczy, praca trwa tam nieustannie. Co rusz do portu przypływają rybacy z sieciami pełnymi ryb, co rusz inni wypływają w morze. Po brzegu biegają dzieci bawiąc się wszystkim, co wpadnie im w ręce i co ich dziecięca wyobraźnia zdolna jest przemienić w zabawkę. Z falochronu, o który rozbijają się z impetem potężne fale, roztacza się piękna panorama wioski. Wiatr urywa głowę. Na niewielkim wzniesieniu, góruje nad portem chrześcijański cmentarz. Krzyże i nagrobki w europejskim stylu, otoczone bananowcami i palmami kokosowymi tworzą egzotyczny krajobraz. Przy wejściu mężczyźni grają w szachy. Dalej w krętych uliczkach kobiety suszą na słońcu złowione przez mężów ryby rozkładając je po prostu na ziemi. Gdy zachodzi słońce cała wioska nabiera niezwykłych barw, a życie wraca z portu ponownie w wąskie uliczki Kanyakumari.

Wysłane przez aidni 17:14 Kategoria Indie

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Login