Travellerspoint Blogi z podróży

Peru

Peru - moje osobiste top 10


Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

1. Wieczory – za codziennie rozgrywające się na horyzoncie, wielokolorowe, burzowe spektakle, oraz poranki – za ich przyjemny chłód i świeżość budzącej się ze snu dżungli, spędzone na dachu statku Henry V, przemierzającego Amazonkę i Ukajali w drodze z Iquitos do Pucallpy.

2. Każdy z trudem zrobiony krok na pięknym choć wymagającym andyjskim szlaku.

3. Gościnność, uśmiech i bezinteresowna pomoc dróżnika, w którego chybotliwej chatce schroniliśmy się przed burzą i nieprzeniknioną ciemnością nocy, gdy torami zmierzaliśmy do Aguas Calientes.

4. Mate de coca (herbata z liści koki a zarazem najsmaczniejsza herbata świata) samodzielnie przygotowana na ognisku w otoczeniu majestatycznych gór.

5. Przejażdżki mototaxi po ulicach tropikalnego Iquitos oraz samo miasto za swoją niezwykłą atmosferę.

Kids_of_the_Andes.jpg
dzieci z altiplano

6. Cusco za najwspanialsze soki na świecie do kupienia na mercado oraz pełne uroku nocne spacery.

7. Oszołamiające widoki z okien autobusu na trasie Lima – Cusco.

8. Machu Picchu – chociaż tak strasznie zadeptane przez turystów, chociaż tak nieznośnie skomercjalizowane, chociaż odarte z całej swej tajemniczości i przerobione na pracującą na pełnych obrotach maszynkę do pieniędzy, to jednak naprawdę piękne.

9. Mleko prosto od krowy wypite na altiplano (andyjski płaskowyż, ok. 4000 m n.p.m.) a podane z uśmiechem przez sympatyczną Indiankę, niedaleko jeziora Junin.

10. Pisco – duma Peru. Lokalna wódka wyrabiana z winogron a pita z dodatkiem cukru, soku z limonki i ... ubitej piany z jajecznego białka.

Wysłane przez aidni 10.07.2008 15:00 Kategoria Peru Komentarze (0)

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUponRedditDel.icio.usIloho

Puerto Bermudez - La Merced czyli pikapem przez dżunglę

15 listopada 2007 - fotorelacja

rain 22 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Trvelling_.._jungle.jpg
Puerto Bermudez godz. 8.00. Tak podróżuje się po dżungli. Z dramatycznie wyboistymi drogami radzą sobie tylko pikapy i ciężarówki.
jungle_bridge.jpg
Klasyczny mostek amazoński. Czasem, część pasażerów musi przejść go na własnych nogach, gdy tylko kierowca wprawnym okiem oceni, że mostek może nie wytrzymać obciążenia.
Crossing_the_river.jpg
river_crossing.jpg
Pierwsza tego dnia przeprawa przez rwącą rzekę. Po półgodzinnej naradzie kierowców zapadła decyzja: przejeżdżamy ! i przejechaliśmy.
Crossing_the_river_2.jpg
Przy kolejnej przeprawie pikapom pomagała koparka, hamując nieco wzburzony nurt.
cow1.jpg
Wielu chciało przedostać się na drugi brzeg.
Crossing_the_river_3.jpg
Nie było łatwo. Nasz pikap wyciągał kolegę, który popadł w tarapaty. Cała akcja ratunkowa była niezwykle sprawnie zorganizowana.
Crossing_the_river_4.jpg
Zaraz potem w takich samych tarapatach znaleźliśmy się my. Tego dnia jeszcze kilkakrotnie przeprawialiśmy się przez rzekę i pokonywaliśmy głębokie błotne koleiny. Podróż na pace pikapa z Puerto Bermudez do la Merced zajęła nam ponad 9 godzin, chociaż miejscowości te dzieli nieco ponad 100 km.

Wysłane przez aidni 07.07.2008 07:05 Kategoria Peru Komentarze (0)

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUponRedditDel.icio.usIloho

Iquitos - Pucallpa : statkiem przez Amazonię

8.11 - 12.11.2007 Zapiski z dzienniczka podroży

sunny 32 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Na początek trochę wiedzy praktycznej
1. Skąd. Statki do Pucallpy i Yurimaguas oraz Brazylii wypływają z portu Henry, na północ od centrum Iquitos.
2. Bilety. Należy je kupować wyłącznie w porcie i wyłącznie u kapitana danego statku. Rejs do Pucallpy to 100 soli od osoby.
3. Spanie. Nocuje się na dużej zbiorowej sali na hamakach (trzeba mieć własny ok. 20 soli, do kupienia na targu w Belen lub bezpośrednio na statku u handlarzy). Statek ma dwa pokłady pasażerskie, zdecydowanie polecam ulokować się na dolnym. Górny pokład znajduje się tuż pod dachem, w godzinach popołudniowych upał jest tu nie do wytrzymania. Rozwieszając hamak trzeba koniecznie zwrócić uwagę czy nie jest zbyt blisko głośników i lamp.
4. Wyżywienie. Cena biletu zawiera również wyżywienie: 3 sycące posiłki dziennie. Nie zapomnijcie zabrać ze sobą dużej ilości wody mineralnej oraz własnych naczyń (miski, lub menażki oraz łyżki i widelca – w razie czego można je dokupić u kręcących się po porcie i statku handlarzy).
5. Co zabrać. Repelent na komary i mocno się nim spryskać na noc. Krem do opalania z jakimś naprawdę wielgachnym faktorem.


na pokładzie Henry 5


ŻYCIE NA STATKU
Zadziwiające jak ludzie zamknięci w ograniczonej przestrzeni, z której przez pewien czas nie mogą się wydostać, szybko organizują sobie życie na nowo, wg prostych, niepisanych reguł poddając im się bez protestów.
Statek Henry V, którym przemierzamy Amazonkę i Ukajali, nie jest tu wyjątkiem. A schemat jest naprawdę banalny: rytm życia na pokładzie odmierza bowiem nie kto inny jak kucharz waleniem łyżką w garnek o stałych porach, anonsując w ten sposób kolejne posiłki. Jest to zjawisko codziennie i niezmiennie.
O 6.00 ludzie budzą się, krzątają wokół rozwieszonych ciasno hamaków, zaglądają do toreb i pakunków, ruchliwie robi się wokół łazienek.
Ach! Łazienki! Są tak niecodzienne, że niepoświęcenie im choć kilku zdań byłoby niewybaczalnym grzechem. Na końcu obu pokładów pasażerskich znajdują się umywalnia (4 umywalki oraz 3 lustra) oraz 6 toaleto-pryszniców. Tak właśnie: toaleto-pryszniców! No bo jak inaczej nazwać ciasną kabinkę, w której centralnie ulokowana jest zwykła muszla klozetowa z najzupełniej zwyczajną spłuczką, a na suficie, na samym środku, sterczy ślepa rura. Po odkręceniu małego czerwonego zaworu, woda tryska z niej obfitym strumieniem i tak toaleta ulega przeobrażeniu w prysznic. Całe zaplecze sanitarne statku zaopatrywane jest w wodę z rzeki, do niej także spływają wszystkie ścieki. Nie należy się łudzić, nie ma żadnego układu uzdatniania wody, żadnych filtrów i zbiorników.
O 6.30 zaczyna się wyczekiwanie. Życie zamiera, wszyscy siedzą na hamakach z miskami i łyżkami w ręku, wszyscy czekają na metaliczne uderzenie w kucharski garnek, które obwieszcza śniadanie.
7.00 BANG! BANG! I 150 osób z garnuszkami w ręku pokornie ustawia się długiej kolejce do kuchni po codzienną i niezmienną owsiankę ugotowaną na wodzie z rzeki i podawaną z kawałkiem chleba. W kolejce się rozmawia, się plotkuje, się komentuje, ale przede wszystkim się zazdrośnie zerka do talerzy załogi, która na śniadanie dostaje danie obiadowe, a nie jak reszta mdłą, odpychającą owsiankę. Po śniadaniu, gdy zakończy się już zbiorowy rytuał mycia garnków, kubków i misek, zaczyna się długie wyczekiwanie na obiad, czyli na magiczną godzinę 12.00. W tym czasie zwykle jednak zatrzymujemy się w przynajmniej dwóch, trzech portach. Wtedy wszyscy pasażerowie wylegają na balkony, wyglądają przez okna, ale nie dlatego, że tak ich interesuje miasteczko czy wieś do której akurat dotarliśmy, raczej czekają na to, co lokalni handlarze różności im zaoferują. W mgnieniu oka na pokład wdzierają się rzesze dzieciaków z owocami i napojami, kobiet z gotowymi daniami obiadowymi, a czasem mężczyzn z towarami „z wyższej półki”: zegarkami, ampicyliną, gumkami do włosów, itp. ale takie luksusy to tylko w większych portach.
Handel na statku to dobry interes. Pasażerowie kupują chętnie to i owo i w dużych ilościach, a ja zaczynam rozumieć dlaczego Peruwianki są tak często przy kości, przynajmniej w porównaniu do europejskich standardów. Po prostu jedzą, jedzą i jedzą. Obiad na śniadanie, obiad na drugie śniadanie, obiad na obiad i na kolację, a w międzyczasie ciastka i ciasteczka, owoce, inka cola oraz inne napoje gazowane w kolorach odblaskowych, które stanowią tutaj absolutną postawę diety. Amazońskie dzieci mają wzdęte brzuszki nie z głodu tylko właśnie od tych fantazyjnie kolorowych napojów bąbelkowych.
Life_on_Ucayali_2.jpg
życie na Ukajali
Storm_is_c..Ucayali.jpg
Storm_is_c..ayali_2.jpg
nadchodzi burza

Płyniemy powoli przez dżunglę niemiłosiernie hałasując silnikiem i włączoną na cały regulator muzyką, oczekiwanie na obiad trwa na dobre.
Nadeszła 12.00 BANG! BANG! I znów wszyscy ustawiają się pokornie w kolejce z garnuszkami w ręku. Załoga je pierwsza więc można po drodze sprawdzić czy menu się zmieniło i stwierdzić niezmiennie, że nie. Obiad jest taki sam dla wszystkich: ryż + kawałek kurczaka lub wieprzowiny + trochę sosu warzywnego + pół ziemniaczanego banana (rodzaj banana, który smakuje prawie identycznie jak ziemniak i tak samo musi być gotowany; surowy jest duży, zielony i twardy).
Po obiedzie zaczyna się czas największego upału. Część pasażerów buja się w hamakach tępo wpatrując się w bliżej nieokreślony punkt. Powietrze stoi, gorąco jak w piecu. Na dachu, na którym zwykle spędzam większość dnia, po prostu nie sposób wytrzymać. Gęstą atmosferę upału przecinają postoje w wioskach i portach, ale i tam brak już tego porannego ożywienia. Upał skutecznie zabija ludzką aktywność. To zawieszenie trwa do mniej więcej 17.00, kiedy słońce zbliża się ku zachodowi i godzina ledwie dzieli nas od kolejnego kucharskiego BANG! BANG! zwołującego pasażerów na kolację. Po kolacji może się zdarzyć film. Wtedy gasną światła i wszyscy wpatrują się w kolejny hit z Van Damem. Ok. 22.00 zasypiamy, by obudzić się o 6.00 i znów wyczekiwać na śniadanie.
Sunset_on_..i_color.jpg
zachód słońca nad Ukajali

Los Pasajeros – Pasażerowie

DZIECI
Amazonian_boys_color.jpg
Jest rzeczą niezwykłą i piękną zarazem, że przy całej różnorodności tego świata, a w szczególności zamieszkujących go ludzi, dzieci są wszędzie takie same. Tak jakby dopiero kultura i wychowanie czyniły nas różnymi od siebie i odległymi. Dzieci bawią się frywolnie nic sobie nie robiąc z historii, barier językowych i obyczajów. W oczach dzieci na całym świecie można zobaczyć tę samą iskrę bożą, tę prawdziwą radość życia.
Na statku, którym przemierzam Ukajali dostrzegam to jeszcze wyraźniej. Kiedy wszyscy pasażerowie wpół uśpieni bujają się leniwie w swoich hamakach, maluchy ganiają z butelkami po inka coli, tarzają się po podłodze, ciągają za włosy. Każda rzecz zamienia się natychmiast w zabawkę, tknięta czarodziejską różdżką dziecięcej wyobraźni.
Dzieci na całym świecie są takie same. Gdy się uśmiechają to pełną buzią, szeroko, ukazując wszystkie ząbki. Gdy krzyczą to nie oszczędzają gardeł, gdy biegną to jak najszybciej, gdy płaczą to tak by usłyszał je każdy. Dzieci nie lubią kompromisów. Dzieci żyją całą pełnią swoich dziecięcych możliwości zamkniętych w ich małych ciałkach.
W oczach dzieci zamyka się cały świat w swej niewinności, żywiołowości, spontaniczności i otwartości.

KOBIETY
Passgeros.jpg
chłopiec śpiący ze swoją mamą

Kobiety na naszym statku można podzielić na 3 kategorie.
1. Stateczne matrony
Wylegują się na hamakach całymi dniami. Podjadają i popijają bez końca. Czasem, raczej wieczorem niż rano, wyjdą na balkon łaskawym okiem spojrzeć na okolicę. Gdy mijam je w drodze do łazienki patrzą na mnie opiekuńczo, tak jakby litowały się nade mną, jakbym w ich odczuciu była samotna i zagubiona w jakimś zupełnie obcym świecie (trochę racji mają). Pewnego ranka jedna z nich pożyczyła mi miskę i proszek do prania udzielając mi przy tym porad jak najlepiej ugniatać koszulkę, by z brudnej wody Ukajali wyszła biała jak z polskiej pralki (prawie udało mi się tej magicznej sztuczki dokonać).

2. Młode matki
To zdecydowanie najliczniejsza grupa. Każda z nich buja się na hamaku ze swoimi maluchami. Młode matki są pełne energii, gdy upał nie przytłacza krzątają się po statku, sprzątają, piorą cały czas bacznie spoglądając na swoje dzieciaki. Młode matki śmieją się często i do wszystkich. Mają szerokie, macierzyńskie biodra, wydatne brzuszki, włosy spięte w kucyk i odsłonięte ramiona.


3. Dziewczyny:
Tych jest niewiele, ale jeśli już to nieomylnie kręcą się wokół jedynego gringo na pokładzie - czyli Marcina. Mają naście lat chociaż mówią że 20-22. Ubrane w mini i obcisłe koszulki na ramiączkach, spoglądając zalotnie zadają zawsze te same pytania: „czy masz żonę”, „a dzieci” itp. Peruwianki mają wśród Europejczyków przezwisko gringo hunters (ang. polujące na gringo) i jest w tym coś na rzeczy.

MĘŻCZYŹNI

Passagero.jpg
Mężczyźni na naszym statku stanowią, milczące, leniwe tło. Większość czasu śpią lub grają w karty, które rzucają zamaszyście, jakby mieli powalić przeciwnika na same kolana mocą króla czy asa. Starsi czasem czytają gazety, ale czytelnictwo na naszym statku występuje raczej w śladowych ilościach. Młodsi jeśli nie wylegują się na hamakach tępo wpatrując się w jakiś punkt, to wałęsają się po statku bezskutecznie usiłując zabić nudę.
Peruwiańczykom daleko do śmiałości Hindusów wobec białych kobiet, więc na pierwsze „Hola, que tal?” (hiszp. cześć, jak leci?) muszę zaczekać. Trafił się jednak jeden śmiałek, który zaryzykował ze mną nawet dłuższą rozmowę. Jego marzeniem było mieć statek taki jak ten, a nawet całą amazońską flotę. Wyobrażał sobie siebie, że jako kapitan stoi na samym dachu swojego statku, z szeroko rozpostartymi rękoma jak Kate Winslet w „Titanicu”. Wyobrażał sobie siebie jak przemierza Amazonię na jednym ze swoich Lenin Alexander (tak miał na imię i tak samo zwać się miały jego statki). Handel kwitnie, na pokładzie rzesze hamakowych pasażerów, a w Iquitos dom, gdzie czeka na niego żona i wesoła gromadka dzieciaków. Wypowiedziane pod osłoną gwieździstego nieba i ciszy nocy, jego marzenia brzmiały jak zaklęcia. Lenin Alexander wysiadł w jakiejś malutkiej wioseczce. Pożegnaliśmy się serdecznie, po czym zniknął w mroku gęstego lasu.


ZWIERZĘTA

Zwierzęta na amazońskim statku to pasażerowie szczególni. Te, które znajdują na naszym pokładzie, a są to: biała kura przywiązana za nogę do ławki, czarny kogut piejący niemiłosiernie już o 5 rano, mały pies, dwie małpy piszczące ze strachu gdy tylko ktoś próbuje się do nich zbliżyć oraz pancernik zamknięty w drewnianej skrzynce, płyną na prawach turystycznych, jak każdy z nas. Ich perspektywa rychłego wylądowania na pasażerskim talerzu nie dotyczy. Wystarczy jednak zejść po schodkach w dół, na pokład towarowy, gdzie zwierzęca brać płynie nigdy nie znając dnia i godziny, do tej grupy należą kury pozamykane w klatkach i przerażone świnki. Jest zbyt gorąco by mięso kupować w porcie i konserwować, Peruwiańczycy zaś lubią jeść mięso a jest tu ich do wykarmienia co najmniej 150. Kucharz ma codziennie pełne ręce roboty. Bycie wegetarianką daje pewną ulgę na sumieniu, ale jest to ulga pozorna i w gruncie rzeczy egoistyczna, bo przecież żadnemu z tych zwierząt życia nie uratuje.

Me_on_Henr..t_color.jpg
ja i Henry V w docelowym porcie w Pucallpie

Rejs Henry V trwał 4 dni. Do Pucallpy przypłynęliśmy o 5 rano. Wszyscy pasażerowie w pośpiechu opuszczali statek, a mnie było naprawdę żal, żal że to już koniec tej przygody. Koniec wpatrywania się w nieprzeniknioną ścianę dżungli, koniec wieczornych burz szalejących na horyzoncie, koniec gorących dni spędzonych na dachu statku, koniec wiosek, które witały nas z takim entuzjazmem, koniec wspólnych pasażerskich rytuałów i przyglądania się sobie nawzajem z nigdy niesłabnącą ciekawością.

Wysłane przez aidni 07.07.2008 06:26 Kategoria Peru Komentarze (0)

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUponRedditDel.icio.usIloho

Iquitos

Zapiski z dzienniczka podróży, 5-8 listopada 2007

sunny 32 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Jest już ciemno i leje tak mocno, jak tylko mocno lać potrafi w tropikalnej dżungli: ciężko, gęsto i obficie. Boeing linii lotniczych Star Peru schodzi do lądowania. Wysunięte podwozie, otwarte klapy na skrzydłach. Jest nisko, coraz niżej, niżej i niżej. Mija budynek lotniska, ale wciąż jeszcze nie dotknął ziemi a już dawno powinien. Pod skrzydłami ucieka pas startowy, ucieka bardzo szybko. Na pokładzie cisza zupełna, dłonie pasażerów kurczowo wbijają się w poręcze siedzeń, każdy jakby zastygł w dramatycznym oczekiwaniu. Nagle uderzenie – samolot nie ląduje, raczej spada z kilku metrów na pas hamując z całą siłą. Woda tryska z impetem spod kół i uderza w gorące silniki – powstają kłęby pary i pierwsza paniczna myśl w umysłach pasażerów: - Palimy się, płoną silniki! a zaraz za nią następna i następna: - Nie zdążymy przed końcem pasa, wpadniemy w poślizg, nie wyjdziemy z tego cało!
Nikt jednak nie krzyczy, nikt nie woła o pomoc, nie słychać głośnych modlitw i wołań do Boga. Trwa to może chwilę, ale jest to jedna z tych chwil, które zdają się być nieskończone.
Samolot zatrzymuje się gwałtownie, na samym końcu pasa. Na pokładzie cisza, gęsta, ścięta strachem, pełna jeszcze przerażenia... a wśród tej ciszy, nagle i nieoczekiwanie z głośników płynie entuzjastyczny i radosny, ba, wręcz euforyczny głos kapitana: - Ladies and Gentelmen welcome to Iquitos!

Iquitos – miasto w samym sercu dżungli, wydarte jej siłą niezwykłej wytrwałości i uporu, którymi przyroda obdarzyła chyba jedynie ludzkość. Największe miasto na świecie (ponad 300 tys. mieszkańców), do którego nie można dotrzeć inaczej jak tylko samolotem (z Limy 100$ + 6$ opłaty lotniskowej) lub statkiem (100 soli). Przedziwne to uczucie znaleźć się nad brzegiem Amazonki, na tej ludzkiej wysepce, którą zewsząd otacza najprawdziwsza w świecie dżungla – celva grande, gęsta, wroga i niebezpieczna.
Iquitos tętni życiem, jak każde tropikalne miasto. Hałas, brud i harmider, wilgotno, gorąco i lepko. Typowa tropikalna atmosfera, z tą jednak różnicą, że praktycznie nie ma tu samochodów. Zdecydowana większość ruchu ulicznego spoczywa na barkach riksz motorowych, tzw. mototaxi. Są to motory z domontowanym z tyłu, zadaszonym siedzeniem dla dwóch pasażerów. Tych pojazdów jest wszędzie pełno i przewożą dosłownie wszystko, od ludzi po sprzęt AGD, od skrzynek z owocami po butle z gazem, od zwierząt gospodarskich po meble. Przemieszczają się chmarami, krążą w kółko po całym mieście jak rój szarańczy. Nie mają postojów, łapie się je w biegu, prosto z ulicy.
Traffic_in_Iquitos.jpg
mototaxi na Plaza de Armas

W Iquitos u brzegu Amazonki rozciąga się dzielnica Bélen, najbiedniejsza dzielnica w mieście. Chybotliwe chatki kryte strzechą z liści palmowych, a co solidniejsze blachą falistą, stoją na wysokich palach, jedne obok drugich. W porze deszczowej Bélen „unosi się” na wodzie, a ludzie przemieszczają się między domkami na łodziach. Jest to ponoć widok niesamowity, zachwycający i egzotyczny. Teraz jednak Bélen stoi twardo na ziemi, ziemi brudnej i zaśmieconej, nie ma egzotycznej atmosfery jest za to cała naga prawda o biedzie i wykluczeniu, o społecznych podziałach, które w Iquitos wyznaczają schody łączące Bélen z resztą „lepszego” miasta. Na górze schodów promenada, sklepy, restauracje i stare przegniłe tropikiem kamienice, z czasów gdy mieszkali tu jeszcze kauczukowi baronowie i ich żony, które wysyłały pranie statkami do Paryża, a na dole tych schodów ... byle jakie domki, bieda, wzgarda, głód i bylejakość czyli Bélen, po hiszpańsku Betlejem.
Belen.jpg
Belen

Sercem Iquitos, jak każdego miasta w Peru, jest Plaza de Armas. Kościół, palmy, restauracja w amerykańskim stylu i Casa de Fierro czyli żelazny dom. Zaprojektował go Eiffel. Tak, tak, ten sam, który jest autorem słynnej paryskiej wieży. Żelazny dom składano z przygotowanych we Francji i przywiezionych tu statkami elementów. A działo się to w czasach, gdy Iquitos było miastem bogatych ponad miarę, europejskich, kauczukowych dorobkiewiczów. Dziś „żelazny dom” wygląda zupełnie niepozornie i powiem szczerze rozczarowująco, od paryskiej koleżanki dzielą go lata świetlne. Zatrzymujemy się bardzo blisko Plaza de Armas, u pewnego Francuza, który zamieszkał w Iquitos wraz ze swoją tropikalną pięknością i właśnie remontuje, starą gnijącą, kolonialną posiadłość przekształcając ją powoli w bardzo przyzwoity hotelik (ulica Raimondi 183, szyldu na razie brak). Pokoik (30 soli dwójka z łazienką) mamy kolorowy, czysty, urządzony z europejskim gustem. Na dziedzińcu kuchnia pod gołym niebem, po blacie chodzi wściekle zielona papuga i inny jakiś egzotyczny ptak z kolorowym dziobem. Ale kto by myślał o gotowaniu! Jeśli jeść w Iquitos, to tylko na ulicznych straganach, garkuchniach lub na mercado, czyli na targu. W każdym mieście w Peru jest przynajmniej jedno mercado, czyli zadaszony, miejski targ. Nie ma dwóch takich samych, każdy z nich ma swoją niepowtarzalną atmosferę i swoją specjalność. Mercado w Iquitos to mercado tropikalne. Nad samym brzegiem Amazonki, schodami połączone z portem. Ruch panuje tu niesamowity, stoły uginają się pod ciężarem potężnych rozmiarów melonów, arbuzów, ananasów i papai, słodziutkich tropikalnych bananów i soczystych mango. Chmary much latają natrętnie nad wystawionymi na sprzedaż rybami a co jakiś czas przemykają tu i ówdzie chude, bezdomne psy niepostrzeżenie starając się porwać chociaż mały kęs czegokolwiek.
Co do serwowanych w Iquitos specjałów to trzeba przyznać, że ryba w liściu bananowym bywa w smaku nieco mulista, za to przekąska zwana „yuka” jest jak najbardziej godna polecenia. Owoce są po prostu wyśmienite, uliczni sprzedawcy sprawnie obierają je ze skórki i podają z uśmiechem – nie skosztować to grzech. Ale dla mnie królową Iquitos jest papaja, a dokładnie sok z papai. Jeśli raj istnieje, to sok z papai pije się tam jak na ziemi wodę.
Streets_of_Iquitos.jpg
ulice Iquitos
Colored_market.jpg
kolorowy targ

W porcie Henry kupujemy u kapitana bilet na rejs do Pucallpy (100 soli z wyżywieniem). Czeka nas 5 dniowa podróż po wodach Amazonki i Ucayali, przez soczyście zieloną dżunglę, na pokładzie towarowo-pasażerskiego, pomarańczowo-zielono-białego statku Henry V, spanie w hamakach (trzeba mieć własny, do kupienia na targu w Belén za 20 soli) pośród grubo ponad setki innych pasażerów, start jutro o 17:30.
Boats_in_the_port.jpg
Statki w porcie Henry

Z dzienniczka podróży - dzień później:
16:00 – nasze hamaki już dawno rozwieszone. Bujam się leniwie i obserwuję tłoczących się pasażerów, w porcie nerwowa atmosfera – trwa załadunek towarów.
17:30 – dowiadujemy się, że wypływamy o 18:00.
18:00 – statek stoi tak jak stał i nic nie wskazuje, że szybko wypłyniemy.
18:30 – wśród pasażerów roznosi się wieść, że wypływamy mañana czyli jutro i to dopiero w południe.
9:30 – wstaję i podsłuchuję współpasażerów. W powietrzu unosi się wyraźne powątpiewanie w nasze rychłe wypłynięcie.
12:00 – dostajemy obiad a zaraz potem wiadomość, że wypływamy...mañana o 17:30. Nie wierzę własnym uszom, to przecież niemożliwe! W akcie desperacji i protestu, zostawiamy nasze rzeczy na pokładzie zabierając tylko to, co najcenniejsze i wyruszamy na miasto pocieszyć się sokiem z papai.
16:30 – tknięci jakimś dziwnym przeczuciem wracamy do portu i słusznie. W międzyczasie mañana 17:30 zmieniła się na hoy czyli dzisiaj 18:30.
19:15 – nareszcie wypływamy z Iquitos do Pucallpy, z 26 godzinnym opóźnieniem względem planu. Planu? Jakiego planu? Przecież „plan”, „rozkład jazdy” czy jakikolwiek inny czasowy porządek nie mają w tropikach racji bytu. Nieważne czy to Peru czy Indie. Czas w tropikach po prostu płynie inaczej. W Indiach na pytanie czy autobus odjedzie o tej czy tamtej godzinie, w odpowiedzi uzyskujemy specyficzne kiwnięcie głową, które może oznaczać zarówno „tak” jak i „nie”, „nie wiem” i „być może”. A tutaj w Peru wszystko jest po prostu mañana.

Za drzewami i gęsto porośniętym dżunglą brzegiem gasną powoli światła Iquitos. Wypływamy na „szeroki przestwór” Amazonki, na dalekim horyzoncie niebo rozdzierają pioruny. Przed nami pierwsza noc na największej rzece świata, wśród barwnego towarzystwa mieszkańców dżungli, którzy uczynili ten rejs jednym z moich najbardziej kolorowych wspomnień z podróży.

Wysłane przez aidni 18.06.2008 15:24 Kategoria Peru Komentarze (0)

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUponRedditDel.icio.usIloho

obserwacje z okna

Zapiski z dzienniczka podróży 04.11.2007

23 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Na chodniku, przed wejściem do sklepu leży mężczyzna. Leży na plecach, ubrany na czarno, lewą rękę trzyma na głowie. Niewysoki, może pięćdziesięcioletni. Leży zupełnie bez ruchu. Samochody jeżdżą, ludzie przechodzą obojętnie obok, jakby mijali kamień. Sklepikarz z miną niezdradzającą żadnych oznak zainteresowania siedzi zupełnie spokojnie za swym kontuarem.
Obserwuję całe zajście z wygodnego autobusu do Limy, zza uchylonej przyciemnionej szyby, jakby z innego świata, gdzie wszyscy się uśmiechają popijając coca-colę.
Mężczyzna leży dalej, nie drgnie nawet. A wokół harmider i ruch i hałas tysiąca pojazdów. Może stracił przytomność, a może jest martwy, a może po prostu mocno pijany? W pewnym momencie podchodzi do niego ubrana w tradycyjny indiański strój staruszka. Przygląda mu się z lewej, potem z prawej, pochyla się nad nim z namysłem. – Nareszcie – pomyślałam – nareszcie ktoś się nim zainteresował! Kobieta stała tak jeszcze chwilę i nagle zwinnym ruchem wykonała daleki skok i zniknęła w sklepie, a sprzedawca uśmiechnął się do niej szeroko.
Mój autobus rusza. Mężczyzna leży dalej na chodniku, mijają go rozpędzone auta i inne pojazdy, mijają spieszący się ludzie, a on leży przezroczysty dla świata jak powietrze.

Wysłane przez aidni 12.06.2008 13:17 Kategoria Peru Komentarze (0)

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUponRedditDel.icio.usIloho

Aguas Calientes

Zapiski z dzienniczka podróży - 01.11.2007

24 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Jeżeli miałabym stworzyć listę najbrzydszych miast lub najbardziej odpychających miejsc, do których nie chciałabym już nigdy wrócić, to Aguas Calientes byłoby zapewne w ścisłej czołówce. Stworzone dla turystów i bezustannie rozbudowywane tylko dla turystów. Byle jak, bezmyślnie, chaotycznie, jak kto chce. Restauracja przy restauracji, sklepy z pamiątkami poprzeplatane z agencjami turystycznymi, a w centrum kiczowaty plac z pomnikiem Inki w stylistyce Disneylandu.
Ulicą idzie mężczyzna w koszulce z napisem: „Machu Picchu dziękujemy Ci, że zapewniasz byt naszym dzieciom”. Wspaniałe, ukryte przed światem przez setki lat, sekretne miasto Inków, a dziś symbol Peru, jest ledwie 1,5h godziny spacerem stąd (lub 20 minut autobusem – 12$). Machu Picchu karmi, pozwala wykształcić dzieci, zbudować dom, kupić samochód. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie metody jakimi te cele próbuje się osiągnąć. Najbardziej jest to widoczne na dworcu kolejowym. Peruwiańskie koleje stosują segregację rasową. Są specjalne pociągi dla turystów z Europy i USA (do Cusco 46$ - 2h) wielokrotnie droższe niż dla Peruwiańczyków i tylko na nie można kupić bilet. Turyści z lepszego świata czekają na eleganckim dworcu, popijając kawę z włoskiego ekspresu i zajadając ciastka z kremem. Peruwiańczycy czekają na swój pociąg oddzieleni metalową siatką, ściśnięci, trzymają na rękach małe dzieci i całe mnóstwo tobołków, patrzą w naszą stronę z wyrzutem i zazdrością. Machu Picchu zapewnia byt tym, którzy mieszkają u jego stóp, dojąc turystów jak krowy bez zażenowania, otwarcie i bezceremonialnie, ale Machu Picchu także dzieli na lepszych i gorszych, na tych, co mają i na tych, co chcą mieć.
Aguas Calientes to karykatura miasta, to żywy dowód na to, co rozbuchany do przesady ruch turystyczny i związana z nim niepohamowana pogoń za zyskiem potrafi uczynić z pięknych przecież miejsc i ludzkich serc.
Machu_Picchu.jpg
Machu Picchu w ujęciu klasycznym

Wysłane przez aidni 12.06.2008 13:12 Kategoria Peru Komentarze (0)

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUponRedditDel.icio.usIloho

Choquequirao trek czyli 6 dni w Andach

26 - 31 października 2007

28 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Choquequirao trek – czyli 6 dni w Andach
Praktyczny przewodnik

On_the_way_to_Cachora.jpg
Widok na Andy w drodze do miejscowości Cachora
Streets_of_Cachora.jpg
Ulica w Cachora

Niestety komercjalizacja andyjskich tras w Peru postępuje bardzo szybko. Na zdecydowaną większość trekkingów potrzebne jest specjalne (i oczywiście kosztowne) pozwolenie a w dodatku samodzielne pokonywanie tych tras jest zabronione, można je realizować tylko za pośrednictwem agencji turystycznej. Na najpopularniejsze i najsłynniejsze trasy takie jak Inca Trail czy Salcantay trek trzeba się zapisywać się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem i słono zapłacić, by następnie wędrować w tłumie 20 kilku osób.

Jakie argumenty przemawiają za Choquequirao trek ?
- można zorganizować go samodzielnie, bez pośrednictwa agencji,
- nie potrzeba żadnych pozwoleń, kwitków, żadnych papierków i biurokracji
- trasa jest mało uczęszczana i niezadeptana, można naprawdę pobyć sam na sam z górami, a widoki są zachwycające,
- jest po prostu taniej i lepiej.

Jak się do tego zabrać krok po kroku:

Trasa zaczyna się w maleńkim miasteczku Cachora, 4 godziny drogi z Cusco, gdzie z dworca autobusowego trzeba złapać dowolny autobus economico w kierunku Abancay i poprosić kierowcę by zatrzymał się przy zjedzie w kierunku Cachora. Na ogół czekają tu już taksówkarze, z którymi trzeba się zdrowo potargować, albo też zdecydować się na własne nogi – do Cachory jest stąd jeszcze 10 km. Sama trasa jest bardzo malownicza, aparaty trzeba mieć w gotowości.
Miasteczko jest po prostu urocze, kilka ledwie uliczek, kościół i oczywiście Plaza de Armas (nie ma chyba miejscowości w Peru, w której nie byłoby Plaza de Armas). Stojąc twarzą ku wspaniale widocznym stąd Andom, w górnym prawym rogu placu wypatrzycie glinianą chałupkę z licznymi napisami. W tym domku mieszka Doris i jej mąż, mają muły, konie i w ciągu jednego wieczora organizują przewodnika, wiedzą absolutnie wszystko o trekkingu.
Cachora_street_scene.jpg
Woman_in_Cachcora.jpg
Cachora scenki uliczne przed domem Doris

Przebieg trasy i cena
Są dwa warianty trasy:
1- krótka trasa 4 dni. Do ruin starożytnego miasta Inków Choquequirao (stąd nazwa trasy) i z powrotem.
2- dłuższa 7 dni, do podnóża Machu Picchu.
Zdecydowanie warto polecić wariant drugi, trudniejszy, wymagający kondycyjnie ale nieporównywalnie bardziej widowiskowy.

Cena dla dwóch osób jaką wynegocjowaliśmy to 60 soli za każdy dzień, cena obejmowała:
- 2 muły (każdy muł 20 soli/ dzień)
- przewodnika (20 soli/ dzień)
- uczestnictwo dwóch osób (wyszło nas więc po 30 soli od osoby),
- jedzenie dla mułów
- 1 nocleg w domu Doris + rosół (caldo de gallina) na śniadanie
Kurs złotego i sola wobec dolara był bardzo podobny wiec można przyjąć przelicznik 1 sol = 1 złoty. Ceny, które podaję pochodzą z października 2007. Płaci się z góry za całą wyprawę.
Noclegi na całej trasie są bezpłatne. Do ruin Choquequirao są ładnie zagospodarowane bezpłatne kempingi. Dalej nocuje się przy domach mieszkańców mijanych wiosek, w ich ogródkach i na ich poletkach. Wtedy przyjęte jest by podziękować właścicielowi kilkoma solami, albo chociaż kupić u niego napoje lub przekąski. Nawet w najbardziej niedostępnych miejscach jest zawsze zestaw standardowy Inca Cola i Coca Cola.
Wyżywienie: Jedzenie na całą trasę kupuje się jeszcze w małym sklepiku w Cachora, pod fachowym okiem Doris. Za zapasy na naszą dwójkę i Santosa (naszego przewodnika) zapłaciliśmy ok. 100 soli.
a_balcony_in_Cachora.jpg
Balkonik w Cachora

Ile czasu potrzeba na zorganizowanie trekkingu (muły, przewodnik..)?
Do Cachora przyjechaliśmy pod wieczór, a wyruszyliśmy w Andy nazajutrz o 10 rano.

Co zabrać koniecznie?
1. namiot z tropikiem
2. karimatę i śpiwór
3. porządne buty górskie
4. długie spodnie, których pod żadnym pozorem nie wolno podwijać (dlaczego? Zobacz w „uwagach”)
5. koszulkę z długimi rękawami, których podobnie jak spodni absolutnie nie wolno podwijać
6. repelent na owady (najmocniejszy dostępny)
7. krem słoneczny z wysokim faktorem, okulary z filtrem UV oraz kapelusz, czapka czy chociażby chustka na głowę – ze słońcem w Andach nie ma żartów
8. latarkę
9. mały plecak na wodę i aparat fotograficzny
10. tabletki do uzdatniania wody do kupienia w każdej większej aptece w Cusco. Trochę drogie to fakt, ale konieczne.

Co może się bardzo przydać?
1. Kijki teleskopowe (bardzo duże różnice poziomów i spore wysokości – po prostu siadają kolana)
2. Wcześniejsze przygotowanie kondycyjne (jeśli nie uprawia się na co dzień żadnego sportu i pracuje „biurowo”)
3. Rękawiczki, czapka, ciepły polar – w wyższych partiach gór bywa bardzo wietrznie
4. Kurtka przeciwdeszczowa na wypadek deszczu
5. butla gazowa i palnik (udostępnia je Doris za niewielką opłatą), gdy pada ciężko o suche drewno

Uwagi:
Muszki: Przypominają nasze owocówki, maleńkie i niepozorne. W Andach jest ich wszędzie pełno i jest to największe „przekleństwo” tych gór. Gryzą całymi hordami i często na początku niczego się nie czuje. Potem ugryzienia czerwienieją a z czasem robią się fioletowe. Bolą okrutnie i swędzą zarazem. Żadne leki antyalergiczne (typu alertec) nie pomagają. Rany goją się tygodniami.
Szlak: Trasa nie została przygotowana dla turystów. Idzie się po prostu szlakiem zapewne od wieku uczęszczanym przez miejscowych Indian, od wioski do wioski, raz stromo w górę, potem stromo w dół i znów w górę. Nie granią lub wzdłuż stoku, do czego przyzwyczaiły nas polskie góry. Chociaż nie ma tu żadnych trudności technicznych to jest to trasa wymagająca pod względem kondycyjnym i wytrzymałościowym.
Aklimatyzacja: Konieczna jest aklimatyzacja w Cusco (minimum dwa noclegi dla tych, którzy dotarli z Limy samolotem i jeden dla tych, którzy przybyli do stolicy Inków autobusem) + jeden nocleg w Cachora.
Można samemu: Trasę można zrobić samemu, bez mułów i przewodnika. Nie ma jednak dostępnych map, a wybór ścieżki (szczególnie gdy wybierze się wariant dłuższy) nie zawsze jest oczywisty.

Choquequirao od A do Z

Dzień 1 – Cachora – kemping Santa Teresa
Na początku ścieżka jest praktycznie prosta i wiedzie wzdłuż zbocza. Po około 1,5h docieramy do przełęczy, z której schodzimy szerokimi zakosami. W dole widać Rio Apurimac. Trwa to długo, a słońce pali niemiłosiernie. Po prawie 4,5h marszu (od wyjścia z Chachora) pierwszy postój. Gdy docieramy na miejsce Santos czeka na nas z wyśmienitym obiadem, który ugotował korzystając z uprzejmości mieszkającego w małej glinianej chatce starszego małżeństwa. Chatka ma 2 x 4m, jest tam materac do spania, palenisko do gotowania a zamiast podłogi klepisko, po którym biega, jeszcze w postaci żywej, narodowy przysmak Peruwiańczyków „cuy” (czyt. kuj) czyli świnka morska. Świnki przyrządza się tylko na specjalne okazje, do tego czasu biegają sobie w radosnych gromadkach w prawie każdej wiejskiej kuchni w górskiej części Peru.
Kolejny etap trasy to zejście aż do Rio Apurimac (0,5h od postoju), którą przekracza się eleganckim drewniano-metalowym mostem. Dalej nie ma przebacz – 3h stromego podejścia zakosami aż do kempingu Santa Teresa.
Choquequir..-_start.jpg
Wyruszamy
Choquequir..g_day_1.jpg
Choquequir.._day_1a.jpg
Choququira.._day_1b.jpg
Choquequir.._day_1c.jpg
1 dzień trekkingu

Dzień 2 – Santa Teresa – Choquequirao
Zdecydowanie najłatwiejszy dzień na trasie. Chociaż idzie się prawie cały czas pod górę (ok. 4-5h) jest to łatwe podejście. Kemping znajduje się ponad ruinami, które można zwiedzać do zmroku (wstęp 10 soli). Woda pod prysznicem jest polodowcowa, ale jest to jedyny prysznic na trasie, dalej nie będzie okazji.

Dzień 3 – Choquequirao – Maizal
Zdecydowanie najtrudniejszy dzień. Zaczynamy od stromego podejścia, od którego odbijamy by zobaczyć drugą część starożytnego miasta Inków usytuowaną ponad kempingiem. Dalej trochę skrótem (wskazał go nam pan sprawdzający bilety na ruinach) trzymając się inkaskich kanałów wodnych, a potem przebijając się trochę na dziko przez las deszczowy, wracamy do głównej ścieżki. Po dwóch godzinach docieramy do przełęczy, z której schodzimy bardzo stromymi zakosami ponad 4 godziny aż do Rio Bianco (trzeba bardzo uważać na osuwające się spod butów kamienie). Tutaj mamy postój obiadowy. Rzeka czysta i piękna, uderza z impetem w skały. Otoczenie zapiera dech w piersiach. Podziwianie uniemożliwiają jedynie hordy muszek - krwiopijców. Po postoju czeka nas 4h wspinaczka w górę. W międzyczasie zaczyna kropić. Na miejsce docieramy po zmroku i ledwo jesteśmy w stanie ustać na nogach.
Choquequir..g_day_3.jpg
Widok z namiotu o poranku
Choquequir.._day_3a.jpg
Ruiny miasta Inków
Choquequir.._day_3c.jpg
Rio Bianco

Dzień 4 – Maizal – Yanama
Otacza nas totalna mgła i towarzyszyć nam będzie cały dzień a szkoda. Ścieżka wije się stromo pod górę, wśród deszczowego lasu. Jest pełno błota a kamienie śliskie – trzeba się napracować. Podejście na przełęcz zajmuje nam 4 h. Gdy świeci słońce musi być tu naprawdę pięknie. Są urwiska i przepaście i piękne ośnieżone góry. By schronić się przed deszczem jemy obiad w jaskini. Potem już tylko 2h zejścia malowniczą trasą do Yanama. Na dziś wystarczy.
Choquequir..g_day_4.jpg
W Maizal o poranku przywitała nas gęsta mgła
Choquequir.._day_4d.jpg
Yanama

Dzień 5 Yanama – przełęcz 4680m – wioska
O dziwo podejście na najwyższy punkt trekkingu tj. przełęcz na wysokości 4680 m n.p.m. nie jest trudne. Trwa ok. 4h. Ścieżka wspina się powoli. Strome zakosy zaczynają się tuż pod przełęczą. Naszej wspinaczce towarzyszy lekki deszcz. Na okolicznych szczytach nigdy nietopniejący śnieg. Przy podejściu pod samą przełęcz można odczuwać wpływ wysokości. Widoki powalają. Zejście do najbliższej wioski zajmuje 3h, początkowo jest trochę stromo. Gdy pada idzie się po prostu w strumyku.
Choquequir.._day_5b.jpg
Choquequir.._day_5c.jpg
Na przełęczy

Dzień 6 wioska – la Playa
Cały czas schodzimy w dół ok. 7h. Trasa jest piękna i dopisuje pogoda. W la Playa rozstajemy się z Santosem. Nie wiem czy to jego zła wola, czy faktycznie jakieś nieporozumienie. On upiera się, że miał nas zaprowadzić do La Playa skąd odchodzą mikrobusy (collectivo) do Santa Teresa (można stamtąd kontynuować nazajutrz trekking do samego Aguas Calientes), a może to jego zła wola i kombinatorstwo by skrócić trasę (ponoć z la Playa jest szlak do samego Aguas Calientes). Radzę więc by przy omawianiu szczegółów trasy z Doris i jej mężem był obecny także przewodnik.
Choquequir..-_day_6.jpg
Santos i muły
Choquequir.._day_6b.jpg
Muły i konie - tutaj to jedyny środek trasportu

Co wspominam najlepiej?
Gotowanie na ognisku, chociaż wypluwałam sobie płuca by z mokrego drewna wykrzesać płomień wystarczający na czajnik wrzątku. Gorącą herbatę z koki (mate de coca) z cukrem (po prostu nie ma smaczniejszej na świecie). Satysfakcję ze zdobycia tak wysokiej przełęczy. Uśmiechy dzieciaków nieśmiało zaglądających do namiotu. Górskie widoki zapierające dech w piersiach. Niesforne muły, które uciekały Santosowi przy każdej możliwej okazji, byle w dół i byle jak najdalej od nas, biegnąc na oślep z całym naszym dobytkiem.
Ale tak naprawdę najlepiej wspominam samą drogę, każdy z wysiłkiem zostawiony ślad i każdą kropelkę potu ( a było ich niemało ).

Najtrudniejsze chwile?
Zdecydowanie trzeciego dnia. Gdy wyruszyliśmy znad Rio Bianco już wiedziałam, że będzie bardzo ciężko. Zupełnie opuściły mnie siły. Santos pogonił z mułami mocno do przodu, a ja szłam coraz wolniej i coraz wolniej, aż chciało mi się płakać z tej bezsilności, z tej słabości i niemocy. Zapadła noc. Końca wędrówki nie było widać. Wokół gęsty las i nieprzeniknione ciemności. Żadnych świateł ani oznak jakiejkolwiek osady w pobliżu. Gdyby nie opanowanie i zimna krew Marcina (mojego towarzysza) to chyba siadłabym na jakimś kamieniu i zaczęła bezceremonialnie, histerycznie ryczeć. W końcu jednak umysł zwyciężył nad zbuntowanym ciałem i krok po kroczku szłam dalej w górę. W pewnym momencie dotarliśmy do rozdroża. Wybór albo w lewo albo w prawo, a po Santosie ani śladu. Los podarował mi donośny głos, który nieoczekiwanie przydał się w tej chwili. Przez gęsty las popłynęły na wszystkie strony świata moje głośne nawoływania : „Santos, Santos !!!”. Ujadanie psów gdzieś w górze i znaki świetlne nadawane latarką. A więc wioska, do której zdążamy jest blisko (psy) i Santos też. Po kilku chwilach nasz przewodnik był już koło nas. Jak się okazało uciekł mu muł i szukał go po nocy. Po niespełna 30 minutach byliśmy już Maizal. W wiosce nie ma prądu dlatego nie widzieliśmy jej wśród ciemności nocy, mieszka tu jedna tylko rodzina i cała sfora psów, których głośne i bliskie ujadanie dało mi siłę na pokonanie ostatniego odcinka.

Najwspanialsza przygoda?
Ostatniego, 6 dnia. Postanowiliśmy jeszcze na wieczór dotrzeć do Aguas Calientes. W la Playa złapaliśmy collectivo do Santa Teresa. Tam dowiedzieliśmy się, że jedynym możliwym transportem jest pociąg, który odjeżdża ze stacji przy elektrowni wodnej (Hydroelectrica). Szaleńcza jazda motorikszą po dziurawej drodze, z widokiem na spiętrzone wody Rio Urubamba w dole, nie dała rezultatu : nie zdążyliśmy na ostatni tego dnia pociąg. Do Aguas Calientes było stąd tylko 10 km torami i za namową sprzedawców i pracowników stacji zdecydowaliśmy się wyruszyć. Ale wszystko było przeciwko nam: ciężkie ponad miarę plecaki, spuchnięte stopy i nogi bolące potwornie od ugryzień muszek, odzywające się po latach kontuzje, no i ponad 70 km marszu przez Andy za nami. Szliśmy trochę w transie, nie rozmawialiśmy prawie w ogóle. Najważniejsze było nie zagubić rytmu i we właściwym momencie trafić nogą w dobrą belkę. Oby jak najszybciej do celu, zanim zapadnie zmrok. Coraz wyraźniej słychać było grzmoty, burza szła wyraźnie w naszą stronę. Końca drogi nie było widać a po obu stronach torów stała złowroga ściana deszczowej puszczy. Zrobiło się zupełnie ciemno. Nasza jedyna latarka, zamiast oświetlać drogę przyciągała tylko chmary owadów. Zaczynało kropić. Decyzja była szybka: odwrót i to natychmiastowy, do blaszanej chatki, w której tliło się światło, a którą minęliśmy parę minut wcześniej. I tak trafiliśmy do dróżnika i do jego chwiejnego domku z blachy falistej i dykty. Grzmiało, lało, a krople mięsiście dudniły dach. Wiatr hulał w koronach potężnych drzew. Mały blaszany, chybotliwy domek w środku szalejącej przyrody dał nam poczucie bezpieczeństwa, dał nam odpoczynek, ciepło i stał się na tę krótką chwilę naszym domem i najcenniejszym miejscem na świecie. Pioruny rozdzierały niebo, krople dudniły w blaszany dach, wiatr z impetem uderzał w ściany z dykty, a ja przysłuchiwałam się jak Marcin rozmawia z naszym gospodarzem o Polsce. Dróżnik z zachwytem oglądał album, który wieźliśmy dla naszej peruwiańskiej znajomej. A tu Wawel, a tu Mazury a tam dąb Bartek, który nie daje owoców i cała masa kościołów i zamków. – Jak tam pięknie!!!- nie kończyły się słowa zachwytu. I tak odległa Polska niespodziewanie zawitała do małej chatki peruwiańskiego dróżnika. Jego serce napełniła ciepłem marzeń o dalekich podróżach a nasze ciepłem tego, co znane, własne i swojskie.
O 5 rano pożegnaliśmy się z naszym przyjacielem i wskoczyliśmy do pierwszego pociągu do Aguas Calientes.

Na osobny rozdział zasługuje?
Santos – nasz przewodnik. Szczupły, niski ledwie 18 letni. Całą trasę przeszedł ubrany w cienki dres, sandały i byle jaki sweterek, a i tak zawsze nas wyprzedzał i to ze sporą nawiązką. Gdy jeszcze spaliśmy o świcie gonił muły, które pod osłoną nocy wymykały się z obozowiska. Mimo moich protestów i nalegań, żebyśmy gotowali wspólnie, zawsze czekał na nas z obiadem, gdy docieraliśmy do miejsca postoju i rozstawiał nam namiot na noc. Przekraczaliśmy bramy wiecznych śniegów ja w goretexowej kurtce, rasowych górskich butach, podpierając się kijkami teleskopowymi, on mając gołe stopy w sandałkach, okryty ledwie foliową pelerynką, a w rękach trzymając kijek do poganiania mułów i paletkę 30 jaj. Każde z nas należało do innego świata i przyglądaliśmy się sobie z niesłabnącym zaciekawieniem. Byliśmy dla siebie nawzajem równie egzotyczni, równie nieznani i tajemniczy.

Ktoś wyjątkowy spotkany na naszej drodze?
Pewien Amerykanin, który na rowerze przemierzał samotnie Amerykę Południową. Tym razem rower zostawił w Cachora i spotykaliśmy go regularnie przez 4 pierwsze dni trekkingu.

Choquequir.._day_6a.jpg
Andy

Wysłane przez aidni 10.06.2008 16:39 Kategoria Peru Komentarze (0)

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUponRedditDel.icio.usIloho

Autobusem z Limy do Cusco

23/24 październik 2007

overcast 20 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Jest takie miasto, gdzie przez prawie cały rok nie pada. Jest takie miasto, gdzie w ciągu 365 dni słońce wygląda zza chmur zaledwie kilka razy. Jest takie miasto, gdzie przez większość czasu jest wilgotno i szaro, po prostu szaro. A ta wszechobecna szarość i lepka wilgoć to owoce kompromisu, który zawarły dwie sąsiadujące ze sobą potęgi – Ocean Spokojny i wielkie Andy. To miasto to Lima, stolica Peru, licząca sobie według ostatnich szacunków ponad 8 milionów mieszkańców. Oni także zawarli kompromis. Za obietnicę lepszego życia, za szansę na dobrą pracę, na komfort i wygodę zrzekli się bezkresnych, złotych pastwisk na andyjskim płaskowyżu, wysokich, wiecznie ośnieżonych przełęczy, gęstej, kipiącej zielenią dżungli, a nade wszystko błękitu nieba, by żyć w szarości, ciasnocie, otoczeni brzydotą rozwijającej się chaotycznie stolicy. Marzenie o dostatku, o szerokich perspektywach i możliwościach spełniło się dla niewielu. Lima otoczona jest slumsami, jak twierdza.
Miraflores_-_Lima.jpg
W parku miłości w Limie
Palace_-_Lima.jpg
Pałac Biskupi na Plaza de Armas
Jest godzina 18:30, mój drugi wieczór w Peru. Siedzę w wygodnym fotelu i spoglądam przez okno. Autobus jest komfortowy i czysty, każdy pasażer ma swoje wyznaczone miejsce, żadnego szarpania się, przepychania, podstępnego podsiadania, żadnego podróżowania na stojąco czy spania na podłodze. Bagaże odprawiane są w specjalnych okienkach jak na lotniskach. Zaskakuje mnie to zorganizowanie, ten porządek jakiś taki nienaturalny, niepasujący do tego bałaganiarstwa i bylejakości, której wszędzie wokół nie brakuje. No bo weźmy choćby prosty przykład: w stolicy Peru nie ma jednego, głównego dworca autobusowego, a autobus to tutaj absolutnie podstawowy środek komunikacji. Konkurencja jest ogromna. Wiodących firm transportowych jest kilkanaście a pomniejszych pewnie dziesiątki. Każda z nich ma swój dworzec, w innym kącie miasta, dodajmy miasta nieznośnie rozpasanego i rozlazłego. Człowiek przyjeżdża do Limy, wysiada z autobusu po kilkunastu godzinach podróży i od razu próbuje niemożliwego: rozkłada plan miasta usiłując się zorientować, gdzie jest, ale na próżno. Ulice nienazwane, brak wyraźnych punktów orientacyjnych, ręce opadają prędzej czy później, nie wiadomo kiedy i jak, a już siedzi się w taksówce z miną pełną rezygnacji. Z Limą po prostu nie można wygrać.
Ruszamy punktualnie. Jako jedyni gringos (czyli biali turyści) na pokładzie mercedesa firmy Flores relacji Lima - Cusco (80 soli / os.) zbieramy naręcze szerokich uśmiechów od współpasażerów. Przed nami 20 godzin drogi.
Obok mnie mój towarzysz podróży Marcin, który przed dwoma miesiącami wysłał do mnie smsa zawierającego krótkie pytanie: „nie pojechałabyś ze mną do Peru?”. I jakoś tak zupełnie nieracjonalnie, całkowicie spontanicznie odpowiedziałam „tak”, zaskakując tym sama siebie. I chociaż podróży do Peru nie planowałam w najbliższym czasie, siedziałam teraz w autobusie przez okno spoglądając na Limę, z której wydostawaliśmy się prawie godzinę.
Gdy tylko przedarliśmy się przez miasto kierowca natychmiast uruchomił telewizory, jeden z charczących głośników wisiał tuż nad naszymi głowami. I zaczęło się! Peruwiańczyków i Hindusów łączy na pewno jedno: zamiłowanie do życia w hałasie. Jeżeli puszczać film to na cały regulator, żadnych półśrodków, półtonów, przyciszania i kombinowania. Repertuar i tu i tu jest niezmienny: w Indiach bollywoodzkie romanse, w Peru amerykańskie kino akcji z idolem numer jeden w roli głównej tj. Jean Claudem Van Damem. Jedyną szansą na przetrwanie jest posiadanie zatyczek do uszu!!!
The_Andes.jpg
The_Andes_2.jpg
Andy
Nie jestem w stanie pojąć jakim cudem zasnęłam i spałabym pewnie do rana, gdyby w środku nocy nie obudził mnie huk eksplodującej bomby, a może jakiejś wyrzutni rakiet, kto by tam to wiedział i rozróżniał, wybuchom i strzałom nie było przecież tej nocy końca. Na ekranie Van Dam z narażeniem życia po raz kolejny ratował świat przed zagładą, tymczasem nasz autobus mozolnie wspinał się do góry, silnik jęczał. Za oknem spowite we mgle i księżycowej poświacie przedgórze Andów, wyglądało zupełnie nieziemsko.
Wjechaliśmy do jakiegoś położonego wysoko w górach miasteczka. Przez okno, wśród ciemności nocy dostrzegam lepianki, kryte strzechą lub blachą falistą. Ulica, którą jedziemy jest tak wąska, że nasz autobus prawie ociera się o ściany budynków i to z obu stron. Przez większość czasu jest pusto i ciemno. Gdy wjeżdżamy na większy plac, raptem wokół naszego autobusu robi się gwarno. Otoczyły nas handlarki, unosząc na kijach pod nasze okna koszyki z jedzeniem i napojami. Dalekobieżne autobusy w Peru są bowiem wysokie, jakby dwupoziomowe. Na pierwszym poziomie znajduje się kabina kierowcy i luki bagażowe, na drugim pokład pasażerski. Jest naprawdę wysoko. Spoglądam na zegarek, jest 02:00. Nadzieja, że któryś z pasażerów, zbudzony w środku nocy, poczuje pragnienie lub głód, otworzy okno i zapłaci kilka soli za kawałek chleba lub jakieś przekąski jest silna, sprawia, że kobiety te czekają na przejeżdżające tędy autobusy w środku nocy, czekają wystawione na wiatr i przejmujący chłód. Patrzę na nie z pokorą. Daleko od wygodnych i spokojnych brzegów Europy, świat wygląda zupełnie inaczej. Przetrwanie kosztuje tu znacznie więcej. Odjeżdżamy. Żadne okno się nie otworzyło, ani jedna ręka nie wrzuciła kilku soli do któregokolwiek koszyka, nikt niczego nie kupił...
Gdy budzę się ponownie wczesnym rankiem, z trudem otwieram oczy. Mam wrażenie, że głowa spuchła mi jak balon, nos szczypie, uszy zatkane. Czuję się ciężka i zupełnie bez sił. Soroche, czyli choroba wysokościowa zaskoczyła mnie znienacka, kiedy spałam. Różnica wysokości w Peru jest ogromna. W przeciągu zaledwie kilku godzin z poziomu 0 m n.p.m. człowiek zostaje raptem rzucony na 4000 m i jeśli obudzi się rano, z poczuciem, że brakuje mu tlenu, a ciśnienie rozrywa mu głowę, natomiast za oknem ujrzy ośnieżone sześciotysięczniki, bezkresne, złote pastwiska, jeziora i stada dzikich lam a wszystko to w promieniach wschodzącego słońca, może być pewien, że znajduje się na altiplano, czyli andyjskim płaskowyżu.
Jest tu po prostu pięknie. To urzeczenie i zapatrzenie w ten niezwykły krajobraz na chwilę pozwala mi zapomnieć o moich dolegliwościach. Steward (tak,tak, jest tu ktoś taki) przechodzi i doświadczonym okiem rzuca na nietęgie miny pasażerów. Żeby wszystko było jasne nie tylko my gringos byliśmy ofiarami soroche. Musieliśmy naprawdę wszyscy prezentować nieciekawy widok, bo chwilę potem zatrzymaliśmy się na postój regeneracyjny w małej, indiańskiej wiosce.
W lepiance oznaczonej szyldem „restaurant” trzy stoliki i tęga Indianka uwijająca się między nimi bez pośpiechu. Na zapleczu łazienka w postaci kranu z wodą i toalety skrytej za zasłoną z niebieskiej folii. W jadalni prawie nikogo, za to łazienka przeżywa oblężenie. Wszyscy pasażerowie wyciągają szczoteczki i pasty do zębów, mydła a panie nawet dezodoranty. Trwa masowe mycie, pucowanie, odświeżanie. A ja nie mam kompletnie nic i czuję się z tym głupio jakoś. Ludzie przyglądają mi się z zaciekawieniem, dziwny to dla nich widok, kłócący się pewnie ze stereotypem Europejczyka. Przepłukuję usta wodą i spuszczając wzrok uciekam do jadalni, bardziej niż o mydełku i czystych ząbkach marzę o kawie i jakimś jedzeniu. Kawa już czeka a także pierwsza w życiu mate de coca. Czyli herbata z liści koki. Napój Indian, tradycyjny, religijny, pity z namaszczeniem. Z liści koki otrzymuje się kokainę, dlatego ich wywożenie z Peru, gdzie ze względu na narodowe tradycje są one legalne, jest traktowane jak przemyt narkotyków. Z liści koki można robić wyśmienitą herbatkę albo żuć je i przełykać gorzkawą ślinę, co jest namiętnością mieszkańców Andów. Wszystko to jednak nie miało wtedy dla mnie najmniejszego znaczenia. Ważne było tylko to, że koka leczy soroche.
Kawa, dwa kubki herbatki z koki i caldo de gallina, czyli rosół z kury z grubym makaronem stawiają nas na nogi. Czuję się raptem jak nowonarodzona, pełna energii po soroche ani śladu. Nie wiem czemu zawdzięczać to magiczne ozdrowienie, bo większość naszych współpasażerów nie wygląda wcale wiele lepiej, niż przed postojem. Jedziemy dalej. Słońce świeci, Van Dam walczy, a za oknem góry, góry, góry. Jadę przyklejona nosem do szyby.
Wśród pasażerów walka z soroche trwa nadal. Steward rozdaje waciki nasączone alkoholem. Nauczona doświadczeniem robię zawsze to, co tubylcy i także biorę wacik. Naśladując innych pasażerów przykładam go do nosa i biorę głęboki wdech. Uderzenie w nozdrza prawie jak po amoniaku, ale faktycznie przebudza, otrzeźwia umysł i otwiera oczy szeroko.
Powoli opuszczamy altiplano i jego złociste łąki, droga zaczyna wić się doliną, coraz częściej mijamy gliniane wioski i żyzne, zielone pola. Van Dam znika z ekranu zastąpiony peruwiańskimi sitcomami. Poziom hałasu przekracza wszelkie normy. Cały autobus się zaśmiewa, a nam pękają głowy, płyną łzy z oczu bo ten hałas po prostu boli. Wszystko zaczyna drażnić, uwierać, przeszkadzać. I ten wszechobecny śmiech, ta powszechna wesołość są nie do zniesienia. Mam ochotę krzyczeć z bólu i błagać ich o litość, paść przed nimi wszystkimi na kolana, na twarz nawet, byle tylko to wyłączyli, byle tylko zgasili te przeklęte telewizory. Za każdym razem, gdy jestem już gotowa na ten desperacki krok, trafiam na mur roześmianych szczerze twarzy, błyszczących oczu pełnych rozbawienia i czuję się obezwładniona przez tę ich wesołość, czuję się inna przez to moje cierpienie, czuję się z nim obco. Ta ich całkowita obojętność na hałas, który mnie zabija, ta ich niewrażliwość zupełna, działają deprymująco.
Streets_of_Cuzco_3.jpg
Streets_of_Cuzco.jpg
Ulice Cusco
Gdy za zakrętem, głęboko w dolinie ukazało nam się miasto w kolorze dachówki i czerwonej cegły, miasto piękne i rozległe, wspinające się na otaczające wzgórza, wiedzieliśmy, że jesteśmy uratowani. Cusco zjawiło się nieoczekiwanie, blisko jak na wyciągnięcie ręki.
Dancer_2.jpg
Tancerka spotkana na Plaza de Armas w Cusco

Wysłane przez aidni 21.04.2008 12:17 Kategoria Peru Komentarze (0)

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUponRedditDel.icio.usIloho

PERUWIANSKA PRZYGODA

21 październik - 19 listopad 2007


Drodzy przyjaciele i czytelnicy. Czas zmienić kontynent, zapraszam Was na wyprawę do pięknego Peru, które ma do zaoferowania znacznie więcej niż tylko Machu Picchu.
Złapiemy autobus z Limy do Cusco i wyruszymy w dwudziestogodzinną drogę przez góry; przez 6 dni będziemy szli przez Andy, bez prądu, komórki i Internetu, odcięci od cywilizacji, gotując na otwartym ogniu i żując liście koki; zaryzykujemy życiem by dotrzeć do Iquitos – miasta w sercu dżungli, liczącego sobie 300.000 mieszkańców, do których nie można dotrzeć żadną drogą; kupimy hamaki i wskoczymy na pokład towarowego statku Henry V na pięciodniowy spływ przez Amazonkę i Ucayali ... – drodzy przyjaciele zabieram Was do Peru.

Machu_Picchu_2.jpg

Odwiedzone miejsca: Lima – Cusco – Cachora (6 dniowy trekking w Andach) – Aguas Calientes i Machu Picchu – Iquitos (przez Cusco i Limę) – (5 dni na pokładzie statku towarowego Henry 5 na wodach Amazonki i Ucayali) – Pucallpa – Ciudad Constitucion – Puerto Bermudez – La Merced – Junin
Czas trwania: 28 dni (21 październik – 19 listopad 2007)

Wysłane przez aidni 12:06 Kategoria Peru Komentarze (0)

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUponRedditDel.icio.usIloho

(Wpisy 1 - 9 z 9) Strona [1]