Travellerspoint Blogi z podróży

Benin

Benin - część 5 - W krainie ludu Somba

Trasa: wjazd 30.03.09, wyjazd 6.04.09 - Ouidah - Abomay - Natitingou - Boukoumbe (Somba country) - przejście graniczne Porga

sunny 40 °C

W KRAINIE LUDU SOMBA

W krainie ludu Somba jest mangowców wiele. W krainie jest mangowców prawdziwe zatrzęsienie. Słodkimi ich owocami usłane są w wioskach ścieżki, żółtym dywanem przykryte są pola i placyki, spadają mango jak pociski z gęstych, nieprzeniknionych czeluści potężnych, mangowcowych koron. Mango na śniadanie, mango na obiad i na kolacje, zupełnie za darmo. Wystarczy za próg wyjść i zbierać, albo pod drzewem usiąść i ręką sięgać, rękę zapuszczać w zielone liście. Duże, małe i średnie wszelkich gatunków i smaków, przeróżne. Mango nad głową, mango pod stopami, mango pełne garści i plecak. W krainie Somba zajadam się mango bez pamięci, bez hamulców, bez żadnych ograniczeń, tak długo jak pojemność żołądka pozwala, a nawet gdy ten trzeszczy już w posadach żałuję, że nie jest większy, by wszystkie mango z krainy Somba w nim pomieścić. Serce pęka na widok tych pysznych owoców rozdeptanych lub rozjechanych na drodze, całymi setkami, tysiącami! Serce pęka gdy patrzy się jak gniją i stają się pożywką wszelkiego afrykańskiego robactwa. Serce pęka na widok tego mangowego marnotrawstwa. Bo przecież mango to król afrykańskich owoców, a może i król owoców w ogóle...przynajmniej dla mnie. Ścieka słodki sok z moich warg, lepią się ręce, w krainie ludu Somba znalazłam mój afrykański, mangowy raj.
Ale mango to nie jedyne przysmaki, które tu spadają z nieba. Gdy miejscowi znudzą się już ich słodkim smakiem sięgają wysoko po małpi chleb, czyli owoce baobabów. Te rozmiarów są całkiem znacznych i w twardej, zielonej występują skorupce, która służy także do wyrabiania tradycyjnych grzechotek. Owoc baobabu rozbija się energicznie o kamień, a wtedy rozpada się on na dwie części. W środku zaś biały proszek posklejany w grudki, smak ma słodko-kwaśny i rozpływa się w ustach jak cukierek. By jednak doznać prawdziwej smakowej odmiany trzeba poszukać drzewa serowego. Nie jest one tak pospolite jak wszędobylskie tu mangowce, ani tak charakterystyczne i z daleka widoczne jak baobaby, warto się jednak trochę potrudzić i poszukać, bo ich owoce to prawdziwa uczta jeśli się dawno, dawno nie miało w ustach sera. Drzewo serowe w samo w sobie niczym szczególnym się nie wyróżnia poza tym, że okrutnie jest wysokie i by owoców jego sięgnąć trzeba długaśnego kija. Skrywa swoje skarby przed amatorami sera w kraju, gdzie poza mlekiem w proszku innego nabiału nie sposób dostać. Kształtem przypominają figi, koloru są zaś czerwonego. Gdy dobrze dojrzałe pękają na cztery równe części jakby wypluwając z siebie, z czterech zamkniętych w środku, kruczo - czarnych nasion, biało - beżową substancję. Ta twardnieje i zupełnie jak nie ser chrupiąca jest i niesoczysta wcale. Jeśli jednak zamknąć oczy i w dodatku kawałek chleba mieć w ręce to uwierzyłby człowiek prawie, że ma w ustach kęs goudy albo ementalera. Warto przyjść więc pod serowe drzewo z rana, z kubkiem herbaty i bułkę jaką, na śniadanie mieć swojsko jak w domu, a przed oczami Afrykę jak z dziecięcych marzeń, Afrykę żywcem z wyobraźni wyjętą, Afrykę jak z obrazka.
IMG_3943_bis.jpg
owoc baobabu

Jeszcze do niedawna bowiem kobiety z plemienia Somba nosiły spódnice niczym nie zakrywając piersi, a i mężczyźni tradycyjny przywdziewali strój i chociaż dziś plemienny obyczaj zdradzili dla bezdusznych dżnisów i t-shirta, dalej życie wiodą proste, rolnicze jak przed setkami lat i tradycyjne zamieszkują domostwa. A nic innego jak właśnie architektura uczyniła plemię Somba sławnym w całej Afryce Zachodniej. Bo choć podobnie jak wiele innych zbudowano je z ziemi, gliny i strzechy, to jednak domostwa ludu Somba są zupełnie wyjątkowe. Często piętrowe, z zewnątrz przypominają miniaturowe fortece. Za wysokim murem kryje się mały dziedziniec, a wokół niego niewielkie izdebki, koliste w kształcie. Na górę wchodzi się po schodach zrobionych z grubej gałęzi, w której wykrojono wąskie stopnie, bardzo wąskie bo ledwie mieszczą się na nich palce. Po Somba schodach wchodzi się jak po drabinie. Na niewielkim półpiętrze, w małym, glinianym tukulu wiaderko z wodą i pół plastikowej butelki, służącej za polewaczkę. Tak bowiem wygląda prawdziwy afrykański prysznic. Bieżąca woda dostępna jest w czarnej Afryce rzadko, najczęściej jedynie w dużych miastach i to przeważnie w hotelach nastawionych na przybyszów z Zachodu. Tu na prowincji, na prawdziwej afrykańskiej wsi, jest wiadro i kubełek - polewaczka i już.
Z Somba łazienki na pięterko prowadzą kolejne Somba schody. Na ciasnym balkoniku stoi spiżarka kryta strzechą, a wokół kolejne trzy tukule (okrągłe chatki) - sypialnie. Do każdej z nich wchodzi się przez niewielki otwór drzwiowy (wysokości najwyżej metra) ale jak! Znów po Somba - schodkach w dół!!! Tak! Ponoć to dlatego, by śpiących chronić przed wężami, szczurami i innymi nieproszonymi, nocnymi gośćmi. Rozkładamy się z Benjaminem (amerykańskim podróżnikiem, którego poznałam w hotel Monsieur la Lutta w Abomay) na śpiworkach, na balkoniku naszego Somba - hoteliku - fortecy. Sypialnię wybraliśmy oczywiście tę na samej górze, a i tak większość nocy spędzamy pod gwieździstym niebem, wsłuchując się w nieprzeniknioną ciszę, którą tylko czasem mąci wiatr buszujący w koronach mangowców.
IMG_3921_bis.jpg
nasz Somba hotelik
IMG_3947_bis.jpg
tu powstają blogowe opowieści
Zasypiamy twardym snem, sama nie wiem kiedy, bo droga do krainy Somba była długa i to wcale nie dlatego, że z Abomay jest tu jakoś szczególnie daleko. W Afryce odległość mierzy się nie w kilometrach, a w godzinach spędzonych w autobusach, minibusach, zdezelowanych publicznych taksówkach i czym tam jeszcze. W Afryce kilometr kilometrowi nierówny, trzeba uzbroić się w cierpliwość i nauczyć czekać i to czasem całą wieczność.
Kraina ludu Somba z resztą kraju połączona jest fatalną drogą wiodącą do jedynego na północy Beninu większego miasta o niewdzięcznej nazwie Natitingou (czyt. natitęgu). Daję się namówić na nieco komfortu i docieram tu wraz z Benjaminem funkiel nówka, chińskim autobusem. Jest wygodnie owszem, klimatyzacja działa, nawet telewizor jest i spokój i mnóstwo przestrzeni, ale jakoś tak bezdusznie, bez koloru, bez atmosfery, bez lokalnego nastroju. Takie Afryki oglądanie przez szybę, jak w jakiejś kapsule nikomu niepotrzebnego bezpieczeństwa - nie dla mnie. Dlatego z radością odkrywam, że do wioski Boukoumbé (czyt. bukumbe) dojechać można tylko do granic wypakowanym Afryką minibusem. By ten się jednak po brzegi wypełnił czekać trzeba długie godziny. I tak choć dotarliśmy do Natintingou ok. 14.00 to wydostać się stąd zdołaliśmy dopiero o 19.00! Nie wystarczy bowiem pasażerów zebrać i upchać ciasno w środku, trzeba jeszcze na dach wrzucić ich bagaże i w dobrze zbalansowany poukładać stosik. A Afrykańczycy jeśli się już gdzieś przemieszczają to chyba z całym swoim dobytkiem. Czegóż to nie ma na tym dachu! Są krzesła, stoły, nawet szafki, ciuchami po brzegi wypchane, wielgachne torby, są kosze z warzywami i owocami, jest rowerów para, są miski i wielkie garnki, są skrzynie metalowe i drewniane, są nawet zwierzęta w klatkach z patyków. W jednej z nich smutny piesek, błędnie patrzący w jakiś odległy punkt, z pokorą znosi całe zamieszanie i swój prawdziwie pieski, okrutny, afrykański los. Są kury i koguty, które bez litości wiąże się tu za nogi sznurkiem i wpycha w ciasne szpary między walizkami i tobołkami. Są w końcu nad kabiną kierowcy dwie kozy, również przywiązane do dachu. Całą drogę towarzyszy nam ich przeraźliwy krzyk i lament. Czy tak bardzo cierpią, czy też tak bardzo się boją, ciężko zgadnąć, nie ma jednak nic bardziej chwytającego za serce jak kozia rozpacz, bo brzmi ona w uszach człowieka jak płacz katowanego dziecka. Nie jest łatwo być zwierzęciem w Afryce.
IMG_3916_bis.jpg
w drodze do krainy Somba
Docieramy na miejsce, gdy noc jest już czarna. Jedyną latarnią jest tu księżyc, a i bez niego Afrykańczycy radzą sobie świetnie, bo prawdziwie tajemną posiedli, kocią jakąś zdolność widzenia w ciemnościach.
Właściciel naszego Somba - hoteliku - fortecy idzie sobie spokojnie, płynnie, a my z naszymi latarkami co chwila potykamy się o coś, na jakimś rozdeptanym mango się ślizgamy, to znów wpadamy w jakąś dziurę cudem unikając fikołka. Taka proszę państwa różnica między białym a czarnym człowiekiem.
Słońce wysoko już na niebie żar swój wylewa hojnie na ziemię. W małej Somba zagrodzie mężczyźni upajają się piwem z prosa pociągając je wprost z miseczek zwanych tu calebasse (czyt. kalebas). Miseczka wędruje z rąk do rąk i każdy jednorazowo ma prawo jeden pociągnąć łyk. Afrykańskim zwyczajem witamy się wylewnie pytając o żony, dzieci, rodziców, kozy i upewniwszy się, że u każdego z panów wszystko w jak najlepszym porządku, z miejsca zostajemy zaproszeni do degustacji. Napój piwem jest tylko z nazwy i alkoholowej mocy, smakuje bowiem raczej jak sfermentowana woda z jakąś brunatną zawiesiną. Grymasić jednak nie wypada więc popijamy z uśmiechem. Posługując się uniwersalnym językiem rąk i łamaną francuszczyzną, tak by panowie mogli nas zrozumieć, nawiązujemy nawet wesołą konwersację. Mężczyźni opowiadają nam o tym jak to piwo się wyrabia, pokazują spiżarkę, gdzie fermentuje i gdy atmosfera jest naprawdę rozluźniona i wesoła zjawia się facet w czerwonej koszulce i z miejsca wszystko psuje.
- Nie macie prawa tu być! Nie macie prawa wałęsać się po wioskach bez przewodnika, musicie zapłacić karę!
Wymieniam z Benjaminem jedynie porozumiewawcze spojrzenie, oboje wiemy co się święci, nie pierwszy to raz i nie ostatni, kiedy na naszym afrykańskim szlaku staje wróg numer 1 - niechciany przewodnik, przewodnik z przymusu.
Natrętni jak muchy, wszędobylscy, do bólu nachalni, każdą odmowę ignorując potrafią za człowiekiem chodzić, truć, głowę zawracać i na próbę najwyższą wystawiać nerwy i cierpliwość. Lubią straszyć, a to kradzieżą, niebezpieczną dzielnicą, skorumpowaną policją, nawet napadem zbrojnym i wyimagowanymi bandytami, tym, że sklepikarz ceny zawyży bośmy biali, tym, że hotel, do którego idziemy, brudny i zaniedbany, albo nawet spłonął i go zamknęli! Wszystkie metody są dobre byle tylko trochę na białym człowieku zarobić. Nie ma na nich rady, trzeba po prostu przywyknąć, zaakceptować, z uśmiechem w nieskończoność odmawiać, bo to element afrykańskiego pejzażu i już.
Facet w czerwonej koszulce szacunkiem cieszy się wśród pozostałych panów pewnie dlatego, że w sezonie pracuje z turystami i jak na benińskie warunki zarabia całkiem nieźle. Wszyscy więc milkną i nikt z miejscowych nawet nie próbuje z nim dyskutować. Próbuję tylko ja.
- Ale co też pan opowiada?! Przecież nigdzie nie jest napisane, że do chodzenia wytyczonymi ścieżkami przez wioski potrzeba przewodnika - tłumaczę łagodnie. Nic z tego. Facet w czerwonej koszulce zły jest i niezadowolony, nadąsany nie na żarty. Dzwoni do naszego Somba hotelarza, a gdy ten się w końcu zjawia, robi mu awanturę, że nas z samego już rana nie zaprowadził do przewodnickiej siedziby. Jakieś zamieszanie, kłótnia jakaś straszna. Wstajemy i grzecznie się ze wszystkimi żegnając po prostu odchodzimy, nie zważając przy tym wcale na protesty i nawoływania niezadowolonego przewodnika, który przełknąć nie może, że w okresie turystycznej suszy wymknęły mu się dwie grube ryby.
Turystyka w Afryce przybiera czasem wypaczoną formę. Nieraz człowiek czuje się osaczony, nieraz przeklina pod nosem, gdy odpędzić się nie może od wszelakich, ulicznych natrętów. W białym człowieku każdy tu widzi worek pieniędzy, a bo i większość przybyszów z Zachodu to ludzie majętni, szastający pieniędzmi na lewo i prawo, Afrykę oglądający zza szyby klimatyzowanych jeepów. Zdziwienie budzi widok białego człowieka w wypchanym do granic, publicznym autobusie lub jedzącego kolację u ulicznej kucharki. Niskobudżetowy podróżnik to w Afryce zjawisko wciąż rzadkie i niezrozumiałe.
Nie umilkły jeszcze krzyki i pogróżki za naszymi plecami, gdy przechodząc koło ogromnego baobabu zauważyliśmy odpoczywającą kobietę. Półnaga zajada się małpim chlebem. Na nasz widok energicznie rozbija jeden z owoców o kamień i z uśmiechem dzieli się nim z nami.
Niech cię pozory nie zwiodą podróżniku! Choć spokojnie przejść nie możesz ulicą, choć bezustannie ktoś ciągle czegoś chce od ciebie, a to coś sprzedać, a to wcisnąć ci zwinnie jakąś wycieczkę, albo po prostu z nudów pogadać, Afryka znacznie więcej da ci w jednej chwili niż kiedykolwiek będziesz jej w stanie odpłacić.
IMG_3929_bis.jpg
IMG_3931_bis.jpg
wies Boukoumbe w krainie Somba

Wysłane przez aidni 12:38 PM Kategoria Benin Komentarze (0)

Benin - część 4 - Monsieur La Lutta

sunny 36 °C

MONSIEUR LA LUTTA
Monsieur la Lutta ma w Abomey hotelik w samym sercu miasta. Hotelik jest ruderką do szczętu przeżartą wilgocią licznych pór deszczowych, które już cudem przetrwał. Na ścianach ciągną się strugami zacieki z przeciekającego dachu, przez maleńkie okienka nigdy nie zagląda słońce. W pokoju stęchlizna, odpadająca od muru umywalka, wisząca na kablu lampa rozpadająca się na drobiazg. Wszędzie brudno okrutnie i nieznośnie. Liczne na suficie pajęczyny są niezbitym dowodem na to, że nie jestem w tym pokoju jedynym lokatorem. Z prawdziwym zaskoczeniem odkrywam, że prysznica płynie woda, a wentylator, choć hałaśliwy ponad miarę, jednak działa.
Monsieur la Lutta ma w salonie - recepcji prawdziwą kolekcję laleczek voodoo i dżudżu, posążków przeróżnych i fetyszy. Walają się po kątach małpie czaszki, skórki zwierząt, niezindentyfikowane jakieś kości i ususzone jaszczurki. Wieczorami bowiem Monsieur la Lutta odprawia voodoo rytuały na życzenie turystów, którzy zatrzymali się w jego hotelu lub tak po prostu dla siebie lub przyjaciół. Bo Monsieur la Lutta jest kapłanem voodoo, chociaż chyba wszystkich kapłańskich "święceń" nie otrzymał, jako że na biało jak inni kapłani się nie ubiera. W świetle księżyca, gdy noc już późna, siedząc na drewnianym stołeczku przed swoim hotelem, Monsieur la Lutta podrzyna gardło kogutowi i krwią jego polewa niewielką czarkę. W czarce kawałek skóry słonia i lwa, które po rytuału szczęśliwym zakończeniu staną się potężnymi amuletami ochronnymi dla Benjamina, amerykańskiego podróżnika, dla którego dziś Monsieur la Lutta odprawia tę ceremonię. Gdy martwy kogut szarpie się jeszcze w nerwowych konwulsjach - Niesamowite - szepcze pod nosem Monsieur la Lutta - to prawdziwie dobry znak i wspaniała wróżba na przyszłość. A gdy ofiarny i nadzwyczaj żywotny kogut wreszcie przestaje się szarpać, zostaje doszczętnie z piór oskubany i wrzucony do garnka. Tak powstaje voodoo potrawka wieczorna. Całkiem smaczna, choć jej składniki na zawsze pozostaną tajemnicą. Zapytany o przepis, Monsieur la Lutta uśmiecha się tylko i mówi: - Nie pytaj tylko jedz. To dla twojego dobra, to będzie cię chronić przez całą drogę.
Może faktycznie lepiej nie wiedzieć.
Monsieur la Lutta jest w Abomay prawdziwym człowiekiem - instytucją. Wszyscy go znają, pozdrawiają na ulicach, kłaniają się i okazują szacunek. Na co dzień Monsieur la Lutta czas swój spędza pod potężnym, rozłożystym mangowcem, co gęstym cieniem kryje niewielki placyk przed jego hotelem. Zajada owoce, popija herbatkę, konwersuje leniwie z przyjaciółmi. Lat liczy sobie 50, a może 60, i ma wydatny brzuszek. Chadza sobie niespiesznym krokiem w długiej, fioletowej lub brązowej sukni. Uśmiecha się szeroko i ma zawadiackie spojrzenie, a gdy mówi często chrząka lub mruczy sam do siebie pod nosem.
Monsieur la Lutta jest najlepszym po Abomayu przewodnikiem, sypie datami jak z rękawa, zna zawiłe dzieje każdego w mieście zakamarka, a i opowiada jak prawdziwy bard, jak rasowy gawędziarz, że aż uszu nie można oderwać. To on oprowadzał mnie po królewskich pałacach, to z nim siedziałam w cieniu dahomejskiego drzewa, razem zajadaliśmy się waniliowymi lodami plecy opierając o jedną ze ścian pałacu Glele, razem mknęliśmy na zdezelowanym motocyklu po ulicach miasta. A gdy w szukałam brakującego emblematu na jednym z odwiedzanych pałaców, Monsieur la Lutta biegał po dziedzińcu i łapał koniki polne... z pewnością by zrobić z nich użytek przy kolejnej, wieczornej ceremonii voodoo. Bo Monsieur la Lutta to historia Afryki, jej folklor i leniwa codzienność zamknięte w jednej osobie.
laLutta.jpg
Monsieur La Lutta i jego goście (od lewej Brenda Rodriguez z Meksyku, Benjamin z USA, ja i Marketa z Czech)/ zdj. Brenda Rodriguez

Wysłane przez aidni 12:19 PM Kategoria Benin Komentarze (1)

Benin - czesc 3 - Dahomej

sunny 35 °C

Krol nigdy nie spluwal na ziemie. Ksiezniczka najwyzszego rodu, ubrana w odswietny stroj, nie opuszczala go na krok w rekach niosac krolewska spluwaczke, ktorej zawartosc co wieczor zakopywala po odprawieniu odpowiedznich rytualow.Krol nigdy ziemi nie mogl dotknac. Kiedy sie myl zakladal drewniane sandaly na grubej podeszwie i siadal na wysokim taborecie. Krol w ogole rzadko stapal po ziemi, nawet najmniejsze odleglosci pokonywal niesiony w bogato zdobione zlotycm haftem lektyce. Ziemia byla krola niegodna.
Na zupelnie dzis opustoszalych, rozleglych dziedzincach krolewskich palacow, goracy wiatr unosi w powietrze tumany kurzu. Szumia rozlozyste mangowce, spiewaja cicho ptaki. Zza wysokiego muru niesmialo zagladaja pomruki i halasy miasta. Zycie wyprowadzilo sie z krolewskich komnat, dziedzincow i komnat, nikt juz dzis nie sklada holdu krolowi wielkiego Dahomeju. A bylo to przeciez jedno z najpotezniejszych mocartsw, jakie widziala w swych dziejach Afryka. Oto jego fascynujaca historia.

Wszystko zaczelo sie w 1645 roku. Gleboko w sercu dzisiejszego Beninu, tam gdzie nie widac juz oceanu, ani nie slychac szumu jego poteznych fal, tam gdzie roslinosc juz nie tak bujna, a powietrze na wior wysycha w palacym sloncu, tam wlasnie w sile roslo miasto. Polozone bylo strategicznie, bo na skrzyzowaniu handlowych szlakow. Na jego przepastne targi sciagaly wszystkie okoliczne ludy, wymieniajac miedzy soba towary z dalekich rubiezy Afryki, z poludnia i polnocy, z zachodu i wschodu. Lecz mimo tych wszystkich atutow miasto to nie mialo szczescia do wladcow i powoli tracilo na znaczniu, targane nieustannie wasniami klanow, bez konca wpedzane w klopoty przez nieudolne rzady skloconych ze soba plemiennych szefow.
Az pewnego dnia do wladzy doszedl czlowiek pelen charyzmy i politycznego talentu, czlowiek o dalekich ambicjach i aspiracjach nie znajacych hamulcow. Szybko i twarda reka ukrocil klanowe wasnie i oglosil sie krolem. Natychmiast poszla w ruch wojenna machina. Dlugie lata trawaly podboje okolicznych ludow i plemion, ich ziem i bogactw, a to, co kiedys bylo tylko miatsem stalo sie stolica nowego krolestwa.
Krol widzac jak na jego oczach rosnie ono w sile, dostatek i nadyma sie potega jak balon, polecil stolice odgrodzic fosa tak wielka i gleboka, by miasto uczynic niemozliwym do zdobycia. Do pracy zaciagnieto ponad tysiac niewolnikow z obszarow dzisiejszego Togo i Nigru, a ci w pocie czola i nieustepliwym sloncu kopali dol od dlugosci 42km, szeroki na 15m, a gdzieniegdzie gleboki nawet na metrow 16. Prace trwaly tak dlugo, ze piesni, ktore owi nieszczesnicy, przemoca zaciagnieci do tej katorzniczej pracy,spiewali by dodac sobie otuchy, podchwycili zwykli mieszkancy miasta i do dzis nuca je sobie na co dzien, gdy w upale musza do jakiejs ciezkiej roboty sie zabierac.
A gdy fosa byla juz nareszcie gotowa, szczelnie wodnym pierscieniem otoczywszy stolice, te ochrzczono nowym imieniem: Abomej... Przyznac trzeba, ze imie to niezbyt wymyslne i poetyckie, bo w jezyku joruba oznacza po prostu "za wielka dziura".
Kiedy nadszedl rok 1685 i po czterdziestu latach panowania zmarl Huegbada, cale krolestwo pograzylo sie w dlugiej zalobie po utracie ojac, bo w koncu swe istnienie, bogactwo i potege zawdzieczalo wlasnie jemu. Gdy rzady przejal Akaba, najstarszy z synow wielkiego krola, ambicje mial tylko jedna: chwala jeszcze wieksza okryc sie niz ojciec, jeszcze wieksza zdobyc slawe, jeszcze wieksze zgromadzic bogactwo. Pradawnym afrykanskim zwyczajem, ktorego poczatkow prozno mozna szukac, udal sie do wyroczni. Nie przekroczywszy nawet progu, mlodziencza powodowny niecierpliwoscia, zawolal: - Wyrocznio! Powiedz mi co mam uczynic by mego ojca slawa przerosnac i panowac dluzej niz on?
Dlugo zastanawiala sie wyrocznia, dlugo czekac musial mlody krol na odpowiedz. Nerwowo uderzal palcami o stol, drapal sie po czole, a kto wie moze i paznokcie obgryzal, ale knabrna, mlodziencza swa nature nawert krol musi czaem umiec powstrzymac i wykazac sie cierpliwoscia.
Wreszcie wyrocznia orzekla: -Wielkoscia dorownasz ojcu i slawa, a twoje panowanie trwac bedzie dlugie lata, musisz jednak najpierw zabic Dana. W jego brzuchu zrobisz dziure, ktora wypelnisz mikstura ziol i roslin lesnych, ktore dla ciebie przygotuje. Nastepnie zakopiesz cialo tuz obok palacu. Jeslipostapisz tak jak mowie, wielkie twoje krolestwo.
Nie trzeba bylo mlodego wladcy dwa razy namawiac. Natychmiast wydal polecenie by zabic Dana, a jaego cialo zgodnie z zaleceniami wyroczni, z dziura w brzuchu i ziolowa mikstura, zakopano. W miejscu tym wyroslo drzewo, potezne i stare. Rosnie tu do dzis. W jego cieniu przysiadlam sobie wraz z moim przewodnikiem sluchajac opowiesci o zamierzchlych dziejach Beninu.
- Tu wlasnie, dokladnie w tym miejscu powstal Dahomej. Dahomej po prostu wyrosl z brzucha Dana. Bo nazwa ta oznacza w naszym jezyku nie mniej ni wiecej jak wlasnie dziure w brzuchu Dana i kropka. Pierwotnie wymawialo sie te nazwe jako Dan-ho-mej, ale z czasem uproszczono wymowe do dzisiejszego brzmienia.
A wiec i nazwa poteznego krolestwa rownie byla niewymyslna, co nazwa jego stolicy. Ale kim byl Dan?
- Dan byl wielkim czarownikiem, ktory mieszkal w palacu krola - tlumaczy mi cierpliwie moj przewodnik - Potezna byla jego moc, nieobliczalan byla jego sila. Sama swa obecnoscia oslabial mlodego monarche, a kto wie moze i czarami. Dzis nie sposob zgadnac, wystarczy jednak jesli powzie, ze przepowiednia wyroczni sprawdzila sie w kazdym calu. Akaba rzadzil 35 lat i rozbudowal imperium ojca. Od jego rzadow zaczyna sie zlota era Dahomeju.
IMG_3886_bis.jpg
drzewo, które wyroslo z brzucha Dana

Palac krola Glele ksztalt ma prosty tak jak wszystkie palace dahomejskich wladcow. Nie ma pstrokatych kolum, zlocen na klamkach poteznych drzwi, nie ma przepastnych sal audiencyjnych, ani wielkich portretow zawieszonych w ciezkich ramach na wysokich scianach. Dahomejski palac krolewski sklada sie z kilku dziedzincow zabudowanych prostymi, parterowymi domami, zbudowanymi na planie prostokata, a ich dach jest spadzisty i podparty rzedem rownie prostych kolumn. Wszystko to w kolorze czerwonej gliny niesmialo ozdobione jedynie krolewskim emblematem. Kazdy bowiem wladca Dahomeju mial swoj emblemat: lwa, rybe, weza... albo ananas na przyklad. Prostota ta nikogo jednak nie powinna zmylic. Nie kapiace bowiem ze scian zloto, ani potezne budowle swiadczyly o ptedze dahomejskich krolow, nie bogactwo widoczne na kazdym kroku wzbudzalo szacunek i postrach wsrod ich poddanych, ale to z czego owe budowle wzniesiono. Na wewnetrznym dziedzincu palacu krola Glele, w prywatnej czesci jego rezydencji, skromny okragly budynek, do ktorego wejsc mozna tylko uprzednio sie schylajac, by mimowolny oddac poklon niezyjacemu wladcy. Budyneczek jest naprawde niewielki i waskim, wewnetrznym korytarzem mozna go obejsc dookola i to niespiesznym krokiem w mniej niz minute. To swiatynia krola Glele, skromna forma, malutka w rozmiarze. Jesli jednak spojrzec na nia ze swiadomoscia, ze jej sciany przesiakniete sa krwia wojennych jencow, a ich kosci i czaszki posluzyly za ornamenty, ten maly niepozrony budyneczek rosnie w oczach. Inaczej takze patrzy sie na grobowiec 41 zon Glele, kiedy ma sie swiadomosc, ze po jego smieci zakopano je tam zywcem, chociaz taka ponoc byla ich wola.
Krwawe bylo krolestwo Dahomeju, zadne ludzkich ofiar, glodne zwyciestw i podbojow, apetyt mialo niujarzmiony i prawdziwie okrutny. Wojna zapisana byla w genach Dahomeju, wojna pulsowala w jego zylach nieustannie.
Wielki krol Ghezo, ojciec Glele i prawdziwy Cezar Dahomeju, tak zapomnial sie w swym wojennym zapale, tak glowe stracil dla miecza, tarczy i bitewnego zywiolu, ze dla jego imperialnych ambicji zabraklo w krolestwie zolnierzy. Ale nawet to nie moglo krola powstrzymac przed kontynuowaniem wojny. Do wojska wcielil kobiety, wcielil ich ponad 2000! Tak powstala armia dahomejskich amazonek. Nie znaly milosierdzia, nie znaly litosci, a mieczem poslugiwaly sie rownie zrecznie i skutecznie, co mezczyzni, a kto wie czy w okrucienstwie nawet ich nie przerastaly. Wszedzie bowiem, gdzie sie pojawialy sialy panike wsrod ludnosci, panike wzbudzalo samo nawet o nich wspomnienie. Amazonki nim wyruszyly na wojne skladaly krolowi obietnice ile glow wrogow przyniosa mu w darze, gdy boj dobiegnie konca, a gdyby brakowalo chocby jednej obiecanej glowy, wtedy pod topor kladly wlasna.
Wojna zylo krolestwo Dahomeju, wojna i wiecznym podbojem. Pierwszym z jego 41 praw, bylo prawo nieustajacej ekspansji i przetrzegali go wszyscy wladcy bez wyjatku.
A bylo to prawo ekspansji za wszelka cene, wobec ktorego ludzkie zycie niewielka mialo wartosc. Kto nieszczescie mial byc pojmanym do dahomejskiej niewoli wiedzial, ze predzej czy pozniej jego zycie zlozone zostanie w ofierze bogom, jego krwia przesiakna sciany krolewskich swiatyn i palacow, a jego kosci posluza za tychze scienne ornamanety.
Za szklana gablota muzeum w Abomej tron krola Ghezo oswietlony cieplym swiatlem, bogato rzezbiony w drewnie, wysadzany srebrnymi blaszkami stoi twardo i niewzruszenie na czterech czaszkach wrogow Dahomeju.
IMG_3889_bis.jpg
IMG_3908_bis.jpg
królewskie emblematy

Mkniemy na motorze przez zakurzone ulice miasta. Mijamy niezliczone stragany sprzedawcow glinianej ceramiki i taniej elektroniki z kraju srodka, mijamy niewielki targ warzywny, gdzie w kolorowych strojach przekupki ukladaja w zgrabne piramidki zolciutkie mango, mikrusie pomidorki i zupelnie malutkie ananasy. Skrzetnie przemkamy miedzy zdezelowanymi autami, ktore w calej zachodniej Afryce stanowia podstwae publicznego transportu oraz innymi pojazdami wszelakimi od wielkich, ponad miare zaladowanych towarami ciezarowek bo wozki zaprzegniete do osiolkow i krow. Bo zeby wszystkie dahomejskie palace odwiedzic trzeba sie troche najezdzic po praktycznie calym Abomeju, no wiec jedziemy.
Szumia nad glowami palmy i bananowce, pozdrawiaja nas bez wyjatku wszystkie minaje dzieci. Skrecamy z glownej drogi i polna sciezka docieramy do kolejnego juz palacu krola Glele (mial ich skubaniec kilka). Z lewej strony krolewska swiatynia voodoo, gdzie kiedys mieszkali nadworni wrozbici, wyrocznie i uzdrowiciele. Na scianach liczne emblematy wszystkich chyba krolow Dahomeju bez wyjatku.
- Przyjzyj sie im dobrze i powiedz mi co widzisz - zagaduje przewodnik.
Sledze wszystkie wzrokiem, w szegolach i detalach, by sie jako taka spostrzegawczoscioa wykazac.
- O tam jest jeden zupelnie zniszcony - wskazuje palcem - o tam obok emblematu Ghezo i Glele.
- Ano wlanie. To emblemat jedynego krola Dhaomeju, ktory pragnal skonczyc z okrutna praktyka skladania ludzkich ofiar. To emblemat jedynego krola, ktory chcial ukrocic okrucienstwo imperium. Ale okrucienstwo ii ludzka krew zbyt silnie zapisane byly w tradycji i tozsamosci Dahomeju. Podstepnie przygotowany zamach stanu pozbawil krola zycia, a jego emblemat nakazano skuc, zniszczyc, usunac z budynkow w calym mocarstwie. Krol mial zostac wymazany z pamieci i historii Dahomeju.
Przysiadamy w cieniu jednego z palacowych budynkow i zajadamy lody waniliowe z woreczka. Lody to byc moze zbyt duze slowo na zwykle mleko o psmaku wanilii zamrozone na kosc, ale pod upalnym sloncem Beninu sa wybornym przysmakiem. Chrupie lod miedzy zebami, ciagnie swa dahomejska opowiesc moj przewodnik.
IMG_3902_bis.jpg
królewskie świątynie voodoo

- Krol Glele mial 275 zon. Sam nie wiem jak z tyloma kobietami mogl sobie poradzic, ale takie liczby podaje nam historia. Pewnego dnia jedna z jego zon urodzila bliznieta. Jedno z nich gdy tylko otworzylo oczy powiedzialo do niej ludzkim jezykiem "Matko jestem dzickiem voodoo, przynosze wiadomosc dla krola od przodkow waszych w zaswiatch. Wielkie niebezpieczenstwo grozi krolestwu, nadchodzi wrog, ktory spali wasza stolice. Niech krol szykuje sie do wojny, niech wyczekuje wroga u bram swej stolicy jesli chce uniknac jej calkowitego zniszcenia."
Czym predzej wyslano wiec poslanca do krola, by mu te wiadomosc przekazal. Skrzywil sie jednak z niedowierzaniem calej tej historii monarcha i nakazal niemowleta wyniesc za miasto i zostawic je tam na pastwe losu i pewna smierc. Wsrod plemienia Joruba bowiem przyjscie na swiat blizniat traktowane jest jako zly omen i wrozba jak najgorsza. Zgodnie z krolewskim rozkazem niemowleta wyniesiono za miasto i pozostawiono. Pierwsze z nich szybko umarlo od slonecznego goraca, ale niemowle voodoo okrutny podnioslo krzyk i wolanie w ludzkim jezyku. Doniesli o tym krolowi pasterze i nomadzi, ale i wtedy krol nie posluchal. Niemowle umarlo i wszyscy zapomnieli o calym zajsciu, az do dnia gdy miasto otoczyla szczelnie wroga armia. Bronili sie dahomejczycy, ale zaatakowani znienacka i do wojny nialezycie nie bedac przygotowani, ulegli w koncu naporowi wroga. Plomienie pozarly abomej, ogien dlugo tlil sie w zgliszczach krolewskich palacow. Ogromne bogactwa zabral ze soba wrog jako wojenny lup. Krol w szale rozpaczy rwal wlosy z glowy z porazka swa nie mogac sie pogodzic. Wtedy przypomnial sobie o niemowleciu i o tym jak jego slowa zlekcewazyl i na jak okrutny skazal go los. Udal sie czym predzej do wyroczni, ta zas nakazala niemowle odnalezc, godnie pochowac, a w miejscu jego pochowku wzniesc swiatynie, by przeblagac gniew przodkow. Misja zakonczyla sie powodzeniem i nigdy podobna kleska nie spadla juz na Abomej.
Nie tylko zamilowanie do konca niemajacych podbojow stanowilo bowiem o tozsamosci Dahomeju. Nie byloby tego wielkiego imperium gdy nie voodoo. Ilez to razy o losach krolestwa decydowaly przepowiednie wyroczni, ilez to zlozono dla jego powodzenia ofiar, ilez odprawiono rytualow, nikt nie zdolalby zliczyc. Voodoo ratowalo krolestwo, gdy to wpadalo w tarapaty wskutek opieszalosci wladcow, a czasem ratowalo takze i samych wladcow. Zdarzalo sie bowiem, ze ci umiar tracac, bez opamietania oddajac sie okrucienstwu, sciagali na siebie cala mase nieszczesc. I tak krol Ghezo na przyklad, zon majac grubo ponad 200, zapragnal znow brac sie do zeniaczki. Mloda i piekna wybral sobie narzeczona, ale jego pierwsze dwie zony, w obawie takiej konkurencji knuc zacely i zle na nia rzucac uroki, tarwione zawiscia i zazdroscia, ale moze takze i wielka do krola miloscia. Gdy ten jednak dowiedzial sie o tych podstwepnych swych zon knowaniach wpadl w szal i wszelki rezon tracac, nakazal dol w ziemi wykopac i zywcem je obie pochowac, co gorsza w pozycji stojajcej, rzecz w voodoo niedopuszczalna. Rozkaz rozkazem i wykonac go nalezy natychmiast. Okrutnie uslmiercone zony nie opuscily jednak wladcy, odwiedzaly go codziennie w nocy, szeptaly mu do ucha cieple slowka, glaskaly po glowie, dotykaly go namietnie. A gdy krol juz prawie staczal sie w otchlan obledu, wtedy znow na ratunek wezwano wyrocznie. Ta pomstowala na tak okrutny mord na obu zonach popelniony. Odprawiono steki rytualow, wiele poswiecono krow i bykow, by bogow przeblagac. Obie zony zostaly nalezycie pochowane, a ich swiatynie do dzis stoja w samym sercu Abomeju.
Szumia mangowce na krolewskich dziedzincach, wieje wiatr i spiewaja ptaki, snuje sie dahomejska opowiesc jak babie polskie lato i delikatnie rozplywa sie w goracym powietrzu.
Wladcy napelniali skarbce europejskim zlotem udzial biorac czynny w handlu niewolnikami, trawaly niepohamowane dalsze podboje. Trwalby i zapewne Dahomej gdyby nie Francuzi, ktorzy dotarli tu u schylku XIXw. Widzac okrutne praktyki wladcow i moznych zakasali rekawy i pelni niespozytej energii i zapalu zabrali sie do "cywilizowania barbarzynskiego ludu". Gdy dotarli do bram Abomej, na ich spotkanie wyszedl sam wielki krol. Lewa reke uniosl wysoko i dlon wyprostowal jakby wierzyl, ze samym tym gestem jest w stanie powstrzymac kolonialny napor. - Nikt nie odwazy sie przekroczyc bram tego miasta, by przejac nad nim panowanie, nad nim i nad calym krolestwem - powiedzial Behanzin wpatrzonym w niego ze zdziwieniem Francuzom. Dlugo trawly walki i sciganie Behanzina po calym Dahomeju. Gdy go wreszcie schwytano, wraz z dzisiecioma osobami, ktore sam mog sobie wybrac, zeslano go na przymusowa imigracje. Behanzin nigdy jednak Francuzom sie nie poddal, ani oficjalnie nie poddal im swojego krolestwa. Gotowy do dalekiej do Algierii, w ostatnim swym przemowieniu rzekl do narodu "Prawdziwym zwyciezca jest ten, kto chocby i w calkowitym osamotnieniu trwa w walce we wlasnym sercu". Behanzin zmarl w 1907 roku w niewielkiej miejscowosci Blida, na polnocy Algierii, gdzie dziwnym zbiegiem okolicznosci mieszkalam i ja 79 lat pozniej.
- Widzisz ten znak voodoo - moj przewodnik pokazuje mi symboliczny malunek na scianie swiatyni w palacu krola Glele. Pod palmowym drzewem lezy kokosowy orzech, czyjas po niego siega reka.
- To symbol. Owoce ktore spadly z drzewa sa zawsze bardziej dojrzale niz te ktore ciagle rosna na nim. Badz cierpliwy i ucz sie czekac.
IMG_3898_bis.jpg
król Behanzin

Wysłane przez aidni 8:46 AM Kategoria Benin Komentarze (0)

Benin - czesc 2 - Ostania droga

sunny 35 °C

OSTATNIA DROGA
Mozna przejechac ja wygodnie samochodem terenowym, mozna na motorze jako pasazer, a jesli budzet scisniety mozna nawet na rowerze, a pewnie i na wozku ciagnietym przez osiolka jesli dobrze popytac po okolicznych wsiach. Oni jednak te ostatnie 8 km z Ouidah do portu u wybrzeza Atlantyku przeszli na wlasnych nogach, zakuci w kajdany, poganiani przez swych oprawcow uderzeniami batow. Ide i ja, choc slonce zywcem pali skore, ide choc strasza ze niebezpiecznie, ze bandziory poluja na turystow. Oni te droge przeszli, przejsc musze i ja, w mym malym, osobistym, najzupelniej prywatnym i milczcacym holdzie dla tych tysiecy, milionow ludzi wyrwanych Afryce i rzuconych za ocean na pastwe niewolniczego losu.
Ciagnie sie piaszczysta droga wsrod gestej roslinnosci, wsrod wysokich, smuklych palm kokosowych. Po lewej tablica upamietniajaca miejsce, gdzie kiedys roslo drzewo zapomnienia. Prowadzeni na swa ostatnia droge niewolnicy, obchodzili je siedmiokrotnie, by zapomniec o ziemi, na ktorej dorastali, o bliskich wsrod ktorych zyli, o kluturze, ktora byla ich matka. Zapomnienie bylo jedyna osloda niewolniczego losu.
Wiatr wzmaga sie z kazdym kilometrem, w powietrzu czuc juz zapach wielkiej wody. Blisko, coraz blizej do konca Afryki.
O czym mysleli, co czuli na tej drodze w nieznane? A moze juz nie pamietali, moze magiczne drzewo faktycznie mialo te moc i odbieralo pamiec o przeszlosci? Nie odbieralo. W muzeum histortycznym w Ouidah, ktore miesci sie w bylym portugalskim forcie, nieliczne zachowane dokumenty i pamiatki przypominaja o okrutnym losie milonow Afrykanczykow wywiezionych do Ameryki Poludniowej przez Portugalczykow. "Jesli jeszcze nie zdazyli popelnic samobojstwa na ladzie - zapisal w swym notatniku naoczny swiadek epoki - robili to w szalupach z brzegu wiozacych ich na potezne portugalskie zaglowce. Metody zas stosowali okrutne, gdzie polykanie wlasnego jezyka, czy jedzenie ziemi zaliczyc nalezy do najpowszechniejszych." Ludzie, ktorzy cale swe zycie spedzili w malych, plemiennych wioskach gdzies w sercu afrykanskiej dzungli lub buszu, trzesli sie ze strachu na widok oceanu, poteznych okretow, bali sie po prostu, ze zostana przez te wielkie, zaglowe olbrzymy zjedzeni.
Na jednej z rycin zawieszonych na scianie muzeum korowod niewolnikow wyrysowany reka portugalskiego oprawcy. W oczy rzucaja sie malpie rysy twarzy, ktore ndano prowadzonym na lancuchach Murzynom. Patrzcie! - zdaje sie wolac rycina - Toz to malpy! Nad czym sie wiec litowac?!
Tuz obok plan zaladunku statku wzraz z wyraznymi instrukcjami. Czarnych nalezy umiescic wg rozrysowanego wzoru, bo tylko wtedy zmiesci sie ich jak najwieksza ilosc na powierzchni dolnego pokladu. Czlowiek przy czlowieku, ramie w ramie, scisnieci, zgnieceni, upchnieci jak przedmoty w zbyt malej piwnicy. A przeciez z Beninu do Brazylii droga byla daleka... Wielu z nich nie dotrwalo do konca. Chorych, konajacych i umarlych wyrzucano po prostu za burte, jak niepotrzebny balast. Czlowieczenstwo siegnelo dna.
Slychac juz szum fal, majaczy na horyzoncie blekitny ocean. Na zlotym piasku plazy stoi "Brama Bez Powrotu" upamietniajaca wszystkie corki i synow Afryki, wydartych jej przemoca, ktorym nigdy nie bylo dane powrocic w ojczyste strony.
Brama przypomina luk triumfalny i jest pomnikiem postawionym niedawno przy pomocy finansowej UNESCO. Po obu jej bokach wysokie postaci niewolnikow odlane w brazie i zakute w kubistyczne ksztalty. Na scianach plaskorzezby kobiet i mezczyzn bez twarzy, w kolorze czerwonej gliny, zupelnie jak afrykanska ziemia. Po drugiej stronie, gdzie przed oczami mieni sie w sloncu juz tylko bezkresny ocean, dwie postaci voodoo stoja zwrocone twarza ku linii horyzontu, jakby wciaz odprowadzaly swych wiernych na ich ostatniej drodze.
IMG_3808_bis.jpg
brama Bez Powrotu
IMG_3811_bis.jpg
postać voodoo patrząca na ocean

Wysłane przez aidni 7:16 AM Kategoria Benin Komentarze (0)

Benin - czesc 1 - Ouidah

sunny 35 °C

TAJEMNICA

Bylo ich czterech. Cztery duchy powracajacych na ziemie umarlych zaklete w oblednym tancu. Ubrani w intensywnie czerwone, ciezkie szaty, twarze zakryli szczelnie. Jako pierwszy pojawil sie Ade. Mial na sobie dluga peleryne w ksztalcie kola, zdobna haftem przedstawiajacym zwierzeta ze swietego lasu. Potezny huk tamtamow wprawial w wibracje powietrze i ziemie, a Ade tanczyl z taka zawzietoscia i energia, ze w ruch kolisty wprawial swoja peleryne. Ta zas rozwijala sie w powietrzu i wirowala wokol jego szyi.
Wtem zmienil sie rytm tam-tamow i posrod tlumu pojawil sie Taman purpurowa niemalze nakryty szata. Na plecach, tym samym materialem ozdobiony i przymocowany do swej sukni, mial kawalek drewna, a na nim takze drewniane popiersie kobiety. Gdy tylko nachylal sie ta milczaco spogladala na zebranych. Taman w lewej rece trzymal miecz, a dokladniej zelazna jego imitacje. Tanczac wymachiwal nim bez pamieci, a jesli kogo wypatrzyl sobie wsrod tlumu, ten szybko z kieszeni wydobywal kilka monet, by gniew Tamana zalagodzic i oddalic od siebie niebezpieczenstwo jakiegos nieobliczalnegop ciosu.
Gestenieje atmosfera, gestnieje tlum. Pot porteznymi kroplami splywa z czola wybijajacych rytm bebniarzy. Wzbijajac w powietrze prawdziwe tumany kurzu, pojawia sie Atika, w ciezkiej zdobnej szacie, trzymajac w reku kawalek drewna przypominajacy niewielka deseczke. Podobnie jak Taman swym mieczem wygraza nim na lewo i prawo - i juz brzecza glosno i obficie monety w jego reku. Jako ostatni, wijac sie jak waz w oblednym rytmie tam-tamow, pojawia sie Agbano i choc w rece nie ma ani miecza, ani kija najawiekszy postrach wzbudza wsrod zgromadzonych. Wedlug powszechnego wierzenia, kogo bowiem nawet lekko dotknie rabkiem swej ciezkiej szaty, ten na swej drodze spotka szybka i niechybna smierc.
A rzecz dzieje sie w Ouidah, w pierwszym miescie w Beninie, w ktorym sie zatrzymalam, w pierwszy moj beninski wieczor, po prostu, zwyczajnie na ulicy. Ceremonia voodoo, przy ktorej asystuje odprawiana jest dla zmarlej niedawno kobiety, aby oczyscic droge jej duszy. W niezwyklych przebraniach tancza mezczyzni z jej rodziny, ale tak naprawde, w oczach zgromadzonych, sa to duchy umarlych, ktore wstapily w ich ludzkie ciala. Duchy to zle i agresywne, wiec z kazda minuta robi sie coraz grozniej, milknie nawet wesoly chichot kobiet, ktorych tancerze voodoo nie atakuja. Bo choc kazdy z nich ma swojego przewodnika, ktory kijem ogradza mu droge do uczestniczacych w ceremonii ludzi, to duchy robia wszystko by ich skrzetnie wyminac i dopasc jakas ofiare wsrod licznych gapiow.
W pewnym momencie moj przewodnik chwyta mnie za reke - Chodz, musimy uciekac, bo za chwile bedzie naprawde niebezpiecznie.
Biegniemy wsrod tlumu niesionego panika. Biegna za nami duchy, co w ludzkie wstapily ciala i przedziwne odzialy przebrania. Biegna zawziecie, agresywnie i szybko, a jesli kto zamarudzi po drodze nie maja litosci. W waskiej uliczce, tlum przeciska sie i napiera, nikt nie chce dostac w glowe zelaznym mieczem, ani o smiercionosna otrzec sie suknie. Zepchnieci na jakies zabudowania z prawej strony nie mamy juz drogi dla naszej ucieczki. Nie mija chwila, jak wscieklym jakims transem niesiony, zjawia sie przy nas Atika przerazliwe wydajac z siebie krzyki. Nie mija chwila, a juz zamachnal sie swym kawalkiem drewna i choc przewodnik moj w poswieceniu oslanial mnie wlasnym cialem, dostalam w glowe mojego pierwszego voodoo kuksanca.
Potem bylo juz z gorki, tlum zdazyl sie rozpierzchnac, szczesliwie dotarlwszy do glownej ulicy. Wskoczylismy szybko na motor
i zostawilismy za soba daleko niebezpieczne przybierajaca ksztalty ceremonie i miotajace sie w szale duchy umarlych.
Tym razem nie mialam tyle szczescia co w Togoville. Nie spotkalam w Ouidah nikogo, kto na moj grad pytan moglby odpowiedziec cierpliwie i wnikliwie, przystepnie i obrazowo tak, jak to uczynil togolski ksiaze. Moj przewodnik, choc byc moze bronil mnie z poswieceniem, bardziej zainteresowany byl ozenkiem z Europejka niz zaspokojeniem mojej ciekawosci, a ta byla ogromna. Nie potrafil jej zaspokoic takze ksiaze Ouidah, ktory nim ceremonia zdazyla sie rozpoczac juz przemieszczal sie wsrod zebranych krokiem chwiejnym, alkoholowym.
Wiele pytan wciaz kolacze sie w mojej glowie, moze uda mi sie kiedys znalezc ich calkowite rozwiazanie. No bo niby dlaczego tanczace duchy nie tykaly kobiet, przynajmniej tych czarnych; dlaczego za ich laske trzeba bylo nieraz sowicie zaplacic; dlaczego tyle bylo w nich agresji i zlosci; dlaczego mimo tego tak wielu ludzi przyszlo przy tej ceremonii asystowac? Co oznaczaly symbole na ich ciezkich sukniach, co oznaczal wciaz zmieniajacy sie rytm tam-tamow? Czy w tym tancu tak oblednym i chaotycznym dla europejskiego obserwatora, zaklete jest jakies znaczenie, jakas opowiedziana historia, a moze uniwersalna jakas prawda?
Niezaspokojona ciekawosc jest jak pragnienie, co sciska gardlo, jak glod, co przewraca zoladek, jest jak potezna energia, ktora zmusza do wysilku, do nieustajacych poszukiwan. Nie ma w Afryce bibliotek pelnych ksiazek o afrykanskiej kulturze, wierzeniach i dziedzictwie. Wiedza od zasze przekazywana jest tutaj ustnie z ojca na syna i trzeba miec szczescie wielkie, by na jednego z obu trafic na swej drodze. Wiele jest afrykanskich znakow zapytania i wiele jest afrykanskich tajemnic, ktorych rozwiazania szukam daremnie. Ale moze tez i w tym tkwi urok Czarnego Ladu, gdzie nasz europejski glod calkowitego, natychmiastowego wyjasnienia wszelkich watpliwosci nigdy nie moze zostac zaspokojny, zazegnany i wyciszony. Afryke bowiem trzeba poznawac sercem, a nie rozumem, trzeba dac sie poniesc jej atmosferze, trzeba ja chlonac kazdym zmyslem, karmic sie nia i nie pytac nawet o wszystkie tej potrawy skladniki. Afryka jest tajemnica, ktora wymyka sie poznaniu, ktorej nie mozna rozlozyc na czynniki pierwsze, na drobiazg rozparcelowac i z kazdej strony obejrzec pod mikroskopem. Bo kiedy nawet i to sie uczyni, szybko utraci sie to, co Afryke tworzy. Tutaj tajemnice ludzie maja w sercach, tu tajemnica rosnie w ziemi i jak drzewo daje owoce, ktore zajada sie potem ze smakiem nie zastanawiajac sie nawet, co czyni je tak wysmienitymi.
Afrykanczycy to wielcy intelektualsci, ale intelektualisci leniwi - powiedzial mi ksiaze Togoville - Nigdy nie swej kultury nie spisali na papierze i najpewniej nigdy tego nie uczynia.
Ale moze to i lepiej, moze dzieki temu Afryka wciaz inspiruje i zachwyca, zakleta w pamieci starcow, na ustyach kobiet spiewajacych tradycyjne piesni w czasie pracy w polu, tam gdzie historia, mit i terazniejszosc splecione zostaly tajemnym wezlem. Bo dusza i serce Afryki jest tam, gdzie kierujac sie rozumem czlowiek nie dotrze nigdy, dusza i serce Afryki jest tajemnica.
IMG_3800_bis.jpg
IMG_3803_bis.jpg
ulice Ouidah

ps. zdjęć z ceromonii voodoo nie robiłam bo pozwolenie kosztowało fortunę, a ja nie lubię za zdjęcia płacić bo jakoś od razu odechciewa mi się jakichkolwiek pstryknięć

Wysłane przez aidni 6:37 AM Kategoria Benin Komentarze (0)

(Wpisy 1 - 5 z 5) Strona [1]