Travellerspoint Blogi z podróży

Tanzania

Z notatnika wschodnioafrykanskiego - AFRYKA W PUGULCE

Trasa Tanzania - wjazd 23.01.2009, wyjazd 13.02.2009 : przejście graniczne Mutukula - Bukoba - Mwanza - Arusha - Krater Ngorongoro - Moshi - [powrot do Nairobi w Kenii] - Dar es Salaam - Bagamoyo -Dar beaches - Mbeya - przejście graniczne Songwe bridge

Wiodacy dziennik w Tanzanii, "The Guardian" donosi na pierwszej stronie : "Policja zainicjowala bezprecedensowa wspolprace z agencjami ochrony w calym kraju w celu zapewnienia bezpieczenstwa albinosom.
Ochroniarze uzyskaja dostep do wszystkich policyjnych danych dotyczacych ilosci albinosow w kazdym regionie, miejsca ich zamieszkania, zatrudnienia, a w przypadku dzieci takze szkol, do ktorych uczeszczaja. Na mocy specjalnego dekretu ministra spraw wewnetrznych, agencje ochrony zostaly bowiem zobowiazane do zapewnienia bezpieczenstwa albinosom na takich samych zasadach jak policja. Minister wezwal takze wszystkie pozostale sluzby mundurowe oraz zwyklych obywateli do zachowania szczegolnej czujnosci, a wrecz do zainicjowania ogolnonarodowego ruchu na rzecz przeciwdzialania szerzacej sie pladze porwan i mordow dokonywanych na albinosach w Tanzanii. Premier wezwal nawet do linczu na porywaczach, jednak skrytykowany przez opozycje i media wycofal swe slowa, apelujac jedynie o donoszenie o wszelkich nieprawidlowosciach i podejrzanych osobnikach krecacych sie w sasiedztwie albinosow."
No i oto mamy Afryke w pigulce! Oto czysta Afryki esencja, istota, prawdziwa Afryki osobowosc! Trudno o wywar bardziej syntetyczny, wymowny i obrazowy.
A wszystko zaczelo sie w Tanzanii slynacej na cala Afryke Wschodnia z najlepszych ponoc czarownikow, szamanow, magow zwanych tutaj takze afrkanskimi lekarzami. Ich wyzszosc nad zwyklymi lekarzami, co to pokonczyli akademie medyczne lub uniwersytety, polega na tym, ze potrafia leczyc nie tylko choroby ciala i duszy, ale takze i zycia. Co z tego bowiem, ze czlowiek zdrowy, silny, pelen krzepy jesli bieda w domu piszczy, pech podklada klody pod nogi, w pracy sie nie uklada, jesli cos takiego jak praca w ogole sie ma, w zyciu osobistym zas ciagnie sie nieprzerwanie pasmo porazek. Zachodnia medycyna na te bolaczki nic nie zdola poradzic, ale lekarz czarownik i owszem. Urokiem powali wroga, pozadana kobiete zwabi podstepnie czarami, a bogactwo przyciagnie amuletem i rytaualem. I o to sie rozchodzi, o ow amulet i rytual, co za cel maja przyciagnac bogactwo. Zlozylo sie jednak zupelnie fatalnie, ze aby amulet zrobic i wlasciwe czary odprawic potrzebne sa niektore organy i czesci ciala...albinosow! Nie zwierzat, nie roslin, a albinosow i tylko albinosow!
Typowa ludzka pozadliwosc, pragnienie bogactwa i luksusu, ktore najlepiej by przyszly bez wysilku, tak samo trawia Afrykanczykow jak i innych mieszkancow naszej planety, a moze i bardziej nawet, bo przepasc dzielaca tu bogatych od biednych jest tak przeogromna, ze faktycznie ciezko sobie wyobrazic, ze o wlasnych silach mozna przedostac sie ze swiata biedy do swiata bogatych. Nie trzeba bylo wiec dlugo czekac az pojawily sie zorganizowane grupy przestepcze zajmujace sie porywaniem albinosow na zlecenie zadnych latwego bogactwa klientow lekarzy-czarownikow.
Zaczelo sie w Tanzanii, ale plaga porwan i morderstw szybko przeniosla sie takze do sasiedniej Kenii i Ugandy. Zwiazki i stowarzyszenia albinosow apeluja do wladz o pomoc i ochrone, te jednak wydaja sie wobec skali zjawiska zupelnie bezradne. Na lamach prasy codziennie pojawiaja sie swiadectwa zrozpaczonych matek, ojcow, zon i mezow z przejeciem opowiadajacych o tajemniczym zniknieciu ich bliskich.
Raz nawet jeden z poslow, sam bedacy albinosem, poinformowal media, ze usilowano go otruc i porwac w jednym z nocnych klubow w centrum Dar es Salaam dosypujac mu do drinka jakis tajemniczy proszek, gdy za potrzeba udal sie do toalety. Inni klubowicze ostrzegli go jednak w pore nim zdazyl napic sie strutego napoju. Sprawcow jednak nie schwytano.
A wszystko to dzieje sie w jednym z najbardziej rozwinietych krajow Czarnego Ladu, gdzie w stolicy pna sie wysoko szklane biurowce, ludzie korzystaja z komorek i laptopow, niebo co rusz przecinaja startujace lub ladujace samoloty. Ludzie aspiruja do nowoczesnosci, europejskosci do pelna geba mierzonego rozwoju.
Nowoczesnosc jednak zaskoczyla Afryke, spadla na nia rownie gwaltwnie, co niespodziewany deszcz zalewajac ja rzesiscie nowymi technologiami, drapaczami chur, zachodnia kultura i sposobem zycia, nowymi, "cywilizowanymi" potrzebami i oczekiwaniami.
Afryka na ten deszcz nie byla jednak gotowa, do tego wszystkiego nie doszla sama.Powstal koktail, swoista egzotyczna mieszanka nowoczesnosci i tradycji, europejsko-amerykanskiej wizji rozwoju i afrykanskich wierzen, zabobonow i od wiekow kultywowanych obyczajow.Widac to w szczegolnie w duzych, stolecznych miastach takich jak Nairobi, Kampala czy Dar es Salaam. Tam po ulicach przechadzaja sie biznesmeni w bialych koszulach z krawatami, laptopami w reku i komorka przy uchu oraz Masajaowie i przedstawiciele innych plemion, w tradycyjne ubrani szaty.
Obok mercedesa z przyciemnianymi szybami w korku stoi osiolek ciagnacy wozek ze swoim wlascicielem i stosem mango, a z klimatyzowanych supermarketow, gdzie wszystko wyglada dokladnie tak samo jak w ich zachodnich pierwowzorach, wychodzi sie wprost na chaotyczny prawdziwie afrykanski targ z cala jego zywiolowoscia, energia i soczystym kolorytem. Obok nowoczesnych biurowcow, obok bankow i aptek, sklepow z komputerami i elektronika, gabinety afrykanskich "lekarzy" prosperuja w najlepsze. Oto Afryka wlasnie!

Wysłane przez aidni 10:47 AM Kategoria Tanzania Komentarze (0)

Tanzania czesc 5 - TAZARA

na poludnie

sunny 30 °C

Dosc autobusow, co pedza na zlamanie karku! Dosc kierowcow - piratow, dosc brudnych szyb, przez ktore nie mozna zdjecia zrobic! By dojechac do Mbeya z Dar es Salaam wybieram pociag potrzebujacy na przebycie tej trasy dwukrotnie wiecej czasu niz autobus, no i o to wlasnie chodzi.
W Tanzanii sa dwie linie kolejowe: Central Line miedzy Kigoma i Mwanza (bilety na tygodnie cale wyprzedane) oraz Tazara, czyli Tanzania - Zambia Railways, laczaca Dar es Salaam ze stolica Zambii Lusaka.
Bilet do Mbeya, niedaleko granicy Malawi, udaje mi sie kupic bez wiekszych klopotow.
Cala jestem w emocjach na te odmiane i pierwsza, nie liczac egipskiego epizodu, jazde afrykanskim pociagiem. Odjazd planowo ma byc o 16.00 ale juz o 14.30 trzeba stawic sie na dworcu. Cale dlugie, sloneczne przedpoludnie spedzam wloczac sie po waskich uliczkach starej czesci Dar es Salaam. Pisalam gdzies, ze wielkich miast nie lubie i wcale nie probuje kota ogonem odwracac, ale Dar jest inne, Dar po prostu da sie lubic za te krete, kolorowe uliczki starego miasta pelne sklepow z tkaninami, ulicznych krawcow, sprzedawcow owocow i przekasek, za te piekna promenade nad brzegiem oceanu, gdzie piasek jest bialy, a woda takie przybiera barwy, ze oczom wlasnym przestaje sie wierzyc. Za te zielen, parki i ogrody i fontanny nawet! Za to ze jest tu goraco nieznosnie, afrykansko, wspaniale! Za ten bukiet zapachow z restauracji afrykanskich, indyjskich, chinskich, ktory wedruje tu sobie swobodnie ulicami w porze obiadowej! Za to, ze od wielkomiejskiego gwaru latwo tu uciec i latwo don wrocic, gdy kto tylko chce. Kraze po uliczkach i zegnam sie z jedynym duzym miastem, ktore jak dotad zdolalam w Afryce prawdziwie polubic.
IMG_2322.jpg
ulice starej dzielnicy Dar es Salaam sa kolorowe i pelne uroku
IMG_2306.jpg
IMG_2303.jpg
wspaniale jest takze wybrzeze

JAK JA KOCHAM AFRYKE

Jak ja kocham Afryke za ten kolorowy, nieopisany tlum! No bo kto by sie tutaj ubieral w jakies ponure szarosci, granatyi czernie! To jest w Afryce zupelnie nie do pomyslenia! Tu wszystko kipi zywa zielenia, zolcia, czerwienia, pstrokatym wzorem odwaznym, deseniem pelnym rozmachu, zamaszystym. A ta szalona rewia barw fantastycsnych niezwykly tworzy kontrast z prawdziwie czarna skora Azanow.
Ach! Jak ja kocham Afryke za te usmiechniete buzie i z daleka wykrzykiwane pozdrowienia, za to cieplo, ktore jest w ludziach, jakby afrykanskie slonce zaklete mieli w sercach.
Kocham Afryke za e kobiety, co caly swiat nosza na glowie (jak to zgrabnie okreslila Kinga Choszcz): wiadra, kosze, torby i walizki, banananowe kiscie, miski pelne prania, wszystko co da sie na glowie postawic. Kocham Afryke za te bobabsy z wdziekiem noszone przez matki na plecach i za te spiewane im kolysanki. Kocham Afryke za te jej spontanicznosc, za tego sprzedawce, ktory tanczy w swoim sklepie, gdy w radio nadaja akurat jego ulubiony przeboj. Kocham Afryke za te przekupki wygodnie rozsiadle na stosach ananasow, za tych ulicznych krawcow, co szyja bez wytchnienia w cieniu ulicznych arkad! Po prostu kocham moja Afryke!
Siedze wsrod tlumu pasazerow oczekujacych na pociag i rozkoszuje sie moim afrykanskim tu i teraz, delektuje sie moim afrykanskim upojeniem.
Hall dworca szczelnie wypelniony. Ludzie siedza na ziemi, co szczesliwsi na lawkach, otoczeni prawdziwymi stosami pakunkow. Dyskutuja, debatuja, spia, nuca pod nosem jaks melodie, bawia sie z rozbrykanymi dzieciakami, popijaja coca-cole i fante, ktore to napoje sa tu wszedzie tansze niz woda.
Zrzucam plecak na ziemie i siadam na zimnej posadzce. I w tym momencie trach! Przez dworcowy gwar przebiega charakterystyczny dzwiek rozdizeranego plotna. Ludize patrza na mnie badawczo i smieja sie wesolo na widok prawej nogawki moich spodni, co to wlasnie postanowila odlaczyc sie od reszty gdzies na wysokosci kolana. Dziura wielka, straszy biala noga, a mnie wstyd jak nie wiem, ze w takich lumpach chodze. Siedzaca obok mloda dziewczyna palcem pokazuje mi dziury w moim t-shircie, ktory dostalam od przyjaciol na szczesliwa afrykanska droge. Byl wtedy nowiutki i bialy jak snieg, dzis straszy dziurami i koloru jest brunatno-czerwonego od pylu i kurzu z afrykanskich drog. Sytuacja wymaga szybkiej reakcji, bo tlum sie przyglada ciekawie i badawczo, a jak doswiadczenie uczy to jest wlasnie chwila, kiedy prostym gestem mozna sobie zjednac tubylcze serca i zyskac przyjaciol na cala droge, choc ja nie znam suahili a oni angielskiego.
Wprawnym ruchem zawiazuje supel na podartych spodniach, by dwie czesci nogawki jakos ponownie zlaczyc, otwieram plecak i symuluje jakies dlugie nurkowanie w jego zakamarkach, by troche rozbawic zaciekawione do granic dzieciaki. W koncu dobywam moja piekna, dzis rano kupiona, pierwsza afrykanska kange i zawiazuje ja sobie wokol bioder dokladnie tak, jak czynia to tutejsze kobiety. A kanga to nic innego jak prostokatny kawalek plotna wystepujacy tutaj we wszystkich mozliwych koloroach i wzorach, sluzacy za spodnice, chustke na glowe czy tez nosidelko na bobasa. Ludzie nie posiadaja sie z radosci. Zaraz zostaje wysciskana, obdarowana usmiechami i dowodami uznania.
Jest rzecza zupelnie niezwykla jak czlowiek z czlowiekiem potrafi sie porozumiec bez slow. W suahili znam ledwie kilka pozdrowien i podziekowan, pare wyduakanych zdan i pojedynczynch slow, a jednak rozumizm, ze siedzaca obok mloda matka straszy swojego malego synka, ze jak dalej bedzie psocil o go posle wprost do muzungu. Maluch przerazony jest nie na zarty, a kobieta posyla mi pare porozumiewawczych mrugniec okiem. Dzieciecy upor i natura knabrna biora jednak gore i nie mija kwadrans jak maluch znow zaczyna radosne swoje rozrabianie. Matka lapie w mig malego urwisa, a ja wyciagam rece krzywiac sie i starajac jakies okropne miny z mej twarzy wykrzesac, co by wygladac naprawde groznie. Krzyk, lament i pisk przerazenia, chlopiec kurczowo trzyma sie matki i wrzeszczy ile sily w gardle, jak by chcial powiedziec "wszystko tylko nie oddawaj mnie do muzungu". Ludzie radosc maja przednia, a ja z mloda kobieta wymieniam porozumiewawczy uscisk dloni. Maluch grzecznie siedzi w kacie, caly trwoga przejety.
W pewnym momencie przez tlum przebiega jak blyskawica elektryzujaca wiadomosc: pociag zamiast o 16.00 odjedzie o 22.00. Ludzie kreca glowami i rece rozkladaja bezradnie. No bo co zrobic?Nastepuje pakunkow ustawianie, przestawianie, przesuwanie, ludzie ukladaja swoje rzeczy na wozkach i jesli tylko maja u kogo sie zatrzymac wracaja do miasta. Pozostali zostaja wzdychajac gleboko na mysl o tak dlugim oczekiwaniu. Ja nos zanurzam w ksiazce, moze czas jakos szybciej zleci. Okolo 18.00 grupka Niemcow podrozujaca pierwsza klasa oznajmia mi, ze pociag odjedzie dopero nazajutrz rano. - Ale jak to?! - nie moge wprost uwierzyc. - Tak madame, pociag dopiero jutro o 9.00, niech Madame wraca na nocleg do miasta i jutro wroci tutaj o 8.00 rano- potwierdza te tragiczne wiesci pracownik stacji. Tragiczne, ale moze nie az tak. Laduje bowiem przypadkiem w tanim jak na Dar hotelu (8 USD). Pokoj mam z balkonem i widok na miasto uspione, wieczorne. Popijam jogurt, zagryzam mango, otula mnie goraca, afrykanska noc.
IMG_2517.jpg
z okna pociagu mozna kupic wszystko
IMG_2540.jpg
i cieszyc sie do woli widokami

TAZARA - drugie podejscie

Rano punktualnie o 8.00 znow stawiam sie na dworcu. Witaja mnie usmiechem szerokim, usciskami dloni i cala masa pozdrowien moi wczorajsi poczekalniani, posadzkowi towarzysze. Kobiety spaly ze swymi malutkimi dzieciaczkami na zimnej podlodze, a mnie az glupio sie robi na mysl o moim pieknym z balkonem pokoiku. Przesuwaja walizki i kilka tobolkow wskazujac bym usiadla. Pilnowaly tego miejsca, trzymaly je dla mnie cala noc!!! No i prosze jak sie mozna z ludzmi zaprzyjaznic bez slow, bez gadania, za pare szczerych usmiechow i troche zyczliwosci.
Dzis juz chyba naprawde pojedziemy. O 8.30 wszyscy wstaja z miejsc i ustawiaja sie w dlugasne kolejki. Niemcy podrozujacy pierwsza klasa na peron wchodza jako pierwsi, eskortowani przez pracownikow kolei. Ach co to za zwyczaj przedziwny. Taki szmat drogi jechac z Europy, tyle wydawac pieniedzy, a Afryki smakowac tylko przez papierek, wszedzie z obstawa, z przewodnikiem, z dystansem bezpiecznym do wszystkiego i wszystkich wokol. Ja klasa jade druga a juz zaluje, ze nie trzecia. Niewiele wprawdzie tansza, a zamiast lozek jak w naszych kuszetkach majaca ciasno upchane drewniane lawki i to tylko dla tych, co szybko umieja biegac z tobolkiem i jako pierwsi ich dopadna. Nic to moglabym jechac i na podlodze, po prostu zal sie rzstawac z przyjaciolmi z dworcowej poczekalni.
Znajduje swoj wagon i przedzial i nie moge sie nadziwic jak tu czysto i schludnie. Dopadam miejsce przy oknie i nie oddam go chocby nie wiem co. Po to w koncu uparlam si by pociagiem jechac, by troche wiecej Tanzanii zobaczyc. Moi przyjaciele wiedza, ze kiedys powiedzialam, ze wolalabym urodzic sie mezczyzna, a nie kobieta. Dzis oficjalnie bije sie w piers i odwoluje te slowa! Patrze na moje towarzyszki podrozy: dwie starsze kobiety o pomarszczonych twarzach, jedna przy kosci nastolatke i dwie mlode mamy. Jedna z nich juz z bobasem na plecach, a druga z wielkim brzuchem. Kazda ma tyle pakunkow, toreb, walizek i klamotow, ze moj plecak wydaje sie przy tym po prostu smieszny i one chyba takze sie dziwia, ze tak maly mam bagaz, bo zerkaja i glowami kreca z niedowierzania. malo tego, ze ich toboly wielgachne, to jeszcz ciezkie przy tym ponad wszelka miare. Z prawdziwym i nieskrywanym podziwem patrze jak one z tymi tobolkami walcza, jak je ukladaja, podnosza na glowie i zwinne wrzucaja na gorne lozka i polke nad drzwiami. Robia to z takim wdziekiem, lekkoscia, smiejac sie przy tym glosno, jakies zabawne opowiadajac sobie historie. Zwinne, zaradne, pelne gracji, silne, wesole i pelne energii. Patrze na nie z zachwytem i ciesze sie ogromnie, ze jednak urodzilam sie kobieta.
Ruszamy! Z prawdziwie afrykanskim poslizgiem, ktory w sumie wyniosl tlustych 17 godzin.Z glowa w oknie patrze i podziwiam. Antylopy, gazele, olbrzymie baobaby i wysokie termitiery, bagna jakies i rozlewiska i pietrzace sie w oddali gory. Z mijanych wiosekludzie wybiegaja z koszami smakolykow na glowach. Jest wszystko, od przekasek po danaia glowne obiadowe, salaki nawet i napoje schlodzone solidnie. Czytam, notuje i probuje konwersowac w suahili ze starsza kobieta siedzaca naprzeciwko. Per "madame" Azanaowie zwracaja sie tylko do bialych kobiet, by szacunek swoj pokazac czarnej kobiecie mowia do niej "mama" czyli matko. Slowo to w suahili zawiera potezny ladunek godnosci, estymy, glebokiego uznania. W mojej lamanej rozmowie korzytam ze slowniczka suahili, ktory przygotowaly dla mnie jeszcz w Kenii dziewczyny z rodziny Obede. Mowie mej rozmowczyni "mama", a ona usmiecha sie do mnie cieplo.
IMG_2507.jpg
ja i caly moj dobytek: niecale 14kg scisnietych w plecaku o poj. 55 litrow (tu razem w hotelu w Dar)

Wysłane przez aidni 6:34 AM Kategoria Tanzania Komentarze (1)

Tanzania czesc 4 - Bagamoyo

o niewolnictwie

sunny 30 °C

BAGAMOYO

Nogi i rece mieli skute lancuchami: Pod ciezarem kosci sloniowej uginaly im sie plecy, a pot wielkimi kroplami splywal z czola od nadludzkiego wysilku. Patrze na ich uciemiezone twarze uwiecznione na nielicznych zachowanych do dzis fotografiach i rycinach z okresu schylku niewolnictwa. Oto pochod ludzi, ktorym odmowiono czlowieczenstwa tylko dlatego, ze ich skora jest czarna. Z dokladnej jak fotografia ryciny spoglada skuty w kajdany mezczyzna. Za ubranie sluzy mu tylko przepaska na bidrach. Wychudzona twarz podpiera na bardziej jeszcze wychudzonej rece.
Porywano ich w glebi ladu, w oklicy jez. Tnaganika. Bialy czlowiek nie odwazylby sie tam zapuscic dlatego porywaniem niewolnikow trudnili sie Arabowie lub sami Murzyni z innych wrogich plemion, a czasem za bezcen swoj lud sprzedawali krolowie i plemienni wladcy. Bo trzeba wiedziec, ze niewolnictwo istnialo w Afryce od zawsze, jednak dopiero lakomstwo i pazenosc Europy uczynila je zjawiskiem masowym, ktore doprowadzilo do wyniszczenia i demoralizacji wielu afrykanskich spolecznosci, do wyczerpania ich sil witalnych, zniszczenia ich kultury i wiekowych tradycji.
Pojmani i skuci w kajdany droge znad jez. Tanganika az na brzeg Oceanu pokonac musieli na wlasnych nogach, na plecach niosac ladunek kosci sloniowej, zlota i innych kosztownosci dla swoich nowych wlascicieli. W nie znajacym litosci afrykanskim sloncu przemierzali szerokosc dzisiejszej Tanzanii z Kogoma az do Bagamoyo. Tu zaladowyawano ich na statki, upychano jak przedmioty, a nastepnie wysylano na Zanzibar, gdzie miescil sie bodaj najslynniejszy targ niewolnikow w calej Afryce.
IMG_2346.jpg
IMG_2444.jpg
Za muzealna szyba pamietajace tamte czasy, prawdziwe lancuchy i kajdany. Ile marzen w nie zakuto, ile mlodzienczego zapalu zlamano, ile wspanialomyslnosci i idealow zamieniono w uciemiezenie, upodlenie i nieskonczona beznadzieje.
Dzis senne, spokojne i romantyczne, rybackie miasteczko Bagamoyo, a kiedys potezny port i stacja przeladunkowa wszelkich afrykanskich ''dobr eksportowych''. Stoje przed zrujnowanym budynkiem, do ktorego kiedys zapedzano jak bydlo, wycienczonych wielotygodniowym marszem, niewolnikow. W tych sciqnqch oczekiwali na statek, ktory mial ich zabrac z Afryki w nieznane. Siadam na chwile i staram sie odgadnac co wtedy czuli, tak stloczeni w tysiecznym tlumie. Niepokoj? Strach? Tesknote za gdzies w rozpaczy pozostawiona rodzine? A moze czuli juz tylko glod i pragnienie? Moze ich wyniszczone organizmy nie pragnely juz wiecej jak tylko wody i chleba?
Nie sposob znalezc odpowiedzi, nie sposob odgadnac co czlowiek czuje, o czym mysli, gdy przytloczony jest takim bezmiarem wlasnego cierpienia.
Male muzeum w Bagamoyo i liczne zrujnowane portowe budynki w Bagamoyo przypominaja o tej zamierzchlej historii wybrzeza Tanzanii, historii ktora lubi byc czasem przewrotna, czasem rozne watki misternie splatac jak nici. Jeden z takich misternych splotow historii mial miejsce wlasnie w Bagamoyo. Na tej ziemi, ktora widziala taki ogrom ludzkiego upodlenia, w malek kapliczce, pod biala wieza spoczelo na jedna noc cialo zmarlego w glebi ladu najwiekszego bialego przyjaciela Afryki. Czlowieka, ktory odkrywal przed swiatem jej piekno, ktory szanowal zamieszkujace tu ludy, ich tradycje i kulture, ktory odwaznie bronil Afryki i godnosci czarnego czlowieka, ktory kiedys powiedzial: ''w Afryce nie spotkalem zadnych barbarzyncow, ani zadnych dzikusow z wyjatkiem bialych''. Czlowiek, ktory Afryke kochal calym sercem i zmarl w jej sercu - dr David Livingstone.Czy to przypadek, choc wole myslec, ze celowe i zaplanowane dzialanie historii, ze ostatnia noc na Czarnym Ladzie spedzil wlasnie tu, gdzie ziemia opowiadala i wciaz opowiada o bezkresnym jak ocean cierpieniu jego braci Murzynow.
IMG_2475.jpg
Ale choc ponura przeszlosc Bagamoyo przypomina o sobie na kazdym kroku, na kazdym rogu ulicy, to jest to jednak pelne uroku miejsce. Waskie uliczki, serdeczni ludzie, plaza pelna palm i rybackich lodzi. W tej sennej, powolnej i upalnej atmosferze mozna sie zatracic i zagubic gdzies poczucie czasu, zawieszajac wzrok na dalkiej linii horyzontu, obserwujac rybakow w ich codziennej, ciezkiej pracy, oddajac sie zywej i pelnej kolorow aurze targu pwstajacego tu spontanicznie na plazy, gdy tylko rybacy wroca ze swych polowow.
Opuszczalam Bagamoyo z ciezkim sercem, ale droga wzywa, wzywa na poludnie.
IMG_2412.jpg

Wysłane przez aidni 9:37 AM Kategoria Tanzania Komentarze (0)

Tanzania czesc 3 - wolnosc Masaja

sunny 29 °C

WOLNOSC MASAJA

Masaj nosi gumowe buty zrobione z samochodowej opony. Na pierwszy rzut oka przypominaja one zwykle ''japonki'' roznica jest jednak zasadnicza, bo w tych butach zakleta jest wolnosc Masaja. Z przodu jak i z tylu wygladaja tak samo, ksztalt podeszwy nie odzwierciedla ksztaltu ludzkiej stopy, jest prostokatny, z kazdej strony identyczny. A wszystko to dlatego, zeby nikt nie mogl ze sladow odczytac , odgadnac, dojrzec, w ktorym kierunku odszedl Masaj, za ktorym jest wzgorzem, czy przemierza step na wschod czy na zachod. Masaja nikt nie sledzi. Masaj nie potrzebuje paszportu,ani wizy, z Tanzanii do Kenii droga jest prosta przez step, przez sawanne, z dala od granicznych posterunkow.
Picture_989.jpg
Masaj ma zawsze przy sobie masajski noz. Dlugi, przypomina niewielki miecz, oraz znacznie oden dluzszy kij. Okrywa sie cienkim kocem w fioletowa lub czerwona krate. Na rece tuz obok elektronicznego zegarka bransolety tradycyjne, plemienne. Telefon komorkowy przy uchu, w ktorym czesto wielka jak piesc dziure przewidziano na ozdoby. Masajowie nigdy nie wyrzekna sie swoich tradycji, ale nie zamykaja sie przed tym, co nowe i z innego swiata. Masajowie to plemie otwarte i ciekawe swiata, lud koczowniczy i wedrowny, ktory podrozowanie ma w nogach zapisane i w genach.
Masajowie sa jak lwy. Kiedy Masaj wyrusza w podroz zostawia swe zony w osadzie. Nie podrozuje ze swoimi kobietami tak, jak to czynia biali ludzie i szakale: Masaj zawsze wyrusza na swe safari samotnie (safari w jezyku suahili oznacza podroz). Masaj zonaty czy tez nie jest w pierwszej kolejnosci czlowiekiem wolnym. Wolnosc ta w pewnej mierze dotyczy takze kobuiet. Jesli bowiem w takiej opuszczonej przez glowe rodziny osadzie pojawi sie inny Masaj, na samym jej srodku stawia swoj kij. Wtedy kazda z ''opuszczonych'' zon, jesli tylko zechce, moze z nim spedzic niejedna upojna noc nawet jesli w miedzyczasie jej maz powroci. Z pokora wtedy spojrwy na kij zatkniety w ziemie posrodku wioski i zadnej z zon nie bedzie mogl wypomniec zdrady. Podobnie jak lew, ktory opusci swe lwice szybko zorientuje sie, ze jego miejsce zajal juz inny samiec.
IMG_2256.jpg
Masaj nie posiada wiele. Najcenniejszym jego dobytkiem sa krowy. Ilosc posiadanych krow swiadczy o jego pozycji spolecznej i zwieksza jego atrakcyjnosc w oczach kobiet. Masaj ma zawsze wiele zon bo jedna nie zdolalaby wszystkich jego krow wydoic.
Masaj zasypia co dzien slyszac wokol odglosy dzikich zwierzat, lwich pomrukow, tetetu kopyt uciekajacych zebr i antylop, dudnienia ziemi pod szarzujacymi sloniami lub stadem bawolow, wycia hien.
Masaj nie obawia sie dzikich zwierzat, bo zyje wsrod nich od dziecka. Wsrod nich dorasta, uczac sie ich zachowan, przewidywania ich reakcji, ich zwierzecej logiki. Masaj nie obawia sie dzikich zwierzat, ale darzy je szacunkiem, jakim tylko wojownik darzy rownego sobie lub silniejszego przeciwnika. Masaj zabija dzikie zwierzeta na ogol tylko wtedy, gdy te zaatakuja jego krowy, rzadko wyrusza na polowanie. Sztuki tej uczy sie jako maly chlopiec od ojca lub wuja. Gdy wyrusza ze swym stadem na step ma przy sobie zawsze swoj noz i dzide. Gdy lew zaatakuje jego krowy, wtedy jednym ruchem wbije mu ja w pachwine - smiertelny to i pewny cios. Jesli jednak chybi, siegnie po miecz i w beposrednim starciu z krolem zwierzat, wbije mu go w gardlo. Jesli na jego drodze pojawi sie szarzujacy afrykanski bawol, zatknie dzide w ziemie pod wlasciwym katem i przykucnie za nia trzymajac mocno, z wszystkich sil. Pedzacy bawol nadzieje sie na nia i padnie bez zycia, a cala wioska jesc bedzie wyborne mieso przez dlugie dni. Jesli jednak chybi, zyc bedzie w strachu, nigdy nie znajac dnia ani godziny, bo bawol to msciwe zwierze, msciwe jak zadne inne, a przy tym wyrachowane i podstepne w przygotowaniu zemsty. Ranny bawol zapamieta zapach swojego oprawcy, bedzie go sledzil tygodniami z oddali nim zaatakuje znienacka.
IMG_2266.jpg
Masaj nie drzy na mysl o spotkaniu z lwem, ale ze sloniem. Gdy go wypatrzy z daleka, bierze do reki grude ziemi, rozgniata ja w dloni i rozsypuje na wietrze, jesli ten wieje w kierunku szarego olbrzyma, nie zatyka dzidy i nie dobywa miecza, a najzwyczajniej ucieka poganiajac marudzace w krzakach krowy. Szarzujacy slon jest bowiem jak wyrok smierci.
Masajowie sa szczupli, smukli i zazwyczaj wysocy. Chodza miekko dotykajac ziemi jakby starajac sie nie wzbudzac zainteresowania dzikich zwierzat, jakby nie chcac po sobie zostawic zbyt wielu sladow. Ten delikatny chod maja we krwi, obok itradycyjnego stroju jest on nieodlacznym elementem plemiennej tozsamosci Masajow, niezaleznie od tego; czy jest to step; sawanna; czy centrum Dar es Salaam (stolica Tanzanii). Jest w Masajach cos, co budzi wielki szacunek, jest w nich jakas godnosc i spokoj. Czy wedruja z krowami przez pustkowia, czy tez przeciskaja sie z trudem przez zatloczone ulice miast, wszedzie sa Masajami odbywajacymi swe samotne safari.

MOJ PRZYJACIEL MASAJ

IMG_2431.jpg
A wszystkie te niesamowite rzeczy wiem od Akara, mlodego Masaja z okolic jeziora Manyara, ktore poznalam tam, gdzie nie spodziewalam sie zadnego Masaja spotkac - w Bagamoyo, nad samym brzegiem Oceanu Indyjskiego.
Akar to Masaj XXI wieku. Masaj prawdziwie swiatowy. Dzieki pewnemu Anglikowi, z ktorym zaprzyjaznil sie gdy ten przybyl tu z Europy na safari, Akar byl w Szkocji i Wielkiej Brytanii. Do samolotu wsiadl i wysiadl w zimnej, szaroscia naburmuszonej Europie , nie inaczej jak w swoim tradycyjnym , plemiennym, masajskim stroju. Oczami wyobrazni widze juz te zaskoczone twarze, te buzie rozdziawione, te szerokie ciekawoscia spojrzenia. Masaj w zimnym Londynie to musial byc widok prawdziwie egzotyczny! Akar przyznaje po chwili , ze gdy znalazl sie w Europie musial wyrzec sie plemiennych atrybutow i przywdziac dzinsy i gruby sweter, ktore przewornie jego kolega zabral ze soba na lotnisko.
Wedrujemy wspolnie przez plaze piaszczysta i szeroka, na ktorej rybacy sprzedaja owoce swych polowow. Kraby wieksze niz ludzkie rece, potezne plaszczki, ktorych ogony zastepuja tutejszej policji palki, a ponadto ryb przeroznych nieopisane mnostwo.
Co Masaj robi w rybackim miasteczku Bagamoyo? Pracuje w hotelu jako stroz i odklada pieniadze na swoje kolejne europejskie safari. Bo Europa jest zafascynowany tak jak ja Afryka. O szkockich zamkach opowiada z takim samym zachwytem, co ja o sawannie, oczy blyszcza mu sie na wspomnienie o Londynie, tak jak moje gdy myslami wracam do krateru Ngorongoro.
Patrzymy na siebie i sluchamy siebie nawzajem z pelnym zrozumieniem. Nic nie musimy sobie wyjasniac. On rozumie moje po Afryce wedrowanie, ja jego marzenie o Europie.
Polubilam Akara, polubilalam Masajow za ich bratnie, podroznicze, wolne dusze, za ich odwage, za ich samotne chadzanie po sawannie, a jednoczesnie szeroki usmiech i szukanie kontaktu z drugim czlowiekiem, za te niezwykla symbioze, w ktorej zyja z dzikimi zwierwzetami i glebokie rozumienie ich swiata, a z drugiej strony otwartosc na wspolczsnosc, wielkomiejskosc, zatloczona ludzmi przestrzen tak rozna przeciez od niemajacej konca przestrzeni masajskich stepow. Polubilam Masajow za te ich uniwersalnosc i indywidualnosc tak zgrabnie polaczona, za te ich dostojnosc i delikatne stapanie po tylko sobie znanych sciezkach.

Wysłane przez aidni 6:17 AM Kategoria Tanzania Komentarze (0)

Tanzania czesc 2 - Od Ngorongoro do Kilimandzaro

podroz do innego swiata

sunny 29 °C

FOTOPSYCHOZA
Ktos kiedys chlapnal, moze bezmyslnie, a moze umyslnie, niechcaco, a moze specjalnie, ze biali za kazde zrobione w Afryce zdjecie dostaja w Europie 100 USD. No i sie zaczelo, zaczela sie prawdziwa afrykanska fotopsychoza. Nie mozna nikomu zrobic zdjecia bez uiszczenia odpowiedniej oplaty, zazwyczaj w granicach 1 USD za zdjecie. Kiedy czlowiek zaczai sie gdzies z aparatem, by z ukrycia zrobic chocby kilka zdjec naturalnych, niepozowanych, sportretowac chocby skrawek tutejszego, codziennego zycia, zostanie natychmiast zdraedzony przez dzieciaki, ktore szpieguja, zagladaja przez ramie, sledza kady ruch. Wystarczy tylko aparat z plecaka wyciagnac, a juz lament, krzyk, wrzawa i glosny protest. Mozna tlumaczyc, ze to nie tak, ze to tylko zdjecia prywatne, wspomnienia zapisane obiektywem, wszelki trud daremny.
Na malowniczym targu w Mwanza kadry tworza sie same i dopominaja uwiecznienia. Kolorowo ubrane kobiety w wielkich garach przygotowuja jedzenie, nosza ogromne kosze z owocami i warzywami na glowie, smieja sie szeroko zachwalajac swoje pomidory, papaje czy mango. Na wielkich patelniach mezczyzni praza w oleju ryby, a pot gesto splywa z ich skroni. Oj jest co fotografowac. Probuje szczescia! Ryzyk fizyk i raz kozie smierc! Pokusy powstrzymac nie potrafie, wyciagam wiec aparat i robie kilka zdjec z oddali - dwie kobiety siedzace przy garnkach z jedzeniem w targowej jadlodajni, co to spontanicznie wyrosla pod golym niebem. Fotografuje tez pomidory w duzych koszach i kilka potraw gotujacych sie wlasnie na ogniu. Gdy robie to ostatnie ujecie juz slysze wokol podniesione glosy, lamenty, okrzyki. Zblizaja sie klopoty.
Picture_654.jpg
- Dlaczego fotografuje Madame tych ludzi?! - zagaduje mnie mezczyzna
- Alez nic podobnego! Ja nikomu nie robie zadnych zdjec, tylko towarom i garnkom.
- Prosze pokazac zezwolenie! - wokol mnie juz pokazany tlumek, a mezczyzna podnosi glos, krzyczac juz prawie ze zdenerwowania.
- Ale jakie znowu zezwolenie?! Przeciez w Tanzanii nie obowiazuja zadne zezwolenia na robienie zdjec. - spokojnie po dobroci probuje bronic sie jak moge.
- Prosze ze mna w takim razie, pojdziemy na komisariat i tam porozmawiamy - ciagnie mnie za reke mezczyzna.
- Hola, hola! Minutke - juz mnie raz aresztowali za robienie zdjec i ani mi w smak powtorka z rozrywki - przeciez ja nie nie zrobilam niczego zlego. Chcecie zobaczyc moje zdjecia, no to prosze.
Wyciagam aparat i pokazuje oczywiscie tylko te pomidory i gary na ogniu, kobiet sfotografowanych z oddali juz nie pokazuje bo przy tych emocjach nawet jako punkciki na moim zdjeciu kosztowalyby mnie pewnie pol dnia na komisariacie portakmi trzesac ze strachu.
Uff. Ogladaja i patrza badawczo. Tym razem uszlo mi na sucho, ale stracha troche mialam. Groza palcem, ostrzegaja, ale w koncu sie rozchodza, a i ja czmycham czym predzej.
Godzine pozniej, walesajac sue bez celu po ulicach nowoczesnej i calkiem ladnej Mwanzy, trafiam na urocza uliczke z meczetem. Zadnych ludzi ... no to pstryk! A tu nagle krzyk za plecami. No nie! Biegnie ku mnie policjant, co to nagle wyskoczyl jak Filip z konopii. - Prosze nie fotografowac! Nie wolno! Zabronione! Budynek panstwowy!
- Ale ja tylko meczet, uliczke ladna, romantyczna!
Oto wyzszosc aparatu cyfrowego nad analogowym. Pokazanie zdjecia ratuje mnie przed klopotami i utrata pozostalych fotografii. Gdybym robila zdjecia na filmach, byc moze stracilabym wszystkie. Konczy sie na uscisku dloni, pozdrowieniu i zyczeniu udanego pobytu w Tanzanii.
Tego dnia zadnych juz zdjec nie robie, od tych przezyc sama wpadalam w fotofobie.

KRATER NGORONGORO

Jest takie miejsce na ziemi, gdzie czas nie plynie, bo go po prostu nie ma. Jest takie miejsce na ziemi, ktorego ten swiat nie dotyczy, nie dosiega, ktorego ten swiat nie potrafi naruszyc.
Absolutna harmonia, ktora broni sie sama, absolutny spokoj, niezmacony niczym porzadek. Tak kiedys musiala wygladac nasza planeta nim pojawil sie na niej czlowiek trawiony namietnosciami i zadza objecia calego swiata w swe posiadanie. Setki tysiecy lat ewolucji i setki tysiecy lat zmagan z natura, silowania sie i szarpania, narzucania swoich praw i zasad, tysiace lat naszego ludzkiego na ziemi panowania i dumnego zadzierania glowy. Zupelnie tak, jakbysmy zapomnieli, ze przeciez sami jestesmy czescia natury, chociaz miotamy sie i walczymy i robimy wszystko, by udowodnic sobie, ze jest inaczej. Krater Ngorongoro jakims cudem ocalal, byc moze wlasnie dlatego by nam o tym przypominac, zebysmy mogli odkrywac w sobie nasza gleboka, pierwotna nature i laczaca nas wiez ze zrodlem, z ktorego wszyscy pochodzimy.
Picture_743.jpg
Strome zbocza krateru gesto zarosniete sa bujana, zeilona roslinnoscia. Droga wije sie w dol ku gladkiemu jak lustro jezioru. Z daleka nie widac jeszcze,ze brodza w nim setki, tysiace flamingow (a wiec nareszcie udalo mi sie je zobaczyc!). Przez otwarty dach samochodu obserwuje jak powoli zjezdzamy do wnetrza poteznego krateru. Przestrzen, przestrzen, przestrzen! Gleboko, szeroko, zamaszyscie pod blekitna kopula nieba. Wsrod zielonej trawy widac pierwsze zwierzeta, glownie gnu pasace sie leniwie. Podjezdzamy blizej. Nie odchodza, nie uciekaja w poplochu. Jedynie patrza zaciekawione, zdziwione, zaskoczone, choc turystow tutaj przeciez przybywaja setki. Jakby mimo tego, wciaz nie mogly sie nadziwic tym naszym rozpalonym oczom, temu zdenerowaniu i podekscytowaniu, tym emocjom wszystkim, tym buziom szeroko rozdziawionym, tym aparatom przyklejonym do twarzy. Patrza, pokreca glowami z niezrozumienia i niedowierzania, po czym wracaja do swych zajec niewzruszone.
Dalej zebry, zebr cale mnostwo. Przebiegaja kolo auta tak blisko, ze mozna by ich dotknac, poglaskac, podrapac za uchem. Brakuje jednak smialosci, brakuje odwagi jakiejs, a moze bezczelnosci, by ten wspanialy swiat defilujacy przed oczami zbezczescic dotknieciem z innego swiata, by te harmonie zmacic,, zburzyc, nadpsuc zwyklym takim ludzkim macaniem.
Picture_794.jpg
A potem byl lew. Widzimy go najpierw jak wyleguje sie nad kaluza, przeciaga leniwie, ziewa szeroko, w koncu kladzie sie na grzbiecie wzdychajac glaeboko. Obok niego ona. Jak zawsze czujna, rozglada sie wkolo. Krol i krolowa zwierzat wstaja nagle, zmierzajac powoli w nasza strone. Bez pospiechu, jakby z przyzwyczajenia i rutyny i tylko dlatego by polozyc sie w cieniu jednego z samochodow. Sa bardzo blisko, na wyciagniecie reki. W tle wysokie, zielone zbocza krateru, blekit nieba, cisza i jednostajny spokoj.
Jak to jest, sptyacie, tak lwa z bliska zobaczyc? Jak to jest byc gosciem w jego krolestwie? Jest jak wrocic do domu po dlugiej podrozy. Bo chociaz targaja czlowiekiem emocje, wielkie wzruszenie, podekscytowanie, to jednak po chwili przewaz jakas w sobie nagle odnaleziona harmonia, spokoj, lad i porzadek i to piekno jakies niezwykle, ktore z tego wyplywa. Oto ten wspanialy swiat zaczyna odbijac sie w nas samych, sami w sobie doswiadczamy jakiegos niezmaconego od pradziejow czlowieczenstwa, wewnetrznego pokoju i ciszy. I jak to sie dzieje nie wiem zupelnie i wyjasnic nie potrafie, ze nagle czlowiek czuje sie jak ta lwica nad kaluza pochylona, pijac wode drobnymi lykami, jak ten hipopotam, co leniwie przewraca sue w blocie znudzonym wzrokiem omiatajac okolice, jak ten zamyslony nosorozec widziany z dlaeka, w jakiejs kontemplacyjnej zadumie znieruchomialy jak posag. Jak powietrze, co wszystko przenika, jak swiatlo, ktore ogarnia wszystko i jest wszytskim.
Gdzies w oddali dwie smugi. Podjezdzamy blizej. To jezioro i tysiace flamingow, a w tle urwiste zbocza krateru. Flamingi stapaja po gladkiej tafli wody kazdy krok wazc dokladnie jak sztabke zlota. Nie mam ich tym razem tylko dla siebie, ale mam ich za to cale mnostwo i choc patrzec moge tylko z oddali (samochodom nie wolno podjezdzac zbyt blisko by ptakow tych nie sploszyc) to serce rosnie, gdy przed oczami kolejne spelnia sie marzenie. Widze slonia szamotajacego sie wsrod zielska, widze afrykanskie, grozne bawoly i czuje na sobie ich badawcze spojrzenia, widze hieny wylegujace sie na srodku drogi po zakonczonej juz blotnej kapieli, i gazele i antylopy i ptactwa nieopisane bogactwo... Zwierzeta krateru nie opuszczaja, nie migruja, nie szukaja lepszego miejsca, nie probuja nic zmieniac, ulepszac.
Opuszczamy krater Ngorongoro w strugach deszczu i wsrod huku piorunow. Za gestymi, ciezkimi chmurami, chowa sie swiat neizwykly, cudowny, rozplywa sie jak marzenie.

W jakiej my zyjemy nieopisanej i wszechogarniajacej na wokol brzydocie. Krzycza oczy z przerazenia, a sie w czlowieku wszystko burzy i wscieka! Arusha, ktora jest przeciez takim nowoczesnymi i zadbanym miastem, po wizycie w kraterze Ngorongoro wydaje mi sie tak okrutnie brzydka, kanciasta, chaotyczna. Targana wizjami roznytch architektow jak czlowiek swoimi emocjami, co rusz probujacy cos sobie lub innym udowodnic. Jakies jest w tym wszytskim miotanie sie ze soba i swiatem, jakas ludzka szarpaniana nieznajaca konca. Widac to w Arushy i widac w kazdym innym miescie, w kazdym innym dziele czlowieka.
Byc w kraterze Ngorongoro jest jak siegnac dna oceanu, to zobaczyc na wlasne oczy doskonala, od wiekow niezaklocona harmonie, to odkryc, ze sami jestesmy jak ocean, tajfunami targany na powierzchni, lecz w glebi majacy jadro prawdziwego pokoju i ciszy. W tym sensie podroz do krateru Ngorongoro jest podroza do zrodla.

ZOBACZYC KILIMANDZARO

Zeby zdobyc Kilimandzaro potrzeba nie tyle energii, fizycznej krzepy i zelaznej kondycji, co zasobnego portfela. Pieciodniowy trekking na sam szczyt kosztuje 1000 dolarow amerykanskich i nie sposob znalexc tanszej opcji. Bariera nie do pokonania - zostaje na dole, ale zobaczyc musze. Bo jak to tak byc tak blisko i nie zobaczyc, nie zadrzec wysoko glowy , nie zachwycic sie sniezna czapa na dachu Afryki! Po prostu nie da rady.
Docieram do Moshi w strugach deszczu. Sucha pora w Afryce wschodniej zakonczona i ziemia dopomina sie wody, a ta leje sie praktycznie codziennie z nieba gestymi stugami. Potem zwykle wychodzi slonce i wilgoc panuje nieopisana . Niech i tak bedzie, z pokora przyjmuje te odwieczne prawa natury, nie probuje polemizowac. Dlaczego jednak geste chmury zakrywaja Kili od rana do wieczora tak ze niczego nie sposob dostrzec! Jestem rozczarowana. Caly dzien walesam sie po miasteczku bez celu i humoru. No i na co bylo gniesc sie w autobusach godzinami, by zobaczyc jedynie gesta zaslone deszczowych chmur, za ktora pewnie gdzies wysoko pnie sie najwyzsza gora kontynentu.
okolo 6 rano pukanie do drzwi: - Madame! - szeptem mowi do mnie stroz nocny, by innych gosci nie pobudzic. - Gora! Widac gore! Chce Madame zobaczyc?
Pytanie!!! Nie wiem kiedy, a juz jestem zwarta i gotowa, aparat w dloni, pedze co sil na dach hotelu.
Picture_992.jpg
Jest!!! Dach Afryki w promieniach wschodzacego slonca, ani jednej chmury wokol. Spokoj, cisza, bo Moshi nie spieszy sie by nowy dzien witac. Mozna wpatrywac sie godzinami bo takie widokoi maja w sobie jakas moc hipnotyczna, jakas drzemiaca w sobie sile. Takie miejsca sa jak punkty odniesienia. Jezioro Wiktorii, zrodla Nilu, Kilimandzaro.
Stoje i patrze i syce sie tym widokiem. A w glebi serca satysfakcja jest ogromna, ze tak daleko o wlasnych silach dojechalam i oto stoje i podziwiam najwieksza gore calej Afryki.

Wysłane przez aidni 5:36 AM Kategoria Tanzania Komentarze (0)

Tanzania czesc 1 - HABARI TANZANIA

Bananowy rejs

sunny 30 °C

Jeszcze nie zdazylam Ugandy opuscic, a juz za nia tesknie. Uganda ma w sobie jakis skryty, niewidoczny na pierwszy rzut oka urok. Czlowiek czuje sie tutaj jakby byl wsrod bliskich, jak w rodzinie, jak we wlasnym domu. Ludzka tutaj zyczliwosc nie ma sobie rownych, jest jakies w tych ludziach cieplo, serdecznosc zakleta w ich spojrzeniach, jakas dobroc niezwykla w ich sercach.
No i poc ja stad wyjezdzam!- bije sie z myslami jadac w przeladowanej (a jak!) publicznej taksowce na granice.- Nic mnie nie goni, moglabym w Ugandzie jeszcze troche pobyc. Zal ogromny wyjezdzac z tego zielonego kraju, gdzie zupelnie nie czulam sie obca, inna, czasem ze zdziwieniem spostrzegajac, ze moja skora jest biala, a nie czarna jak wszystkich wokol.
Raptem kierowca wykonuje gwaltowny skret w lewo z glownej drogi i oto niespodziewanie wjezdzamy na jakies dziury i wertepy, zwawo mknac po jakiejs ledwie widocznej sciezynce. A wszystko to dlatego, ze nasz bystry kierowca wypatrzyl na horyzoncie policjanta, wiec aby uniknac placenia mandatu - lapowki za przeladowane auto musial policjanta po prostu zrecznie ominac. Takie rzeczy tylko w Ugandzie! - No i po co ja stad wyjezdzam? - wracaja dreczace mysli. I aby bylo jeszcze smutniej zaczyna lac. Przekraczam granice w strugach rzesistego deszczu i chce mi sie plakac, ze Uganda juz za mna i ze takam glupia i stad jade.
Picture_37.._uganda.jpg
mama Uganda

Ugandyjskie postscriptum - MALA KSIEGA REKORDOW
1. Minibusy zwane tu po prostu taxi, maja miejsc zwykle na 14 pasazerow, a zabieraja ponad 20 lekko, a i 25 nie nalezy do rzadkosci, wtedy tez pomocnik kierowcy jedzie na dachu z braku miejsca w srodku. Podrozuje siez kurami, rybami, bananami, wielkim worem ziemniakow pod nogami, a raz nawet ze sporych rozmiarow telewizorem na kolanach.

2. 2godziny i 30 minut! Tyle wyniosl calkowity czas oczekiwania az zapelni sie minibus z Kabale do Mbarary, przy czym slowo "zapelni sie" nalezy rozumiec jako zapelenienie kazdego cm2 pasazerem upchanym i zgniecionym niemilosierni, najleppiej jeszcze z 2 cudzych dzieci na kolanach, ktore to liczy sie tutaj jako tobolki a nie pelnowymiarowych pasazerow, dlatego tez nie maja prawa do normalnego siedzenia.

3. Prom z Masaki do Kalangala przewidziany na 4 pojazdy ciezarowe i 6 osobowych zabral 7 pojazdow ciearowych 3 osobowe, w tym jedno auto terenowe oraz 3 minibusy. Wykorzystano kazdy milimetr, prom plynal dwa razy wolniej niz zwykle, ale na szczescie doplynal.

4. Ilosc kisci matoke n jednym rowerze - 6.

5. Cena pokaznych rozmiarow ananasa na targu w Masace - 200 szylingow ugandyjskich, to jest jakies 30 groszy!

BANANOWY REJS
Od kiedy przeplynelam sie pol pasazerskim, pol towarowym statkiem po Amazonce i Ukajali w Peru, jakas w sobie odkrylam slabosc do statkow, rzek, jezior, do tego spokojnego suniecia po wodzie, do patrzenia w gwiazdy na niebie, do dzielenia usmiechow, pozdrowien, jedzienia i najczesciej takze dyskomfortu z innymi wspolpasazerami, do zawierania statkowych znajomosci. Po prsotu polknelam bakcyla statkowego podrozowania - jakby to zrecznie okreslil Kapuscinski - i wyleczyc sie z niego nie ma sposobu. Gdy tylko mam okazje jakims statkiem, gdzies po slodkiej wodzie sie przeplynac, to w skakuje na poklad i juz. Taka okazja trafila sie w Tanzanii i to juz pierwszego dnia! Z miejscowosci Bukoba do sporego miasta Mwanza, pokonujac prawie polowe jez. Wiktorii, plywa tu bowiem co drugi dzien prom o takiej samej co jezioro nazwie. Promem tez jest tylko z nazwy i wygladu, bo naczelnym jego zajeciem jest przewoz towarow, a dokladnie rzecz ujmujac bananow, ktore to liczebnie znacznie przekaraczaja ilosc pasazerow. Na pokladzie wrecz wyrosla gora matoke, siegajaca prawie kapitanskiego mostku, a prom ten ma przeciez dwa pietra plus dolny poklad. Gora jest ogromna, wielgachna, ciezka. Przy zaladunku wszystko skrzypi, trzeszczy. Ludzie jednak w spokoju czytaja gazety, pija coca-cole i dyskutuja. Nie ma wiec chyba powodow do paniki. Siedze sobie scisnieta miedzy pasazerami na dolnym pokladzie, na drewnianej, twardej lawce w klasie ekonomicznej. Ani noga ruszyc nie ma jak specjalnie, ani jak powiercic sie troche. A ze w dodatku goraco jest i wilgotno, szybko robi sie zaduch okrutny. Nie no tak nie wysiedze dlugo. Zaladunek matoke sie zakonczyl. Zabieram najcenniejsza czesc mojego dobytku ze soba (czytaj aparat, dokumenty i kase) i uciekam na otwarta przestrzen, poczuc wiatr we wlosach i gwiazdy zobaczyc na niebie. Takich jak ja podobnych uciekinierow zebrala sie tu juz nawet pokazna grupka. U moich stop w rowne rzedy ulozone kosze z zoltymi bananami, za moimi plecami gora matoke, a przede mna jez. Wiktorii w calym swym ogromie, bezkresne, wielkie jak morze. Serce rosnie w takich chwilach, gdy czlowiek wyobrazi sobie mape Afryki i uzmyslowi, ze przemierza wlasnie jej wodne serce. Stoje tak dluzsza chwile i patrze. A na jeziorze pelno swiatel. Z poczatku mysle, ze to moze wioski jakies na drugim brzegu. Ale przeciez jestesmy na srodku jeziora, a one jakos dziwnie bliskie sie wydaja i swiatel ulicznych czy domowych raczej nie przypominaja. - Bo to sieci rybackie! - tlumacza pasazerowie- Kiedy ksiezyca nie ma na niebie, rybacy lowia male srebrne rybki, ktore potem sie suszy i sprzedaje na targu. Rybki ciagna do swiatla jak cmy, a wieksze jednostki omijaja je skrzetnie. Widok naprawde imponujacy.
Picture_646.jpg
ludzie spia gdzie tylko sie da
Picture_647.jpg
prom przy rozladunku w Mwanzie- polowy bananow juz nie ma
Gdy chlod nocy wygania z otwartego pokladu nawet najbardziej wytrwalych, okazuje sie, ze na moje miejsce na lawce nie moge juz wrocic. Ludzie spia gdzie popadnie, szczelnie wykorzystujac kazdy centymetr podlogi. Nie chce ich budzic, przekladac, przesuwac, nie chce nikogo nadepnac, niechcaco uderzyc czy szturchnac. Czekam wiec...
Czekam godzine, dwie, a gdy juz stracilam nadzieje, ze wroce kiedykolwiek na moj maly skrawek lawki, o jakiejs okropnej, okrutne 3 nad ranem godzinie, nastepuje rzecz najmniej spodziewana - kontrola biletow! Tegi mezczyzna przepycha sie miedzy ludzmi, budzi ich brutalnie, szarpie i pomyslec, ze ja sie krepowalam by kogos nie podeptac! Korzystam z okazji i wskakuje z powrotem na moje miejsce. To byl dlugi i intensywny w przezycia dzien. Zasypiam z miejsca, mimo ciasnoty i zaduchu.

ZROBILAM TO - SENENE

No i stalo sie! Zjadlam pierwsze w zyciu, prazone w oleju robaki. Ponoc towar eksportowy i duma Bukoby. Smakuja nawet niezle jak juz sie zapomini, ze to robaki przypominajace wygladem pszczoly lub osy, ale bez skrzydel. - Sa lepszym zrodlem bialka niz mieso - zachwala Nyamissi, policjantka, ktora poznalam w drodze z ugandyjskiej granicy - i sa przysmakiem sezonowym tylko. Masz wiec wielkie szczescie, ze jestes tu akurat teraz. Nazywamy je senene.
Chrupia insekty miedzy zebami, a tlum przyglad sie z ciekawoscia jak to muzungu robaki zajada. Pewnie czekaja az sie skrzywie ze zbrzydzenia, wypluje, albo cos w tym guscie, nie dam im jednak tej satysfakcji, choc pierwsza sztuka staje w gardle, ze przelknac niepodobna. Nyamissi podsuwa mi cala garsc pod nos, a tlum patrzybadawczo. Chrup, chrup zajadam z usmiechem, a ludzie usmiechem odpowiadaja. Chyba zostalam zaakceptowana jako jedyna muzungu w dlugiej kolejce na rejs do Mwanzy.
Picture_636.jpg
senene
Nyamissi czeka ze mna, az zaczna pasazerow wpuszczac na poklad, choc godzina juz poznowieczorna. Uparcie niesie moj plecak, chociaz nalegam, prosze, zaklinam. Nie ma mocnych na afrykanska goscinnosc. Nyamissi wyraznie mnie polubila, bo na prawie caly dzien zparosila mnie do siebie. Wspolnie gotowalysmy ugali, a malenka klitka, ktora jest jej mieszkaniem pelna byla ciekawskich sasiadek. W Afryce zdecydowanie zyje sie kolektywnie. Mieszkanko Nyamissi malutkie jest i w zabudowie szeregowej. Sciany dzialowe nie siegaja nawet dachu, pod ktorym straszy pusta przestrzen. Sasiedzi slysza sie nawzajem doskonale i nawzajem zgluszaja sie telewizorami i zbyt glosno puszczana muzyka. Lazienka bambusowa tez jest wspolna i miesci sie na zewnatrz budynku wsrod trzciny cukrowej, ziemniaczanych grzadek i drzewek papai (zwanej w suahili "popo").
Maz Nyamissi takze policjant (wydzial sledczy ds. przestepczosci zorganizowanej) rowniez wita mnie wylewnie i serdecznie ucinajac sobie dluzsza ze mna pogawedke na temat roznic miedzy Europa a Afryka.
Bo w dziedzinie goscinnosci Afryka po prostu nie ma sobie rownych i zasluguje w tej mierze na palme pierszenstwa, niezaprzeczalnie i nieodwolalnie.

Wysłane przez aidni 8:59 AM Kategoria Tanzania Komentarze (0)

(Wpisy 1 - 6 z 6) Strona [1]