Travellerspoint Blogi z podróży

Malawi

INTO THE WEST

sunny 34 °C

INTO THE WEST

Odcinek mojej afrykanskiej trasy, z Addis Ababy do Lilongwe, ktora samotnie pokonalam w trzy miesiace, Boeing Ethiopian Airlines lyknal w cztery godziny.
Lecielismy nad poludniowa Tanzania z jej bagnami i rozlewiskami, lecielismy nad masajskim stepem na polnocy, lecielismy nad nowoczesnym Nairobi i "ziemia zapomniana", ktorej mieszkancy za Kenie nie uznaja, tylko Ugande minelismy skrzetnie. Zostawilismy daleko doline Omo i plemiona, ktore zyja tam niezmiennie od stuleci. I znow znalazlam sie w Addis Ababie, choc tym razem na jedna noc tylko, w przelocie, dnia nastepnego, z samego rana samolot lapiac do stolicy Ghany.
Cala te droge siedzialam owinieta kocykiem, przytulona do okna. Przed moimi oczami defilowaly, jak pokaz slajdow, wschodnioafrykanskie wspomnienia. Po raz pierwszy chyba uswiadomilam sobie, ze minely juz 4 miesiace od kiedy wyruszylam w moja podroz na Czarny Lad, ze wlasnie znalazlam sie dokladnie w jej polowie.
Palace slonce i bezkresne piaski Sahary, rejs feluka po Nilu, spadajace gwiazdy nad jeziorem Nasser i pyszne daktyle podarowane mi na sniadanie przez Sudanczyka, co wraz z nami plynal do Wadi Halfa; szalenczy rajd po najgorszej drodze swiata do Dongoli, piasek w oczach, gardle, piasek na calym ciele i fatalne w Chartumie aresztowanie, a tu juz rozbrykane dzelady na fantastycznych, pionowych urwiskach gor Simien, Haile nasz przewodnik, dzieci sprzedajace welniane czapeczki i dziewczynka z rozszarpanym przez psa udem; pierwsze hipopotamy ujrzane w jeziorze Tana i zachwycajace skarby Lalibeli, wspaniali polscy podroznicy Iza i Kamil na swym motorze, wspolne asystowanie przy karmieniu hien, powrot Bartka do Polski wczesno-poranna pora i poczatek mojej samotnej drogi przez Czarny Lad; dluga jazda w ciasnym autobusie do Doliny Omo, prahistoria ludzkosci ujrzana w oczach kobiety z plemienia Hamer, nadzwyczajne spotkanie ze Slawkiem w Key Afar, rajd ciezarowka do Yabello okrakiem siedzac na workach ze zbozem i niezapomniana przeprawa lorri przez bezdroza polnocnej Kenii, piekne afrykanskie kobiety z Isiolo w swych tradycyjnych strojach i w swym tradycyjnym tancu, nowoczene Nairobi i pierwsza tak daleko od domu spedzona Wigilia, rozmowa z mama przez skype'a i kamerke, pierwsze spotkanie z zyrafami i zebrami, moja magiczna noc nad jeziorem, ktore mialam tylko dla siebie; dobroc i goscinnosc rodziny Obede z Nakuru, a potem obledna zielonosc Ugandy i pelne wzruszenia chwile u zrodla Nilu, nieznosna Kampala i szalona bananowa ciezarowka z pijanym kierowca w okolicach Fort Portal, czarno-biale malpki buszujace nad moim namoitem, przyjaciele z Edirissa Museum w Kabale, przeprawa kanoe przez gladkie jak lustro jezioro Bunyonyi i wulkan Sabinyo, ktory wycisnal ze mnie wszystkie soki, usmiecha sie do mnie dziwczynka z bananami, co jakims czarem mnie omotala i sprzedala dwa bananaow kiscie po zawyzonej cenie, no i chyba najwolniejszy internet na swiecie; w koncu wyspy Sesse, gdzie bezskutecznie szukalam slonca i goraca, ale w zamian znalazlam Bery'ego o wielkim sercu i skarbnice afrykanskich opowiesci - Rose, taaaak,a potem byl przeciez bananowy rejs na pokladzie Victorii i po Wiktorii i Niamissi, moja goscinna przyjaciolka z Bukoby, pierwsze afrykanskich robakow chrupanie, Krater Ngorongoro jakby z innego swiata i Kilimandzaro o wschodzie slonca, wiza do Ghany wymuszony powrot do Nairobi i ponowne spotkanie z Ruth Obede, moje kochane Dar es Salaam i usmiech Akara - mojego masajskiego przyjaciela z Bagamoyo, a potem dlugie czekanie na pociag do Mbeya, magiczne jezioro Malawi i slon co stanal na mej drodze, Jonas z ktorym bujalam sie na hamaku wspolnie wspominajac wszystkie podroznicze wpadki, Dalya, ktora nauczyla mnie grac w bao i Japonka Kazumi, ktora wciaz spotykalam na mej drodze, w koncu bezduszne Lilongwe i chyba najmniejsze lotnisko swiata...
Wspomnienia jak gwiazdy na niebie, nie potrafie ich zliczyc, ani wymienic. Patrze na nie tak, jak patrzy sie na nocne niebo, patrze i cofam sie w czasie. Wypelnia mnie calkowicie uczucie ogromnej wdziecznosci, za to wielkie bogactwo, ktore podarowala mi Afryka, bogactwo, ktorego nie mozna wycenic, przeliczyc na zlotowki, czy dolary. Bogactwo tak nieuchwytne i niezmierzalne jak gwiazdy rozsypane na wielkim niebie, a miec to niebo teraz w sobie to jest przeogromny dar. To wlasnie sprawia, ze tak kocham podrozowac, ze bedac w drodze znajduje swoje spelnienie. Poniewaz przemierzajac swiat uczestnicze w jego roznorodnosci, w tej zachwycajacej mozaice krajobrazow, ludzi, kultur i tradycji, jest to jedyne bogactwo, ktorego lakne, ktorego szukam, ktorego cala dusza pragne. Bogactwo, ktorego nie mozna dotknac, bogactwo, ktorego nie mozna zobaczyc na stanie konta, ktorego nigdy nie mozna posiasc, a jedynie doswiadczyc, a jedynie wspoltworzyc i w nim uczestniczyc.
Kazde uderzenie serca, kazdy oddech, kada mysl i kazde uczucie, sa dzis z glebi duszy plynacym podziekowaniem do Stworcy za piekno tego swiata, za Afryke, za te moja po niej mala Odyseje.

Wysłane przez aidni 6:11 AM Kategoria Malawi Komentarze (0)

Z notatnika wschodnioafrykanskiego - MUZYKA

sunny 33 °C

MUZYKA
Muzyka, glosna i rytmiczna jest wszchobecnym elementem afrykanskiego pejzazu. Sklepy muzyczne wystawiaja na chodnik potezne kolumny (choc czesciej wystawiaja je po prostu na ulice, jako ze chodnik jest wciaz w Afryce zjawiskiem marginalnym) zagluszajac skutecznie wszystko wokol. Gdy sie kolo nich przechodzi trzeba uszy zatykac, bo inaczej po prostu sie nie da, a zabieg ten ochronny budzi wielka wesolosc wsrod miejscowych. Nie inaczej jest w minibusach i autobusach! Biada temu, kto siedzi przy kierowcy lub nad glowa ma glosnik. Wbijaja sie w mozg jak igly piskliwe, kobiece zawodzenia, jak prad porazaja skrzeczace i harczace basy. Bo nie jest wazna jakosc dzwieku tylko zeby bylo slychac wszedzie, aby slyszec mogl kazdy nawet jesli wcale nie chce. Trzeba to przyjac, zaakceptowac, bo inaczej sie w Afryce nie przetrwa. Sa jednak ewidentne plusy tej muzycznie halasliwej strony Czarnego Ladu. Ludzie spiewaja na ulicach tak calkiem prywatnie, tylko dla siebie. Spiewaja pracujac w polu, gotujac obiad, ukladajac towary na sklepowych polkach. Bez zazenowania, bez krepowania sie czyims przypadkowym podsluchaniem. Gdy ze skrzeczacych glosnikow minibusa rozbrzmiewa wlasnie jakas piesn religijna, w dobrym tonie jest natychmiast melodie podlapac i spiewac ile sil w gardle, chcby sie i wcale nie umialo. Zupelnie oczywiste i naturalne jest takze tanczenie, a scislej rzecz ujmujac podrygiwanie do zadslyszanej piosenki, jakiegos akurat w radiu puszczanego przeboju, czyjegos pod nosem nucenia. Kiedy spacerujac po wioskach polozonych u stop wulkanow Virunga w poludniowej Ugandzie, spotkane po drodze dzieci spiewalay mi na pozegnanie piosenke i ja tanczyc zaczelam do rytmu tym powszechnym, afrykanskim zwyczajem. Kiwajaco - podrygujacym krokiem oddalalam sie powoli, a ludzie ze mna zaczynali tanczyc i klaskac i spiewac z wielkiej radosci. Muzyka plynie w afrykanskich zylach, wartkim, rytmicznym strumieniem.

TELEFONY KOMORKOWE

Afryke cala ogarnal bezsprzecznie, granic niemajacy zadnych, komorkowy szal. Telefony komorkowe sa po prostu wszedzie i kazdy szanujacy sie Afrykanczyk ma swoja komorke. Nie wazne czy mieszka w lepiance krytej strzcha, czy ma domek przyzwoity, murowany, czy jezdzi na osilku, czy tez toyota. Komorki latwiej sa w Afryce dostepne niz elektrycznosc i nie nalezy do rzadkosci widok, ze na ciemnych, wieczornych ulicach ludzie oswietalaja sobie droge telefonami. Czesto takze w domu nie ma pradu, by komorke naladowac, ale i to nie jest przeszkoda dla posiadania telefonu. Wszedzie jest bowiem pelno punktow uslugowych, gdzie za niewielka oplata mozna baterie podladowac, nawet na wsiach. Zazwyczaj jest to wystawiany na zewnatrz budynku stol, na ktorym pietrza sie trojniki z powtykanymi we wszystkie gniazdka przeroznymi ladowarkami i chyba nie ma takiego modelu telefonu, do ktorego brakowaloby tu ladowarki.
W dobrym tonie jest komplementowanie cudzej komorki. "Bardzo fajny telefon", "ma pani piekny telefon Madame", lub inne zwroty tego typu przyjmowane sa z radoscia i wdziecznoscia, zupelnie jakby byly klasycznymi komplementami dotyczacymi ubioru, wygladu, czy tez innych godnych komplementow spraw.
Sieci komorkowe na stale wpisaly sie takze w afrykanski krajobraz i to w znaczeniu jak najbardziej doslownym. Wiekszosc wsi i miasteczek przybrala bowiem kolory wiodacych operatorow. Cale domy i domki wymalowane sa w barwy, logo i hasla reklamowe. Jest to zjawisko tak powszechne, ze praktycznie wszystkie afrykanskie miasteczka wygladaja tak samo i w tych samych maluja sie kolorach. Na wzgorzach i pagorkach, a czasem o zgrozo na sawannie wsrod pieknych akacji, strasza maszty przkaznikowe. Puszczanie muzyki z komorek nalezy do najbardziej dostepnych rozrywek i niekogo nie dziwi ani nie drazni, a znalezienie gdzie telefonu stacjonarnego nalezy do rzadkosci. Po Afryce podrozuje sie dzis wsrod melodii komorkowych dzwonkow, telefony komorkowe po prostu zawladnely calym kontynentem.

Wysłane przez aidni 6:09 AM Kategoria Malawi Komentarze (0)

Malawi - czesc 5 MONKEY BAY

Trasa Malawi: wjazd 13.02.2009, wyjazd 05.03.2009 - Songwe bridge border - Karonga - Chitimba - Livingstonia - Vwaza Marsh NR - Nkhata Bay - Monkey Bay - Liwonde NP - Lilongwe

sunny 33 °C

BAOBABY Z MONKEY BAY
Z wszystkich drzew afrykanskich najbardziej pokochalam baobaby, a baobaby to drzewa afrykanskie par excellence!Wytrzymale i do trudnych warunkow przywykle. Postawne, zdeterminowane, nie dajace sie zlamac choc targaja nimi wichury i ostre deszcze. Baobab stoi niewzruszony tak, jakby przyroda z cala swa gwaltownoscia i zywiolami nie dotyczyla go wcale. Baobab jest jak afrykanski lud, ktory laczy w sobie wielka sile i nadzwyczajana odpornosc, baobab jest swoistym Afryki symbolem. Jadac na Czarny Lad mialam dwa ciche marzenia: chcialam zobaczyc jezioro pelne flamingow i przytulic sie do baobabu. Oba te marzenia sie spelnily, pierwsze w Tanzanii a drugie tutaj, w Malawi.
Niedaleko kempingu, na uroczym jeziora brzegu, gdzie zatrzymalam sie wraz z Dalya, jest baobabow pokazna kolekcja. Wybraly sobie teren bagnisty, podmokly i rozsiadly sie nim wygodnie jak przekupki na targu na swoich ananasach.
Baobab baobabowi nierowny, kazdy ma swoj ksztalt, swoja baobabia, niepowtarzalna osobowosc. Oto jeden powiedzmy klasyczny: pekaty pien, gladka, szara pociagniety kora, z czubka zas wyrastaja mu galazki na wszystkie swiata strony, rachityczne takie jakies, co niemarawo prezentuja sie na tle pokaznej podstawy. Zaraz obok baobab wielki jak dinozaur i wiekiem sedziwy. Z prawej strony ogromna wypuscil galaz nad sama ziemia, jakby chcial jej dotknac, ale w ostatniej chwili zmienil zdanie. Wdrapujemy sie na nia z Dalya na zmiane i zdjec robimy cala mase. Mieszkancy dwoch malych domkow, co w sasiedztwie baobaba – olbrzyma wyrosly, wychodza na prog zdziwieni naszym malym teatrzykiem tak jak i my bylibysmy zdziwieni na widok Murzynow wdrapujacych sie na sosne lub dab, tryskajacych przy tym radoscia jakby spotkalo ich cos zupelnie niezwyklego. Troche dalej kolejny baobab, tym razem indywidualista, co to nie da sie podejsc usadowiwszy sie na bagnie i odgrodziwszy sie od reszty swiata gestym murem wysokiej trawy i innego zielska. Jak to indywidaualista postac przybral nietypowa. Babobabi zachowujac pien pekaty i potezny, ogromna galaz spuscil az do ziemi, jakby przeczac porzekaldlu, ze baobaby to drzewa, co rosna korzeniami do gory (powiedzenie to odnosi sie do typowego ksztaltu baobabow, gdzie cienkie i bogato rozbudowane galezie pna sie wysoko i kontrastuja z wielagchnym pniem). Baobaby o wschodzie slonca, baobaby o zachodzie, baobaby w drodze do miasteczka, baobaby w drodze powrotnej na kemping. W Monkey Bay spotkala mnie nieoczekiwana baobabia uczta. Do tej pory widywalam je z okien autobusow pedzacych bez litosci, z pociagu, lecz zdjecia nie zdolalam zrobic. Tuaj moglam podejsc do nich blisko, dotknac ich, wczolgac sie na ich galezie, patrzec i dziwic sie do woli.
IMG_2899_bis.jpg
IMG_2917_bis.jpg
IMG_2923_bis.jpg
baobaby z Monkey Bay

NIESPELNIONE MARZENIE O LENIWYM POPOLUDNIU
Plan byl prosty, mialysmy wypic zimna cole, powalesac sie po okolicy, a reszte dnia spedzic beztrosko, wygodnie w hamaku, wpatrujac sie w magiczne jezioro. Bezwstydnie, ordynarnie, na oczach calego swiata po prostu sie nudzac! Bo i nuda jest czasem potrzebna, a tak dla rownowagi, dla zachowania w przyrodzie i zyciu wlasciwych proporcji. Chciec sobie jednak mozna, ale coz z tego gdy los zupelnie inny przygotowal dla nas plan.
Monkey Bay spodobalo mi sie od razu. Turystycznie dziewicze, uroczo male, malowniczo skryte w cieniu mangowcow. Nic tylko przejsc sie do portowej zatoczki, rzucic troche okiem na okolice, na jakies wzgorze sie wdrapac, by dla owego rzucania okiem lepsza zyskac perspektywe. Obchdzimy port z lewej strony, niespiesznie podazajac asfaltowa droga az ta raptem konczy sie wojskowym szlabanem zolnierzem w mundurze i wielkim napisem „zakaz wstepu”. – Ale jak to tak?! Baze wojskowa robic a tak pieknym miejscu, a mysmy chcialy pospacerowac, zatoczke zobaczyc!
- Widzicie tego pawiana tam na gorze?- pyta zolnierz, a jako ze to Afryka w koncu to pawian jest tu stworzeniem pospolitym jak dachowiec jakis zwykly w ojczystych stronach – idzcie ta sciezka, a traficie na punkt widokowy.
Idziemy wiec za pawianem, a towarzyszy nam do granic zaciekawiona, miejscowa dzieciarniania co rusz askakujaca w kadr, wieszajaca sie na rekach, na plecaku, trzymajaca za spodnie byle tylko sie z muzungiem zaprzyjaznic. Sciezka stromo wije sie pod gore, po kamieniach tak nieraz ogromnych, ze trzeba sie na nie doslownie wspinac jak na skalki. Punkt widokowy znajdujemy bez wiekszych klopotow i choc widok faktycznie jest piekny to nie to miejsce zapisalo sie w naszej pamieci jako jedno z najbardziej malowniczych w calej Afryce.
Idac dalej sciezka z gory zauwazamy dachy glinianych chatek zrobione z miejscowej strzechy. Wygladaja zupelnie jak otaczajace je zewszad ogromne glazy i za glazy w pierwszej chwili mozna je uznac. Zbaczamy z glownej sciezki, ktora pnie sie dalej stromo i schodzimy przyjrzec im sie z bliska. I tak oto trafiamy do malenkiej rybackiej wioski nad brzegiem czystego jak krysztal jeziora Malawi. Woda mieni sie na przerozne odcienie blekitu. Kolorowe rybki plywaja obok wielkich kamieni lezacych na dnie, a to widac tu golym okiem. Na piaszczystym brzegu rybacy rozlozyli czerwone i biale sieci, przykucneli wspolnie sprawdzajac pieczolowicie czy nie sa gdzie uszkodzone. Tuz obok na dlugich drewnianych platformach, przypominajacych w rzedy poustawiane stoly, susza sie ryby. Bo ryby w Afryce rzadko sie gotuje, suszy sie je w palacym sloncu, w sloncu sie je wypieka. Waskie uliczki miedzy chatkami wija sie, krete, piaszczyste, zacienione. Kobiety przygotowuja posilek skladajacy sie z sima (ugali) w rybnym badz miesnym sosie.Zaskoczone naszym widokiem zrywaja sie z miejsc i zdziwienie swe powstrzymujac witaja nas usmiechami i afrykanskimi pozdrowieniami. Z pustych uliczek wybiegaja jak spod ziemi dzieci raczki pakujac do buzi z wielkich emocji, co rodza sie z tak nieoczekiwanych odwiedzin.
Wioska polozona jest w malej zatoczce, w jej zacieninym skrawku rybacy naprawiaja swoje kanoe-dlubanki nim wieczorem znow wyrusza na nocne polowy. Wszystko to skapane w intensywnym sloncu tworzy obraz pelen barw, swiatla i spokoju ze wprost oczu nie mozna oderwac. Stoimy jak zahipnotyzowane i choc kazdy centymetr tej wspanialej przestrzeni wola o zdjecie, to w pierwszej chwili robic ich po prostu nie potrafie, sama wzrokiem nie mogac ogarnac tak fantastycznego pejzazu. Widzac nasza fascynacje jeden z rybakow, nienanganna jak na malawijskie standardy angielszczyzna, zacheca nas do odwiedzenia kolejnych dwoch wiosek. Namawiac nie trzeba nas dwa razy, tym bardziej, ze w ostatniej z nich jest ponoc nawet restauracja, wiec bedzie gdzie lokalny obiad zjesc. Ruszamy z powrotem na glowna sciezke i wspinamy sie wytrwale po rozgrzanych, tlustych kamulcach. Pomagamy sobie rekoma, bo inaczej sie nie da,a doladnie rzecz ujmjac da sie, choc sztuka ta pozsotanie dla mnie zawsze tajemnica. Gdy docieramy do drugiej wioski mijamy bowiem kobiety z koszami roznistych roznosci na glowach udajace sie do Monkey Bay na targ, boso stapaja zwinnie i do pokonania tej drogi rekoma nie potrzebuja sobie pomagac.
IMG_2862_bis.jpg
IMG_2866_bis.jpg
IMG_2882_bis.jpg
IMG_2876_bis.jpg
w rybackiej wiosce
Wioska okazuje sie byc moze bardziej jeszcze malownicza od swej poprzedniczki, choc malutka i chatek ma niewiele. Pozdrawiane i serdecznie witane przechodzimy miedzy glinianymi domkami, wychodzac na kukurydziane pola szeroko rozrosle pod blekitnym niebem, u stop zielonych wzgorz. Idziemy wsrod tej kipiacej w sloncu zieleni dluzsza chwile nim docieramy do ostatniej z wiosek zarekomendowanych nam przez symaptycznego rybaka. Glodne juz jestesmy nie na zarty, bo godzina mocno juz popoludniowa, wiec cieszymy sie ze to juz ta wioska z restauracja. Wioska to jednak takze rozmiarami z calej trojki najwieksza, wiec bez klopotow gubimy sie w labiryncie sciezek, uliczek, domkow ciasno ze soba zestawionych. Z pomoca mieszkancow trafiamy do restauracji ale tak jednak dzis nic nie serwuje, co za rozczarowanie! Burzowe pomruki slychac z daleka. Nie ma czasu na rozmyslanie, kupujemy na targu troche lokalnych przekasek w towarzystwie chyba calej, wioskowej dzieciarni. Dzieci odprpwadzaja nas z powrotem na droge, gdzie po wielkim mangowcem funduje im spektakl ulubiony wszystkich afrykanskich malcow : smarowanie sie kremem przeciwslonecznym. Na koniec spektaklu chlapne zawsze ktoremus z czarniutkich maluchow biala substancja prosto w nosek, albo czolko wyrywajac go tym samym nieoczekiwanie z tego hupnotycznego wrecz zapatrzenia w ten egzotyczny dla nich rytual. Pisk, krzyk, w panice uciekanie na wszystkie strony. Ale za tym strachem radocha kryje sie ogromna, oczy rozpromienione szczesciem wygladaja zza krzakow.
Szybkim krokiem wracamy by zdazyc przed burza. Los nieoczekiwanie przygotowal dla nas znacznie lepszy plan niz nasze niespelnione marzenie o leniwym popoludniu.
IMG_2879_bis.jpg
zaciekawione dzieci same wskakiwały w obiektyw

Wysłane przez aidni 3:46 AM Kategoria Malawi Komentarze (0)

Malawi - czesc 4 JEZIORO

sunny 30 °C

JEZIORO

Stracilam zupelnie rachube, ktora to juz godzine wsluchuje sie w miarowe uderzanie fal o burte promu Ilala. Krytalicznie czysta woda jeziora Malawi rozgrywa przed moimi oczami niezwykly spektakl, zmieniajac co rusz kolor w zaleznosci od swiatla. Od zieleni i jasnego blekitu, poprzez intensywny turkus, az po soczysty granat, a nawet czern, czesto kilka kolorow przybierajac naraz. Bywa tez, ze jezioro kolorystycznie zlewa sie z niebem tak dokladnie, ze gdyby nie slonecznie oswietlona, zlota plaza, ktora jak wstega odgradza niebo od wody, linia brzegu bylaby zupelnie niewidoczna.
Mija powoli pierwszy dzien zeglugi. Nad mozambickim brzegiem ulewa. Geste, ciemne zebraly sie tam chmury, a od strony Malawi slonce. Jezioro przeciete jak nozem, ponure z jednej strony i seledynowe z drugiej. Jak w lustrze odbijaja sie w nim podniebne zywioly. A gdy nad Mozambikiem zawierucha wreszcie ustaje, nad pieknymi, zielonymi wzgorzami rozposciera sie szerokim, zamaszystum lukiem, wspaniala tecza. Zlote promienie zachodza wsrod chmur o bogatych, barokowych ksztaltach.
Ach! Czytam to, co wlasnie napisalam i mam ochote wyrwac te kartke z zeszytu, ze zlosci podeptac i wszystko zaczac od nowa. Na nowo szukac wlasciwych slow, w jakas lepsza, trafniejsza ubrac je forme. Wiem jednak, ze trud to daremny, bo i ile polskie slowa „hotel” czy „kemping” zbyt duze sa i na wyrost wobec tego, co w Malawi do nich aspiruje, tak wobec piekna jeziora Malawi wszelkie slowa, w jakimkolwiek jezyku, zbyt male sa po prostu i niewystarczajace. Piszac mam wiec te obrazy przed oczami, mam szum tych fal w uszach, ten slodki, wilgotny zapach w nozdrzach, ale zupelnie nie potrafie go slowami przekazac! Dosc, ze powiem, ze mozna tak dwa dni nie robic absolutnie nic tylko siedziec i patrzec sie na to jezioro i nie nudzic sie ani chwili! Przeciwnie, z wielkim zalem znow schodzic na brzeg.
IMG_2765_bis.jpg
IMG_2786_bis.jpg
IMG_2792_bis.jpg
IMG_2794_bis.jpg
IMG_2798_bis.jpg
magiczne kolory jeziora Malawi

Bo jezioro Malawi to byla moja milosc od pierwszego wejrzenia. A owo pierwsze wejrzenie mialo miejsce w wioseczce na rozdrozu zwanej Chitimba, a by dokladnie trzymac sie faktow, w drodze do tej wioseczki, z okna szczelnie zpakowanego autobusu. Nad brzegiem jeziora Malawi po raz pierwszy stanelam jednak wlasnie w Chitimba, gdzie rozbilam namiot przy pieknej piaszczystej plazy, otoczonej gorami, porosnietej palmami, na zadbanym kempingu prowadzonym przez pare Niemcow. Co ciekawe wiekszosc osrodkow nad jeziorem Malawi prowadza wlasnie Europejczcy –uciekinierzy, niegdysiejsi wolontariusze, byli hipisi, czarne owce starego kontynentu. Ale co ciekawsze znacznie bardziej to to, ze wszystkie te osrodki, choc na afrykanskie stylizowane sa w rzeczy samej malymi Europami, sa enklawami Zachodu na Czarnym Ladzie, a Afryka zaczyna sie i zwykle konczy przy ich pilnie strzezonej bramie wjazdowej. Nie lubie tych miejsc! Nie lubie, bo traca w mych oczach hiopkryzja. Jakies wydaja mi sie nienaturalne, zupelnie do Afryki nieprzystajace, wyrwane z kontekstu, pretensjonalne. Sa dla mnie zlem koniecznym podyktowanym brakiem innego, kempingowego wyboru i spedzam w nich tylko tyle czasu, ile jest absolutnie konieczne – czyli noc pod wlasnym namiotem, ktory w Afryce wschodniej zastepuje mi dom. Inni jednak przesiaduja tu calymi dniami, przeplacajac jedzenie pieciokrotnie, podczas gdy tuz za brama zjesc mozna to samo za grosze, w dodatku zgodnie z afrykanskim obyczajem, czyli prawa reka radzac sobie zwinnie i z niemala satysfakcja obserwujac pelne uznania spojrzenia miejscowych.
Los jednak bywa przewrotny i figle lubi platac. Oto uciekinierzy ze starego kontynentu przybywaja do Afryki by jak najdalej byc od Europy, a tymczasem buduja tu i moszcza sobie swoje male, wlasne Europy. Odgradzaja sie od Afryki wysokim murem, wielka stawiaja brame. A do tych enklaw Zachodu na Czarnym Ladzie przybywaja turysci, ktorzy przyjechali do Afryki... szukac w niej Europy! Wszystko do niej przyrownuja, badz to smiejec sie wesolo z afrykanskiego na tym „cywilizowanym” tle wyraznego nieudacznictwa, badz ze wzgarda punktujac afrykanskie zacofanie, Afryki ewidentna slabszosc i gorszosc. Az mam ochote zapytac: - No to co wy wszyscy w tej Afryce robicie?!
Siedze w jednym z takich osrodkow w Nkhata Bay, siedze na kamienistej plazy i usmiecham sie sama do siebie, zacieszam jak dziecko. Dzis wieczorem wyplywam promem jezioro poznawac od srodka. Klase mam druga murzynska, prawdziwie afrykanska. Chodz poklad to niski i zatloczony, a zaduch i ciasnota beda zapewne nieznosne, to wole to niz spogladanie z gory na Afryke z szerokiego pokladu pierwszej klasy, na ktora moga pozwolic sobie tylko biali.
Siedze sobie i slucham pluskania wody i ptasiego spiewu i skreslam kolejny mit dotyczacy Malawi. Malawi nie jest ani dziewicze ani nieodryte, przeciwnie szczelnie obsadzone turystami, miomo pory deszczowej i niskiego sezonu. Ale za to jezioro Malawi to byc moze najpiekniejsze jezioro na swiecie.
IMG_2807_bis.jpg
IMG_2810_bis.jpg
zachód słońca

Niebo nad naszymi glowami ciezkie wydaje sie od gwiazd i bezkresne. Na horyzoncie gdzies przechodza gwaltowne burze piorunami dzgajac ziemie bez litosci. Lezymy sobie bezkarnie na odkrytym pokladzie pierwszej klasy, choc obie wykupilysmy bilety na druga. Nikt juz na to jednak nie zwraca uwagi od kiedy prom zupelnie opustoszal. Wszyscy pasazerowie, a bylo ich niemilosiernie upchane mnostwo, jak na komende wysiedli na wyspie Likoma, pierwszym przystanku za Nkhata Bay, a dosiadlo sie bardzo niewielu. No bo kto dzis podrozuje promem, kiedy minibusy smigaja po drogach nie znajac hamulcow, po co czas tracic na statki, kiedy mozna szybciej i taniej. Ten pospiech i pogon za czasem, od zawse trawiace ludzkosc, sa zapewne przyczyna powolnego upadku Ilali. Kiedys musial to byc naprawde ladny statek, slady jego minionej swietnosci przebijaja jeszcze czasem zza odrapanych barierek i lawek, niesmialo wygladaja zza koldry starosci i zuzycia. Kiedys musieli tym statkiem podrozowac szanowani obywatele, dzis jestesmy na nim prawie same, nie liczac obslugi i grupki Wlochow zajetych samych soba. Statek jest wyraznie podzielony. Dolny poklad zajmuja klasa ekonomiczna (3 klasa) i klasa druga. Roznica miedzy nimi plynna. W drugiej ma sie lawke z obiciem i stolik, w ekonomicznej spi sie po prostu na ziemi, lub zimnej, metalowej lawce w bocznych przejsciach miedzy tobolkami. Dolny poklad ma swoja jadlodajnie, serwujaca lokalne specjaly po w miare przystepnych cenach. „Lokalne specjaly” to moze zbyt duze slowo na plastikowa miske ryzu z fasola i to w warunkach higieny, ktorym w skali od 1 do 10 nalezaloby przyznac punkty ujemne, ale i niech tak bedzie. Tylko schody dziela dolny poklad od lepszego swiata, od pokladu drugiego, na ktorym znajduja sie kabiny (najdrozsza opcja podrozowania na Ilali) oraz restauracja z TV, DVD a nawet obrusami na stolach. Kolejne schody prowadza na trzeci poklad, poklad pierwszej klasy. Tam jest bar, materace, bo spi sie tu pod golym niebem, sa najlepsze widoki. Na statku sunacym leniwie po magicznej wodzie jeziora Malawi jak w zyciu, ten kto ma pieniadze dostaje najlepszy kasek. Ale jako, ze nie ma juz prawie zadnych pasazerow nikt juz tych zasad nie przestrzega, kazdy chodzi gdzie chce, siedzi gdzie chce, spi tam, gdzie mu sie podoba. Druga klasa miesza sie z pierwsza, a Wlosi proponuja nam nawet swoja kabine jesli chcemy sie pozadnie wyspac. Obsluga nie reaguje nawet na tak razace zasad lamanie. Jak latwo jest zrezygnowac z tych podzialow, z tej segregacji ludzi podlug zasobnosci portfela, oto na promie Ilala cala ich sztucznosc widoczna jest w pelni. Nie korzystamy jednak z oferty Wlochow, wybieramy noc przykryte srebrnym, gwiezdzistym niebem na pokladzie pierwszej klasy.
- Znasz sie troche na gwiazdach? – zagaduje mnie Dalya, zydowska podrozniczka, ktora rowniez samotnie przemierza Czarny Lad od Tanzanii az do Mozambiku, a ktora spotkalam wlasnie tu na promie.
- Ani troche, ale moge ci jedynie Oriona pokazac – odpowiadam, a Orion widoczny w pelnej krasie.
Jak to milo czasem porozmawiac z kims, kto wszystko rozumie; komu nie trzeba wyjasniac i tlumaczyc, z kims, kogo to samo dziwi i to samo zachwyca. Jak to milo moc podzielic sie spostrzezeniami, obserwacjami i doswiadczeniami. Bo Afryka cala jest dzieleniem sie, czym kto moze – jedzeniem, pieniedzmi, katem do spania, woda, cieniem, a nawet czyms tak nieuchwytnym jak mysli i wrazenia. Afryka bowiem trwa mimo tropikalnych chorob, biedy, konfliktow, bo Afryka potrafi sie dzielic i tylko dzielac sie mozemy prawdziwej Afryki doswiadczyc.
Jako ze zdecydowana wiekszosc czasu podrozuje samotnie, rzadko majac towarzystwo innych podroznikow, z zazdroscia przygladam sie jak miejscowi debatuja ze soba zazarcie, jak opowiadaja sobie jakies niezwykle historie, jak rozkminiaja rozniste tematy. I chciaz czseto dziela sie ze mna wszystkim innym, tym jednym nie moga i nie potrafia z racji jezykowych i kulturowych barier.
Dzis jednak, na promie Ilala, to oni przygladaja sie zaciekwieni, probujac odgadnac muzungowa mowe, gesty i mimike. Dzis to oni patrza jak my dzielimy sie bagazem, juz sporym calkiem, afrykanskich doswiadczen.

Niedlugo po wschodzie slonca doplywamy do mozambickiego brzegu. Na stromych, zielonych wzgorzach pietrza sie gliniane chalupki i chatki, tak jednak zmyslnie wkomponowane w krajaobraz, ze dostrzec je mozna tylko wtedy, gdy sie troche dluzej czlowiek tym zboczom poprzyglada. I znow przeplywamy jezioro, znow po malawijskiej znajdujemy sie stronie. Ilala wplywa do przecudnie malowniczej, waskiej zatoczki. To port w Mokey Bay, cel naszej podrozy, ktora jak z innego byla swiata, pelnego barw niesamowitych, spokoju i szumu fal. Bo jezioro Malawi z kazdego brzegu widziane zachwyca, ale dopiero tym, ktorzy wyplyna na jego glebie pokazuje sie z kazdej strony, dopiero wtedy rozposciera przed naszymi oczami swoj wachlarz prawdziwie czarodziejskich mozliwosci.
IMG_2816_bis.jpg
prom Ilala w porcie w Monkey Bay

Wysłane przez aidni 9:58 AM Kategoria Malawi Komentarze (0)

Malawi - czesc 3 TYLKO W AFRYCE

sunny 34 °C

- Nie moze Madame wejsc bo jest slon !
- Jak to slon? Tak po prostu, na drodze na kemping?
- Tak. A podchodzic do slonia jest bardzo niebezpiecznie. –
Kreci glowa z przekonaniem pracownica parku narodowego Vwaza Marsh, ktora jeszcze 15 minut temu wyrwalam z glebokiego snu, ktory uciela sobie na lawce w kantorku straznikow parku. Bo to nie Ngorongoro, Serengheti czy inne Massai Mara, to Vwaza Marsh! Tu jestem dzis pierwszym gosciem i jak sie pozniej okazalo jedynym. Oplacilam wstep i nocleg na kempingu, stoje cala objuczona torbami z jedzeniem i woda, ktore taszcze ze soba by zoszczedzic troche grosza i co tu ukrywac ledwo zipie z goraca. A tu historia! Slon na drodze i wejsc nie moge. Wychylam sie, wygladam, szyje wyciagam i na palcach staje by chociaz kawalek tego slonia zobaczyc, ale nic nie widac.
- Slon jest w trawie, przy drodze i jak to slon nigdzie sie nie spieszy, wiec nie wiem kiedy bede mogla Madame zaprowadzic na kemping – oswiadcza z obezwladniajaca szczeroscia pracownica parku. Wybuchamy smiechem obie bo sytuacja jest trzeba przyznac nieco groteskowa. Ale przeciez mnie takze sie nigdzie nie spieszy wiec uzbrojona w cierpliwosc prawdziwie anielska, afrykanska wzrok utkwilam w sciezce w poblizu, ktorej buszuje gdzies slon.
Minelo moze jakies 15, gora 20 minut tego wyczekiwania pod brama parku i slonia wygladania, gdy gdzies z niedaleka slychac raptem meski glos. Jakas krotka wymiana zdan z pracownica parku i ruszamy. – Trzeba sie skradac i byc cicho – poucza mnie strazniczka. Latwiej powiedziec niz zrobic. No bo jak tu sie skradac z duzym plecakiem na plecach, malym z przodu i dwiema jakby na zlosc akurat teraz szeleszczacymi siatami z owocami i woda. Tuptam za moja przewodniczka wazac kazdy krok i cala jestem w emocjach. Czy to mozliwe?! Gdzies tu w poblizu jest najprawdziwszy w swiecie i calkowicie dziki, afrykanski slon!! Znow slychac glos mezczyzny, ktory jakies sygnaly wysyla mojej przewodniczce.
IMG_3014_bis.jpg
szarżujący słoń, zdj. z parku narodowego Liwonde (także w Malawi)

- Madame musimy teraz biec. Da Madame te siatki, pomoge.
No to biegniemy. Swiadomosc, ze moze mnie zaraz rozdeptac jak mrowke slon wielki jak autobus dodaje sil i plecaka juz nie czujac, ani zmeczenia czy goraca, biegne co sil w nogach. Szelest, tumult jakis w krzaku nieopodal. Jest! Widze go w odleglosci jakichs moze 15-20 metrow, jak sobie pysznie zielone listki podjada, zupelnie nie zwracajac uwagi na cokolowiek innego wokol, a tym bardziej na mnie.
Dobiegamy szczesliwie do jakichs zabudowan i za chwile wita mnie juz serdecznie zarzadca osrodka i kempingu. Ach! Jak ciezko poslugiwac sie tymi polskimi slowami, tymi „hotelami”, „osrodkami” czy „kempingami”, kiedy sa to slowa za duze zdecydowanie na to, co tutaj w Malawi do nich aspiruje. Bo tutaj wszystko jest mniejsze i skromniejsze, a za wielka nazwa zwykle kryje sie cos zupelnie niepozornego.
Po krotkiej naradzie zarzadcy ze strazniczka parku zapada decyzja, ze nie moge spac na kempingu bo ten oddalony jest od osrodka jakies 10 minut drogi, a jako ze jestem dzis jedynym w parku gosciem to nie bedzie mi tam samej wesolo. No zdecydowanie nie, tym bardziej ze juz slychac pomruki hipopotamow z pobliskiego jeziora Kazumi. Dostaje wiec pozwolenie by rozbic namiot przy jednym z domkow nalezacych do osrodka. Domek znajduje sie nad samym brzegiem jeziora i w stanie jest daleko juz posunietego rozkladu. Stoi na betonowym podwyzszeniu, by don nie zagladaly hipopotamy noca. Ja mam zas namiot rozlozyc na trawce zaraz obok. Trawka jednak bujna, bo pora deszczowa w pelni, ziemia troche podmokla, a moj namiot koloru ciemnozielonego, w nocy zupelnie niewidoczny. Skoro wpadaja na niego ludzie to i hipcio moze nie zauwazyc i zdeptac. Co to oznacza dla spiacego w srodku czlowieka nie ma chyba potrzeby wyjasniac. Krece wiec nosem i marudze troche, wiec dostaje pozwolenie na spanie w kuchni. No i znow slowo za duze! Bo kuchnia to tutaj zadaszony kawalek przestrzeni, takze na betonowym podwyzszeniu, gdzie znajduja sie dwa pameniska, pomieszczenie na naczynia, garnki i sztucce oraz stol z lawka. Ale czego trzeba mi wiecej! Jestem wniebowzieta. Rozpalam ognisko, gotuje sobie zupke knorra i herbatke na obiad. Szybki prysznic nim slonce zajdzie, wyjda hipopotamy z jeziora na nocny zer i nie bedzie sie jak do lazienek dostac. Zdecydowalam sie nie rozkladac namiotu skoro z samego rana przyjsc maja po mnie przewodnik i straznik parku, z ktorymi mam umowione juz piesze safari. Rozwine sobie tylko karimate i moskitiere jakos zawiesze. Siedze na betonowym schodku, skrobie pilnie podroznicze notatki i patrze sobie jak niebo robi sie coraz ciemniejsze.
IMG_2677_bis.jpg
IMG_2689_bis.jpg
hipopotamów jest w jez. Kazumi całe mnóstwo

Na ile mozna zaufac drugiemu czlowiekowi, skad wiedziec jakie ma intencje, czy mowi prawde, czy tez klamie w zywe oczy, jak rozpoznac czy probuje oszukac, czy tez szczerze pomoc. Jak sie w tym rozeznac, a jednoczesnie nikogo nie urazic, nie zranic przesadna podejrzliwoscia. Podrozujac samotnie, a w dodatku bedac kobieta musze zachowac czujnosc szczegolna, mam tego swiadomosc, ale jak tu wlasciwe proporcje wywazyc, by ze zwyklej czujnosci nie wpasc w paranoje, ktorej tak latwo stac sie mozna zakladnikiem. A przeciez caly urok podrozowania lezy w ludziach, ktorych na swej drodze spotykamy, w opowiesciach ktorymi sie z nami dziela, w ulamku ich zycia, ktorego stajemy sie czescia. Miotam sie z tymi myslami, bo od jakiejs pol godziny towarzyszy mi mezczyzna podajacy sie za nocnego wartownika parku. Zarzadca osrodka nie wspomnial jednak o zadnym wartowniku, a tym bardziej, ze ma przyjsc do mojego kuchennego obozowiska. Poza tym dziwnie jakos jest milczacy i nie wzbudza mojego zaufania. Znika gdzies ciagle na chwile i zaraz potem wraca, usmiecha sie jakos tak tajemniczo... Nie podoba mi sie i juz. W pewnym momencie mowi do mnie sciszonym glosem: -Chcesz zobaczyc slonia z bliska, to chodz. – Mimo podejrzen i nieufnosci ide, a sa to metry doslownie od mojej kuchni. I oto znow slon na mojej drodze! Zmierzch juz w pelni i na zdjecia za pozno, a celowanie lampa blyskowoa w slonia chyba nie jest najlepszym pomyslem. A slon jest naprawde blisko, jakies 5-6 metrow ode mnie. Podjada sobie liscie tylem do nas odwrocony. Nie potrafie napisac i nie umiem opowiedziec, co sie wtedy czuje, bo jest to prawdziwy koktail emocji. Strach i spontaniczna radosc, zachwyt i lek, podekscytowanie i zimny pot plynacy z czola, gdy slon sie odwraca i przyglada badawczo, a wszystko to zmieszane w jednym kielichu, w jednej krotkiej chwili. Ach! Nigdy nie sadzilam, ze te spotakania z dzika, afrykanska przyroda beda tak magiczne, ze bedzie w nich jakis taki czar nieuchwytny, co budzi w czlowieku jego dawno uspiona pierwotna tozsamosc, ktora sprawia ze jakos tak naturalnie i zupelnie podswiadomie czujemy sie czescia tego niezmiennego od tysiecy lat dzikiego swiata przyrody, czujemy swoje don przywiazanie i nasze z nim pokrewienstwo.
- Nie boj sie nic ci nie zrobie. Naprawde jestem nocnym wartownikiem w tym parku, chce ci tylko pomoc, prosze zaufaj mi – odzywa sie po chwili moj niechciany towarzysz. A wiec moja nieufnosc az tak jest widoczna! Mowa ciala jest jednak jezykiem najbardziej uniwersalnym, ktorego rozumienie dane jest chyba wszystkim ludziom bez wyjatku, a moze to moje pytania zbyt dociekliwe i podejrzliwoscia podszyte. Dosc, ze z miejsca robi mi sie okropnie glupio i gdyby nie gesta ciemnosc nocy caly swiat zobaczylby jakam czerwona ze wstydu jak burak. Trzeba przeciez dac ludziom szanse, trzeba im zaufac. Strach spuszczony ze smyczy jest grozniejszy niz najgorsza nawet naiwnosc i latwowiernosc.
Zeby jakos swe winy odkupic robie mala kolacje skaladajaca sie z herbaty, mango i chleba z margaryna. Szczgolnie tym ostatnim Dickinson zajada sie ochoczo. Chleb (w Afryce wschodniej dostepny jest tylko w postaci pszennej, tostowej) jest tu drogi (ok. 1.5 dolara) i jak wszelka zreszta zywnosc przetworzona uchodzi za rarytas. Ja zas wybieram mango, to moj najwiekszy afrykanski rarytas.
Kiedy tylko pada bariera mojej podejrzliwosci i mur nieufnosci Dickinson okazuje sie jednym z najsympatyczniejszych Malawijczykow, jakich spotkalam. Rozmawiamy, smiejemy sie nie czujac zupelnie jak czas plynie. A kiedy godzina robi sie juz mocno pozna, Dickinson cala noc czuwa przy ognisku by nie zgaslo i by zaden z hipopotamow wiedziony ciekawoscia nie przyszedl mnie niepokoic. A hipopotamow wszedzie pelno, slychac jak chodza i smieszne wydaja pomruki. Noc jdnak jest tak gesta i czarna, ze dojrzec czegokolwiek nie ma sposobu. Wsrod tej przedziwnej melodii afrykanskiej przyrody zasypiam twardym snem.
A rano, zgodnie z obietnica, zjawia sie przewodnik i straznik i wspolnie wyruszamy na piesze safari, w czasie ktorego widzialam pawianow cale stada, liczne impale, hipopotamy i kolorowe jakies, nieznane mi ptaki. Ale to juz, drodzy czytelnicy, zupelnie inna opowiesc.
IMG_2666_bis.jpg
impale z Vwaza Marsh

Tymczasem by dojechac do parku narodowego Vwaza Marsh trzeba nie lada determinacji. Trzeba wystac swoje w sloncu przy rozgrzanej do czerwonosci drodze, by zlapac minibus, ktory w scisku podwiezie czlowieka do rozwidlenia drog, gdzie znow czekac trzeba na podobny minibus do miasteczka Rumphi. A gdy juz sie do Rumphi szczesliwie dojedzie, to przesiasc sie trzeba na pick-up i wieki czekac cale az ten sie do granic wszelkich zapelni i jechac tak kolejna godzine po wyboistej i piaszczystej drodze w scisku tak okrutnym, ze ani reka, ani noga nie mozna ruszyc. Bo w Malawi transport publiczny opiera sie na trzech filarach: calkiem europejsko wygladajacych autobusach, wszedobylskich minibusach i matolach, tj. pick-up’ach, ktore zabieraja na pake towary i pasazerow wszedzie tam, gdzie minibusy nie przejada lub im sie nieoplaca.
Nic to jednak w porownaniu z przygodami jakie spotkac moga czlowieka spotkac w drodze powrotnej! Afryka lubi bowiem zaskakiwac znienacka jakims zdarzeniem niesamowitym, okazujac w ten sposob swoja dzikosc, swoja nieokielznana, nieujarzmiona nature.
Gdy minely juz dwie dlugie godziny od kiedy siadlam pod brama parku Vwaza Marsh, na piaszczystej, goracej drodze i rozpoczelam moje oczekiwanie na jakas matole powrotna do Rumphi, powiedzialam dosc. Mimo upalu, mimo ponad 25km drogi, biore plecak i ide, bo od siedzenia w jednym miejscu godzinami i to w pelnym sloncu najzwyczajniej mozna oszalec. Ide wiec przed siebie droga kolejna godzine. Transportu zadngo. Jakis rower obladowany bananami przejedzie z rzadka, czasem przejdzie ktos wozek pelen lisci tytotniowych ciaganac za soba z wielkim wysilkiem. W wyschnietym, przydroznym blocie strasza swiezoscia potezne, sloniowe slady. Docieram do jakichs zabudowan , sciagam plecak i siadam przy drodze. Natychmiast jednak z domku wychodza ludzie i zapraszaja do srodka. Tlumacze im moja zupelnie beznadziejna sytuacje transportowa i ze wole zostac przy drodze, w pelnej byc gotowosci i nie przepuscic zadnej matoli, gdy ta juz nareszcie przyjedzie. Siadamy wiec wszyscy na malutkiej werandzie. Powoli mija czwarta godzina mojego oczekiwania, od wyjscia z parku liczac. Rozmawiam z sympatycznym, mlodym Malawijczykiem, uczniem szkoly sredniej i jednoczesnie jedyna osoba w wiosce, ktora mowi po angielsku. Jego zupelnie jeszcze male rodzenstwo przyglada mi sie z z szeroko otwartymi oczkami smialosci jednak nie majac, by podejsc i dotknac mojej bialej skory i jasnych wlosow, chociaz dorosli pokazuja im, ze muzungu, a raczej azungu (jak w lokalnym jezyku zwa tu bialych) to nie ropuchy i dotkniecie absolutnie niczymnie grozi. Siedzimy i czekamy. Nawet miejscowi dziwia sie, ze tak dlugo nic jeszcze nie jechalo.
Nagle w oddali slychc warkot silnika. Wybiegam na droge w asyscie mojej sympatycznej rodzinki, bardzo przejetej mym losem. Sluch nas nie mylil, na horyzoncie auto terenowe. Gdy podjezdza blizej okazuje sie jednak, ze to ambulans, ale kierowca zgadza sie zabrac mnie ze soba do Rumphi. Jestem uratowana! A jak wyglada afrykanski ambulans? No wiec w niczym nie przypomina naszych europejskich. Jest to auto terenowe typu land cruiser, lekko zdezelowane, gdzie na lawkach ustawionych wzdluz okien jada z tylu razem pacjenci nadajacy sie do szpitala i zdrowi, co z braku innego transportu, wraz ze swymi tobolami, zabrali sie ambulansem – slowem tacy jak ja desperaci. Ciasnota jest, bo kto by sie tu komfortem chorych przejmowal. Jedziemy tak po wertepach, w kurzu, pyle, halasie, co rusz wpadajac w jakas gleboka dziure.
Nagle na droge wybiega mezczyzna. Kierowca hamuje gwaltownie, bo mimo wybojow zdolal rozwinac predkosc calkiem znaczna. Mezczyzna mowi cos do kierowcy, a ten jak porazony wysiada i biegnie do wioski. Usiluje dowiedziec sie cosie stalo, ale nikt z pasazerow nie zna na tyle angielskiego by mi wytlumaczyc. W pewnym momencie otwieraja sie tylne drzwiczki naszego ambulansu – landcruisera i ten sam mezczyzna, ktory nas zatrzymal zwraca sie do mnie plynna angielszczyzna: - Niech Madame szybko wysiada zobaczyc ogromnego pytona, co zaatakowal moja zone.
Wyskakuje czym predzej i wraz z reszta pasazerow, tych chorych i zdrowych zarazem, biegniemy do wioski. A tam pod drzewem mlody mezczyzna, caly jeszcze trzesac sie z emocji, trzyma w reku ogromnego weza, dlugiego na co najmniej 2 m i grubego jak moja lydka. Pot scieka z czola mlodego tego bohatera, co zdolal wielkiego gada zabic odrabujac mu glowe maczeta. – Zabilem go! Zabilem! – Wrzeszczy przerazliwie, jakby chcac z siebie wykrzyczec strach, ktory w chwili proby musial trzymac za zebami. Po dloniach scieka mu jeszcze krew przed chwila doslownie powalonego gada. Kierowca pakuje odrabana glowe weza do plastykowej reklamowki, by pokazac lekarzom w szpitalu i zagania wszystkich z powrotem do ambulansu. Zabieramy tez zone mezczyzny, ktory nas zatrzymal na drodze, zone, ktora ow potezny pyton ugryzl, a czym wszyscy byli zdecydowanie najmniej przejeci. Ponoc jad pytona nie jest trujacy. Moze i nie jest, ale rana, a raczej dwie glebokie rany w rece kobiety wygladaja paskudnie. Staram sie jakos okazac jej moje wspolczucie, bo to przeciez musial byc kadr jak z horroru! Pieli sobie czlowiek ogrodek i raptem zostaje ugryziony przez pytona!!! Ale ona usmiecha sie wesolo do mnie jakby jechala na targ pohandlowac i poplotkowac z kolezankami. A wszystko to dzialo sie tak szybko, ze musicie mi drodzy czytelnicy uwierzyc na slowo, ze gadzisko bylo naprawde potezne, bo zadnych zdjec nie zdolalam niestety zrobic.
IMG_2953_bis.jpg
hipopotamy w parku narodowym Liwonde
IMG_2989_bis.jpg
jezioro jak lustro - PN Liwonde

Wysłane przez aidni 9:10 AM Kategoria Malawi Komentarze (0)

Malawi czesc 2 - KARONGA

pierwsze spotkanie z Malawi

sunny 33 °C

O Malawi kraza w podrozniczym swiatku, jak mantra powtarzane trzy obiegowe oponie:
1. Malawi jest bardzo tanie
2. Malawijczycy to najserdeczniejszy narod Czarnego Ladu
3. Malawi to zupelnie jeszcze nieodkryty, dziewiczy kawalek Afryki, gdzie ciezka spotkac jakichkolwiek turystow
Co sie sie sklada na nasza opinie o danym kraju, na nasze odczucia, na kolory naszych z niego wspomnien? Z pewnoscia w duzej mierze zbiegi okolicznosci, spotkani po drodze ludzie, male, szczesliwe zdarzenia, albo przeciwnie pech, co podklada klody pod nogi, nasze nastawienie, humor koslawy danego dnia lub przeciwnie, wysmienity... Leze w lozku, w okropnej norze za 2.5 dolara, pod wlasnorecznie zacerowana moskitiera, co zajelo mi prawie gozine (cerowanie hotelowych moskitier to moj maly wklad w walke z malaria w Afryce). Leze i zastanawiam sie jak to jest z tym podrozowaniem , jak to jest z tym wydawaniem opinii o odwiedzanych krajach, o ich mieszkancach i na ile nasze osobiste doswiadczenie jest blisie jakiejs obiektywnej prawdy, jesli taka w ogole istnieje. No bo jakos tak sie poskladalo , ze wszystkie te trzy obiegowe opinie o Malawi po prostu upadly i to juz w pierwszych dniach mojego tu pobytu. Fakt ze na poczatek trafilam w miejsce nieszczegolne, do zapomnianej przez los miesciny na polnocnych rubiezach kraju i to tylko dlatego ze jest tam bankomat. Pierwszy hotel z przewodnika Lonely Planet za nocleg spiewa sobie 5 dolarow i to za pokoj tak paskudny, ze wracaja wspomnienia z dalekiego Sudanu, gdzie w Gedaref z nieczynnego klimatyzatora wylazily bandami calymi myszy na nocny zer, a podloga cala uslana byla ich odchdami, lazienka zas...lepiej nie kontynuowac nawet, bo na sama mysl az sie czlowiek wzdryga i krzywi z obrzydzenia.
- O nie! Nie bede pzeplacac! Juz wole za te same pieniadze spac pod namiotem, miec czysto i czuc sie u siebie.
Ide wiec na kemping rekomendowany przez przewodnik LP w towarzystwie, a jak miejscowego „przewodnika”, co mimo moich protestow, idzie za mna jak cien. Przewodnik, ani jeden ani drugi, nie wspomni nawet ze kemping jest daleko, a ze pora wczesnopopoludniowa, wiec gorac wyciska z czlowieka ostatnie soki. W koncu docieram na miejsce. Za nocleg pod wlasnym namiotem trzeba zaplacic 6 dolarow! A do tego do centrum miasteczka i bankomatu jakies 2.5km. Siadam bezradna i wykonczona. I to ma byc to tanie Malawi!
- Jak chcesz to pokaze ci miejsce, gdzie mozna przenocowac za 2.5 dolara – odzywa sie moj niechciany towarzysz – I to w samym centrum, blisko banku, supermarketu, targu i dworca.
- Nie mogles wczsniej powiedziec???!!! Dobra, prowadz, ale najpierw ustalmy ile mam ci za te usluge zaplacic – odpowiadam naburmuszona troche, bo humor zdazylam stracic kiedy urzednik graniczny ograniczyl waznosc mojej wizy z 3 miesiecy do 1, a gdy zaczelam protestowac to zagrozil, ze moze mnie w ogole nie wpuscic jak mu sie tak bedzie podobalo i juz.
- Nic od ciebie nie wezme bo my w Malawi za pomoc nie kazemy sobie placic! – odpowiada dumnie moj towarzysz. Czuje poskornie, ze jest w tym jakies drugie dno, ale nie chce mi sie walczyc. I tak trafiam do lokalnego hoteliku, dowiaduje sie co ile kosztuje na targu, by nie dac sie skroic, zostaje zaprowadzona do taniej knajpki, znanej tylko mieszkancom. Ale i ta najtansza knajpka w Karonga jest duzo drozsza niz tanie knajpki w Tanzanii, drozsza jest tez woda i owoce. Pierwszy mit upada – Malawi wcale nie jest tanie.
Oczywiscie moj niechciany przewodnik okazuje sie byc lokalnym artysta i zaprasza mnie na swoje stoisko. Wiedzialam, ze jego pomoc jest interesownoscia podszyta. Ide jednak bo przyzwoitosc ludzka nakazuje i kupuje nawet dwa malunki, przeplacajac pewnie znacznie ale ladne sa i w karimacie sie zmieszcza. Postanowilam moj gburowaty humor schowac gleboko w kieszen i dac Malawi szanse. Nawet jesli przeplacam to i tak nie sa to duze pieniadze, a bedzie mial chlopak na zycie. A ze przeplacam i to sporo nie ma watpliwosci, bo oto moj przewodnik wyskakuje z propozycja oprowadzenia mnie po okolicznych wioskach bym zobaczyla jak sie wyrabia lokalne piwo. No to idziemy.
Prawdziwy labirynt uliczek i sciezek miedzy glinianymi domkami. Docieramy w koncu do miejsca, gdzie wpol pijani juz ludzie probuja wyludzic ode mnie pieniadze za zdjecia. W kolejnej gorzelni juz sympatyczniej, za zdjecia nie musze placic, ale po chwili orientuje sie, ze wszyscy ci ludzie to alkoholicy, ktorzy do wyrabiania ulubionrgo trunku zatrudniaja wlasne dzieci. Smutny to widok.
Dosc! Wracam do miasta, prosto na targ.Tu mila spotyka mnie niespodzianka. Ludzie sa goscinni, usmiechnieci i serdeczni. W dziale rybnym male srebrne rybki poukladano w niewielkie stosiki. Zapach scina z nog a ryb suszonych i wedzonych jest tu wszedzie cale nieopisane mnostwo! W koncu jezioro niedaleko. Wedruje miedzy straganami i upajam sie Afryka. A taka ja wlasnie lubie najbardziej: rozesmiana, kolorowa, pelna zapachow roznistych, niekoniecznie wylacznie milych dla nosa.
Na targu bawie dluzsza chwile. Gdy wychodze jest juz po 18.00 czas wrocic do hotelu. Po drodze kupuje wode i orientuje sie szybko, ze jakies pol miasteczka jest juz zpelnie pijane, nie wykluczajac kobiet. Widok to jak dotad zupelnie niespotykany. W sklepie dochodzi nawet do gwaltownej awantury, gdy knabrny klient odmowil zaplaty za piwo, ktore sam sobie otworzyl pod nieuwage sprzedawcy. Czmycham czym predzej do mojego pokoju. Po drodze mijam „artystyczne” stoisko mojego przewodnika i widze na co wydal zarobione dzieki mnie pieniadze. Krok ma chwiejny, bledne spojrzenie, placzacy sie jezyk.
Pelna wrazen zupelnie sprzecznych zasypiam mimo nieznosnego upalu.
IMG_2578_bis.jpg
dzieci przygotowujące alkoholową napitkę

Wysłane przez aidni 12:32 PM Kategoria Malawi Komentarze (0)

Malawi czesc 1 - THE WARM HEART OF AFRICA

sunny 35 °C

Malawi nie bylo w planie. Malawi pojawilo sie spontanicznie, za namowa znajomych, za slowami zachwytu wielu podroznikow, dzieki oszczedzaniu na dotychczasowej trasie. Ach marzenia gnaly mnie az do Cape Town, zapalu i energii nie brakowalo na tak dluga droge, ale pieniedzy mogloby zabraknac, bo podrozowanie w dobie wielkiego kryzysu nie jest rzecza latwa, a do tego i kosztowna.
No to Malawi na pocieszenie i wschodnioafrykanski deser. Postanowione, zatwierdzone. Siedze w ambasadzie Malawi w Dar es Salaam i ocieram pot z czola. Upal panuje nieslychany, a wilgoc od oceanicznego sasiedztwa ledwo da sie w ogole zniesc. Pot doslownie zalewa oczy. Siedze w ambasadzie Malawi juz ponad godzine. Paszport na stole, bilet na lot z Lilongwe do Ghany i formularzy sterta skrzetnie wypelniona. Ale moja aplikacja utknela w miejscu, bo konsul zaczal sie zwierzac z dawna popelnionych bledow, zgryzot, tesknot i wyrzutow sumienia. Zwierzenia trwaja juz druga godzine.
- Mialem kiedys narzeczona, biala o blond wlosach i niebieskich oczach. Piekna jak ty! – i dalej ciagnie w ten desen – Ale trudne wtedy byly czasy i kazdy, kto w Malawi probowal ozenic sie z biala kobieta zaraz podejrzewany byl o szpiegostwo i bacznie byl obserwoany. Poddalem sie i zerwalem zareczyny. Zlamalem jej serce, wiem ze nigdy mi nie wybaczyla. Gdy patrze na ciebie, ja widze, bo tak mi ja przypominasz. Wracaja do mnie dawne wspomnienia, wracaja jak bumerang.
No i masz ci! Kto by sie spodziewal takich historii w ambasadzie. Cala drze na mysl, ze zaraz bedzie sie chcial ze mna na kolacje umawiac, albo co. No i jak ja wybrne z takiej sytuacji? Jak powiedziec zgrabnie „nie” i go nie urazic, bo przeciez wize musze dostac. A ta chociaz kosztuje 100USD i Bog raczy wiedziec dlaczego obowiazuje tylko Polakow Szwajcarow i Pakistanczykow, to w holu ambasady wielkimi lierami straszy napis, ze malawijskim oficjelom przysluguje prawo odmowy wydania wizy i to bez podania przyczyn.
- A ty dlaczego podrozujesz sama? Nie masz chlopaka?
- Nie mam.
- Jak to mozliwe? Taka piekna kobieta jak ty? Ale mialas?
- Mialam.
- Rozczarowal ci?
- Tak rozczarowal.- przytakuje by czym predzej zakonczyc rozmowe, ale w tym momencie konsul wpada w zadume i filozoficzna refleksje nad zawiloscia ludzkich losow i niemoznoscia bycia szczesliwym. Usmecha sie przy tym do mnie jakos tak inaczej niz wskazywalaby zwykla ludzka uprzejmosc. Koniec! Najlepsza obrona jest ponoc atak przejmuje wiec ster rozmowy w swoje rece , by zakonczyc ja czym predzej.
- Ale mi jest bardzo dobrze samej i fajnie sie samotnie podrozuje! Spotykam mnostwo ciekawych ludzi, jak chociaz ten bardzo sympatyczny Niemiec, z ktorym dzis plyne na Zanzibar.
Klamstwo wierutne bo chociaz sympatycznego Niemca faktycznie poznalam to na Zanzibar sie nie wybieram, bo za drogo, za turystycznie i zbyt plazowo – slowem nie moje klimaty. Najwazniejsze jednak, ze cel osiagniety. Rozmowa schodzi na oficjalne tory i w koncu po 1.5 godz. Wychodze z ambasady, a portierzy winszuja mi rekordu. – No tak dlugo to tam jeszcze zaden wizowy petent nie siedzial – smieja sie i puszczaja oczko.
Zmykam po toblki do hotelu i dalej na kilka dni do Bagamoyo, bo na wyrobienie malaijskiej wizy trzeba niestety poczekac. W zapchanym do granic daladala (tak w Tanzanii zwa minibusy) wyciagam folder turystyczny, ktory dostalam od mojego pelnego zgryzot malawijskiego konsula. Na okladce wielkimi klorowmi literami wymalowany tytul – WELCOME TO MALAWI THE WARM HEART OF AFRICA.

Wysłane przez aidni 10:55 AM Kategoria Malawi Komentarze (0)

(Wpisy 1 - 7 z 7) Strona [1]