Travellerspoint Blogi z podróży

Mali

SPOTKANIE NAD NIGREM

sunny 47 °C

SPOTKANIE NAD NIGREM

Podróżował nocą w towarzystwie dwóch krajowców. Ta gęsta, nieprzenikniona, afrykańska noc czyniła ich niewidocznymi dla nieprzyjaznych spojrzeń. Ich absolutne milczenie przerywały jedynie odgłosy dzikich zwierząt, których w tamtych czasach żyło tutaj jeszcze bardzo wiele. Był początek 1796 roku, kiedy opuściwszy przyjazne i dobroduszne, murzyńskie księstwa przekroczył rzekę Senegal od zachodu i znalazł się na terytoriach opanowanych przez Maurów, okrutne, koczownicze plemię Sahary, które strzegło zawzięcie swoich pustynnych ziem, strzegło zawzięcie skrywanego w nich skarbu - mitycznego miasta, na temat którego krążące po świecie legendy rozpalały wyobraźnię podróżników od wielu stuleci. Miastem tym było Timbuktu. Mungo Park marzeniami sięgał także, a może przede wszystkim, tam właśnie. Ale to nie jemu historia dała ów wielki zaszczyt i sławę, nie on jako pierwszy biały człowiek przekroczył bramę legendarnej stolicy Sahary. Historia zarezerwowała dla niego zupełnie inne, a kto wie czy nie ważniejsze, odkrycie.
Mungo Park był szkockim lekarzem, którego już w młodym wieku los rzucił w daleki świat, świat w owych czasach jeszcze pełny tajemnic, świat zupełnie nieznany, którego istnienia nie domyślała się pewnie znakomita większość jego rodaków.
Jego determinacja była niezrównana i chociaż śmierć czyhała na niego za każdym uczynionym krokiem, brnął mozolnie głębiej, głębiej i głębiej w prawdziwą otchłań Afryki. Jej wnętrze wciąż było wówczas białą plamą na mapie świata, Mungo Park nie mógł się nawet domyślać co czeka na niego za skręcającą ścieżką, kto wyłoni się z buszu, czy uda mu się znaleźć coś do jedzenia, czy będzie czym napełnić puste bukłaki. Był pierwszym białym człowiekiem, który był na tyle odważny lub szalony by zapuścić się w tę część Afryki. Jakaż to jednak musiała być odwaga, jakaż niezwykła siła musiała pchać go naprzód!
Dziś wzdłuż trasy, którą przed dwustu laty pokonał Mungo Park, biegną asfaltowe drogi, a w niektórych miejscach nawet tory kolejowe, istnieją dokładne mapy, książki, całe multum zdjęć i relacji podróżników, od których w szwach pęka Internet. A jednak i dziś, zupełnie niesłusznie zresztą, podróż do wnętrza Afryki wśród wielu budzi postrach i kojarzy się jak najgorzej, jest synonimem ogromnego jakiegoś ryzyka i igrania ze śmiercią. Boimy się Afryki, choć tak wielu było tu już przed nami i tak wielu jeszcze będzie. Boimy się choć od wieków Afryka jest już poznana, jej szlaki przetarte, jej geografia nakreślona z niebywałą precyzją.
Mungo Park, gdy ruszał w swoją niezwykłą podróż, też musiał się bać. Nie wierzę, że się nie bał. Strach przed innością tym, co obce, nieznane i niezrozumiałe, odległe i dzikie jest dane wszystkim ludziom jednakowo, wbudowany jest w nasz człowieczy kręgosłup. Jednych jednak zatrzymuje w domu, w jego bezpiecznych ścianach, wśród bliskich ludzi, którym można zaufać, wśród ciepła ich miłości i bliskości, innych natomiast gna za morza i oceany, każe zdobywać góry i penetrować odległe lądy. Dziś jednak świat stoi przed nami otworem, w przeważającej mierze odkryty, odsłonięty, podany na tacy. Świat stał się raptem nagi, a ciekawość coraz łatwiej zwycięża strach, codziennie wielu pakuje plecak i rusza w najodleglejsze jego zakątki. U progu XIX w. było jednak zupełnie inaczej.
Na każdego śmiałka czyhały wówczas w Afryce najróżniejsze niebezpieczeństwa, czekały nieznane ludy o tajemniczych obyczajach, mówiące mrowiem całkowicie odmiennych języków, czyhały tropikalne choroby, na które nie było lekarstw, czyhały dzikie zwierzęta, czyhały w końcu żywioły przyrody, które dokazują tutaj wyjątkowo gwałtownie.
Mungo Park poruszał się powoli i uważnie, wiedział na czyje terytorium wkroczył, zła sława Maurów była szeroko rozpowszechniona w całej zachodniej Afryce, wiedział jak okrutny los z ich ręki spotkał innych białych podróżników, którzy ośmielili się szukać Timbuktu.
W końcu i dla niego nadeszła chwila próby. Mungo Park został pojmany przez Maurów w okolicach miejscowości Dina. Uwięziony błagał, wył prawie o wodę, jeden mały łyk wody, który ma moc ratowania życia. By zabawiać ciekawskich zmuszany był do rozbierania się przed tłumem, podczas gdy Ali, król tych ziem, głowił się i debatował ze swoimi doradcami jakim jeszcze poddać go torturom, jaką zadać mu śmierć. Czy odrąbać mu rękę, czy wyłupić oko, a może jedno i drugie? W małej lepiance, która tym razem nie okazała się przyjaznym domostwem, a więzieniem, Mungo Park musiał stoczyć prawdziwą walkę sam ze sobą, walkę ze strachem, walkę z rozpaczą. Musiał się tam rozgrywać zażarty pojedynek między słabością a siłą, między zwątpieniem a wiarą, między kuszącą uległością zaglądającej mu w oczy śmierci, a szaleńczą walką o przetrwanie. Mungo Park miał jednak dokonać wielkiego odkrycia, więc historia przyszła mu z pomocą. W obozie Alego zapanował chaos, panika i przerażenie. Posłaniec przyniósł bowiem wieść o nadciągającej armii potężnego wodza i wielkiego wroga Alego. Mungo Park wykorzystał tę okazję znakomicie, pod nieuwagę ogarniętych strachem strażników, zdołał wymknąć się ze swej lepianki. Dosiadł konia i ruszył przed siebie tak szybko jak tylko mógł. Ze wszystkiego co miał ostał mu się jedynie jego największy skarb na afrykańskiej ziemi - kompas.

IMG_4548.jpg
malijski busz
IMG_4294.jpg
człowiek pustyni

Poranek był gorący, upalny, nieznośny. Na dworcu w Sikasso pokaźny, kolorowy tłum kłębił się wokół autobusu przylegając do niego szczelnie tak, jakby ten miał uciec, wymknąć się jakoś niepostrzeżenie nie zabierając nikogo z nich. Pracownik kompanii autobusowej, której nazwy nie pamiętam, co chwila wychodził z biura i rozganiał wszystkich, z początku jeszcze cierpliwie tłumaczył, a potem już tylko wymachiwał pięścią i krzyczał, że autobus ma godzinę opóźnienia i wszyscy mają iść, usiąść sobie gdzieś w cieniu i cierpliwie czekać. Nie posłuchali. Każdy stał przytulony do autobusu, siedział na tobołkach jak najbliżej niego, starając się za wszelką cenę przylgnąć do bezdusznej blachy. Wykorzystywani i poniewierani najpierw przez europejskich okupantów potem przez rodzime krwawe i okrutne reżimy nauczyli się bronić swojego, nie ufać tym na górze, nie wierzyć nikomu, kto przychodzi rozkazywać. Ten autobus nie mógł bez nich pojechać i byli gotowi o to zawalczyć.
Nigdy w Afryce nikt nie próbował mnie napaść, czy okraść, nie licząc nieszczęsnego epizodu na granicy między Ghaną a Togo. Nikt nigdy nie próbował wyrwać mi plecaka, aparatu, sięgać do kieszeni, nikt nawet nie splądrował mi namiotu z całym moim dobytkiem w środku, samotnie pozostawionego na zupełnie pustym kempingu, nikt nie zakradł się do mojej lepianki w krainie ludu Somba, ani któregokolwiek z moich hotelowych pokoików.
Czy powinnam to zawdzięczać własnemu szczęściu, jakimś sprzyjającym splotom okoliczności? Chyba jednak nie, bo czy mogłyby one się tak splatać przez cały ten długi czas? Już dawno przestałam bać się Afryki, właściwie to przestałam się jej bać, gdy do niej przyjechałam. Od kiedy stanęłam na Czarnym Lądzie bałam się z każdym dniem coraz mniej, mniej i mniej aż w końcu zupełnie przestałam się bać, poczułam się tutaj bardzo swobodnie, nauczyłam się tu żyć, a w Murzynach ujrzałam nowych rodaków.
Przyglądam się ludziom tłoczącym się wokół autobusu i widzę, że oni boją się i to bardzo. Wszystkie swoje bagaże trzymają blisko, ściskają mocno uchwyty i sznurki. Rozglądają się nieufnie wokół ani na chwilę nie spuszczając z oka swoich toreb, worków, siatek i kartonów. Przestrzegają przed złodziejami, których ponoć wokół pełno, biorą ochoczo pod opiekę mój bagaż gdy idę do toalety.
Gdyby mój plecak padł nagle ofiarą złodziejskiego postępku, pewnie przeklęłabym ze złością, gdyby ukradziono mi aparat to na pewno spłakałabym się rzęsiście, ale w najbliższym dużym mieście wystarczyłaby jedna wypłata z bankomatu i kilka godzin twardych negocjacji z handlarzami, aby całą moją stratę, mój cały podróżniczy majątek odbudować. W tych rozmaitych pakunkach, torbach, walizkach i pudłach, które Afrykanie ściskają tak zawzięcie, mieści się tymczasem cały ich dobytek, dorobek całego ich życia. Tak, są takie miejsca na ziemi, gdzie te miski i garnki, te materace i kosze ubrań z drugiej ręki, są czyimś jedynym majątkiem, na który w razie utraty musiałby pracować całymi latami.
Pasażerskie tobołki lądują na dachu bądź w dolnym bagażniku. Ich los należy zawsze śledzić do samego końca. Trzeba uważnie patrzeć czy zostały odpowiednio zamocowane, przywiązane dobrze sznurkiem do dachu lub też zamknięte w bagażniku na kłódkę.
Ruszamy. Południe coraz bliżej. Pot leje się z czoła tłustymi kroplami. Gdy autobus zatrzymuje się, a czyni to nieustannie by zabrać z drogi nowych pasażerów, upał robi się tak gęsty i przytłaczający, że praktycznie nie ma czym oddychać. Kiedy jedziemy jest jeszcze jako taki przewiew, jakiś ruch powietrza, jakiś wiatr, to co że gorący, ważne że wiatr. Powietrze wysycha na wiór w takim słońcu, w takiej temperaturze wysycha i człowiek, zamknięty w nagrzanym jak piec nadwoziu autobusu. W porze suchej, głęboko we wnętrzu Afryki, z dala od morza, z dala od chłodzącego powiewu wiatru, jest taka godzina kiedy życie zupełnie zamiera. Pustoszeją wsie, miasta i miasteczka, pustoszeją ulice. Temperatura sięga wtedy zenitu, jest 45 °C a może nawet i 50º. W takim upale nie można pracować, w takim upale nie da się żyć, taki upał po prostu zabija. Zabija wszelką ludzką aktywność, pozbawia sił, okrada ciało z całej energii, w takim upale można tylko trwać. Trwać w bezruchu w stanie całkowitego zawieszenia między życiem a śmiercią, istnieć aż czas najgorszego upału minie i znów można będzie zacząć żyć. Afrykanin kryje się w tym czasie w cieniu mangowca lub akacji, siada lub kładzie się bezwładnie na ziemi i trwa. Początek tego trwania następuje zwykle około jedenastej a kończy się o szesnastej a nawet siedemnastej. Inaczej po prostu się nie da. Można tylko trwać. Któryś ze spotkanych po drodze podróżników powiedział mi, że jego zdaniem, aby pobudzić afrykańską gospodarkę, należałoby najpierw schłodzić Afrykę. I jest w tym chyba ziarnko prawdy.

Został mu jedynie kompas. Mógł zawrócić ale tego nie zrobił. Głód i pragnienie były teraz jego największym wrogiem. W morderczym upale, półprzytomny, otępiony, bezwładnie leżąc na grzbiecie konia modlił się już tylko o wodę, a może i śmierć? Brnął dalej przez gorący busz. Bał się zachodzić do wsi i osad z prośbą o pomoc, bał się że znów zostanie porwany, poddany torturom, znów zostanie upokorzony. Mungo Park był teraz ledwie cieniem samego siebie, cieniem owego dzielnego młodego, szkockiego lekarza, który wyruszył na podbój Afryki. Słońce, to okrutne afrykańskie słońce wyssało z niego wszystkie soki. Pół odrętwiały spadł nagle z konia i potłukł się boleśnie. Zmarnowane wysiłkiem zwierzę także upadło i leżało tuż obok niego gotowe na śmierć, gotowe do reszty spłonąć pod rozpaloną kopułą nieba, na rozgrzanym do granic buszu. Gotowy na śmierć był chyba także i sam Mungo Park. I faktycznie w Afryce spotkała go śmierć, ale jeszcze nie tutaj, jeszcze nie teraz.
Tymczasem błękitna otchłań nieba zaczęła powoli zapełniać się szarymi chmurami. Gdzieś z oddali do jego uszu dobiegły burzowe, groźne pomruki. Nagle poczuł na swojej twarzy zbawienne krople deszczu. Poczuł jak zapala się w nim nowy płomień życia, płomień nadziei. Zerwał się na równe nogi, zrzucił z siebie łachmany i rozłożył je na ziemi. Gdy nasiąkły wodą, wysysał z nich każdą kroplę życiodajnej cieczy. Niebo rwało się na strzępy, pękało z hukiem piorunów tuż nad jego głową, a on pił, pił i pił. Innym razem, trawiony pragnieniem, z tego pragnienia pół martwy prawie, usłyszał w nocy żabi rechot. Żabi rechot pośrodku buszu może oznaczać tylko jedno: gdzieś w pobliżu jest woda. Pełznął po cichu w obawie, że zostanie zauważony przez mieszkańców osady, której obecność w pobliżu zradzały pomarańczowe błyski ognisk migocące w ciemnościach. Gdy wreszcie doczołgał się do małego stawu, a może jedynie nieco większej kałuży, odkrył, że jest on tak pełen żab, że uprawnionej wody nawet nie sposób dojrzeć. By zaspokoić pragnienie człowiek jest jednak gotów zrobić wszystko. Mungo Park odgarniał ogromne żaby, odpychał je, spychał i pił zachłannie wodę, której smak przypominał zgniliznę, zapiaszczoną, stęchłą, zieloną i błotnistą. Musiał być wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na całej ziemi.

Droga jest zupełnie przyjemna, asfalt gładki i z rzadka tylko wyboisty. Krajobraz jednak monotonny, buszowy, gorący. Dłużą się godziny, ciągną się w nieskończoność. Z niecierpliwością wyczekuję aż wreszcie kierowca zrobi postój i pozwoli nam wyjść z nagrzanej puszki autobusu, rozprostować nogi, coś zjeść, a przede wszystkim napić się dobrze schłodzonej wody. Z radością więc przyjmuję wiadomość o krótkiej przerwie. Ledwie zdołałam wysiąść z autobusu a wymarzona, chłodna woda biegnie sama ku mnie niesiona na głowach uśmiechniętych dziewcząt. Kupuję od razu cztery woreczki (ok. 2l.), trzy z nich wypijam z miejsca, jeden zatrzymuję na później, nigdy nie wiadomo co się może zdarzyć. W takim upale, w takim skwarze człowiek przekonuje się bowiem, że woda to faktycznie jest życie i to jak najbardziej dosłownie. Póki jest woda da się jeszcze jakoś funkcjonować, da się przetrwać, da się jako tako myśleć, a nawet nawiązać konwersację ze współpasażerem. Kiedy kończy się woda, skóra wysycha momentalnie, w gardle kurz, pył i popiół, siły brakuje, ciało wiotczeje. Oddychać ciężko, mówić ciężko, ręką ruszyć ciężko, zaś myśleć nie da się wcale, bo gdy nie ma wody myśl jest już tylko jedna - napić się! Cierpieć pragnienie jest torturą znacznie większą niż doskwierający głód, burczący natrętnie żołądek, kiszki skręcone w proteście. Cierpieć pragnienie to cierpieć na całym ciele, to cierpieć każdą jego komórką osobno i wszystkimi jednocześnie, to nie móc oddychać, to miotać się nerwowo, obsesyjnie rozglądać się za wodą, w panice jakby i lęku.
Kiedy w wiosce Somba w północnym Beninie zabrakło mi wieczorem wody, spać nie mogłam całą noc. Sen spadł już dawno na wszystkie domostwa, a ja nie miałam co pić. Wyruszyłam z latarką w busz szukać studni, a najlepiej jakiegoś nocnego marka cierpiącego na bezsenność, który podzieliłby się ze mną tym życiodajnym napojem. Ale nic, studni ani śladu, żadnego marudzącego po nocy wybawcy. W takich chwilach człowieka ogarnia niepokój, lęk zamyka go w swojej klatce, kołatają się w głowie obsesyjne myśli. Tamtej nocy uratowało mnie mango, dziesiątki walających się wszędzie mango. Nazbierałam ich całe kilogramy i wysysałam z nich sok zachłannie i drapieżnie wbijałam swoje zęby w ich delikatny miąższ.

Nazajutrz wszystko się odmieniło, los ponownie uśmiechnął się do umęczonego podróżnika. W murzyńskiej osadzie, na którą natknął się o świcie, przyjęto go gościnnie, napojono i nakarmiono do syta. Po tak niezliczonych dniach i nocach spędzonych w absolutnej samotności, w strachu przed ludźmi, z sercem przepełnionym nieufnością i wrogością, lękiem do każdego, choćby z oddali widzianego człowieka, nagle znalazł się w środku gwarnej, murzyńskiej wsi. Biegały wokół niego bosonogie dzieci przyglądając mu się z zaciekawieniem, nie sądzę aby bardzo zmieniły się od tamtych czasów. Może ganiały wtedy całkowicie nagie ale zapewne tak samo wsadzały rączki do swoich czarnych buziaków z tych wielkich emocji, z tego ogromnego zaciekawienia.
Kobiety przynosiły mu naczynia z jedzeniem i pewnie przyglądały się nieśmiało, a mężczyźni usiłowali zadawać pytania i porozumieć się jakoś z niecodziennym przybyszem, pewnie kręcili głowami i uśmiechali się szeroko, że człowiek ten nie rozumie ich języka, że wygląda tak dziwacznie, że taki cały jest biały. Jakoś jednak zdołali się porozumieć, jakaś komunikacja zaistnieć musiała, bo wkrótce Mungo Park dołączył do murzyńskiej karawany zdążającej w kierunku wielkiej rzeki, którą krajowcy nazywali "dżoliba", a był nią Niger. Niger! Cóż to za niesamowita rzeka, jaka odważna, jaka dzielna! Takich w Afryce są tylko dwie. Palmę pierwszeństwa należałoby przyznać Nilowi, bo jest dłuższy, ale w swej niezwykłości, w fantastycznej tej brawurze są sobie równe! Nil na wschodzie, a Niger na zachodzie przedziera się przez pustynię, kpi sobie z piasków, ze spękanej ziemi, z palącego słońca, w którym wszystko wysycha na wiór, a on jakoś nie wysycha. Taka rzeka to jest jawna kpina z pustyni i z buszu, taka rzeka to jest zwykła bezczelność, taka rzeka w ogóle nie powinna się zdarzyć, a tymczasem zdarzyła się i to podwójnie, po dwóch przeciwległych krańcach Afryki. Wyobrażam sobie czasem, co musieli czuć pierwsi odkrywcy Nigru, którzy ostatkiem sił przedzierali się przez półpustynny busz, dręczeni morderczym pragnieniem, aż tu nagle stanęli nad wspaniałą rzeką. Wokół piach, spękana ziemia, a tuż obok płynie sobie raptem potężna wstęga wspaniałej, słodkiej wody! Czy wbiegali doń krzycząc z radości, czy też szli urzeczeni, zahipnotyzowani, oniemiali z zachwytu? A może zupełnie w Niger nie uwierzyli, może myśleli, że to znów pustynia płata im figle? Tego nie dowiemy się nigdy, to jest słodka tajemnica pustyni, buszu i wielkiej rzeki. Wiemy jednak co czuł mungo Park przeddzień spotkania z Nigrem. W końcu dotarcie do Nigru było głównym celem jego ekspedycji, celem narzuconym przez Brytyjskie Towarzystwo Geograficzne, Timbuktu było celem ubocznym. Wyposażony w marny grosz Mungo Park miał przede wszystkim rozwiać wątpliwości od lat dręczące europejskich geografów. Czy Niger jest odnogą Nilu, która uchodzi do oceanu Atlantyckiego co, zdaniem wielu, było przyczyną powtarzających się co roku wylewów w byłym królestwie faraonów? Czy zatem można Nigrem dotrzeć do Etiopii, która zabarykadowała się w swych niedostępnych górach, i była wówczas jedynym, acz odizolowanym od świata bastionem chrześcijaństwa na Czarnym Lądzie?
Mungo Park nie spał całą noc. Nie mógł zmrużyć oka, sen nie przychodził, przychodziły jedynie natrętne myśli, natrętne jak wścibskie, afrykańskie komary. Może wspomnienia także nachodziły go tej nocy, może przed oczami ujrzał znów ogrom swojego poświęcenia i trudu, a może przeciwnie wszelkie wspomnienia gasły w obliczu świadomości, że jest tak blisko celu, że stoi praktycznie u progu spełnienia swej misji. Nim pierwsze promienie słońca zdążyły wyjrzeć zza horyzontu, nim jego jasna poświata pojawiła się na niebie, Mungo Park był już gotowy do drogi, jego koń osiodłany, niewielki bagaż spakowany, zawiązany u siodła. Wielka rzeka czekała.

Bakcyl. Okrutny, bezlitosny, wstrętny bakcyl. Pojawił się w moim życiu nagle i stanął na mojej drodze jak tama, jak przeszkoda, której nie można przeskoczyć. Nie pomogły herbatki i napary z hibiskusa przygotowane przez troskliwych Murzynów, nie pomogły żadne tabletki. Bakcyl zagnieździł się we mnie z pompą i przepychem, wytoczył swoje działa, wystawił armaty i wypowiedział mi wojnę. Przez tego wrednego, podstępnego, mikroskopijnego wroga nie spałam całą noc, nie dał mi po prostu zmrużyć oka. Ganiał mnie do toalety bezustannie, jawnie drwił sobie ze mnie. Ledwie zdążyłam wrócić, a już musiałam biec z powrotem, siąść i się męczyć! Były jednak krótkie momenty, kiedy przeciwnik reorganizował swoje szyki, ustawiał legiony, ostrzył bagnety. W tych momentach leżałam na moim materacu na hotelowym dachu, leżałam pod moskitierą, o którą rozbijały się krwiożercze, malaryczne insekty w swym piskliwym natręctwie i wściekłości, że nie mogą dopaść swojej ofiary. Nocowanie na dachach jest w Mali najtańszym sposobem spędzenia hotelowej nocy, jednocześnie jednak sposobem najwspanialszym. Niebo rozpościera nad człowiekiem dywan iskrzących się gwiazd, skądś później nadpływa księżyc w jasnej poświacie okrywając cały świat delikatnym, srebrnym płaszczem. Wieje leciutki, aksamitny wiatr, który chłodzi umęczoną słońcem ziemię, przechadza się po pustych ulicach miast i miasteczek, miękko wzbija się ku górze i napotkawszy ścianę hotelowego budynku dociera do nas, śpiących pod moskitierą na dachu przybyszów z dalekiej północy. Tuli nas do snu swym zwiewnym podmuchem, chłodzi umęczone upałem ciało, upałem wręcz przesadnym, rozbuchanym do granic, temperaturą tak wściekłą i szaloną, jakby chciała wyskoczyć z termometru. Nigdy w życiu nie spało mi się tak dobrze jak na malijskich dachach, tak cudnych nocy nie znajdzie się nigdzie indziej, nawet w najwspanialszym na świecie hotelu.
Leżałam i patrzyłam w to przepiękne, nocne, afrykańskie niebo, od Nigru zaś dzieliło mnie zaledwie kilkaset metrów.

Była ósma rano, gdy Mungo Park ujrzał dymy nad miastem Segou. A chwilę potem jeden z towarzyszących mu krajowców zawołał "Geo afili!" (spójrzcie, woda!). Mungo Park zanotował potem w swym dzienniku: "(...) i oto patrząc przed siebie z bezgraniczną satysfakcją, ujrzałem wielki cel mojej podróży - od dawna poszukiwany, majestatyczny Niger, mieniący się w porannym słońcu, szeroki jak Tamiza pod Westminsterem i płynący powoli na w s c h ó d. Pospieszyłem na brzeg i napiwszy się wody, w żarliwej modlitwie zaniosłem dzięki Wielkiemu Stwórcy wszech rzeczy, że raczył uwieńczyć moje starania powodzeniem."

Spotkaliśmy się 21 kwietnia późnym przedpołudniem. Ja stałam na nadbrzeżu w Segou, a Mungo Park dokładnie po drugiej stronie. Dzielił nas przepastny, szeroki Niger i jakieś 200 lat z hakiem. Mungo Park jako pierwszy przybysz z dalekiej północy naocznie stwierdził, że Niger płynie na wschód, a nie na zachód, jak twierdzili współcześni mu uczeni zza swych błyszczących, polakierowanych biurek w eleganckich, uniwersyteckich gabinetach. Mungo Park jednym spojrzeniem na wielką rzekę przewrócił do góry nogami ówczesną geografię, a teraz pluskał się rozkosznie, cieszył się jak dziecko ze swojego odkrycia, serce wypełniała mu duma, skrzydeł dodawała ogromna satysfakcja.
Dziś by stanąć nad Nigrem nie trzeba wielkich poświęceń, nie trzeba już cierpieć głodu, pragnienia i strachu. Wielka odwaga i szaleństwo Mungo Parka na zawsze przeszły do historii.
IMG_4281.jpg
Niger w Segou, 200 lat temu Mungo Park stanął po jego przeciwnym brzegu
IMG_4300.jpg
port w Segou
IMG_4287.jpg
ulica starego Segou
Afrykańska noc zwykle zapada szybko, jakby w pośpiechu, jakoś tak natychmiast, w ciągu kilku chwil. A im bliżej równika tym szybciej, z większym jeszcze pośpiechem, w jeszcze krótszej chwili. Nim jednak ciemności spowiją afrykańską ziemię, ma miejsce spektakl zachodzącego słońca. Żółcie, pomarańcze, róże i czerwienie wielkiej, świecącej kuli, która co wieczór ciągnie ku ziemi, przenikają przez cienkie warstwy chmur. Biją w rzekę, strzeliste, słoneczne promienie. Niger zwykle wtedy posępnieje, czarnieje w oczach, nie odpowiada słońcu na jego kolorowe zaloty, tak jak robiło to jez. Malawi. Gdzież by znowu! Ciągnie się leniwą wstęgą, muśnięty złotem, rozświetlony ciepłem pomarańczy, unosząc na swych barkach całą rybacką flotę, długie, drewniane łodzie.
- Kupi Madame pudełeczko na biżuterię, albo tę oto piękną ramkę ze skóry? Ja biedny człowiek pustyni - zagaduje ktoś z lewej.
- Madame, niech madame pomoże i weźmie te koraliki za dobrą cenę - wyskoczy ktoś z prawej.
- Madame, madame cadeau [madame, prezent] - wołają dziecięce głosy zza pleców.
Pokazuję palcem w stronę zachodzącego słońca. Niczego nie potrzeba mówić ani tłumaczyć, nawet dla tych ludzi, z widokiem tym tak obytych, żyjących z nim po sąsiedzku, dzielącym z nim codzienność, jest w tym spektaklu przyrody jakiś czar niezwykły i moc nadprzyrodzona, która odbiera im wolę działania z miejsca zamieniając ją w całkowite zapatrzenie.
Siedzimy na murku portowym w Segou, ja i moi uliczni sprzedawcy różności, ja i moje bez przerwy domagające się podarunków dzieci. Siedzimy i patrzymy sobie w ciszy.
Słońce złote i gorące powoli zdąża ku ziemi, flirtuje z obojętną rzeką. Tędy wypuści promień, to zaraz zgasi go chowając się zalotnie za chmurą. To znów wyjrzy zza niej, to znów się skryje. W końcu ukazuje się w pełniej krasie, w całym swoim gorejącym pięknie. Cały świat tonie natychmiast zalany złotem, na drugim brzegu palmy kiwają bujnymi głowami, kolory nadbrzeżnych budynków już od dawna wyblakłe i odrapane, zmyte deszczem, poszarpane starością, nagle nabierają nowych wdzięków, stają się tak soczyste, tak intensywne jakby przeżywały swoją drugą młodość, jakby rodziły się na nowo. Niezwykła jest moc tego wieczornego słońca, moc prawdziwie czarodziejska. To, co stare znów staje się młode, zniszczone staje się nowe, brzydkie staje się piękne. Zachodzące, afrykańskie słońce pokazuje nam cały, obezwładniający urok świata, a może tylko nam - ślepcom przywraca na chwilę wzrok?
Schodzi niżej i niżej i osiada nagle na wielkiej chmurze. Ale cóż to? Chmura ta przecież wygląda jak ludzka dłoń! Słońce przez moment podane jest światu na dłoni, przez którą następnie przenika delikatnie jak woda przez palce. Przesącza się i płynie na tym niebie jak Niger u jego stóp i gaśnie za horyzontem. Ciemność nastaje niemal natychmiast, spada kurtyna nocy - i oto koniec przedstawienia pt. "Najpiękniejsze zachody słońca są nad Nigrem".
IMG_4340.jpg
IMG_4893.jpg
najpiękniejsze zachody słońca są nad Nigrem
IMG_4911.jpg
słońce podane światu na dłoni

Wysłane przez aidni 9:42 AM Kategoria Mali Komentarze (0)

Gościnność po malijsku

sunny 37 °C

GOŚCINNOŚĆ PO MALIJSKU

Okazało się, że patriotyczny obowiązek Kusube ma swój ciąg dalszy i ani myśli się zakończyć na podwiezieniu białego brudasa z granicy do Sikasso. Ponieważ białego brudasa, przybysza z daleka, trzeba otoczyć opieką, trzeba go co najmniej jeszcze bezpiecznie na noc ulokować a najlepiej jeszcze upewnić się, że nie jest głodny, a jeśli tak to bezwzględnie nakarmić. Sikasso tymczasem zupełnie nie stanęło na wysokości patriotycznego obowiązku i przywitało nas przerwą w dostawie prądu w calusieńkim mieście. Jedziemy przez ciemne ulice do pierwszego hotelu z mojego przewodnika. Miał być tani i przyzwoity, a okazał się zwykłym domem rozpusty, gdzie jakimś cudem mimo braku elektryczności, skąpo ubrane damy zdołały pozapalać różowe i czerwone żarówki w swoich pokojach. W kolejnym tanim hoteliku pokoje już przy świetle świecy wyglądały tak dramatycznie, że aż strach pomyśleć, co ukaże się oczom jak już prąd włączą. Kusube zabiera mnie w końcu do eleganckiego, jak na afrykańskie standardy, hotelu. Drożyzna okropna. Za najtańszą kwaterę trzeba zapłacić 20 USD [to więcej niż mój cały, dzienny budżet!]. Widząc skrzywienie na mej twarzy i grymas rozczarowania, Kusube wyciąga z kieszeni banknot i już się zabiera do płacenia. Protestuję, tupię nogą, sprzeciwiam się! Wszystko na nic. Muszę uciec się do przemocy i determinacji, wyrwać banknot z jego ręki, wsadzić mu go z powrotem w kieszeń i swój natychmiast wyłożyć na recepcyjny stół. Wszystko musi mieć przecież swoje granice.
Tymczasem godzina robi się późna i odzywa się głód. Żołądek bulgoce, kurczy się, rozszerza, protestuje. Od rana nic nie jadłam prawie. Głodna nie zasnę. Proszę więc Kusube, by podwiózł mnie do najbliższej ulicznej kucharki na tanią kolację, ale on ani myśli po kucharkach mnie wozić. Z dyrektorskim zdecydowaniem, głosem, który nie zna sprzeciwu, oznajmia, że zjawi się tutaj za pół godziny i pojedziemy do restauracji.
Mój Boże jak ja dawno już nie byłam w restauracji. A restauracja to jest w każdym calu! Czyste stoliki, kelnerki w uniformach, jest laminowane menu i obowiązkowy telewizor, który w całej Afryce jest synonimem dostatku. Wszystko rwie się i wyrywa do niedoścignionego, europejskiego ideału. Zaglądam w kartę - wszystkie dania dumnie noszą europejskie nazwy. Za takie luksusy trzeba płacić, dwa, trzy dolary za najprostsze danie. Na polskie warunki to może niezbyt wiele, ale dla przeciętnego Afrykanina i oszczędnego okropnie podróżnika jak ja, to majątek. 3 dolary to mój maksymalny, dzienny budżet na jedzenie, wodę naturalnie wliczywszy. Nie będę jednak marudzić, bo nie wypada wybrzydzać i grosza dusić. Przybywają opasłe miski spaghetti, piętrzą się frytki, rozciągają się na talerzach steki dla Kusube i jego przyjaciela. Wygląda to naprawdę niesamowicie, nawet sztućce w serwetkach podane.
W międzyczasie wróciła elektryczność. Ulice znów zapełniły się ludźmi. Jest gwarno i wesoło. Jemy na restauracyjnym tarasie. Pod błyskający kolorami restauracyjny neon niepostrzeżenie zakrada się murzyńska, uliczna swojskość i bezceremonialne rozpasanie. Ludzie spacerują gdzie chcą i jak chcą, czasem zatańczą coś na środku ulicy albo zaśpiewają gdy taką mieć będą fantazję, nie zwracając przy tym najmniejszej uwagi na samochody, śmieją się głośno, wręcz histerycznie, poklepują się po ramieniu, płatają sobie bezustannie jakieś figle. Obserwuję ich z prawdziwym zachwytem, hipnotyzują mnie te murzyńskie szerokie uśmiechy, zaczarowane są te murzyńskie, rozradowane oczy. Polubiłam Murzynów od razu, jak z bicza trzasnął. Omotali mnie sobą zupełnie i jakoś tak automatycznie. Mimo, że potrafią być nachalni do bólu, cenę natychmiast śrubują widząc moją białą skórę, naprzykrzają się ciągłym za człowiekiem chodzeniem, to i tak im z miejsca wszystko wybaczam i już.
Trach! Nie mija sekunda, przychodzi nagłe olśnienie, trapiącej mnie od dawna tajemnicy banalne rozwiązanie. Tu pod osłoną ciepłej malijskiej nocy znalazłam klucz do mojej afrykańskiej zagadki.

Cztery miesiące temu. Uganda. Jadę w wypchanym do granic minibusie z Mbarary do Masaki szukać tropikalnego upału na równiku. Na mych kolanach mały chłopiec w podartym ubranku. Mimowolnie spoglądam w lusterko wsteczne kierowcy i widzę w nim odbicie swojej ręki, którą przytrzymuje malucha by nie spadł, gdy auto podskoczy na jakimś wyboju. Trwa to może ułamek sekundy, a może nawet krócej. Ogarnia mnie raptem całą zdziwienie niezwykłe - jestem zupełnie biała! Biała, a nie czarna jak reszta pasażerów. Zanim rozsądek zdążył zapanować nad całą tą sytuacją, odkrycie to zdążyło mnie zupełnie zszokować.
Tę krótką chwilę pamiętam dziś w najdrobniejszych szczegółach i detalach, nagromadzone wokół niej znaki zapytania nie dawały mi spokoju przez długi czas. - Jak to możliwe? - pytałam sama siebie - Przecież jestem tu tak krótko [wtedy był to mój drugi dopiero miesiąc w Czarnej Afryce], nie znam tu nikogo, nie rozumiem języka tych ludzi, ich kultury i obyczajów dopiero uczę się powoli i wciąż są one dla mnie mocno egzotyczne. Jak to możliwe, że wśród tej inności, wśród tej obcości poczułam się tak swojsko, wśród obcych i tak odmiennych ode mnie ludzi poczułam się tak, jakbym była jedną z nich.
Wtedy nie potrafiłam sobie tego w żaden sposób wyjaśnić, a tymczasem to uczucie zdziwienia własną białością i odmiennością pojawiało się coraz częściej.
Teraz ku memu całkowitemu zaskoczeniu odkrywam raptem jak prosta była ta zagadka. Siedzę w eleganckiej restauracji, która za wszelką cenę chce dogonić europejskie pierwowzory, powinnam się tu czuć jak w domu, a jednak nie mogę odnaleźć w sobie swobody. Krępują mnie te zimne sztućce, te białe, czyste talerze i obrusy. Najchętniej pomerdałabym sobie rączką w plastykowej misce, w której zwykle jadam u moich ulicznych kucharek wraz z innymi klientami zachwalając wyśmienitość ich potraw. Czarna Afryka zaraziła mnie swoją spontanicznością, to ona jest jedyną odpowiedzią, najprostszym wyjaśnieniem mojej zagadki. Tylko spontaniczność czyni Murzynów tak bardzo ludzkimi, tak bardzo otwartymi, to ona pozwala im tak radośnie cieszyć się życiem, mimo że jest ono tutaj tak trudne, pozbawione wszelkich komfortów od tak dawna zakorzenionych już w Europie. Afrykańska spontaniczność to jest wspaniałe widowisko, to jest ten płomień co rozpala ludzkie serca, to jest ta piękna murzyńska broń przed wszystkimi nieszczęściami trawiącymi ten kontynent.
Mimo moich protestów Kusube bierze cały rachunek na siebie i nie chce słuchać nawet bym z portfela uroniła choćby franka. A na kolacji oczywiście się nie kończy. Zmieniamy lokal z restauracyjnego na barowy, za spotkanie trzeba w końcu wznieść toast piwkiem nie ma rady. Kusube znów za wszystko płaci, a ja już nawet nie protestuję, bo widzę, że sprawia mu to wielką radość. Jak prawdziwa dama zajeżdżam mercedesem pod mój luksusowy hotel i żegnam się z Kusube dziękując za wszystko wylewnie i kilkakrotnie. On tylko odpowiada z uśmiechem: - naprawdę nie ma za co. Witamy w Mali!

Budzę się rano rześka i gotowa do poszukiwań taniej, podłej norki by naprawić nadwątlony eleganckim hotelem budżet. W przewodniku namierzam kolejną kwaterę i wyruszam do najbliższej budki zadzwonić. Recepcja nie odpowiada, za to odzywa się jakiś zmęczony głos męski, który najwyraźniej w ogóle nie ma pojęcia o czym mówię. Albo numer zmieniono, albo mój przewodnik znów płata figle. Niech i tak będzie, skoro nie można polegać na opasłym tomisku, które z poświęceniem przewiozłam przez pół Afryki, to czas zacząć własne poszukiwania. Idę zapłacić za połączenie i od razu pytam właściciela budki czy nie zna gdzieś taniego hoteliku, który nie jest jednocześnie domem publicznym. Mężczyzna drapie się po głowie. - Po co masz iść do hotelu - mówi po chwili - U nas hotele albo podłe albo drogie. Możesz jednak przenocować u mnie, u jednej z moich żon, o zaraz tutaj.
Nim zdążyłam choćby słowo z siebie wykrztusić, a już prowadzi mnie za rękę do skromnego domku za murem. Domek jego żony Natenin [czyt. natenę] wraz z domkami sąsiadów skupiony jest wokół dziedzińca, który wieczorem tętni życiem. Bo w Afryce dom nie służy do tego by w nim mieszkać. Dom jest po to by w nim spać i przechowywać różne graty, klamoty i rupiecie. Mieszka się na dziedzińcu albo wręcz na ulicy. Tu gawędzi się z sąsiadami, gotuje obiad, na dziedziniec lub ulicę kto ma wystawia telewizor, bo telewizorem też trzeba się podzielić, a do oglądania zapraszany jest każdy chętny. Wystarczy po prostu dosiąść się do towarzystwa i wesoło patrzeć w ekran. Wieczorami na ulicach połyskują kineskopy i pulsują żywe kolory na twarzach widzów siedzących na ławkach, krzesłach albo wprost na ziemi. Tych publicznych, wzajemnie dzielonych salonów telewizyjnych jest całe mnóstwo, przynajmniej po kilka na każdej ulicy. Można przebierać w ofercie stacji i usiąść sobie tam, gdzie akurat wyświetlają ulubiony program. Jedynie w czasie transmisji meczów piłkarskich oferta robi się monotonna, bo Afryka jak długa i szeroka zupełnie głowę straciła dla futbolu, oglądać więc można wtedy tylko piłkę.
Gdy przekraczamy próg domku, żona mojego gospodarza śpi spokojnie na kanapie. Mimo mojego wyraźnego sprzeciwu zostaje natychmiast zbudzona i nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć już zadecydowano za mnie, że zostaję tu dzisiaj na noc.
Natenin jest piękną kobietą, choć może nieco przy kości, a może nawet bardziej niż nieco. Regularne rysy twarzy i ogromne oczy sprawiają, że staję przed nią urzeczona i znów zadaję sobie pytanie dlaczego wszyscy Murzyni uganiają się za białymi kobietami, kiedy mają u siebie znacznie bardziej atrakcyjne piękności. Zadaję sobie to pytanie nagłos, a Natenin wybucha natychmiast radosnym śmiechem. Od razu czujemy do siebie sympatię mimo, że obie jesteśmy raczej ciche i niespecjalnie rozmowne. Mąż, gdy tylko upewnił się że przypadłyśmy sobie do gustu, wraca pilnować interesu, który dumnie zwie się telecentrum, a jest tak naprawdę parą budek telefonicznych, czasy świetności mających już dawno za sobą. I kto by pomyślał, że na czymś takim można dorobić się kilku żon. Umawiam się z Natenin, że wrócę pod wieczór i zapuszczam się w Sikasso. Idę w gorącym słońcu i uśmiecham się od ucha do ucha, rozpromieniona tak nieoczekiwanym obrotem wszystkich spraw. Takie rzeczy, drodzy czytelnicy, tylko w Afryce.
W Sikasso jest pałac. Pałac wspaniałych, dumnych i odważnych malijskich władców. W drugiej połowie XIXw. król Tiéba Traoré odważnie stawiał czoło wrogim plemionom i francuskim okupantom, doprowadził królestwo Kénédougou do szczytowego rozwoju, ale młodemu państwu nie dane było w pełni rozwinąć skrzydeł. Król zmarł a rządy po nim przejął Babemba Traoré starając się w tych nieprzychylnych czasach, za wszelką cenę kontynuować politykę brata. Siła Francuzów była jednak miażdżąca, nie pozostawiała nowemu królowi żadnych szans na zwycięstwo. Król odebrał sobie życie, jak japoński samuraj wolał śmierć niż hańbę.
Szukam więc w Sikasso królewskiego pałacu. Wypytuję handlarzy i ludzi na ulicach, a każdy kręci głową i bezradnie rozkłada ręce. Jak to? Mieszkać tu, żyć w tym w gruncie rzeczy niewielkim mieście i nie wiedzieć, gdzie mieści się królewski pałac? Kiedy pełna rezygnacji, zaczynam znów posądzać mój przewodnik o kolejne szachrajstwo, zjawia się mężczyzna, kierowca moto-taksówki, czyli zwykłego motocykla, którym za niewielką opłatę przewozi ludzi w różne kąty w mieście. Tłumaczy mi nagle wszystko, którędy iść, gdzie skręcić i że to bardzo blisko.
- Jak to możliwe, że wiesz gdzie jest ten pałac, skoro pytałam dziesiątki ludzi i nikt nie wiedział - odpowiadam z niedowierzaniem.
- Bo kiedyś pokazali mi go pewni turyści z Francji - mówi z uśmiechem.
W tym jednym zdaniu streszcza się wszystko, cała skondensowana prawda o podejściu Afrykańczyków do tego, co my nazywamy zabytkami. A więc nawet taksówkarz sam z siebie nie dowiedziałby się nigdy, gdzie są najważniejsze w jego mieście zabytki. gdyby nie jacyś dociekliwi turyści! To tak jakby warszawiak nie wiedział, gdzie są Łazienki, a krakowianin robiłby wielkie oczy zapytany o Wawel! To, co u nas jest zupełnie nie do pomyślenia i w głowie się najzwyczajniej nie mieści, tutaj jest najzupełniej normalne, zwyczajne i naturalne. Zabytki po prostu nie obchodzą Afrykańczyków wcale.
IMG_4250.jpg
pałac króla Traore w Sikasso

Miasta są w Afryce zjawiskiem dość nowym, w większości powstały za czasów kolonialnych, jedynie wielkie metropolie na wybrzeżach mogą pochwalić się nieco dłuższą historią, chociaż raczej niechlubną, bo związaną z niewolnictwem. To właśnie u wybrzeży Czarnego Lądu, okrągłych pięć wieków temu, powstała sieć niewolniczych portów. Przez całe długie stulecia ludność Afryki wiodła koczowniczy lub pół-koczowniczy żywot. Do ciągłej zmiany miejsca zmuszały ją nieustanne poszukiwanie wody, żyznej gleby, konieczność uciekania przed wybuchającymi tu i ówdzie epidemiami oraz bardzo liczne wtedy dzikie zwierzęta. Ludzie przemieszczali się zwykle w małych grupach, bo takie są bardziej mobilne i znacznie bardziej zintegrowane poczuciem wspólnoty. Tym migracjom nie było końca! Ciągle ktoś gdzieś się przenosił, poganiał osły, wielbłądy, krowy niosące z cały jego skromny dobytek z miejsca na miejsce, przez busz, przez sawannę, przez gęsty las deszczowy, przez pustynię. A gdy już trafiał na właściwe miejsce wszystko zaczynał od nowa. Na nowo budował szałasy dla rodziny, na nowo stawiał zagrodę dla zwierząt, aby znów po jakimś roku lub dwóch wszystko to zostawić i wynieść się gdzie pieprz rośnie. Ot tak i nie było po delikwencie śladu. Trudne warunki egzystencji, które zmuszały ludzi do takiego trybu życia nie sprzyjały rozwojowi kultury materialnej. Nikt nie budował żadnych trwałych budowli, bo po co, skoro wiadomo było z góry, że wkrótce je opuści. Nikt nie gromadził jakichś bogactw niezwykłych, bo niby w jakim celu, byłby to tylko dodatkowy bagaż, niepotrzebny balast, który trzeba by było potem nieść z miejsca na miejsce. Bogactwem było najczęściej bydło, bo to bogactwo może przemieszczać się samo. A jeśli już gdzieś trwałe konstrukcje powstawały to nikt nigdy nie przywiązywał się do nich, bo choć solidne i tak przesiąknięte były do szpiku tymczasowością i skazane na porzucenie, zapomnienie i zniszczenie. Stąd tak mało w Afryce zabytków, stąd zupełne niezrozumienie europejskiego za nimi ganiania i usilnego ich poszukiwania w każdym kącie.
Nie znaczy to bynajmniej, że Afryka to kontynent bez historii. Nic bardziej mylnego! Afryka jednak swą historię zamknęła nie w pałacach, zamkach i fortecach, czy też wspaniale urządzonych muzeach. W Afryce historia przemawia z opowieści wieczorami snutych przez starców pod rozłożystymi koronami drzew, przy dziatwie zaciekawionej do granic. W Afryce historia przechadza się niezliczonymi szlakami przez dziką, nieprzystępną przyrodę, szlakami, które kiedyś przemierzali koczownicy z pierwotnych plemion, a sieć tych migracji, poplątane te ich drogi są labiryntem nie do rozwikłania, w którym umysł europejski gubi się i błądzi, kluczy bez celu i zrozumienia. W Afryce historia jest pamięcią jej mieszkańców.
Stoję przed pałacem króla... i oczy przecieram z wrażenia. Budynek w niczym nie przypomina pałacu, jest takim sobie zwykłym, dwupiętrowym domem ulepionym z ziemi, gliny i kto tam wie z czego jeszcze. Z zewnątrz otynkowany zaprawą koloru czerwonej cegły. Nie to jednak zadziwia. W końcu dahomejskie pałace były jeszcze mniej imponujące. Kto by się jednak spodziewał, że w pałacu jednego z najbardziej znanych władców dawnego Mali mieszkają sobie w najlepsze jacyś ludzie, po dziedzińcu ganiają kozy i kury, bawią się dzieci, kobiety piorą w wielkich miskach i gotują obiad na węglach! Stoję w bezruchu z aparatem w ręku obezwładniona własnym zaskoczeniem. Mieszkańcy pałacu oderwani od swych zajęć niespodziewanym widokiem białego turysty wielkie mają oczy ze zdziwienia i uśmiechają się pytająco. Podbiega w końcu do mnie młoda dziewczyna i zaprasza do zwiedzania. Oprowadza mnie w tempie ekspresowym po komnatach, salach audiencyjnych, które są dziś po prostu czyimś prywatnymi domostwami. Taki los zabytków w Afryce.
Kupuję ananasa na targu i kilka dorodnych mango dla moich gościnnych gospodarzy. Godzina robi się późna czas wracać.

W typowym malijskim domku są dwa, a rzadziej trzy pokoiki. Czy mniejsze, czy większe to już zależy od konstrukcji, a ta jest zwykle prostokątna, klockowata z płaskim dachem i nieotynkowana. Ilość osób zamieszkujących taki domek jest nieograniczona. Różne widziałam konfiguracje, od licznych rodzin z mnogą dzieciarnią, po młodych i niezależnych żyjących samotnie. Nie sposób średniej wyciągnąć, nie sposób wspólnego mianownika znaleźć. W typowym malijskim domku nie ma toalety, nie ma też łazienki i kuchni. Za potrzebą trzeba się udać do wychodka wspólnego dla wszystkich mieszkańców podobnych domków, stłoczonych wokół niewielkiego dziedzińca. Jeśli prysznic brać to najpierw trzeba sobie wiaderko z wodą napełnić ze wspólnego dla wszystkich kranu, dumnie wyrastającego pośrodku placyku. Następnie zanieść sobie to wiaderko do kabiny, która ściana w ścianę sąsiaduje z wychodkiem. Kabina to zresztą złe słowo, bo tak naprawdę są to cztery betonowe ścianki zbudowane bez zbędnej staranności, w tym jedna z drzwiami z blachy falistej, których naturalnie od środka nie da się zamknąć. Aby uniknąć czyjegoś najścia, trzeba swoje ubrania przewiesić przez murek. Ten manewr jest możliwy, bo nad afrykańską kabiną prysznicową brak jest jakiegokolwiek zadaszenia. Pluska się człowiek pod gołym niebem i natychmiast wysycha w przyjemnym słonku. Wierzcie lub nie, ale to naprawdę wspaniałe! Podłoga takiej kabiny to także betonowa wylewka pełna nierówności, wybrzuszeń i zapadlin jakichś. Po środku wydrążony w niej kanał odprowadza zużytą wodę do toalety za ścianą. Proste i funkcjonalne - takie rozwiązania sprawdzają się w Afryce najlepiej.
Kiedy odświeżona wracam z natrysku z ręczniczkiem przewieszonym przez ramię, Natenin już zabiera się za gotowanie kolacji na tarasie wychodzącym na mieszkalny dziedziniec. Telewizor na drewnianym stołku wystawiony serwuje nigeryjskie seriale o niestrawnych perypetiach miłosnych. Natenin, podobnie jak cała Afryka, gotuje na rozżarzonych węglach błyskających czerwonością z małego, kwadratowego pojemnika z blachy. Noc gorąca, a węgielki jeszcze bardziej, co rusz posyłają w świat piekielne podmuchy. Garnek stawia się bezpośrednio na takiej wściekłej, rozpalonej kuchence i macha energicznie kawałkiem kartonu, by podtrzymać odpowiednią temperaturę. Tak właśnie wygląda afrykańska kuchnia. Natenin ma to szczęście, że stać ją na służącą. Posiadanie służby w Afryce nie jest zresztą przywilejem tylko bogatych. Nie brakuje chętnych by choćby za dach nad głową, wyżywienie i jakiś marny grosz wydostać się z przeludnionych wsi, gdzie brakuje jedzenia i wody, gdzie brakuje pracy, a każdy dzień jest walką o przetrwanie. Z Natenin mieszka także jej mała, dwuletnia córeczka i siostrzenica, która znalazła tu dom po śmierci swojej mamy.
Na dziedzińcu gwarno i wesoło. Pod rozgwieżdżonym niebem kobiety krzątają się przygotowując wieczorny posiłek, a mężczyźni wygodnie rozsiedli się na krzesłach, palą papierosy, dyskutują, oglądają telewizję, dzieci zaś biegają radośnie na plecach nosząc młodsze rodzeństwo.
Kolacja gotowa. Natenin stawia przede mną wielką miskę wypełnioną sałatą, pomidorami i ... mięsem. No właśnie mięsem! A ja przecież jestem wegetarianką i to ze stażem prawie dwuletnim. Patrzę na tę prawdziwą górę jedzenia, która przede mną wyrosła, na to mięso wysmażone i przyprawione wystawnie. W Afryce nasze polskie powiedzenie "gość w domu, Bóg w domu" jest rozumiane jak najbardziej dosłownie. Gościowi należy się to, co najlepsze, gościa trzeba rozpieszczać, trzeba koło niego skakać, trzeba go wszystkim obdarowywać, w myślach jego czytać, odgadywać i natychmiast zaspakajać wszelkie gościa pragnienia i zachcianki. Doskonale zdaję sobie sprawę, że mięso w Afryce jest prawdziwym rarytasem i w oczach ludzi najlepszym możliwym posiłkiem i że Natenin wykosztowała się zapewne na tę dzisiejszą ucztę. Uśmiecham się więc szeroko i zachwalam wspaniałą kolację, wegetarianizm mój schowawszy głęboko, przynajmniej na ten wieczór.
W Mali je się wspólnie, z jednej dużej miski. Nie ma talerzy, nie ma sztućców. Jest posiłek wspólnie dzielony, przeżywany i pakowany do buziaka prawą i tylko prawą ręką. Lewą należy trzymać pod stołem i choćby rwała się i szarpała, choćby nawet wydawała się zupełnie niezbędna w tej konsumpcji. Podobnie jak w krajach arabskich, a także w Indiach, lewa ręka uznawana jest za brudną, bo służy do załatwiania brudnych spraw, czyli podmywania się w toalecie. Jako że w większości krajów afrykańskich papier toaletowy jest albo nieznany albo zupełnie nieużywany, do toalety-wychodka-dziury w ziemi, chadza się zawsze z plastikową konewką-czajniczkiem pełnym wody.
Ową cenną umiejętność jedzenia prawą ręką nabyłam już w czasie poprzednich podróży do Indii to i radzę sobie zupełnie dobrze. O ile jednak Hindusi posługują się w tej misternej sztuce jedynie palcami, po małe sięgając, skromne kęsy, tak Murzyni bezkarnie biorą jedzenia pełną garść i pakują do ust bez skrępowania. Je się w Afryce pełną gębą i pełną garścią.
- Natenin? - zapytuję - Dlaczego twój mąż nie je z nami?
Natenin podnosi swoje piękne, wielkie oczy a ja w nich natychmiast dostrzegam zakłopotanie, a może coś więcej nawet, może żal, a nawet smutek.
- Mężczyźni w Mali nie jedzą wspólnie z kobietami - odpowiada.
No tak, myślę sobie, w końcu to kraj muzułmański, ależ wygłupiłam się z moim pytaniem.
- Zresztą - mówi dalej Natenin - mój mąż jest dziś u swojej pierwszej żony, u niej je, u niej będzie także nocował. Nie tak jak w Europie, u nas mężczyzna może mieć kilka żon.
Ach! Więc stąd zakłopotanie, stąd ta jakaś niepewność i cień żalu w jej głosie.
Poligamia jest w Afryce zjawiskiem powszechnym i to wcale nie ograniczonym jedynie do państw muzułmańskich. Od zawsze stanowiła element wielu plemiennych tradycji i obyczajów, była i jest pieczęcią nad ciężkim losem afrykańskich kobiet, często pozbawionych wielu podstawowych praw. Wraz z powolnym, ale jednak postępującym rozwojem, wzrastać zaczęła jednak także wśród Afrykanek świadomość, że może być przecież inaczej, że są miejsca na ziemi, gdzie kobiety cieszą się pełnią praw obywatelskich, gdzie swojego męża nie dzielą z innymi kobietami. Oumou Sangare, największa diva Mali i najbardziej po Cesarii Evorze znana afrykańska artystka, ze swojej kariery i muzyki uczyniła skuteczną broń na rzecz walki o prawa kobiet w Mali. Dziś Malijki są posłankami, pracują w ministerstwach i urzędach, mają prawo głosu, a wiele z nich robi wspaniałe kariery zawodowe, wciąż jest to jednak kropla w morzu potrzeb. Postęp techniczny i modernizacja nie idą w równym tempie z ewolucją świadomości. Od wieków kultywowane tradycje i obyczaje na zmianę potrzebują znacznie więcej czasu. W Afryce kobiety wciąż akceptują swój los, wciąż godzą się milcząco na poligamię, która przecież dotyka je tak samo jak dotykałaby nas.
Gdy zapada noc i pora robi się senna, Natenin pokazuje mi swoje wielkie, małżeńskie łóżko mówiąc, że to dla mnie, a sama z córeczką spać będzie na podłodze. Na nic protesty, na nic mój sprzeciw głośno zamanifestowany. Z Afrykańską gościnnością nikt nie zdoła wygrać.
IMG_4272.jpg
moja malijska rodzina

Wysłane przez aidni 3:05 PM Kategoria Mali Komentarze (1)

Dojechać do Mali

sunny 45 °C

MALI
A w Mali było mi jak w domu. Było mi swojsko, jakbym od zawsze w Mali mieszkała. Było mi gorąco i murzyńsko leniwie, było wesoło i nie brakowało przygód. Było afrykańsko gościnnie, było afrykańsko spontanicznie, kolorowo i wielokulturowo, szalenie, na wariackich papierach czasem, a czasem spokojnie i powolnie do bólu. W Mali znalazłam mój zachodnioafrykański koktajl, którym mogłabym upajać się długie lata, a oto moja malijska historia.

DOJECHAĆ DO MALI

Ryknął przeraźliwie silnik, zatrzęsła się blacha w bolesnych konwulsjach, wstrząsnęło pojazdem całym jakby dramatyczne szarpnęły nim torsje. W powietrze poszły kłęby czarnego dymu, gęstego jak smoła. Nareszcie po trzech, długich godzinach oczekiwania wyruszyłam do Sikasso.

Podróżowanie po Afryce jest szkołą cierpliwości, jest jej ćwiczeniem nieustanym, jest jej rozciąganiem do granic wyobraźni. Czeka się na wszystko, czeka się aż się pojazd wypcha pasażerem szczelnie, czeka się aż tobołkiem jakimś zapakuje każdy, najmniejszy kawałek wolnej przestrzeni pod siedzeniami, między siedzeniami, nad siedzeniami. Czeka się aż pakunki wszelkich rozmiarów, rodzajów i kształtów zamocowane zostaną sznurkiem do dachu; czeka się aż kierowca zapali papierosa i skończy pogawędkę z kolegą; czeka się aż w końcu przekręci kluczyk w stacyjce i uruchomi silnik, a gdy już serce człowieka rozgrzeje nadzieja rychłego odjazdu, jakaś nadzieja na zmianę krajobrazu za oknem, co zdążył się już znudzić, opatrzyć do cna, wtedy nierzadko okazuje się, że znów trzeba czekać, tym razem aż silnik naprawią lub inną usuną usterkę, a tych zazwyczaj nigdy nie brakuje. Ciągnie się to wszystko jak guma w obłędnym upale, człowiek siedzi ściśnięty na skrawku cienia i po prostu czeka. Bo jak mówią miejscowi: "Wy w Europie macie pieniądze a nie macie czasu, my zaś nie mamy pieniędzy ale za to czasu mamy pod dostatkiem!" Żyje się więc niespiesznie, spokojnie, w zwolnionym zupełnie tempie.
IMG_4242_bis.jpg
autobus do Sikasso
Takim czymś nie jechałam jeszcze nigdy! Nie sądziłam nawet, że gdziekolwiek na świecie coś takiego w ogóle może jakkolwiek się przemieszczać, pokonywać kilometry i to w dodatku w niemiłosiernym skwarze, jaki zna tylko Czarna Afryka. Nie ma jednak rzeczy niemożliwych dla burkińskich mechaników. Nie ma takiego pojazdu, którego nie zdołaliby wprawić w ruch, nie ma takiej usterki, której jakimś tylko sobie znanym sposobem nie byliby w stanie usunąć. W Burkina Faso żaden samochód nie ma prawa do zasłużonej emerytury, nie ma prawa spocząć sobie wygodnie na złomowisku, a nawet jeśli w geście rozpaczy odmówi posłuszeństwa, rozkraczy się na zawsze i powie zdecydowane "nie" dalszemu jeżdżeniu, natychmiast zostanie rozebrany na części pierwsze, podzielony na drobiazg, rozparcelowany, okradziony z każdej śrubki. A to, co się nie nada do naprawy innych, zmęczonych życiem samochodów, z powodzeniem zostanie wykorzystane jako budulec zupełnie innego pojazdu, który burkińscy mechanicy potrafią sklecić z odpadów, z przerdzewiałej blachy starego nadwozia, z kawałków dykty i innego rupiecia.
Takim autobusem właśnie, skleconych z resztek innych pojazdów, jadę do Sikasso, pierwszego mojego przystanku po malijskiej już stronie. Przez szpary w podłogowych deskach i płytach pilśniowych, którymi uzupełniono braki w podwoziu, widzę uciekającą, dziurawą drogę. Ściany kołyszą się na boki na każdym zakręcie i to w jak najbardziej dosłownym znaczeniu. Wszystko skrzypi, trzeszczy, pomrukuje i inne dziwne wydaje niepokojące odgłosy. Siedzimy ściśnięci, zgnieceni, upchnięci na twardych ławkach i z niepokojem patrzymy na sufit. Na dachu bowiem wieziemy całą górę wszelakiego bagażu i pakunków całe mnóstwo. Niektóre tobołki tak były ciężkie, że z ogromnym wysiłkiem wciągało je na dach ośmiu rosłych mężczyzn. Takiego obciążenia nie wytrzymałby żaden samochodowy dach, nawet najzupełniej nowy, a co tu dopiero mówić o takim zardzewiałym rupieciu jak nasz. Burkińscy konstruktorzy naszego pojazdu przewidzieli jednak taką ewentualność, znając afrykańskie realia transportowe, i podparli trzeszczący w posadach dach naszego autobusu na trzech żelaznych filarach.

Pot wielkimi kroplami ścieka z czoła, nim człowiek się obejrzy cały jest już mokry, bo nagrzana w słońcu blacha podnosi temperaturę, podkręca ją i wzmaga z każdym kilometrem. Można w siebie wlewać litry wody, ale ta natychmiast ucieka z ciała sprytnie wydostając się przez pory. Wszędzie wokół busz rozgrzany do czerwoności, wyschnięty krzak, rachityczne drzewka czerwona jak krew prawie ziemia. Jest godzina wczesno-popołudniowa, kiedy to upał jest najgorszy, najbardziej bezlitosny i najzupełniej nieznośny. Nasz wehikuł sunie powolnie w tym skwarze, jęczy boleśnie, trzęsie się i przechyla z jednej strony na drugą. Gdy w jakąś wpadnie dziurę, a tych w drodze nie brakuje, cały trzeszczy jakby zaraz rozpaść się miał na części. Każdy podjazd, pod najmniejsze nawet wzniesienie jest wysiłkiem ponad miarę. Wyje silnik, tempo jazdy spada gwałtownie, nasz wehikuł już nie jedzie, a pełznie, czołga się skargę wydając bolesną na każdym metrze. Nasz wehikuł jest zmęczony życiem, sklecony z kawałków, ulepiony z resztek po innych pojazdach, z ogromnym cierpiącym mozołem niesie w sobie historię wszystkich tych setek, tysięcy kilometrów, które sam już przebył i które, po tych nieznośnych, afrykańskich drogach przebyli jego przodkowie. Gdy już cel osiągnie, pokona wzniesienie i znów znajdzie się na prostej, staje umęczony i woła o wodę. Wtedy pomocnik kierowcy, jadący na stojąco w otwartych tylnych drzwiach, wysiada z wielkim kanistrem i biegnie i wlewa ochoczo zbawienne litry do gotującej się żywcem chłodnicy. I tak w kółko, bez przerwy, nagminnie, bez końca. Podjazd, pagórek, wzniesienie jakieś łagodne, a już stajemy, już się gotujemy, znów trzeba wodę wlewać, wodą wszystko chłodzić. Woda jest życiem nie tylko dla ludzi, zwierząt czy roślin, jest nią także, jak się okazało, dla pojazdów mechanicznych. Nasz autobus należycie schłodzony po męczącym podjeździe, choć wykończony zupełnie i stary, jakimś cudem jedzie dalej, a gdy chwilami droga niespodziewanie robi się lepsza, potrafi się nawet rozpędzić i jednym haustem łyknąć kilka kilometrów.
- Hola, hola! - wołają oburzeni pasażerowie, gdy pomocnik kierowcy cichaczem podpija sobie wodę z kanistra przeznaczonego dla autobusu, odwróciwszy się do wszystkich plecami. - A co będzie jak wody dla samochodu zabraknie?! Staniemy w buszu i ugotujemy się żywcem w słońcu! - protestują.
W ścisku i tłoku zupełnym, jednym pośladkiem prawie siedząc na ruszającej się bocznej ścianie naszego pojazdu, konwersuję z Mohamedem, którego poznałam jeszcze na dworcu w Bobo Dioulasso. Wspólnie jakoś przetrwaliśmy tam długie godziny oczekiwania na naprawę silnika, wspólnie próbujemy teraz przetrwać podróż rozklekotanym pojazdem burkińskim. Mohamed jest pisarzem, człowiekiem oczytanym i biegłym w afrykańskiej literaturze i filmografii. Walcząc z wertepami i ruchomością zupełną wszystkich elementów składających się na nasz autobus, próbuję notować nazwiska autorów i tytuły książek, które muszę gdzieś dopaść. A problem z tym jest niemały, bo w Afryce książek drukuje się ilości śladowe, wszyscy publikują swe dzieła we Francji lub Wielkiej Brytanii, bo tam ludzie książki czytają. W Afryce, gdzie analfabetyzm rozpleniony jest jak zaraza jakaś, czyta się mało, jeśli nie wcale, a do tego w ogóle tradycji czytania nie ma. Jeśli nawet kto potrafi nie czyta, bo po co. W Afryce wszystko przekazuje się z ust do ust, opowieść snując długą, a pamięć murzyńska tak jest pojemna i tak fantastycznie sprawna, że zapisywać niczego nie trzeba, bo i tak wszystko się pamięta więc po co.
Raptem trach stajemy w buszu znienacka. Kierowca zły, naburmuszony i wściekły jakiś, wyskakuje trzaskając drzwiami.
- Nie da rady tak jechać, kiedy hamulce już prawie wysiadły! - krzyczy do pomocnika.
No nie da rady, zgadzam się całkowicie, tylko co tu teraz robić, kiedy wszędzie rozpalony w żarze busz, cienia ani śladu, a wody tym bardziej. Nie ma gdzie się schronić w oczekiwaniu na naprawę, nie ma gdzie przysiąść bo wszędzie słońce, słońce, słońce. Kierowca wraz z pomocnikiem wywala wprost na drogę różne narzędzia, kawałki szmat, sznurki jakieś i druty, wszystko może się przydać w tworzeniu kolejnego dzieła burkińskiej sztuki naprawczej. Zakasują rękawy i znikają pod autobusem. Mohamed rozkłada swoją matę z wymalowanym na niej pięknym, odległym jakimś meczetem i rozpoczyna swoją pełną nadzwyczajnej godności modlitwę do Allacha, bo akurat awaria nam się trafiła w porze modlitewnej. Inni pasażerowie poznikali gdzieś w buszu, powciskali się między gałązki, przykucnęli, skulili w kłębek by zmieścić się jakoś w koronkowym cieniu krzaków. Kobiety zaradnie rozwinęły chusty, które wiążą zazwyczaj w wymyślne sploty i węzły na głowach, i zahaczywszy je o strzępy wyschniętej roślinności, potworzyły kolorowe baldachimy i parasole, wyrwały naturze kawałek zbawiennego cienia. A człowiek biały bezradnie zupełnie stanął na drodze i patrzy i nie wie gdzie się podziać, gdzie się wcisnąć. Gdzieś tam wypatrzył kamień, poszedł, usiadł i natychmiast podskoczył boleśnie oparzony. To gdzieś znowu odkrył małe drzewko na niewielkiej skarpie próbuje się wspiąć, ale ziemia spod nóg się osuwa, chwycić się nie ma czego, bo wszystko kolczaste, ostre i nieprzyjazne, wyschnięte na wiór. Cały upaprany czerwoną ziemią, zrezygnowany wyciąga aparat by nudę zabić parą pstryknięć.
A naprawa? Naprawa ciągnie się i dłuży i końca nie ma jak sięgający horyzontu busz. Po jakiejś godzinie, znienacka zjawia się inny autobus jadący w przeciwnym kierunku. Wyskakuje z niego ochoczo kierowca i jego pomocnik. Są wylewne powitania z naszymi brudnymi od smaru mechanikami z konieczności i cała czwórka znika pod naszym autobusem zaopatrzona w nowe narzędzia, strzępy szmat, sznurków i drutów.
W Afryce człowiek w potrzebie może zawsze liczyć na pomoc swojego pobratymca, liczyć może automatycznie i niezawodnie. W Afryce gdy kogoś spotyka nieszczęście jakieś, jakiś problem podcina nogi, zaraz skądś, gdzieś, jakoś tak zupełnie naturalnie wyskakuje ktoś i pomaga i cieszy się, że pomóc może i jakimś cudem zawsze ma przy sobie coś, co może problem rozwiązać. Z naszego autobusu wybawcy wylewa się tymczasem tłumek pasażerów. Zgnieceni przez ileś tam godzin prostują się teraz i przeciągają, patrzą tępym wzrokiem na zalany w słońcu busz i krzywią się i grymaszą na perspektywę długiego w gorącu czekania.
Mija kolejna długa, upalna godzina. Spod autobusu wypełzają kierowcy i ich pomocnicy, dyskutują, palą papierosy, naradzają się, jeden drugiemu coś dokładnie tłumaczy, jakieś schematy rysuje ręką w powietrzu. Autobus pomocnik wkrótce odjeżdża, a nasz kierowca znów znika we wnętrznościach, chorego ze starości pojazdu. Kończę ostatni woreczek wody i już wiem, że jeśli zaraz nie ruszymy to będzie źle, bo bez wody w Afryce zawsze jest źle.
Z letargu tępego oczekiwania w skwarze aż coś się zdarzy, wyrywa wszystkich krzyk kierowcy i jego niecierpliwe poganianie. Znów jedziemy. Bezcenny powiew z okna delikatnie chłodzi ciało, znów jedziemy i tyle człowiekowi potrzebne do szczęścia, nic więcej.

Czy to od tego upału, czy też od ruchomości nadwozia i obciążonego ponad miarę dachu, a może od tego wszystkiego naraz, w czasie drogi zaczynają nagle pękać spoiny, które wiążą owe trzy żelazne filary chroniące nas przed zmiażdżeniem potężnym ładunkiem bagażu nad naszymi głowami. Lament podnosi się wśród pasażerów, lament i paniczne krzyki. Filary skrzypią i drgają z lekka. Ludzie wstają, przyglądają się pęknięciom z bliska, kręcą głowami i z niepokojem spoglądają na dach. - Panie kierowco, niech pan coś z tym zrobi, zanim nam ten śmiercionośny ładunek spadnie na głowę! - krzyczą. Kierowca zatrzymuje pojazd, przeciska się między stłoczonymi pasażerami i energicznie szarpie jeden z filarów, a jako że nie zdołał go całkowicie oderwać uznał z rozbrajającym uśmiechem, że przecież konstrukcja jest solidna i nie ma prawa się zawalić. Jedziemy więc dalej. Pasażerowie siedzący w bezpośrednim sąsiedztwie felernych filarów, podtrzymują je rękoma, stale monitorując stan spoin.
- Panie kierowco - drwiąco pokrzykują - Czy ta pana zgnilizna w ogóle ma szansę do Mali dojechać?
- Jeśli taka będzie wola Allacha to się jakoś doczołga! - odpowiada z uśmiechem kierowca, po burkińsku radośnie i całkowicie beztrosko.
Żegnam się z Mahomedem, który zwinnym susem wyskakuje gdzieś po drodze i kiedy dopiero co z zadowoleniem zdążyłam się powiercić i nacieszyć większą przestrzenią na mym siedzeniu już dokwaterowano mi grubasa potężnego, bez przerwy zajadającego się jakimiś przysmakami i przekąskami, że aż z okna dokonałam zakupu pączków i oddałam mu połowę. Grubas jednak zajmuje znacznie więcej miejsca niż taki szczupły pisarz, artysta Mohamed, więc jeszcze bardziej jestem zgnieciona. Ale po tylu godzinach drogi człowiek już nic nie czuje, tkwi w letargu i wyczekuje na koniec. No właśnie po ilu godzinach? Zbliża się zmierzch, upływa 6 godzina drogi, a jeśli doliczyć 3 godziny czekania na wyjazd z dworca to podróż trwa już ich prawie 9! Wieczór ma jednak tę zaletę, że słońce już słabe, już chowa się za horyzontem, powietrze robi się chłodniejsze. Najgorsze za nami, teraz trzeba tylko jechać, jechać i oby dojechać.
Kiedy docieramy na granicę z Mali jest już prawie ciemno i na dobre zbliża się czarna, afrykańska noc. Paszport opieczętowany, zbadany dokładnie, przeanalizowany w szczegółach dostaję z uśmiechem pogranicznika: - Witamy w Mali! Życzymy Madame udanego pobytu i jak najlepszych wrażeń z podróży.
Podczas gdy celnicy buszują w stercie tobołków na dachu szukając jakichś skarbów do oclenia, zapalam papierosa i zabieram się za studiowanie stanu technicznego naszego autobusu. Przyglądam się pękającym spoinom, zaglądam pod podwozie, dotykam, macam, ciekawsko rzucam okiem w różne zakamarki.
- Czego Madame tak tam szuka? - zapytuje kierowca.
- Niczego nie szukam - odpowiadam - Patrzę sobie tylko jak to się wszystko trzyma się tak razem w kupie i czy jest szansa, że się na kawałki nie rozpadnie na drodze, nie rozleci z trzaskiem jak rozbity wazon.
- Ale nie ma co patrzeć tylko już szybko wsiadać, wszystko solidne, bardzo dobrze zespawane - odpowiada z uśmiechem kierowca, jakby sam własnym słowom nie wierzył.
Kiedy już zabieramy się do ponownego upchnięcia się na naszych skrawkach siedzeń, podbiega do mnie pomocnik kierowcy - Madame - mówi - dyrektor celny chce się z Madame natychmiast porozmawiać.
Idę nie zwlekając i zachodzę w głowę, co może ode mnie chcieć malijski dyrektor celny! Przecież nie wwożę nie wiadomo czego, a z wszystkich rzeczy jakie mam, jako taką wartość ma jedynie aparat fotograficzny i tabletki przeciwmalaryczne.
Dyrektor wita się ze mną grzecznie, uprzejmie. Czysty jest taki i wymyty i pachnący, wypoczęty i elegancki, całkowite moje przeciwieństwo. Aż głupio czuję się z tym włosem moim rozwichrzonym, przepoconą koszulką i brudnymi spodniami.
- Czy Madame podróżuje tamtą ruiną do Sikasso?
- Tak, to mój pojazd.
Kusube, bo tak miał na imię, kręci głową, wzdycha i coś mruczy pod nosem, po czym wydaje dyrektorski rozkaz pomocnikowi kierowcy, który z zaciekawieniem śledzi przebieg wypadków.
- Przynieś mi natychmiast wszystkie bagaże Madame tutaj!
No chyba nie będzie mnie teraz przeszukiwał! - Ale dlaczego? Nie ma takiej potrzeby - protestuję.
- Proszę się nie obawiać. Ja nie mogę po prostu pozwolić aby Madame wjechała do mojego kraju takim czymś, taką zupełną ruiną, takim rupieciem zardzewiałym! Nie mogę i już! Pojedzie Madame ze mną moim służbowym mercedesem, to mój patriotyczny obowiązek, proszę nie odmawiać.
I tak oto z rozpadającego się na części burkińskiego autobusu, z tłoku, ścisku, przesiadłam się na wygodne...ach! co ja piszę! Na obrzydliwie wygodne, paskudnie komfortowe, ordynarnie przepastne siedzenie mercedesa i nawet nogi mogłam sobie bezwstydnie wyciągnąć.
Kusube spełnił swój patriotyczny obowiązek, a ja wreszcie dotarłam do Sikasso. Pokonanie 200km zajęło mi w sumie 12 godzin.

Wysłane przez aidni 5:51 AM Kategoria Mali Komentarze (0)

(Wpisy 1 - 3 z 3) Strona [1]