Travellerspoint Blogi z podróży

Ghana

Ghana - czesc 4 - Bog jest wszedzie

Trasa Ghana: wjazd 6.03.09 wyjazd 25.03.09 - Akra - Cape Coast - Elmina - Takoradi - Kumasi - Yeji - Ho - Amedzofe - przejście graniczne w Afleo

sunny 33 °C

BOG JEST WSZEDZIE
Zaklad fryzjerski Bog Cie kocha - God loves you barber shop
Sklep komputerowy Jezus jest miloscia - Jesus is love computer store
Sprzedaz detaliczna ryb suszonych Slodki Jezu - Sweet Jesus dry fish saler
Zaklad krawiecki Bog jest dobry - God is so good fashion tailor
Przedsiebiorstwo transportowe Dziekujemy Ci Jezu - Thank you Jesus Transports
Supermarket Bog zyje - God lives supermarket
Fast food Ufamy Bogu - In God We Trust Fast Food

Przyklady mozna mnozyc, wystarczy przejsc sie ulica by notatnik zapelnic lista cala nazw tak dziwacznych europejskiego oka. Bo w Ghanie Bog jest po prostu wszedzie, gdzie by nie spojrzec, na czym by oka nie zawiesic, wszystko manifestuje, wykrzykuje, ostentacyjnie oglasza swiatu religijnosc mieszkancow Ghany i chociaz zdecydowana ich wiekszosc to chrzescijanie to i muzulmanie nie pozostaja w tyle : Insz Allah Transports LTD. lub Allah is the answer Music store, by choc kilka podac przykladow.
Religijnosc w Ghanie jest codziennym elementem zycia, a nie jak w Europie czesto wstydliwie skrywanym skrawkiem intymnosci. Tu kazdy czuje potrzebe, by swa wiare calemu swiatu nieustannie obwieszczac, by sie swoja wiara dzielic. Kazdy sklep, zaklad rzemieslniczy, kazdy samochod, kazdy nawet rozpadajacy sie kiosk sklecony z dykty i jakiegos zelastwa ma zawsze, niezmiennie w swej nazwie wielkimi, kolorowymi literami wymalowana religijnosc swojego wlasciciela. Nawet muzyka puszczana w radiu, czy pedzacym z zawrotna predkoscia minibusie, to muzyka religijna choc z rockowym lub popowym tracaca rytmem.
Byc moze na pierwszy rzut oka zabawna, jednak w polaczeniu z nieustajacym usmiechem Ghanczykow, ta wszchobecna religijnosc ma w sobie cos urzekajacego, czarujacego, uroczego. W Ghanie wiara jest przezywana na kazdym kroku, wiara kazdy z kazdym sie dzieli. W Ghanie Bog jest radoscia, z szerokim usmiechem i pelna geba.
IMG_3041_bis.jpg
IMG_3255_bis.jpg
IMG_3258_bis.jpg
:)

Wysłane przez aidni 5:32 AM Kategoria Ghana Komentarze (0)

Ghana - czesc 3 - Kaprysy Krolowej

overcast 34 °C

KAPRYSY KROLOWEJ

Nikt nie wie kiedy przyplynie, nikt nie wie kiedy odplynie, nikt nie wie czy w ogole kiedykolwiek sie pojawi. W miasteczku Yeji u polnocnego brzegu jeziora Volta, noc jest czarna, zawiesista jak za dlugo parzona herbata. Wsrod tlumu oczekujacych juz od dluzszego czasu kraza na przemian plotki o awarii silnika, podnosnika, steru, pompy, o zerwanej linie. Polnoc juz dawno minela, w gestej ciszy afrykanskiej, wilgotnej nocy uplywa leniwie piata godzina oczekiwania na krolowa najwiekszego na swiecie sztucznego jeziora, najwiekszego przynajmniej do czasu jak Chinczycy nie otworza dumnie swojej tamy trzech przelomow na rzece Jangcy. Krolowa jako jedyna przemierza jezioro Volta raz w tygodniu z polnocy na poludnie i z poludnia na polnoc, a na imie ma Yapei, Yapei Queen. Kaprysna jest jak to dama w dodatku monopol majaca na na transport pasazerow po jeziorze, drwi sobie zupelnie dowolnie, frywolnie, mimowolnie z rozkladow, zapewnien i obietnic zalogi, jest nieprzewidywalna, jest zmienna, jest nie do konca zdecydowana, jest marudna, chwiejna i co tu ukrywac - niepewna.
Ludzie czekaja spokojni, jakby juz dawno pogodzeni z humorami krolowej, z jej kaprysnym charakterem, porozkladali sie na ziemi, na kocach, walizkach, tobolkach, kolysani do snu monotynnym szumem jeziora. W swietle portowych latarni klebia sie zaciekle, ciasno, zwarcie male muszki. Wscibskie to to, ciekawskie i nieznosne. Gdy tylko czlowiek wychyli sie z cienia, nieopatrznie glowe wystawi zza zaslony mroku, zaraz atakuja cala chmara, obsiadajac szczelnie skore, pchajac sie do oczu bez pytania, natretnie zagladajac do nosa i uszu. Mozna odganiac je reka, trzepac wkolo notatnikiem, mozna wywijac recznikiem specjalnie w tym celu wydobytym z plecaka, lub machac gazeta, mozna wszystkiego probowac, nawet najbardziej wymyslnych sposobow, jedno jest jednak pewne: nie ma mozliwosci by z determinacja tych malych, napastliwych stworzen wygrac.
I ja poddaje sie w koncu. Glowe nakrywam kanga, opieram o plecak i zwinawszy sie w klebuszek na rozlozonym na ziemi kocu, po prostu zasypiam. Dzien byl dlugi w Yeji, dlugi i upalny. Male miasteczko obejsc mozna w pol godziny i to nawet niespiesznym krokiem. Domki niskie, gliniane, prostokatne, blacha falista nakryte. Uliczki piaszczyste, rownolegle lub przecinajace sie prostopadle jak kratka w zeszycie. Kazdy, nawet najbardziej niewinny pojazd przemieszczajac sie nimi wzbija w powietrze tumany kurzu i pylu, ktory duzo czasu potrzebuje by znowu na ziemie wrocic. Gdzieniegdzie miedzy domkami jakies drzewo rosnace samotnie, jakis mangowiec moze sie zdarzyc lub rzadziej baobab. A jesli gdzie w Afryce jest duze jakies drzewo w poblizu, jesli wokol susza, kurz i pyl, to niechybnie pod jego korona spotkac mozna odpoczywajacych lub pracujacych ludzi. Jest obowiazkowe powitanie, wypytanie o zdrowie, jak leci, jak rodzina, jak dzieci, jak dzien plynie... Czest takze prosba o e-mail, nie po to jednak by na niego kiedykolwiek jakakolwiek wiadomosc wyslac , bardziej chyba by sie nim pochwalic przed znajomymi, ze sie kogos z lepszego swiata spotkalo.
Nad brzegiem jeziora szukalam chwili spokoju, wszystko jednak inne znalazlam tylko nie spokoj. Ale to w koncu Afryka, slowa spokoj i cisza mozna z powodzeniem wymazac ze slownika. Nim sie spostrzeglam juz wokol mnie pieciu roslych mundurowych ze sluzby ochrony nadbrzeza, a jako ze to Ghana nie musze dlugo czekac az wszyscy bez wyjatku mi sie oswiadczaja.
Do portu przybywa maly prom kursujacy miedzy Yeji a Makongo, miasteczkiem niewielkim po drugiej stronie jeziora. Prom przeladowany jest w prawdziwie afrykanskim stylu, zadnych limitow, zadnych ograniczen, nawet tych ktore stawia wyobraznia.
- Chcecie zenic sie z biala kobieta? - zwracam sie do moich mundurowych, niedoszlych narzeczonych.
- Tak! Chcemy zobaczyc jak zyje sie w Europie. Chcemy poznac twoja kulture! - odpowiadaja z entuzjazmem.
- No to najpierw musicie wiedziec, ze w Europie kobiety nie dzwigaja ciezarow, nie nosza wiader z woda, ktore ledwie mozna uniesc, wszystko, co ciezkie nosza mezczyzni. Kobiety pracuja w biurze, a ich mezowie pomagaja im w wychowywaniu dzieci, sprzataniu i gotowaniu.
- Co?!
- Tak wlasnie!
Grymas zdziwienia, dezaprobaty, zaskoczenia. W Afryce kobiety pracuja duzo ciezej niz mezczyzni, ci czuja sie jak ksiazeta, ktorym w domu nalezy uslugiwac. Zaden afrykanski mezczyzna nie trudni sie noszeniem wody, gotowaniem czy wychowywaniem dzieci, to bylyby dla afrykanskiego mezczyzny zajecia upokarzajace. Troche wyidealizowana i uogolnieniem mym splaszczona, europejska rzeczywistosc ciezka jest do przelkniecia, zrozumienia, do zaakceptowania zas jest zupelnie niemozliwa. Temat zareczyn i malzenstwa samoistnie rozplywa sie w lepkim upale.

IMG_3431_bis.jpg
IMG_3432_bis.jpg
IMG_3447_bis.jpg
na pokładzie Yapei Queen

Budze sie sama z siebie o trzeciej nad ranem. Wokol wszyscy spia, dogasa zar w palenisku sprzedawcy herbaty i cieplych napojow, obok kobieta spi oparta o swoje ananasy, ze spuszczona bezwladnie miedzy kolanami glowa w sen zapadl sprzedawca chleba i kanapek. Sen! Sen w Afryce nie jest swietoscia jak w Europie. Nikt nie sciszy glosu w obecnosci spiacego, nikt nie bedzie sie troszczyl by go przechodzac nieopatrznie nie potracic i ze snu wyrwac, spi sie byle jak i byle gdzie, sen jest szarpany, rwany na czesci, do kupy skladany ze strzepow. W hotelach rzadko obowiazuje cisza nocna, trzaska sie drzwiami o kazdej porze, glosno sie rozmawia przez telefon, histerycznie smiac sie mozna nawet w srodku nocy.
Moj sen na kamienistym nadbrzezu portowym w Yeji przerwal jednak brutalnie nie czyis glos czy halas, ale bol brzucha. Byl to ten rodzaj bolu, ktory jest jak wyrok. Ten bol zna kazdy, kto podrozowal po krajach trzeciego swiata. Tego bolu nie da sie z zadnym innym pomylic, zle zinterpretowac, nieopatrznie zlekcewazyc. Przeszywa czlowieka dreszcz jak miecz, z miejsca robi sie w calym ciele goraco, pot tlustymi kroplami splywa z czola. Miesnie spinaja sie okrutnie, ze z trudem mozna sie poruszyc, zeby z cierpienia naglego zaciska sie mocno, zwiera, oddech jest krotki, plytki, jak po szybkim marszu lub biegu. Czlowiek sam z siebie wie jakos, ze czasu ma malo, ze musi szybko reagowac, dzialac, mimo tego ze boli, ze slabo, ze goraczka, ze w miesniach niemoc. Kogo jednak prosic o pomoc, kiedy wszyscy spia, gdzie isc, gdy cale miasteczko w twardym snie dawno pograzone? Czkac na prom, ktory nie wiadomo kiedy i czy w ogole przyplynie? Zbyt ryzykowne. Wstaje i rozgladam sie wokol. Czlowiek przy czlowieku, cisza nocy niezmacona. Kiedy juz nadzieje trace na jakakolwiek pomoc, widze nagle dziewczynke w zielonej sukience siedzaca w mroku drzewa. ¨Podchodze do niej czym predzej z nadzieja, ze mowi po angielsku. Mowi.
- Bardzo zle sie czuje, musze jak najszybciej isc do toalety, prosze pomoz mi.
Zwracam sie do niej, ale moj wyglad, grymas bolu na mojej twarzy mowia wiecej niz slowa. Dziewczynka bierze mnie za reke i mowi tylko - Chodz ze mna.
Portowa toaleta zamknieta, kto ma do niej klucz nie sposob dociec, a byc moze od lat juz jest nieczynna, na taka przynajmniej wyglada. Idziemy przez uspione miasteczko, waskimi uliczkami, miedzy glinianymi domkami, ciemnosc zakrywa wszystko szczelnie. W swietle mojej latarki widze tylko skrawki otaczajacej mnie przestrzeni. Jakas dziurawa sciezka, jakies smieci i wszedobylskie czarne worki unoszone przez podmuchy wiatru, jakis bezpanski pies przemyka pod sciana budynku nieufnie spogladajac w moja strone. Brudno, slisko i mokro pod stopami, lepiej moze nie patrzec nawet po czym sie stapa. Cos raptem przemknelo zwinnie z lewej strony i zniknelo w ciemnosciach. Czy byl to szczur, a moze waz? Czasem lepiej nie wiedziec, czasem lepiej nie dociekac z obawy, ze rzeczywistosc przerosnac moze nasza odwage.
- To tutaj - mowi moja przewodniczka, z widocznym wstydem i zazenowaniem - tutaj jest nasza toaleta.
Gora smieci, smieci prawdziwe wysypisko. Pod stopami zgnilizna, wokol zgnilizna, smrod zgnilizny, smrod rozkladajacych sie w upale ludzkich i zwierzecych odchodow. Oto afrykanska, publiczna toaleta, bo to, co my w Europie zwyklismy nazywac toaleta, tutaj dla wielu jest dobrem niedostepnym. Moze wielu z zyjacych tu ludzi nigdy prawdziwej toalety nigdy nie widzialo, toaleta zawse bylo dla nich to wysypisko smieci.
Sa takie chwile w zyciu, kiedy czlowiek przekonuje sie, ze stac go na wiele wiecej nie kiedykolwiek by przypuszczal, ze jest w stanie przetrwac, wytrzymac, przelknac to, czego w najokropniejszych snach nie potrafilaby stworzyc jego wyobraznia. Sa takie chwile w zyciu, kiedy nieoczekiwanie rodzi sie w czlowieku jakas odwaga, sila, determinacja, na wszystko zupelna gotowosc. Tak bylo tamtej nocy, kiedy scieta okrutnym bolem, z zacisnietymi zebami musialam zmierzyc sie z potwornym rozwolnieniem na srodku cuchnacego wysypiska smieci w jakiejs odludnej czesci Ghany. Od smrodu chcialo mi sie wymiotowac, z ogromu wlasnego ponizenia chcialo mi sie plakac. W calkowitej ciszy nocy i w absolutnej samotnosci przezywalam moje okrutne upokorzenie. Dlaczego pisze o tym, dlaczego nie zachowam tego przezycia tylko dla siebie, upchnawszy je skrzetnie w jakims ciemnym zakamarku pamieci? Poniewaz pisanie dzis o tym jest echem tamtego doswiadczenia, jego finalnym, ostatecznym zamknieciem. Czlowiek jest tylko czlowiekiem, kiedy w zyciu upokorzy go i zlamie jego fizjologia, jego niezwyciezona bilogicznosc i kiedy to upokorzenie, to ponizenie zaakceptuje jako czesc nieodlaczna swojego czlowieczenstwa.

KROLOWA PRZYBYWA
Syrene przecinajaca cisze nocy jak strzala, jak z dawna oczekiwana wiadomosc, zrywa wszystkich oczekujacych na rowne nogi. Od wielu godzin oczekiwana Krolowa Yapei, powolnie sunac po jez. Volta, przybywa do portu w Yeji. W towarzystwie dwoch wolntariuszek z Kanady i Niemiec oraz ich ghanskiego kolegi wchodzimy na poklad. Na dole, w czesci towarowej promu, ogromna ilosc drewnianych skrzyn, w ktorych ludzie ukladaja sie do snu. Na brudnym, smarem jakims lepkim upackanym podlozu, kobieta kladzie niemowle, tuz obok chaotycznie przeciska sie tlum. W kolejnej skrzyni mezczyzna mosci legowisko swej zonie i sobie pieczolowicie ukladajac nie wiem skad wydobyte nagle siano. Czyzby to byla trzecia, najnizsza klasa? Na mysl przychodza najgorsze skojarzenia - oswiecimskie prycze. Pniemy sie do gory po ciemnych, waskich schodach. Kolejny poklad. Polki na bagaze zawieszone pod sufitem sluza za lozka, ludzie spia takze na stolach, na lawkach, na podlodze, gesto, ciasno scisnieci jak w imadle. W powietrzu unosi sie zapach potu i dziesiatek ciezkich, upalem umeczonych oddechow.
- Chodzcie za mna - wola mlody meczyzna, ktory zaoferowal nam swoja bezinteresowna pomoc w zdobyciu w miare przyzwoitych miejsc. Kolejne schody, waskie i ciemne, i nagle pusty poklad. Jakies lawki, na ktorych nikt nie siedzi ani nie lezy i pdloga pusta zupelnie. Wita nas kapitan. Za te sama cene co w 2 klasie mozemy rozlozyc sie na pokladzie kapitanskim, gdzie tylko nam sie podoba. Wiem, ze to dlatego, ze jestem biala, ze moja europejskosc, zachodniosc sprawia, ze w oczach Ghanczykow zasluguje na specjalne traktowanie. Tym razem nie buntuje sie jednak, nie probuje polemizowac, zlamana zupelnie bolem i zmeczeniem, rozkladam karimate na jednej z lawek i zasypiam twardym snem nim krolowa zdolala opuscic port. A opuscila go dopiero o 6.00 rano! Po 10 godzinach oczekiwania wyplynelismy nareszcie na szeroki przestwor jez. Volta.

Gdy otwieram oczy widze szara, najzupelniej i bez cienia przesady, szaro-srebrna wode jeziora i sterczace zen kikuty drzew jak szkielety umarlych. Kto wie jakie doliny, malownicze pola i krete sciezki pochlnela woda, gdy zbudowano wielka tame na rzece Volta, kto wie jaki swiat na zawsze zginal w tych glebinach. Niebo zasnute jest chmurami, szczelnie. Na ziemie docieraja nieliczne promienie slonca. Wszystko tonie w odcieiach szarosci, zgaslej, wyblaklej zupelnie zieleni i zolci. Wszystko jakby bialo-czarne, okradzione z kolorow, odarte z barw. Jaka to odmiana po magicznym je. Malawi, ktorego swieze wspomnienie wciaz mam przed oczami.

IMG_3551_bis.jpg
jez. Volta

Gdy tylko dowiaduje sie, ze na naszym promie jest prysznic, nie zastanawiam sie ani chwili. Wbrew mym najgorszym oczekiwaniom, prysznic jak najbardziej kwalifikuje sie do nazwania go prysznicem, choc z pewnoscia do najpiekniejszych i najczystszych nie nalezy. Blaszane sciany i podloga mocno juz rdza i brudem obrosle, kto by jednak czas tracil na takie szczegoly, kiedy na czlowieka spada nagle takie szczescie jak nieoczekiwana mozliwosc umycia sie pod biezaca woda! Trzeba po prostu wejsc i sie nie rozgladac, nie koncentrowac uwagi na zadnych detalach, tylko pluskac sie szybko i zwinnie, dluzsze pluskanie grozi bowiem tym, ze sie jeszcze nie daj Bog cos zauwazy, cos czego lepiej nie widziec, np. ogromnego karalucha lub pajaka siedzacego w kacie. Dlatego lepiej nie patrzec. Co z tego jednak, ze zapomni sie o higienie i czystosci kiedy drzwi sie nie zamykaja! Nie przymykaja sie nawet tylko bezczelnie otwieraja sie niemalze na osciez, szeroko, z rozmachem. Niewiele brakuje a zaczna miarowo traskac, gdy prom zakolysze sie na falach.
- Nie ma problemu Madame! Prosze brac prysznic - zachecaja siedzace obok kobiety.
- Ale jak? Toaleta tuz obok i co chwila ktos przechodzi!
- Nie ma problemu, Madame! Nikt nie patrzy.
Moge oko przymknac na brud, moge plazem puscic higiene, moge udawac, ze nie widze pochowanego po katach robactwa, ale brac prysznic przy otwartych drzwiach?! Nie, tej bariery nie jestem w stanie pokonac. Intymnosc to pojecie obce Afrykanczykom, szczegolnie, gdy rzecz dotyczy mycia sie czy zalatwiania najbardziej podstawowych potrzeb fizjologicznych. Nikt tutaj do tego nie potrzebuje intymnosci, nikt nie potrzebuje odgradzac sie, zaslaniac i wstydliwie chowac. Gdy autobus zatrzymuje sie gdzies w szczerym polu na postoj toaletowy, kobiety i mezczyzni swe potrzeby zalatwiaja ledwie kilka metrow od siebie, a w ekstremalnych wypadkach nawet rozmawiaja sobie przy tym wesolo. Gdy trafi sie szczesliwie "normalna", tj. zamykana toaleta to i tak rzadko kto drzwi uzywa zgodnie z przeznaczeniem. W prysznicach zas takich jak ten na naszym promie mycie sie tez ma charakter kolektywny, zbiorowy, razem przezywany i wzajemnie dzilony. Nie raz, nie dwa widzialam jak do myjacaje sie wlasnie kobiety dolacza inna z mydelkiem i reczniczkiem. Radosnie, wesolo i plotkarsko robi sie wtedy pod ntryskiem, nikt nie prostestuje, nikt sie nie buntuje, tylko dzieli sie ochoczo kabina z innym wspolpasazerem. Moja tolerancja dla afrykanskich norm i obyczajow jest wielka, ale przyznam ze niewsystarczajaco wielka. Przywiazuje drzwi sznurkiem od wewnatrz do kranu czym wesolosc wzbudzam obserwujacaych mnie kobiet.

Dzien na promie uplywa powolnie, leniwie, sennie i nieznosnie upalnie. Poklad kapitanski, ktory przez cala noc mielismy tylko dla siebie, powoli zapelnia sie pasazerami. Rozkladaja tu i owdzie swe tobolki i materace. A wiec nie jest to enklawa dla bialych, jak w pierwszej chwili myslalam, a poklad dostepny po prostu "za kapitanska laska". Z uczuciem prawdziwej ulgi przeciskam sie przez calkiem gesty juz tlumek tubylcow, z uczuciem ulgi, bo nie lubie zamknieta byc w turystycznym gettcie, z dala od prawdziwego swiata, od prawdziwej Afryki. A ta jest teraz wokol mnie, ciasno mnie otoczyla, rozsiadla sie z lewej i z prawej, z tylu i z przodu, usmiecha sie do mnie szeroko, zaplata sobie wlosy, podjada placuszki, spi skulona w malym skrawku cienia, czyta gazete, pali paierosa w kacie, myje zeby spluwajac za burte i sciagajac tym na siebie gniew zalogi, w kolorowe zawija sie chusty, czasem dlubie w nosie zupelnie otwarcie lub spiewa nie zwazajac na obojetna publike, ziewa, smieje sie histerycnie lub halasliwie sie kokoszy... Taka jest Afryka wlasnie, taka jak ci pasazerowie wokol mnie.
Sama nie wiem, kiedy to sie stalo, a stalo sie zupelnie niepostrzezenie, jakos tak naturalnie, samoistnie, ze nie zdolalam dokladnej daty w kalendarzu odhaczyc, ani w pamietniku odnotowac, kiedy to Afryka stala sie moja Afryka, moja codziennoscia, moim dniem powsednim, kiedy ta podroz przez Czarny Lad przestala byc podroza przez nieznane i obce, a stala sie po prostu moim zyciem. Afryka choc wciaz mnie zachwyca, wciaz na kazdym kroku dziwi, stala mi sie bliska, a moze nawet swojska, tak bardzo wydaje mi sie dzis oczywista, ze z trudem moge sobie wyobrazic, ze jakis inny, nieafrykanski swiat gdzies w ogole istnieje.Sama nie wiem kiedy zbudowalam sobie moja kragla chatke kryta palmowa strzecha, gdzies w sercu Afryki i zamieszkalam posrod jej ludu.
Otrzasam sie z mojego zamyslenia, bo oto krolowa wplywa do jakiegos portu. Leniwie, nie spieszy jej sie do brzegu, a gdy juz do niego dobije jak mantra powtarza sie ta sama procedura, ten sam niezmienny scenariusz: ludzie biegna z wioski, sa wsrod nich nowi pasazerowie, sa handlowcy, ktorzy odbieraja lub nadaja swoje towary, sa mlodzi meczyzni, ktory pracuja przy rozladunku i zaladunku, najliczniejsi sa chyba jednak zwykli gapie. Przybycie krolowej jest dla wioski, w ktorej na co dzien dzieje sie niewiele ponad nic, zawsze wielkim wydarzeniem, choc przeciez tak przewidywalnym, tak malo zaskakujacym...
Drewniane skrzynie na dolnym pokladzie, w ktorych w nocy spali ludzie, zapelnily sie kasawa, tak gesto, ciasno, tak szczelnie i zwarcie, ze powstaly waskie miedzy ta stloczaona kasawa tunele, przez ktore z trudem mona sie przecisnac. Poklad towarowy dzi juz nie dla pasazerow, a jedynie dla kasawy. Jest jej naprawde nieopisane mnostwo, a aby to mnostwo aladowac potrzeba czasu, wiec marudzimy w porcie naprawde dlugo, tak dlugo, ze nawet gapie zdazyli sie juz nudzic i wrocic do swych chatek. Kiedy zaladunek zblizal sie nareszcie do szczesliwego konca, afrykanska nieokielznana pogoda i sila zywiolow, postanowila zatrzymac nas u brzegu na kolejne godziny. Potezne, czarne chmury, sczelnie kryjac niebo, zgromadzily sie nad naszymi glowami, co rusz inne, grozne przybierajac ksztalty, tanczyly targane porywistym wiatrem, raz wysoko wzbijajac sie ku niebu, a raz opadajc nisko, ze mialo sie wrazenie, ze mozna by ich siegnac nimalze. Raptem wszystko ucichlo, zgaslo w milczacym oczekiwaniu. Kiedy ostatni rybacy, co sil w miesniach machajac wioslem w swych waskich dlubankach, dotarli szczesliwie na brzeg, niebo przeszyla blyskawica i huk rozlegl sie tak ogromny, jkby kto zywcem niebo rozdzieral. To byl prawdziwy nieb krzyk! Chwile potem polaly sie rzesiste wody strumienie, na wszystkie strony zacinane przez porywisty wiatr. Rozowe pioruny szalaly po niebosklonie, szalal deszcz i wiatr i woda, szalala cala afrykanska przyroda, jakby w oblednym jakims tancu.
IMG_3546_bis.jpg
tunele kasawy

Wyplynelismy dlugo po zmierzchu, kiedy zapadla spokojna noc jak nic. Kolejny postoj wymusila awaria liny podnoszacej klape, po ktorej na poklad krolowej wchodza pasazerowie i wjezdzaja pojazdy. Naprawa trwala do rana i krotko po sniadaniu kapitan poinformowal, ze spoznienie krolowej Yapei siegnelo 24 godzin, co nie mniej nie wiecej oznaczalo, ze czeka nas kolejna, trzecia juz noc na statku. Przyjelam te wiadomosc ze stoickim spokojem, ze stoickim spokojem przyjeli ja pasazerowie. Bo choc krolowa jest kaprysna plynie spokojnie i powolnie, pozwala oczy cieszyc niespiesznie mijanym krajobrazem, spokoj daje mysla, co przychodza i odchodza jak fale jeziora. Za to wszystko jestem w stanie wybaczyc krolowej wszystkie jej kaprysy.
IMG_3489_bis.jpg
IMG_3495_bis.jpg
IMG_3526_bis.jpg
burza nad jez. Volta

Wysłane przez aidni 8:17 AM Kategoria Ghana Komentarze (0)

Ghana - czesc 2 - Cape Coast i Elmina

sunny 35 °C

ILE LAT MA GHANA?

Ile lat ma Ghana? Jak daleko siega jej historia? Ano bardzo daleko!
Jest rok 800 n.e., Europa wkracza w wiek sredni, a polska panstwowosc nie zdazyla sie nawet jeszcze narodzic. Wojny, niepokoje i cywilizacyjne balansowanie na krawedzi dwoch epok zaprzataja stary kontynent calkowicie. Nikt nie zadaje sobie pytan, co tam jest za wielka woda, nikt nie szuka, aby fantazyjne ksztalty kontynentow nadane im przez geografow, naocznie zbadac, ani bialych plam na mapie zapelnic. Kiedy Europa zajeta jest soba trwa zloty wiek arabskich odkrywcow, ktorym niestraszna byla pustynia i nieobca odwaga, smialo i coraz smielej zapuszczaja sie w glab Czarnego Ladu.
Niejaki Al-Fazzari juz wtedy wspomina o Ghanie, nazywajac ja "krolestwem zlota", a jego rodak Chwarizimi nanosi ja po raz pierwszy na mape Ptolemeusza. Czy nam sie to podoba czy nie, Ghana znacznie jest starsza niz niejedno z europejskich panstw.
Kupcy, marynarze, zolnierze i zwykli awanturnicy, lowcy przygod zadni latwego i szybkiego bogactwa, sredniowieczni odkrywcy o nieokielznanej odwadze, bezimienni bohaterowie i najzwyklejsze szuje - wszyscy oni zabraliby pewnie swa opowiesc do grobu, gdyby nie pewien arabski, sredniowieczny reporter, ktory choc sam nigdy nie przekroczyl Sahary, dlugie lata spedzil w portach, na przystaniach, gromadzac i w najdrobniejszych szczegolach spisujac te zamorskie opowiesci. Jest rok 1067 n.e., poludniowa Hiszpania. Abdallah ibn Abd al Aziz, zwany takze Abu Ubajd, czy tez po prostu al-Bakri, odklada pioro. Oto zostala ukonczona jedna z najbardziej niezwyklych relacji podrozniczych w historii. Z ciemnych mrokow zapomnienia wylania sie inspirujacy i zadziwiajacy obraz zaawansowanych w rozwoju afrykanskich krolestw, kultur i cywilizacji. A najstarszym z nich byla Ghana. Zlotem ociekajacy palac krola i jego potezna, dwustutysieczna armia, wzorowa organizacja panstwa, pobor podatkow, nowoczesna zelazna bron i narzedzia... Pelne emfazy opisy sredniowiecznych obiezyswiatow potwierdzaja najnowsze odkrycia historykow i archeologow, gdzies w sercu buszu odkopane pozostalosci wielkich miast, jakas ceramika, co artyzmem i wykonanaiem zachwyca...
Mit zapoznionej cywilizacyjnie ziemi bez historii nie dotyczy Afryki, jest jedynie wytworem buty i arogancji bialego czlowieka oraz jego niewiedzy o dlugiej i zawilej historii Czarnego Ladu.
Kolacja, ktora sobie na co dzien kupuje u ulicznych kucharek za niecalego dolara i konsumuje nastepnie w scenerii bardzo malowniczej i panoramicznej dachu hotelu w Cape Coast, zakonczona. Zamykam ksiazke Basila Davidsona o wymownym tytule "Stara Afryka na nowo odkryta". Jest tu ona moja jedyna polska rozmowczynia i choc przeczytalam ja juz w te i nazad, to nie potrafie sie z nia rozstac. Za duzo ma ciekawego przy kolacji do opowiedzenia o zamierzchlych Afryki dziejach.
Cape Coast i Elmina, miasta - siostry u wybrzeza Zatoki Gwinejskiej, ktore historia zlaczyla nie tylko geograficzna bliskoscia, ale i dziejowym okrucienstwem, ludzka bezmyslnie przelana krwia i potwornym cierpieniem. Nie gdzie indziej jak wlasnie w Elmina stoi czis najstarsza budowla wzniesiona przez Europejczykow w Afryce subsaharyjskiej - portugalski fort, ktory sluzyl za punkt przeladunkowy niewolnikow. Cape Coast natomiast zla slawa zapisalo sie na kartach historii, jako ze przez dlugie stulecia byl to najwiekszy osrodek handlu niewolnikami w calej Afryce Zachodniej.
Jedno w tym wszystkim zadziwia, jedna rzecz jest zupelnie niezrozumiala i niepojeta. Jak w tak zachwycajacych okolicznosciach przyrody czlowiek jest zdolny drogiemu czlowiekowi zadac tyle bolu, jak posrod tak nieopisanego piekna przez setki lat trwal okrutny, niewolniczy proceder. Bo Cape Coast i Elmina to miejsca, w ktorych mozna Afryke z miejsca pokochac, dac sie jej uwiesc, omotac, zupelnie zaczarowac tak, ze az sie w glowie zakreci.
Bo oto juz uliczka wije sie zawijasami wzdluz brzegu wscieklego oceanu, ktory poteznymi balwanami uderza rytmicznie w nadbrzezne glazy, w gore wzbijajac zamaszyscie wodna, biala piane.Wzdluz uliczki rzemieslnicze kramy: szewc naprawia uszkodzone obuwie, krawiec szyje kolorowe sukienki i koszule, tapicer odwaznym kolorem obija postawne meble. Najwiecej jednak rybakow. Wszedzie porozkladane, kolorowe rybackie sieci, wokol ktorych krzataja sie mezczyzni, ogladaja, sprawdzaja, naprawiaja.
Zapuszczam sie w boczna uliczke skad wzywa ocean zasloniety sciana szczelnie przylegajacych do siebie budynkow. Po drodze witana owacyjnie przez odpoczywajacych w cieniu zaulkow mezczyzn, przyspieszam kroku, by zdazyc do brzegu nim spadnie na mnie deszcz oswiadczyn i grad milosnych wyznan.
Ach! Gdyby czlowiek jezyk mial wymyslic w takim jak to miejscu, pewnie poddalby sie z miejsca, rece opuszczajac nisko w gescie rezygnacji!
IMG_3168_bis.jpg
IMG_3206_bis.jpg
na wybrzeżu w Cape Coast
Rozbuchane, halasliwe fale oceanu, drobna, wodna mgielka, ktora wiatr roznosi, przykryly jak welonem cala plaze. Ta zas kamienista jest i piaszczysta na przemian. Daleko z prawej biale mury na skale wzniesionego portugalskiego, niewolniczego fortu i palmy kokosowe tarmoszone na wilgotnym wietrze. Wsrod okrzykow radosci, amatorski mecz pilki noznej rozgrywaja mlodzi mezczyzni. Z lewej pietrza sie ku gorze skaly, ciagnie sie linia kolorowych, rybackich domkow. I znow krzyk sie podnosi w czlowieku, znow sie w nim wszystko buntuje. No bo jak to tak smieci rzucac gdzie popadnie na tak pieknym wybrzezu, swinie ublocone wypuszczac w ten smietnikowy zer, a na skale co wbija sie w ocean, umowna tworzyc toalete. To, co zachwyca przybyszow z dalekiej Europy, jest tutaj chlebem powszednim, widokiem do znudzenia opatrzonym, zwyczajnym i codziennym. A tymczasem trzeba stawic czola zyciowym problemom. Bo tam, gdzie brak biezacej wody, na szambo nie ma pieniedzy, a wysypiska smieci nie istnieja, tam wszystko pochlania wielki, wodny olbrzym.
A kiedy juz mi sie wydawalo, ze bardziej urokliwego miasta jak Cape Coast nie sposob w Afryce znalezc, to trafila sie Elmina, od Cape Coast oddalona o zaledwie 15 km. Cala skapana w oblednych kolorach ciasno zaparkowanych, rybackich lodzi, rozrzuconych na zlotym piasku sieci, odwaznie zielonych palm kokosowych wyciagajacych swe dlugie szyje ku niebu, ktore doskonale jest blekitne. W waskich uliczkach kobiety sprzedaja pieczone banany, te same, co w Ugandzie zwa matoke, tutaj zas koko; w cieniu arkad starych, postkolonialanych budynkow, z ktorych farba odchodzi wielkimi platami, mezczyzni chowaja sie przed sloncem, pala paierosy, graja w karty, w zgarbnie skrojonych mundurkach dzieci wracaja ze szkoly. Na piaszczystym boisku chlopcy z oddaniem strzelaja gole i buduja marzenia o wielkiej futbolowej karierze. Wspinam sie po krzywo odlanych w betonie schodach prowadzacych na katedralne wzgorze. W cieniu poteznych drzew, w towarzystwie szalenie kolorowych jaszczurek, siedam w cieniu, ktory obok wody najbardziej jest w Afryce poszukiwanym dobrem, poszukiwanym kazdego dnia, od switu az po zmierzch. W nozdrza uderzaja podmuchy goracego, wilgotnego wiatru, w dole klebi sie gwar miasteczka: klaksony, halasliwe silniki, zbyt glosno puszczana muzyka, smiech kobiet, krzyki dzieci, szumi spokojnie seledynowy ocean. Trwa bez konca moje Afryka zauroczenie, moje czarne, calkowite upojenie.
IMG_3273_bis.jpg
IMG_3343_bis.jpg
Elmina

Wysłane przez aidni 6:05 AM Kategoria Ghana Komentarze (0)

GHANA - czesc 1 - NOC NAD AKRA

sunny 36 °C

UCIEC Z GHANY

Jest na swiecie pewna magiczna szerokosc geograficzna, jest jakis pas przestrzeni miedzy rownoleznikami zaklety, gdzie wszystko jakos tak pachnie niezwykle. Zaduch panuje tu niesamowity, ale nie jest to wylacznie wilgoc powietrza, ani gorac upalnego slonca. To cos wiecej. To zapach, ktory pierwszy raz poczulam w Indiach, a chadza on tam sobie po ulicach Bombaju, to zapach, ktory otoczyl mnie natychmiast, gdy tylko wyladowalam posrodku amazonskiej dzungli w peruwianskim Iquitos, to zapach, ktory z cala sila uderzyl mnie w nozdrza, gdy tylko znalazlam sie na plycie lotniska w Akrze. Zapach, ktorego nie potrafie opisac, ani do niczgo przyrownac, zapach na tyle jednak juz znajomy i pozytywne niosacy wspomnienia z poprzednich podrozy, ze na zachodnioafrykanskiej ziemi od razu poczulam sie swobodnie, radosnie, a wrecz swojsko.
- Madame - wola mnie celnik, gdy podazam ku przejsciu oznaczonym "nic do zadeklarowania" - Madame prosze do mnie!
Slabo mi sie robi, gdy widze jak inni celnicy trzepia ludziom torby i tobolki, wszystko wyciagajc na zewnatrz, w kazdy zagladajac zakamarek, kieszonke. Ide jak na sciecie. Wizja wypakowywania plecaka, wilgocia przesiakle gniota sie ubrania, gdzie zgnilizna smierdzi przemokly namiot, ktory w Malawi przetrwal najpotezniejsza ulewe, jaka w zyciu widzialam, lecz nie zdazyl juz biedak wyschnac, bo na lotnisko trzeba bylo gnac. I jak to tak wyciagac to wszystko, a potem z powrotem pakowac - ach nie usmiecha mi sie to wcale.
- No bo ja bym chcial sie Madame oswiadczyc. Chce byc Madame mezem - wypala do mnie znienacka celnik z szerokim usmiechem. A jest to strzal zupelnie nieoczekiwany. Wszystkiego sie spodziewalam, ale nie tego. Z zaskoczenia zupelnie nie wiem, co powiedziec, jak zareagowac. W dodatku celnik trzyma mocno moja reke i ani mysli jej z tego uscisku uwolnic.
- Bo z Ghany kazdy chce wyjechac, a jedyna dla nich mozliwoscia jest ozenek z Europejka, dlatego wszedzie, gdzie tylko sie pojawiasz zaraz bedziesz miala wianuszek adoratorow, nie dlatego krecacych sie wokol ciebie, ze im sie podobasz lub szczerze cie polubili, ale dlatego, ze chca za wszelka cene do Europy sie z Afryki wydostac - ostrzega mnie norweska wolontariuszka, ktora w Ghanie spedzila ponad 3 miesiace.
Na potwierdzenie jej slow nie musze dlugo czekac. Czy to w drodze do sklepu, czy ambasady Togo po wize, czy handlowa upajajac sie atmosfera na targu, czy tez minibusem pedzac z jednej czesci miasta do drugiej, niechybnie zdarzyc sie musza jakies oswiadczyny, jakies podrywania ekspresowego nieudolne proby, jakies trzymanie za reke i glebokie w oczy patrzenie, jakies namietnym tonem wypowiadane komplementy w rodzaju: "jaka jestes piekna", "od razu cie pokochalem, gdy zobaczylem jak sie usmiechasz". Ciezko powstrzymac wesolosc, ktora czlowieka ogarnia w takich chwilach, ciezko powage zachowac i jak tarcza bronic sie opowiastka o fikcyjnym mezu.
- Jestes z Polski? Naprawde? To zupelnie niesamowite! Zawsze chcialem tam pojechac, zawsze chcialem kogos z Polski poznac!
- Czyzby? Jeszcze chwile temu nie wiedziales, ze Polska i Holandia to dwa rozne kraje (Polska mylona jest nagminnie z Holandia ze wzgledu na podobienstwo brzmienia nazw obu krajow w jezyku angielskim Poland i Holland, najczsciej jednak nikt nie ma pojecia, ze taki kraj jak Polska w ogole istnieje) i zaloze sie, ze nie wiesz nawet, gdzie jest Polska.
- Nic nie szkodzi, chetnie sie dowiem.
No i jak tu z takim dyskutowac, rece opadaja.
Europa jak ziemia obiecana, jak kraina miodem i mlekiem plynaca, jak ojczyzna niczym niezmaconej szczesliwosci i bogactwa, ktore jest wszystkim dane. Europa piekna, wspaniala, mieszkac i zyc w Europie oto najwieksza nobilitacja jaka moze spotkac Afrykanczyka.
- Ale w Europie tez sa biedacy, bezrobotni, chorzy i cierpiacy i wcale nie kazdy ma laptopa i samochod. Ja na przyklad nie mam samochodu.
- Nie masz samochodu? - moj rozmowca z trudem powstrzymuje zdziwienie.
- Nie mam.
- A to mnie rozczarowalas!
Bezskutecznie probuje walczyc z mitem Europy, ktora tu wszyscy postrzegaja jak raj na ziemi, ale wobec takich ja ta odpowiedzi, wobec tych stereotypow tak silnie zakorzenionych, moge tylko oglosic calkowita ma bezradnosc. Zastanawia jedynie fakt, dlaczego w formie tak zdesperowania pelnej marzenie o ucieczce do Europy obecne jest wlasnie w Ghanie. Przeciez i w innych krajach afrykanskich jest bieda i wyidealizowany obraz Czarnego Ladu rownie silnie zakorzenil sie w ludzkich umyslach. Tylko jednak w Ghanie spotkalam sie z taka determinacja, z taka powszechna, masowa wola ucieczki z wlasnego kraju. My Polacy tez kiedys wierzylismy, ze taka ziemia obiecana sa Stany Zjednoczone lub Europa Zachodnia, porywalismy nawet samoloty by sie tam dostac, kajakiem niektorzy przeprawiali sie przez Baltyk do Szwecji, poniekad rozumiem wiec Ghanczykow. Kiedy jednak pomarszczony, bezzebny dziadek mowi mi "I love you" uciekam zaszyc sie w kawiarence internetowej, bo ilosc oswiadczyn i milosnych wyznan tez musi miec swoje granice, tak jak ma je ludzka cierpliwosc. Czekajac na polaczenie z serwerem mojej skrzynki e-mailowej zerkam przez okno na ulice. Kolorowy, wesoly tlum, szerokie usmiechy, ludzie kiwaja sie radosnie w rytm muzyki plynacej z charczacych glosnikow wlasnie przejezdzajacego auta. No i gdzie oni ze swoim temperamentem odnalezliby sie w Europie! Pomarli by przecie z nudow i samotnosci w tych swoich wymarzonych samochodach i z tymi upragnionymi laptopami pod pacha.
IMG_3042_bis.jpg
IMG_3043_bis.jpg
reklama domowej produkcji (Akra)

NOC NAD AKRA

Noc nad Akra pojawila sie nieoczekiwanie, z chwili na chwile, z minuty na minute, tak szybko jakby ktos raptem zgasil swiatlo. W calym miescie zrobilo sie ciemno, na ulicach zapalono latarnie, kierowcy wlaczyli reflektory w swoich autach... a przeciez byla dopiero 16.00! Do zachodu slonca jeszcze przynajmniej dwie godziny!
Noc sopadla na Akre w srodku dnia za sprawa ciezkich, deszczowych chmur, otylych, pojemnych w wode jak potezne beczki i cysterny, a czarnych przy tym jak smola. Zakryly niebo swym nieprzenikliwym cielskiem tak szczelnie, ze na ziemie nie byl w stanie przedostac sie juz zadem promien slonca, zadne nawet najslabsze swiatlo. Potezne, zwaliste, zbudowaly na niebie wielopoziomowe konstrukcje pietrzac sie ku gorze jak atomowe grzyby. Skromnie wygladaly przy nich ludzkie domy i budynki, kioski i budki, a nawet wysokie siedziby bankow i firm - ot chwiejne, liche, karciane konstrukcje, ktore wiatr powalic moze jednym podmuchem.
Akre tego popoludnia polknal olbrzym, Akra znalazla sie w brzuchu jakiegos potwora i nad glowa miala teraz jego sklebione, konwulsyjnie pulsujace wnetrznosci. Tak miesiste, sliskie, tak cielesne przybraly ksztalty burzowe chmury, co jako pierwsze w tym roku przybyly zwiastowac bliskie juz nadejscie pory deszczowej. Po dlugim okresie upalow i suszy, afrykanska ziemia wola o deszcz.
Ledwie zdazylam przekroczyc prog hotelu, mokra cala od wlasnego potu, gdy z trzaskiem piorunow pekly czarne, podniebne olbrzymy. Wielka woda spadla na miasto, a huk kropel z impetem uderzajacych o dach zagluszyl wszystko. Mialo sie wrazenie, ze pod naporem wody tak poteznym, ze wobec ataku nieba tak zazartego dach runie, upadna sciany i mury! To byla sprawa miedzy niebem a ziemia, to byly dwoch zywiolow grozne porachunki, gdzie czlowiek ze swym miastem, nawet tak jak Akra wielkim, znalazl sie jakby przypadkiem, jak male, nieporadne dziecko, co z trwoga obserwuje klotnie rodzicow tak soba zajetych, ze zdaja sie juz nie pamietac o jego istnieniu.
Na ziemie tej przedwczesnej nocy spadlo wiecej wody niz mogla ona w sobie pomiescic. Ulicami plynely rzeki, woda wylewala sie z rynsztokow na chodniki i ulice. Noc, ktora nadeszla tak nagle zabrala jednak ze soba zwaliste chmury, pioruny i deszcz. O poranku znow zaswiecilo slonce, niebo bylo bezchmurne, a powietrze wilgotne. Afrykanska pogoda jest kaprysna i zmienna, gwaltowna w swym gniewie i promienna w radosci.

Z AFRYKANSKIEGO NOTATNIKA - WLOSY

Grube warkocze i cienkie warkoczyki, zaplatane na lewo lub na prawo, przy samej skorze lub zupelnie luzno, loki geste, skoltunione, wlosy proste jak po prasowaniu przy koncowkach zawiniete, jasne, ciemne, czarne, brazowe, krotkie i dlugie, czasem z kolorowa jakas treska. Fryzury bujne, okazale, albo do glowy przylegajace skromnie, fantazyjnie wymyslne lub klasycznie proste, tradycyjne - a wszystko to sztuczne! Wlosy to Afryki najwieksze oszukanstwo!!!
Wlosy w Afryce kupuje sie w specjalistycznym sklepie lub, jesli tylko takowe w danym kraju sie zadrzaja, w supermarkecie. Pakowane sa elegancko, mozna przebierac we wzorach, fryzurach i fasonach. Kiedy wymarzone wlosy ma sie juz w torebce nie pozostaje nic innego jak umowic sie do fryzjera, nie na godzine jednak, ale na dzien! Afrykanska fryzura jest bowiem czasochlonna i wymagajaca, a fryzjerka potrzebuje nieraz calego dnia by sklepowe wlosy zgrabnie z prawdziwymi polaczyc. A te prawdziwe sa jak puszek, cienkie, sfilcowane. Bezlitosne, afrykanskie slonce nie pozwolilo im nigdy urosnac, spalilo je, skurczylo ich aspiracje. Najdluzsze wlosy Murzynka zdola zapuscic gdzies za ucho, no moze nico dalej, jesli tylko starczy jej determinacji w ich pielegnowaniu, a i tak wlos wtedy sztywny, sterczacy i wielce ciekawej fryzury stworzyc niezdolny. Najprostszym rozwiazaniem sa zatem sztuczne wlosy. Niewazne czy to wschod czy zachod, Afrykanki w zdecydowanej wiekszosci wypadkow wybraly wlos udawany, nienaturalny, zwodniczy, oszukanczy. Siedza wytrwale i cierpliwie czekaja az fryzjerka dobrze przymocuje kazdy z warkoczykow i loczkow, tresek. I jestescie w bledzie jesli myslicie, ze na tym afrykanskie klopoty z wlosami sie koncza. Nic bardziej mylnego! Sztucznych wlosow nie mozna umyc! Sztuczne wlosy trzeba przed woda chronic, bo ta potrafi je szybko zniszczyc. Dlatego biorac prysznic trzeba wlosy w foliowy worek zawinac, nie ma rady. Afrykanka nie wie takze czym jest przyjemnosc chadzania z gola glowa, gdy z nieba siapi cieply deszczyk, no chyba ze na oltarzu tej przyjemnosci polozy swoje wlosy.
Sztuczne wlosy wygladaja bardzo naturalnie i sa dobra podrobka. Dlugo i naiwnie zachwyca sie bialy czlowiek jakie to mozna cuda na kobiecych glowach stworzyc nim sie zorientuje jaki to miraz i calymi dniami wyplatane matactwo.
Niektore kobiety zamiast sztucznych wlosow do ich wlasnych skrzetnie przymocowanych, wybieraj peruke. Fryzurke maja wtedy gladka, a wlosy proste i lsniace. Jak one jednak wytrzymuja to goraco, to slonca swiecenie, gdy w zwyklej czapce z daszkiem glowa cala zywcem sie gotuje... nie potrafie odgadnac.

Wysłane przez aidni 5:07 AM Kategoria Ghana Komentarze (1)

(Wpisy 1 - 4 z 4) Strona [1]