Travellerspoint Blogi z podróży

Pondicherry

by bike trough Indian traffic jungle / rowerem przez chaos indyjskich dróg - 13-14 January/ Stycznia 2007

sunny 28 °C
Zobacz South India January 2007 aidni's na mapie.

WERSJA POLSKA POD TEKSTEM ANGIELSKIM
The true queen of Pondicherry is the Mother. You can meet her everywhere, in each hotel, shop, restaurant or market, on each corner of the street, in every heart and soul. Wherever you look you meet her kind but severe eyes. Isn’t it ironic that in this former French colony the hearts of the ingenious inhabitants, who fought with so much determination for the independence of their country, were peacefully conquered by the Mother, a Frenchwoman born in Paris from Arabic origin parents. She joined the famous guru and Yogin Sri Aurobindo in his Ashram in Pondicherry in 1914. She quickly became his most important student and after his death she became the leader of the whole community (for more information about her incredible life see http://en.wikipedia.org/wiki/The_Mother). The Mother have built Auroville, an international – independent village/ town where at the moment live about 1500 people from 33 different countries. The idea was the create an ideal place, where peace, love and respect were the ultimate rules. An utopian dream that she decided to make real.
Auroville is just 10 km away from Pondicherry. Rent a bike and go – it seems so easy! But not in India, where things that are easy and obvious for us Europeans appears to be a big problem, and other way round: things which are impossible in our eyes, here suddenly become simple and normal. After having lost a lot of time searching bikes for rent, asking locals for directions and receiving each time completely different instructions, we finally manage to find good looking bicycles and start our ride to Auroville.
Amazed by the colorful fishermen district (north from the main promenade) I didn’t realize at first what a challenge it will be to face the Indian traffic reality. But when I was driving my bicycle on the main road Pondicherry – Madras, surrounded by the cacophony of claxons, in the heart of chaos, that I was completely unable to comprehend, with dusty and extremely polluted air that was “biting” my throat… I slowly realized that it will be the most difficult and the most dangerous 10 km (20 km if you add the way back) during this journey.

Pondy-traffic.jpg
Traffic in Pondicherry/ Ruch w Pondicherry

You don’t know anything about Indian traffic if you only experienced it as a bus or taxi passenger. To understand this exotic highway code you need to drive a vehicle yourself and personally I will recommend a bicycle. Why a bicycle? Let me explain.
The first and absolutely basic rule in Indian traffic, that you learn immediately, is the rule of the strongest. The more your vehicle is big the more it is important on the road. The bicycle, as the weakest from all often very strange Indian vehicles, is the most concerned by this eternal rule of the jungle. The second rule is the rule of the claxon. The claxonless bicycle is automatically destitute of vote rights and carried by the road like by a mad river flow. To increase your chances for survival, stay as close as possible to the “traffic river bank” and learn the claxon alphabet. Yes this is not a cacophony it’s a whole language. Each kind of vehicle got a particular “tone” of claxon. For example the motorikshaw uses sounds that remember me Donald Duck’s voice. Motorbikes uses the tones of European personal cars and the ambassador, white taxis got a more deep “voice”. But the deepest tones belongs to giant buses and good carries (trucks).

The road is full. Although I’m driving on its bank, on my right, close at hand a rikshaw which is just overtaken by a mad motorbike, going very fast and having great luck not crashing on a truck. Absolute concentration needed, losing balance is synonym of great life risk, avoid to look back! I’m not feeling any heat and that the noise is making a hole in my brain, I’m not feeling anything and I’m not thinking about anything else than driving. For a moment I got even an illusion of stability and security, when surrounded by other little and meaningless vehicles I’m driving carefully in a column. And then I hear a merciless roar, a roar coming from hell itself somewhere behind me! I looked back immediately and saw a big bus arriving with great speed, not paying any attention to other vehicles on the road. I look left – a 1.5 m deep ditch. There is no way to escape!!! I hear the roar again, but much closer this time. – He can’t simply run over me – I’m thinking reasonably not to panic. And then I see all other little vehicles going faster and faster. Devoted to my traveling rule nr 1 which is: if you want to survive always do what the locals do, I accelerated as well, using all the strength I got in my legs. The roar again, this time just behind, and our column turns suddenly left into a little road leading to some distant fields and villages. I’m still alive. What an amazing feeling! I see the bus far away using its claxon but never its breaks. Bicycle driver you can count only on yourself!
With great joy I turn left to a small road to Auroville. I don’t need to fight for survival anymore, I can finally enjoy the beautiful Indian countryside. The red ground and the green fields create an impressing landscape.

DSC06233.jpg
On the way to Auroville/ w drodze do Auroville

When I finally get to Auroville I discover, no without deception, that it’s possible to visit it only until midday. But maybe it is better that way. The uncountable groups of tourists coming here made this place a tourist attraction. Though it’s a village where people want just to live in peace, that perhaps they weren’t able to find elsewhere. It’s not really a surprise that they don’t want to be a tourist attraction. When it comes to me I don’t want to be a member of a curious group of tourists who wants to see this attraction. So I drink some water, eat a sweet, little, delicious banana and jump on my bike to face once again the beast of Indian traffic chaos. There must be an order in it I can’t find and understand, because despite the fact that it really looks crazy, during all my stay in India I haven’t seen any car accident.

POLSKI

Behind_the..icherry.jpg
Behind the Veg. market / Na tylach targu warzywnego

Niekwestionowaną królową Pondicherry jest Matka. Matkę można spotkać wszędzie, w każdym hotelu, sklepie, kramie, na każdym rogu ulicy, w każdym sercu i duszy. Gdzie nie spojrzeć - Matka przygląda sie pełnym dobroci choć surowym spojrzeniem. I tak oto prawem ironii losu, królową serc i myśli Hindusow z tych stron jest Francuzka. A to nie kto inni jak Francuzi właśnie, przez długie lata okupowali ten skrawek Indii.
Mirra Alfasa, bo tak naprawde sie nazywała, była jednak Francuzką nietypową. Jej rodzice byli emigrantami ze świata arabskiego, a ona sama, choć wychowała się w Europie, w poszukiwaniu swej duchowej drogi trafiła aż do Indii. Był rok 1914 gdy los przywiódł ja do guru i Mistrza Jogi Sri Aurobindo i do jego ashramu w Pondicherry. Szybko stała się jego najważniejszą uczennicą, a po jego śmierci zajęła jego miejsce we wspólnocie. Wtedy też nazwana została Matką. Zasłynęła na całym świecie tym, że porwala się na realizację utopijnego pomysłu stworzenia międzynarodowej wioski/ miasta, gdzie ludzie mogliby życ w pokoju i harmonii niezależnie od swojego pochodzenia i przeszłości. Miejsce to nazywa sie Auroville, liczy sobie dziś ok. 1 500 mieszkańców z 33 krajów i leży ledwie 10 km asfaltową drogą od Pondicherry.
Nic prostszego mogłoby się zdawać - pożyczyć rower i jechać. Nie w Indiach jednak. Tu wszystko bywa na opak. To, co w Europie wydaje nam się oczywiste, logiczne i proste, tutaj często jest problemem nie do przeskoczenia i odwrotnie. To, co w Europie jest nie do pomyślenia, tutaj staje sie czymś zupelnie naturalnym i jak najbardziej normalnym. Po długich poszukiwaniach wypożyczalni rowerów, kiedy to błądziliśmy po miescie kierując się wskazówkami mieszkańców (nikt z nich nie wiedział tak naprawde, gdzie jest wypożyczalnia, ale każdy wskazywal drogę po uważaniu- tak w Indiach jest wszędzie, przyznanie się do niewiedzy lub błędu nie leży w naturze Hindusów) udało nam sie wreszcie wyruszyć.

Zauroczona dzielnicą rybacką (na północ od gł. promenady) nie uświadamiałam sobie z początku na co sie porywam. Dopiero gdy wjechalam na główną drogę Pondicherry - Madras, wśród kakofonii przeróżnych klaksonów, chaosu, którego nie mogłam ogranąć, pyłu, kurzu i spalin, które wgryzały się w gardło oraz szaleńczych manewrów tutejszych kierowców, powoli zaczęło do mnie docierać, że to będzie 10 najtrudniejszych i z pewnością najbardziej niebezpiecznych kilometrów na tej wyprawie (20 km licząc z drogą powrotną).
O tym jak w Indiach jeździ sie po drogach nie wie nic ten, kto ten opentańczy wir obserwował jedynie jako pasażer taksówki, rikszy czy autobusu. Aby zrozumieć ten przedziwny kodeks drogowy trzeba samemu siaść za sterami jakiegoś pojazdu, a najlepiej jeśli będzie nim rower. Dlaczego rower? Już wyjaśniam. Pierwszą i naczelną zasadą ruchu drogowego w Indiach jest prawo silniejszego. Im większy pojazd, tym ważniejszy jest na drodze. Rower to pojazd najsłabszy spośród wszelkiej maści konstrukcji poruszajacych sie po indyjskich drogach, dlatego też ma najmniej praw. To prawo dżungli dotyka zatem rowerzystę najbardziej. Drugą podstawową zasadą jest zasada klaksonu. Rower nie posiada klaksonu, a zatem pozbawiony jest prawa głosu na drodze. Droga niesie go jak nurt szalonej rzeki, jeśli chcesz zwiekszyć swe szanse na przetrwanie trzymaj sie jak najbliżej brzegu i naucz się rozrożniać klaksony. To tylko pozorna kakofonia. Każdy bowiem pojazd posiada klakson o charakterystycznym dla siebie brzmieniu. Piskliwe motorisze, na przyklad, przypominały mi głos Kaczora Donalda. Motory i nieliczne samochody osobowe mają klaksony podobne do naszych. Białe taksówki marki "Ambasador" buczą juz niższym tonem. Najniższe i najgłośniejsze odgłosy wydają jednak autobusy i ciężarówki - jedno i drugie potężnych rozmiarow.

Droga zapchana niemiłosiernie. Chociaż jadę przy jej samym brzegu, po mojej prawej, w odleglości łokcia jedzie motoriksza, którą z szaleńczą prędkością wyprzedza motor. Cudem uniknął zderzenia z pędzacym z naprzeciwka busem. Koncentracja całkowita, żadnych zachwiań równowagi, żadnego oglądania się za siebie. Nie czuję upału, nie czuję jak hałas wierci mi dziure w głowie, w zasadzie niczego nie czuję. Jestem nastawiona wyłącznie na przetrwanie. Przez chwilę nawet daję się zwieść złudzeniu pewności i bezpieczeństwa, gdy jadę sobie spokojnie w zwartej kolumnie innych pojazdów z kategorii drogowego plebsu. Gdy nagle złudzenie to burzy potężny ryk. Potężny ryk gdzieś z tylu. Szybko rzucam okiem za siebie - ogromny autobus pędzi w moją stronę za nic sobie mając innych uczestników ruchu drogowego. Patrzę w lewo (w Indiach ruch jest lewostronny)- rów głęboki na jakieś 1,5 m, gdzie uciekać? Tymczasem znów ten ryk, zdaje się że prawie za moimi plecami. - Nie moze mnie przecież tak po prostu rozjechać! - probuję ratować się rozsadkiem. Nagle jadące obok mnie pojazdy zaczynaja gwałtownie przyspieszać. Zasada numer jeden każdego podróżnika mówi: "chcesz przetrwać - rob to, co tubylcy". I ja więc zaczynam pedałować ile sił w nogach. Znów ryk tym razem naprawdę za plecami i nagle jadący obok mnie rowerzyści gwałtownie skrecają w lewo, a ja wraz z nimi. Cudem jakimś była tam mała polna dróżka. Nadal żyję. Co za niesamowite uczucie :) Autobus mija nas z impetem rycząc swym klaksonem, by rowerzyści jadący przed nim zdążyli powskakiwać do rowów i pochować się w krzaki. Potwory indyjskich dróg - ogromne autobusy i ciężarówki dają znaki ostrzegawcze, rzadko jednak używają hamulców.
Z radoscią dosterzegam tablice wskazujacą betonową drogę do Auroville. Tu ruch jest znacznie mniejszy. Nie muszę juz walczyć o przetrwanie, mogę wreszczie nacieszyć oko pięknymi widokami. Gdy kończy się beton i pojawia się zamiast niego dosłownie czerwona ziemia, krajobraz staje sie naprawdę niesamowity.
Gdy docieram na miejsce okzauje się, że Auroville można zwiedzać tylko do 12:00. Trochę żal, ale gdy patrzę na ciagnące tu klimatyzowanymi autokarami zastępy turystów to w duchu się cieszę. W końcu ludzie, ktorzy tu mieszkają szukają tu przede wszystkim spokoju, którego może nie mogli znaleźć nigdzie indziej. Ciężko im sie dziwić, że nie chcą być atrakcją turystyczną. Ja ze swojej strony nie chcę należeć do grona gapiów, którzy w tych kategoriach ich postrzegają. Wypijam więc łyk wody, zagryzam pysznym, małym, żółtym i słodziutkim bananem i wsiadam na mój rower, by znów zmierzyć się z bestią - indyjskim ruchem drogowym. W panującym tu komunikacyjnym chaosie musi być jednak jakaś metoda, chociaż wygląda on naprawde szaleńczo to przez cały mój pobyt w Indiach nie widziałam ani jednego wypadku.

Wysłane przez aidni 07:10 Kategoria Indie

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Login