Travellerspoint Blogi z podróży

lip 2009

Burkina Faso postscriptum - NIGERYJSKI FILM

Moja trasa: wjazd 6.04, wyjazd 18.04, Fada n'Gourma - Ouagadougou - Bobo Dioulasso - Banfora

sunny 44 °C

NIGERYJSKI FILM

Fabuła jest prosta i całkowicie przewidywalna, a zaczyna tak.
W pięknym, eleganckim, bogatym domu mieszka nie mniej piękna, elegancka i bogata kobieta, właścicielka świetnie prosperującej firmy, wykształcona, zaradna, samowystarczalna. Ma w życiu wszystko, ale brakuje jej najważniejszego. Jak myślicie czego? No chyba nie jest trudno zgadnąć, oczywiście że miłości! Ma w życiu wszystko, a jednak pozostaje pewien niedosyt, jest szczęśliwa, ale nie do końca, niepełnie tak jakoś i chociaż otacza ją zbytek i materialne wygody wszelakie, smutek zakrada się do jej życia i wypełnia jej samotne wieczory. Nic jednak nie trwa wiecznie, więc i ciążąca jej samotność musiała się pewnego dnia skończyć... i skończyła się, gdy owa piękna dama zdecydowała się zatrudnić kierowcę do swojego nowego mercedesa prosto zza salonowej szyby, model oczywiście najnowszy i najbardziej ekskluzywny. Wtedy też zaczęły dziać się rzeczy dziwne i niecodzienne. Ktoś, pod jej nieobecność, nieoczekiwanie pozmywał stertę brudnych naczyń, ktoś zrobił pranie i wszystko nienagannie wyprasował, ktoś podlał kwiaty, odkurzył, zamiótł i wyczyścił. Na próżno głowiła sie nasza bohaterka, komu zawdzięcza tę pomoc, kto po kryjomu wszystko to zrobił i w jakim celu. Prawda wyszła w końcu na jaw w całej swej oczywistości, acz ku zaskoczeniu bohaterki, gdy pewnego dnia zachorowała i z wysokiej gorączki straciwszy przytomność, otworzyła oczy w szpitalnej sali, pięknie przystrojonej kwiatami. U swojego boku zaś ujrzała nie kogo innego, jak nie tak znowu dawno zatrudnionego kierowcę. Ten zaś głęboko patrząc jej w oczył położył swą dłoń na jej dłoni.
Moment kulminacyjny filmu! W autobusie Rakieta relacji Banfora - Bobo Dioulasso cisza zapadła całkowita. W telewizyjny ekran zapatrzeni są wszyscy pasażerowie. Młodzi i starzy, duzi i mali, bogaci i biedni. W rzędzie obok szeroko usta otworzyła kilkunastoletnia mama, okrutnie wychudzona, z zapadniętymi policzkami i podkrążonymi, dziecięcymi jeszcze oczami, z wyschniętej piersi karmiąca równie wychudzone niemowlę, którego skóra marszczy się i zwija, bo za mało jest na maleństwie ciałka by miała do czego przylgnąć. W ekran zapatrzył się także jej mąż - Tuareg (koczownicze plemię pustyni) w wydatnym turbanie, od swej małżonki starszy o lat śmiało kilkadziesiąt. Przerwali swoje narady dwaj nienagannie ubrani, poważni panowie siedzący przede mną, odłożyli komórki, pozamykali skórzane teczki. Mój sąsiad, młody, początkujący aktor marzący o wielkiej karierze, zamarł w bezruchu. Umilkły wszelkie chrząkania, siorbania, ciamkania, kaszlnięcia i inne odgłosy, cisza zapadła zupełna jak makiem zasiał i nikt nie śmiał jej zmącić. Nigeryjskie kino zjednoczyło w naszym autobusie wszystkie klany i plemiona silną więzią ciekawości.
Chwila napięcia, wstrzymane oddechy i oto już nasz filmowy kierowca przyznaje się do wszystkiego, do pomytych garnków, wypranych ciuszków i podlanych kwiatków, a w końcu przyznaje się także do miłości, która całkowicie zawładnęła jego sercem, gdy tylko po raz pierwszy ujrzał swoją pracodawczynię. Zaskoczenie bohaterki jest ogromne, widzów zdecydowanie mniejsze. Kilka ujęć wyraziście malujących się emocji na twarzach aktorów, najazd kamerą na wypełniające się łzami oczy bohaterki, na drgające w przejęciu usta bohatera... Westchnienie ulgi przebiega przez autobus. Na ekranie pocałunek!
Dalej rzeczy toczą się sielsko i anielsko. Za sprawą swej narzeczonej, kierowca szybko przestaje być kierowcą i staje się dyrektorem. Widzimy go jak siedzi wygodnie w przepastnym, dyrektorskim fotelu, rozbija się mercedesem, wysyła e-maile z nowiutkiego laptopa. Ale to szczęście nie może trwać wiecznie, bo inaczej nie byłoby przecież filmu. To szczęście brutalnie burzy, znienacka na drobiazg rozbija i wniwecz obraca wypadek, z którego nasza bohaterka ledwo uchodzi z życiem. Chociaż wspaniali lekarze, we wspaniałej klinice robią co w ich mocy, bohaterka nasza na zawsze już przykuta będzie do inwalidzkiego wózka, a co gorsza w Afryce, nigdy nie będzie mogła mieć dzieci. Jest rozpacz na ekranie, jest smutek i żal i wielkie zatroskanie na twarzach pasażerów. Początkowo były nasz filmowy kierowca, a teraz już bogaty biznesmen, wspiera swą narzeczoną w tym bólu i nieszczęściu, ale ich drogi rozchodzą się coraz szybciej, szybciej i szybciej. W kolejnej scenie, w rozmowie ze swym najlepszym przyjacielem, nasz bohater wyznaje mu całą miażdżącą prawdę, prawdę o swoim romansie z najlepszą przyjaciółką swej niedoszłej żony, romansie, którego owocem ma być dziecko.
Ludzie łapią się za głowę i wymieniają między sobą grymasy niezadowolenia, dezaprobaty i oburzenia. Gdzieś z końca autobusu dobiegają czyjeś nagłos wykrzykiwane emocje, czyjeś spontanicznie wyrażone, pasażerskie potępienie.
Tymczasem nasz bohater nie słucha rad swojego przyjaciela, ironią zbywa jego ostrzeżenia, jego ostre słowa i nieskrywaną pogardę dla swojego niecnego postępku. Jeszcze tego samego dnia mówi o wszystkim swej niedoszłej narzeczonej, swej niegdysiejszej wielkiej miłości.
- Nie możesz mi tego zrobić! - wykrzykuje przez łzy nasza bohaterka, szarpiąc się za włosy wymownie - Nie możesz mnie zostawić teraz, kiedy tak bardzo cię potrzebuję! Nie możesz!
- Owszem mogę - mówi oschle i z lodowatym wyrafinowaniem nasz łotr bohater - Będę ojcem i poślubię matkę mojego dziecka.
- Wybaczę ci tę zdradę, wybaczę! - błagalnym tonem nawołuje zrozpaczona kobieta, wyciągając ku niemu ręce i całkowicie już tonąc we łzach - Tylko nie zostawiaj mnie proszę!
- Przykro mi - pada oschła odpowiedź.
- Ty łotrze! - teraz złość bierze górę nad rozpaczą naszej bohaterki, a błaganie przeradza się natychmiast w furię, histerię i krzyk przeraźliwy - Dałam ci wszystko! Kim byłbyś beze mnie?! Ze zwykłego kierowcy stałeś się dyrektorem, dzięki mnie i tylko mnie, a teraz mnie zostawiasz?!
- Przykro mi - mówi po raz kolejny nikczemnik ex-kierowca i zamyka za sobą drzwi z trzaskiem.
Ponura muzyka sączy się z głośników, czarne chmury zbierają się nad bohaterami filmu, tragedia jakaś wisi w powietrzu, coś złego niechybnie musi się wydarzyć, nie da rady inaczej. Tragedia być musi, pewne to jak w banku.

Kościół piękny i goście wszyscy piękni i ksiądz piękny i ołtarz piękny i państwo młodzi też bardzo piękni. W nigeryjskim filmie wszystko po prostu musi być piękne i jak najbardziej odległe od afrykańskiej rzeczywistości. Piękność ta jest aż tak przesadna, tak wszędobylska i tak wyjaskrawiona, że aż komiczna i groteskowa. Nikomu jednak nie jest do śmiechu, kiedy takie historie jakieś straszne kotłują się na ekranie.
- Ogłaszam was zatem mężem i żoną w imię Boga, a jeśli kto przeciwny jest waszemu małżeństwu niech powie to teraz lub zamilknie na wieki - mówi uroczyście piękny ksiądz filmowy.
Wśród całkowitej ciszy, która zawisła nad zebranymi w świątyni jak ciężka kurtyna, nie powstaje nikt, nie padają niczyje słowa, nikt nie protestuje, nikt nawet nie tupnie nogą. Nagle strzał i świst kuli w powietrzu. Łotr, nikczemnik ex-kierowca pada na ziemię zalany krwią. Na ekranie przerażone oczy świeżo upieczonej małżonki, zdjęte trwogą oblicza gości.
Kto strzelił? Kto porwał się na ten szaleńczy czyn?... Nie dowiem się nigdy, nie dowiedzą się pewnie też moi współpasażerowie. Oto zajechaliśmy szczęśliwie do Bobo Dioulasso, kierowca naszej Rakiety wyłączył silnik i telewizor zgasł.
Przechodzę między rzędami, kierując się ku wyjściu i śmieję się sama do siebie, ubawiona po pachy tą nigeryjską, filmową produkcją. Jeden z pasażerów zagaduje mnie z uśmiechem:
- Cieszy się pani? Ja też się cieszę, należało się łotrowi za jego haniebne zachowanie!

IMG_4028_bis.jpg
moje stopy po spacerku w Ouagadougou (to jest brud nie opalenizna)

Wysłane przez aidni 11:27 AM Kategoria Burkina Faso Komentarze (0)

12 Dni w Burkina Faso - część 2

Moja podróżnicza codzienność w Afryce

sunny 40 °C

BOBO

W zatłoczonym hallu dworca ludzie niebezpiecznie zaczynają się pokładać na podłodze. Nie jest to dobry znak, jest to wręcz znak jak najgorszy. Przed oczami stają tanzańskie przygody z koleją i już nic innego nie potrafię z siebie wykrzesać jak tylko tragiczną perspektywę jakiegoś nieskończonego oczekiwania. Tym razem, dla domiany, wybraliśmy bowiem pociąg, który łączy Ouagadougou z Abijanem. Ale to już Wybrzeże Kości Słoniowej, aż tam się nie zapuszczamy. Może innym razem, teraz z biletami do Bobo Dioulasso siedzimy na czyichś dywanach pozwijanych w zgrabne rulony i czekamy, czekamy, czekamy. Nie żebyśmy tak sobie samozwańczo, tak bez zapytania usiedli, miejscowi sami nam zaproponowali widząc, że nie mamy na czym spocząć, gdy tu oczekiwanie na pociąg zaczyna się niebezpiecznie wydłużać, a czas zdaje się stanął w miejscu. Najpierw niby tylko pół godziny, ale zaraz robi się już godzina cała, a potem druga. Nagle tłum zrywa się na równe nogi i biegiem na peron. Ciasnota, przepychanki, czyjś łokieć w gardle. Tutaj nie ma już litości i zapraszania do wspólnego na dywanie siedzenia, tu jest walka wręcz o przyzwoite miejsca. Pchnięci potężną siłą napierającego tłumu, wśród płaczu dzieci i kobiecych krzyków, dopadamy pociągu. A tu niespodzianka. Bez najmniejszych kłopotów znajdujemy sobie wygodne miejsca przy oknie. Nie ma przedziałów, są tylko plastikowe, niebieskie ławeczki i wszystko do złudzenia przypomina nasze swojskie, polskie pociągi osobowe. Pociąg wcale nie tak aż jest zapchany jakby można było przypuszczać po ilości ludzi w hallu dworca i po tych niewyjaśnionych turbulencjach, w które wpadł tłum w drodze na peron. Skąd ta histeria? Do czego potrzebny był ten karkołomny pośpiech? Po cóż ta walka tak zawzięta, kiedy miejsc w bród dla wszystkich?
Gdy tylko wydostajemy się poza miasto krajobraz zmienia się nie do poznania. Tu zaczyna się Sahel. Pejzaż półpustynny, zakurzony, zapylony. Gaiki palmowe i mangowce, baobaby na wyschniętej na kość ziemi, spalona słońcem na wiór trawa i piach. Busz i pustynia wymieszane jak w mikserze. Z glinianych, kwadratowych chałupek wybiegają bose dzieci i gnają co sił w nogach potykając się o kamienie i krzaki, a wszystko to by pomachać podróżnym. Z wózków zaprzęgniętych do osiołków lub krów, owinięci w turbany lub kolorowe chusty, pozdrawiają nas mieszkańcy mijanych wsi. Gdy zaś zatrzymujemy się w jakichś większych miejscowościach niezmiennie i natychmiast rozgrywa się wspaniały, afrykański spektakl - handel okienny. Otwierają się okna pociągu jak podwieszona w teatrze kurtyna, wagon natychmiast wypełnia się kolorami, żywiołowymi okrzykami sprzedawców, tysiącem rozmaitych zapachów. Na tacach niesionych na głowach przez okiennych handlowców zaglądają do pociągu przysmaki, ciastka, domowe wypieki, owoce już obrane, poporcjowane, prażona w oleju kasawa i banany, chleb zwykły i kanapki z bagietki z farszem rybnym, warzywnym, mięsnym do wyboru. A tu już jajka na twardo z pikantnym sosem, a jeśli kto nie lubi to z solą i pieprzem. Dalej woda, soczki w woreczkach i domowej roboty napoje z hibiskusa i imbiru, wszystko schłodzone jak należy. O proszę, jeśli kto ma właśnie smak i apetyt większy może z okna sięgnąć po szaszłyki, pieczone kawałki kurczaka, albo po suszone mięso pokrojone na drobne kawałki. No i owoce, całe multum owoców, w wielkich niesionych na głowie koszach. Mango oczywiście wiedzie prym w tym korowodzie, ale są i banany i pomarańcze, a nawet zielone jabłka z importu, są melony różnych rodzajów, są awokado, ananasy i potężne papaje. Defiluje przed oknami prawdziwy pochód najróżniejszych smaków, przekąsek ogromne bogactwo, oszołamiających kolorów i zaczepnych uśmiechów. I tak jest w całej Afryce. Czy jedzie się pociągiem, czy autobusem, z okna można praktycznie kupić wszystko, przynajmniej do jedzenia. Jedyne, co może radość takiego okiennego kupowania skutecznie zepsuć, a wręcz nawet całą transakcję uczynić niemożliwą jest brak drobnych. Banknot o nominale 1000 CFA (franków zachodnioafrykańskich - ok. 2 USD) to największy i jedyny banknot jako tako jeszcze da się rozmienić, ale już 2000, 5000, a co dopiero 10000 CFA (odpowiednio 4, 10 i 20 USD) to są dla większości ludzi i okiennych handlowców całodzienne, a może i kilkudniowe dochody, więc po prostu nie mają z czego wydać. Ty zaś kliencie masz pieniądze, za które nic nie możesz kupić. Ale to jest Afryka. Tutaj zawsze znajdzie się ktoś, kto o nic nie proszony, nie zagadnięty nawet kupi człowiekowi upragnioną przekąskę, wodę czy inny napój, jeżeli tylko sam ma wystarczająco drobnych a jego sąsiad nie. Zrobi to zupełnie spontanicznie, o nic nie pytając, nie będzie nawet oczekiwał, że mu się te pieniądze odda lub kupi cokolwiek na następnej stacji. Bo Afryka taka już jest po prostu.
IMG_4048_bis.jpg
IMG_4040_bis.jpg
handel okienny

Opieram głowę o okno i zastanawiam się skąd ci ludzie biorą te wszystkie różności, jak im się to opłaca tak stać w buszu i wyczekiwać na pociąg, który przejeżdża tędy najwyżej cztery razy w tygodniu, a co jeśli z jakichś przyczyn pociąg nie przyjedzie? Czy jest tu gdzieś jakaś droga, gdzie sprzedać by mogli swoje towary pasażerom samochodów, autobusów i ciężarówek? Jak okiem sięgnąć tylko busz, busz i busz, daleko gdzieś malutka wieś, nasz pociąg, i kłębiący się wokół kolorowy tłum.
A skoro temat handlu sam nasunął się sam, to może jeszcze kilka o nim słów. Handel dominuje w Burkinie, jak zresztą w całej Zachodniej Afryce, detaliczny. Nie, detaliczny to złe słowo, to jest raczej mikro-handel, handel wręcz mikroskopowy, którego symbolem jest mały, plastikowy woreczek. Rzadko kto ma tu bowiem większy pieniądz jakiś, rzadko kto ma kieszeń wypchaną grubszą jakąś gotówką. Żyje się z dnia na dzień z kilkoma miedziakami w ręku. Za co więc kupić kilogram cukru? Czym zapłacić za worek ryżu? Skąd wziąć fundusze na opakowanie herbaty czy kawy, albo butelkę wody, gdy pragnienie ściska? Wszystko to za drogie dla przeciętnego Afrykańczyka, dlatego też by temu zaradzić wymyślił on rozwiązanie zadziwiająco proste, a w tych warunkach sprawdzające się doskonale - mikro-handel woreczkowy. W małych, plastikowych woreczkach sprzedaje się na ulicy wszystko, dosłownie wszystko. Malutkie porcyjki cukru, herbaty i kawy rozpuszczalnej, tak by na jedną starczyło szklaneczkę, są małe paczuszki orzeszków ziemnych i innych, są owoce pokrojone w kawałeczki tak by było co na ząb położyć, są bananowe chipsy w torebeczkach różnych rozmiarów, za 25, 50 i 100 franków (20, 40 i 80 gr), są placuszki i ciasteczka domowej roboty i ryż i makaron, olej nawet, tak by na jeden obiad starczyło... a wszystko to oczywiście w małych, plastikowych woreczkach. Jest nawet woda z kranu, którą tu wszyscy piją, także z plastikowych woreczków, są domowej roboty napoje chłodzące z hibiskusa i imbiru, ale w woreczku można kupić także kilka łyków coca-coli, fanty, a nawet gorącą herbatę czy kawę z mlekiem! Oczami wyobraźni widzę jak co dzień w domach woreczkowych handlowców, jak w jakiś mikro-manufakturach, trwa pakowanie tych wszystkich różności, zwinne na supełki zawijanie foliowych torebeczek, porcjowanie, segregowanie. Rzecz to zupełnie niezwykła i typowo afrykańska. Niektórzy producenci wyszli naprzeciw zapotrzebowaniu klienteli na miko-porcje i także zaczęli produkować malutkie paczuszki ciasteczek, gum do żucia, kawy i herbaty, ale nawet te sprzedawcy potrafią podzielić na jeszcze mniejsze. Rozlewnie filtrowanej wody widząc, że tę w butelkach kupują wyłącznie turyści, również na szeroką skalę rozpoczęli produkcję taniej wody pitnej w plastikowych, kwadratowych woreczkach. Odrywa się zębami dowolny rożek i pije zupełnie fajnie i całkiem wygodnie. Tak polubiłam tę wodę z woreczka, tak spodobało mi się to afrykańskie zamiłowanie do mikro-porcji, że zaczęłam zbierać wodne woreczki ze wszystkich odwiedzanych miejsc. Kolekcja szybko rozrosła się do pokaźnych rozmiarów, nadymał się przewodnik, w którym je przechowuję, że aż objętość swą podwoił zupełnie jakby się wody z tych woreczków opił.
Stoliczek malutki i krzesełko, kilka otwartych paczek papierosów sprzedawanych na sztuki, kilka woreczków z przekąskami, kilka z wodą w przenośnym pojemniku, albo przekąski i woda zaglądające do autobusu z czyjejś głowy - oto afrykański sposób na mikro-biznes, na z dnia na dzień przetrwanie.

Bobo Dioulasso w nocy jak i za dnia jest mieścinką uroczą. Jej wielkim, bijącym żwawo sercem jest potężny plac targowy ogrodzony wysokim murem i zadaszony materiałem wszelakim, podług uznania i zasobności straganiarzy. Życie płynie wartkim strumieniem także na otaczających targ ulicach. Wszystkie chodniki gęsto zastawione towarem więc iść i tak trzeba po ulicy.
Jeśli uda ci się podróżniku szczęśliwie przedrzeć przez wąskie targowe ścieżki i podążysz dalej na południe zakorkowaną i ciasno obstawioną straganami ulicą, trafisz na plac miejski, a stąd już rzut beretem do największego skarbu, który skrywa Bobo Dioulasso, wystarczy skręcić w lewo, przejść kilkadziesiąt metrów... i jest! Jest, stoi oto przed tobą pierwszy w życiu, na własne oczy ujrzany, prawdziwy, sahelski meczet. Podnieś wysoko głowę, by w pełnej krasie zobaczyć jego wysoki minaret, podejdź blisko, dotknij ręką niezwykłych murów, by uwierzyć, że to, co masz właśnie przed oczami to nie miraż, nie złudzenie, że ta niezwykła budowla jest prawdziwa i jak najbardziej rzeczywista. Bo czy widziałeś kiedyś coś podobnego? Całość zbudowana jest jedynie z ziemi i gliny, jakimś sposobem bielona, choć koloru bardziej blado-beżowego niż białego. Za wysokim na jakieś 3 m murem wysoko pnie się minaret przypominający ostrosłup bardzo niedoskonały, powoli zwężający się ku górze z każdym metrem. By całą tę nadzwyczajną konstrukcję jakoś utrzymać, skonsolidować i utrwalić, użyto belek, ogromnej ilości drewnianych belek. Są one szkieletem całego meczetu, ale także jego największą ozdobą. Ich końce bowiem wystają z murów symetrycznie, w równoległych rzędach. Cały meczet naszpikowany jest nimi jak kolcami jeż. Efekt jest piorunujący, zachwycający, nic tylko dosłownie siąść z wrażenia. Siąść i patrzeć godzinami. U stóp meczetu siądziesz nie tylko ty, siedzą tu także islamscy mędrcy w białych szatach, w cieniu drzew, czytają koraniczne sury. Niewierni oczywiście meczet podziwiać mogą tylko z zewnątrz lub za jakąś bajońską sumę wybrać się tam z przewodnikiem. Wobec powszechnego w Afryce braku pieniędzy, nawet bardzo sztywny w swych doktrynach islam idzie jednak czasem na małe ustępstwa.
Ciekawość pcha nas by zajrzeć do środka. Wobec naszych szczupłych budżetów nie pozostaje nic innego jak udawać muzułmanów z Ameryki. Zadanie mamy ułatwione, ponieważ Benjamin dwa lata studiował arabski w Kairze i radzi sobie doskonale, no i obyczaj muzułmański też ma świetnie opanowany. Ale co ze mną?
- Pogadamy z imamem i zobaczymy - mówi Benjamin, zdecydowany i całkowicie przekonany do podjęcia tego trochę szalonego kroku.
Imam na widok amerykańskiego muzułmanina, płynnie mówiącego po arabsku i recytującego koraniczne sury z pamięci, chyba nawet diabła wpuściłby do swojej świątyni z tej wielkiej radości. Poszło więc gładko jak po maśle, aż sami się zdziwiliśmy, szeroko buzie pootwierali pochowani w cieniu mędrcy, grymas zawodu przemknął przez twarze polujących na turystów przewodników. Oto amerykański muzułmanin i jego niewierna koleżanka przekraczają próg najświętszego meczetu w Burkina Faso. W środku las kolumn podpierających drewniany, niski strop. Porozkładane gęsto modlitewne dywaniki na nierównej podłodze. Ciasno, wąsko i krzywo. Widać nawet okiem niewprawnym, że próbowano już budowlę na wszelkie sposoby jakoś ratować, wzmacniać, prostować, cóż jednak można zrobić, gdy budulec, z którego ją wzniesiono nietrwały jest z zasady i tymczasowy w swej istocie.
Imam uprzejmy jest niezwykle i tak Benjaminem zachwycony, że oprowadza nas po wszystkich zakamarkach, pokazuje gdzie daje nauki wiernym, gdzie muezin wyśpiewuje modlitwy, zaprowadza nas nawet na dach, lecz ten tak jest nagrzany, że zwiedzamy go dosłownie w podskokach. Na koniec pobożnie się kłaniając dajemy imamowi skromny datek, zgodnie z muzułmańskim obyczajem, a na Benjamina u wrót świątyni czekają już ciekawscy, bo plotka szybko się po okolicy i rozniosła. I tak oto, trojańskim sposobem, zwiedziliśmy ponoć najstarszy sahelski meczet w całej Zachodniej Afryce. Ale poszło tak gładko być może dlatego właśnie, że to islam murzyński, murzyńską szczerą naturą przesiąkły do szpiku, nie tak radykalny jak w państwach arabskich, a raczej łagodny i z wesołym obliczem. Kobiety tu nie chodzą w hidżabach, nie zakrywają twarzy czarną chustą. Skądże znowu! ramiona często odsłaniają zalotnie i z dumą pokazują światu świeżo zaplecione treski i warkoczyki. Ulice są pełne kobiet, kobiety pracują i stroją się w szalone kolorowe pagne [czyt. pań, rodzaj kobiecego stroju złożonego z długiej spódnicy zawiązywanej na biodrach i bluzeczki, najczęściej przylegającej mocno do ciała). Nikt tu nikogo nie próbuje nawracać, a kościół stoi sobie ledwie kilka przecznic dalej. Z różnorodności ludzie mają tutaj radość, inność rozpala ich ciekawość. Kiedy więc ganiam wokół meczetu z aparatem, mędrcy odrywają oczy od świętego Koranu by mnie pozdrowić, zamienić kilka zdań, poczęstować herbatą, uścisnąć dłoń.
IMG_4080_bis.jpg
IMG_4074_bis.jpg
IMG_4055_bis.jpg
stary meczet w Bobo Diuolasso

Obok meczetu stara dzielnica Bobo Dioulasso. Wąskie uliczki, niskie domki zachęcają by zboczyć z głównego traktu. Nim jednak człowiek zdąży o tym pomyśleć, taką opcję w ogóle rozważyć już ma wokół licznych samozwańczych przewodników i mężczyznę z biletami wstępu, już jest osaczony, za rękaw szarpany, do zwiedzania przymuszany. Jak dla mnie reakcja może być tylko jedna : odwrócić się na pięcie i szukać takich miejsc, gdzie odkrywać można samemu, gdzie wykoślawiona, afrykańska turystyka nie zapuściła jeszcze swoich macek. Tak trafiam do nowego meczetu i jego pełne uroku okolice. Zapuszczam się w uliczki, gdzie swe towary rozłożyli zielarze, kupuję kokosa u obnośnego sprzedawcy, krążę między straganami warzywników, wymieniam z ludźmi grzeczności i z radością przyjmuję zaproszenie na miętową herbatkę. Słońce delikatnie przenika przez płócienne zadaszenia nad targowymi stoiskami, w powietrzu unosi się zapach ziół, owoców, skądś dochodzi woń właśnie przygotowywanego sosu z orzeszków ziemnych, skwierczą na głębokim oleju prażone kawałki kassawy i banany. I choć nie odkrywam niczego nowego, nie siadam oszołomiona przed fantastyczną jakąś budowlą, nie podglądam żadnego tajemniczego plemienia, to jednak jestem tu i teraz, jestem tam, gdzie bije serce Afryki.
IMG_4109_bis.jpg
lokalny targ w Bobo Dioulasso
IMG_4103_bis.jpg
dziewczynka spotkana na targu

KIERUNEK BANFORA
Jadę wśród potężnych, tłustych i grubaśnych baobabów, jadę wśród mangowych gajów. Droga wcale nie jest trudna i jak na trakt piaszczysty niespecjalnie wyboista. Jadę na rowerze, który mając na uwadze burkińskie standardy mechaniczne, jest całkiem przyzwoity. Jadę pedałując bez pośpiechu, jadę z Banfory nad jezioro Tangrela. Po drodze mijam liczne wioski, mijam kobiety z wielkimi koszami mango na głowach zdążające na targ, mijam dzieci grające w piłkę zrobioną z plastikowych worków. U mych stóp soczyście czerwona, afrykańska ziemia, wokół zieleń wszystkich chyba możliwych odcieni.
Po prawie dwóch tygodniach wspólnego podróżowania z Benjaminem, znów jestem sam na sam z Afryką. Jest wielka radość w dzieleniu się własnymi spostrzeżeniami, refleksjami, doświadczeniami, jest wielka radość w słuchaniu cudzych opowieści, patrzenia na świat czyimiś oczami, jest wielka radość ze wspólnego przeżywania, poznawania i odkrywania, ale chyba tylko samotne podróżowania pozwala człowiekowi nawiązać prawdziwie intymny kontakt z otaczającym go światem, pozwala na tę zupełnie niezwykłą bliskość, na tę całkowitą wzajemną otwartość. Patrząc z perspektywy na wszystkie moje dotychczasowe podróże, dochodzę do wniosku, że tylko przemierzając świat w pojedynkę człowiek otwiera się w pełni na drugiego człowieka, tylko wtedy prawdziwie przesiąka tym, co go otacza, tylko wtedy wypływa na szeroki ocean bez koła ratunkowego pod pachą, w zanadrzu. I choć na początku mojej afrykańskiej drogi ta samotność uwierała, bolała, ciążyła jak kula u nogi, z czasem stała się jednak moim sprzymierzeńcem w odkrywaniu Czarnego Lądu. Polubiłam ją, uśmiechnęłam się do niej, wyciągnęłam ku niej przyjacielską dłoń, a ona paradoksalnie przełamała mój strach, pokonała moją nieufność, zdławiła moje lęki i obawy, całkowicie zwyciężyła mą podejrzliwość. Samotność prawdziwie otworzyła przede mną Afrykę.
A dziś dodatkowo cieszę się wolnością, którą daje własny pojazd, choćby i tak lichy jak burkiński rower. Zatrzymuję się tam, gdzie tylko mam ochotę, tam, gdzie urzeknie mnie krajobraz, gdzie ktoś zaprosi na herbatkę lub wesoło pozdrowi. Przyspieszam, gdy na drodze marudzi umęczony swym ciężkim wózkiem osiołek lub kobiety idące na targ z całą masą towarów na głowach, zwalniam, gdy stado krów przechodzi niespiesznie z jednego pastwiska na drugie, w poszukiwaniu smaczniejszej trawki. Gdy docieram nad jezioro okrążam je łukiem, nisko głowę schylając w mangowych sadach. Zatrzymuję się by zebrać kilka owoców, ucinam sobie pogawędkę z właścicielem kilku małych, murzyńskich chatek, które nad samym brzegiem jeziora wynajmuje turystom. Tak mnie urzekła ta swoboda, tak oszołomiła mnie ta wolność, że nie pomna zmęczenia w nogach pedałuję dalej. Opuszczam wioski i żegnam baobaby, znów przejeżdżam przez Banforę, która jest malutkim, sympatycznym miasteczkiem tonącym teraz we wszystkich odcieniach żółci i pomarańczy wspaniałych, dorodnych owoców mango, które wesołe przekupki sprzedają wzdłuż chyba wszystkich ulic i na wszystkich chyba straganach. W Burkinie przywitał mnie bowiem mangowy sezon w pełni.
Jadę drogą wyjazdową, która łączy Banforę z Bobo Dioulasso, a gdy już dosyć mam samochodów i wyprzedzających mnie autobusów i ciężarówek, zbaczam nad w ostatnie chwili zauważone jezioro. U jego brzegu mężczyźni przygotowują cegły z piasku, powszechnie tu używane do budowy domów, jest spokój, jest cisza, jest cień rozłożystego jakiegoś drzewa, a ja siadam z mym rowerkiem przy samej wodzie.
Jak ja pokochałam to moje tułacze, afrykańskie życie, co tak płynie sobie spokojnie i takie jest proste jakoś i naturalne. Jak ja pokochałam to moje wędrowanie z miejsca na miejsce, tę przestrzeń wokół i tę wielką kopułę niebieskiego nieba nad moją głową. Jak ja pokochałam tę wolność w sercu, ten wielki, szeroki świat stojący przede mną otworem i ten zupełnie mały, zamknięty w moim plecaku, te gorące promienie słońca na mojej twarzy i tę czerwoną ziemię rozpostartą u moich stóp. Pokochałam tę zieleń wielkich drzew mangowych i pól, ten bezkresny busz i te niezwykłe, opasłe baobaby. Jak ja pokochałam to roześmiane murzyńskie buzie, ten wspaniały murzyński lud, tę Afrykę, którą już mam w sobie i tę która wciąż jest wokół mnie.
Czasami wieczorem zaglądam w paszport. Strony gęsto już opieczętowane przez różnych, afrykańskich pograniczników i oklejone wizami przez ambasady. To chyba najcenniejsza rzecz jaką mam ze sobą. Bez paszportu nie mogłabym podróżować, podglądać świata, smakować Afryki. Taka niepozorna książeczka, kilka kartek i okładka i niespecjalnie udane zdjęcie, a otwiera przede mną świat, burzy granice. Taki ważny dokument, a tak niewiele mówi o mnie, nic prawie, jakby należał do zupełnie innego człowieka. Za każdym razem, gdy wjeżdżam do nowego kraju i patrzę jak pieczołowicie urzędnik graniczny spisuje moje dane, jak każdą stroniczkę z namaszczeniem przewraca, jak każdą z bliska ogląda pieczątkę, tak jakby ta Ola z paszportu bardziej była prawdziwa niż ta stojąca przed nim. Aż mam zawsze ochotę zawołać, krzyknąć:
- Panie urzędniku! Na nic pana wysiłek! Wszystko na nic! Wszystko to nieważne i nieprawdziwe!
mój zawód: prosty nomada
narodowość: afrykańska, murzyńska, choć skóra białością straszy
obywatelstwo: jak wszyscy ludzie, jestem dzieckiem świata
IMG_4137_bis.jpg
chłopcy znad jez. Tangrela, mój burkiński rower i ja
IMG_4155_bis.jpg
kolory Afryki - droga do jez. Tangrela

Gdy wieczorem popijam herbatkę w moim ulubionym kafetariacie w Banforze, zjawia się Abdulaj na swojej motorynce.
- Chodź, pojedziemy na koncert tradycyjnej muzyki burkińskiej!
Dlaczego nie? Abdulaj znalazł mi tani hotelik, a dokładnie prościutki pokoik w jakiejś placówce ministerstwa infrastruktury, skądś wytrzasnął dla mnie również tani i, co nie mniej ważne, sprawny rower, więc może i koncert wyniuchał jakiś ciekawy. Jedziemy ciemnymi uliczkami, co chwila zatrzymując się by założyć ciągle spadający łańcuch. Na przedmieściach ludzie palą śmieci ogromne piętrząc ogniska i posyłając w atmosferę potężne kłęby cuchnącego dymu. Zajeżdżamy do chyba najbardziej wytwornego lokalu w miasteczku. Jest bar w europejskim stylu i stoliki pod palmową strzechą. Tylko scena jakaś pusta i nie zanosi się by miała się szybko zapełnić burkińskimi artystami. Z głośników leci Shakira i dyskotekowa łupanka z Wybrzeża Kości Słoniowej.
- Zespół dziś nie wystąpi - oświadcza bez przekonania właściciel lokalu - bo nie ma turystów, a przecież dla miejscowych nie będą grać.
Faktycznie jestem jedyną białą głową w całym lokalu i tak zresztą świecącym pustkami. Abdulaj przeprasza gęsto, dwoi się i troi, by mi jakoś tę stratę wynagrodzić. A ja przecież cieszę się, że mnie ominęła jakaś szopka w przebraniu tradycji, pod pozorem kultywowania i promowania tutejszej kultury. Ja chcę zobaczyć Afrykę taką, jaką jest, codzienną, zwykłą, prawdziwą. Z Shakirą i dyskotekową łupanką z Abijanu, w dżinsach i t-shircie, wolny czas spędzającą przy piwku. Rozczarowani? Ależ nie ma czym. Afryka taka jaka jest, zwykła i bez fajerwerków, naturalna i prostoduszna, naiwna i czasem kiczowata, wspanialsza jest niż wszelkie nasze oczekiwania i w zaciszu europejskiego domu budowane wyobrażenia.

Tak oto upłynęło mi 12 dni w Burkina Faso. Dni zwykłych, prostych, afrykańsko codziennych. Plecak ciasno spakowany zarzucam na ramiona, żegnam się z Bobo Dioulasso kochanym miasteczkiem, okulary przeciwsłoneczne na nos, chustka na głowę, czas jechać do Mali.
IMG_4165_bis.jpg
chłopiec z Banfory

Wysłane przez aidni 5:32 AM Kategoria Burkina Faso Komentarze (0)

12 Dni w Burkina Faso - część 1

moja podróżnicza codzienność w Afryce

sunny 40 °C

12 DNI W BURKINA FASO - część 1

Znienacka z buszu wyrastają najpierw małe, parterowe domki, nieotynkowane, proste takie, a zaraz za nimi już coraz większe, piętrowe konstrukcje. Ciasno i tłoczno robi się na drodze, szarżują motocykle i motorynki, których tu wszędzie pełno jak szarańczy, rowery, zdezelowane, poobijane auta przeróżne oraz wózki z owocami ciągnięte z wysiłkiem przez zmęczone osiołki. Wystawiam głowę przez okno, podnoszę wysoko wzrok. W miarę jak zbliżamy się do centrum burkińskiej stolicy pną się ku niebu drzewa, którymi obsadzono aleje, pną się siedziby banków i firm. Wokół muzyka tysięcy klaksonów, typowy wielkomiejski harmider i gwar zawieszony w mięsistym upale. Jakaż to odmiana po buszu sięgającym horyzontu jak pustynia, po buszu ciągnącym się za oknem monotonnym krajobrazem od blisko czterech godzin.

Po niewygodach dnia wczorajszego, wciąż czując w żebrach łokieć sąsiada, pogniecione ciało wciąż lecząc po opasłej sąsiadce, pośladki mając sparzone skrzynią biegów, w mym życiu pojawiła się nagle i niespodziewanie Rakieta. A Rakieta to jest zupełnie inna jakość podróżowania po Burkinie, to jest pojazd nowoczesny, gdzie całe siedzenie ma się tylko dla siebie i nie trzeba go wcale dzielić z innym, a najczęściej innymi współpasażerami, gdzie rozsiąść się można wygodnie, bezczelnie zakładając nogę na nogę, plecy swobodnie opierając, mięciutko jak prawdziwy lord. Rakieta to jest, w porównaniu z buszową taksówką lub minibusem, pojazd wręcz przepastny, to jest wersal prawdziwy burkińskich dróg. A przejechać się autobusem kompanii transportowej „Rakieta” nie jest wcale drogo, przeciwnie cena jest zacna i bardzo przyzwoita, a w dodatku nie trzeba czekać aż się autobus zapełni, przepełni i zapcha by wyruszyć w drogę. To już jest rzadkość niesamowita, rzecz w Afryce niespotykana, to jest prawdziwy balsam dla umęczonego ciała i zszarpanych wiecznym czekaniem nerwów. Nie ma co siedzieć w Fada N'Gourma, nie ma co siedzieć w tej zapomnianej przez los mieścinie, gdzie poza prysznicem z bieżącą wodą i wykafelkowaną łazienką w hotelowym pokoju nie ma czym się zachwycać i czym oka cieszyć. Decyzja mogła być tylko jedna: jedziemy do Ouagadougou!
Co to za nazwa?! Na sam widok język staje dęba, nie wiadomo jak się za nią zabrać, od której strony ugryźć! Czytać należy "łagadugu", akcent położyć na przedostatniej sylabie i pewnie wypowiedzieć na jednym wydechu, ale nawet tubylcy się nie trudzą i na swoją stolicę mówią po prostu „łaga” i tak jest lepiej, tak jest wszystkim wygodniej.
IMG_4001_bis.jpg
Rondo ONZ w Ouagadougou

Nagle trach ! Ni stąd ni zowąd zatrzymujemy się pośrodku jakiejś ruchliwej, stołecznej ulicy, pasażerowie w pośpiechu opuszczają autobus, nie ociągając się wysiadamy z Benjaminem razem z nimi. Serca nasze i umysły już dawno murzyńskie, Afryką nasiąkłe, całkowicie skażone upalną powolnością. Dopiero, kiedy zdążyliśmy uzupełnić zapasy płynów, opić się schłodzonej wody, wypalić papierosa, najeść przeróżnych przekąsek, przychodzi nam do głowy myśl, że może by tak zapytać kierowcę, co się stało, dlaczego stoimy tak długo i nie jedziemy na dworzec. Okazuje się, że urwało nam zderzak auto jadące za nami. Czy nie zadziałały hamulce, czy też samochód ten nigdy nie był w nie wyposażony nie wiadomo, jednak tu w Afryce wszelkie, nawet najbardziej niedorzeczne dla europejskiego ucha, wyjaśnienia są jak najbardziej prawdopodobne. Zderzak boleśnie leży na ziemi, Rakieta wgnieciona. Kierowca namawia nas na wzięcie taksówki do centrum, tak będzie szybciej i pod każdym względem lepiej, nie będzie nawet drogo, bo sam zajmie się znalezieniem nam pojazdu i negocjacją ceny. Ponieważ nasza biała skóra mogła by niepotrzebnie rozbudzić pazerność potencjalnego taksówkarza, chowamy się w jednym z ulicznych kafetariatów, bo tak właśnie nazywają się w Burkina Faso kawiarnie - "cafetariat". W niczym nie przypominając naszych, zachodnich pierwowzorów, są najczęściej zwykłymi budkami z blachy falistej, gdzie można się napić rozpuszczalnej kawy lub herbaty, zjeść drobny posiłek, skromne jakieś śniadanie.
Wymalowany na zielono i poobijany z każdej strony samochód zjawia się prawie natychmiast, a gdy taksówkarz orientuje się, że mu się rozsiadło z tyłu dwóch białych pasażerów zamiast jednego czarnego, minę ma nietęgą, coś tam ciągle pod nosem mruczy i grymasi. Taksówki nigdy nie ma się w Burkinie tylko dla siebie. Taksówka oraz motor, podobnie zresztą jak bardzo nieliczne autobusy i minibusy, są elementami miejskiego transportu publicznego, funkcjonującego na zasadach zupełnie dowolnych i całkowicie spontanicznych. Nie ma żadnych rozkładów jazdy, żadnych z góry narzuconych tras przejazdu, żadnych wyznaczonych przystanków, żadnej w tym wszystkim myśli przewodniej, żadnego zorganizowania. A jednak nie widać by ktokolwiek miał kłopot z dotarciem na miejsce, jakoś to tak wszystko zgrabnie funkcjonuje, jakoś tak naturalnie dopasowuje się do rytmu miasta, współgra z jego energicznym pulsem.
Taksówka publiczna zbiera po drodze po prostu wszystkich, którzy jadą w tym samym kierunku zaczepnie klaksonując na potencjalnych klientów i już. No więc dalej ścisnąć się trzeba, stłoczyć, nasz niezadowolony kierowca musi przecież odrobić stratę jako że nie daliśmy się skroić.
Chociaż Ouagadougou to wielkie miasto to należy do tej skromnej liczby afrykańskich molochów, które da się z miejsca polubić. Ouagadougou jest po prostu sympatyczne, bez zbędnej pompy, modernizuje się powoli, bez pośpiechu. Nie jest tak ciężkie jak Kampala, ani tak stresująco europejskie jak Nairobi, ani też tak rozlazłe jak Akra. Ouagadougou jest swojskie i bardzo afrykańskie, nowoczesne ale z osiołkiem, z asfaltem ale tylko na głównych ulicach, z eleganckimi budynkami ale i z blaszanymi kafetariatami i straganami, które tu każdy może sobie postawić gdzie chce, nawet w bezpośrednim sąsiedztwie szklano-betonowej siedziby dużego banku.
Kierując się decydującym kryterium ceny, wybieramy z Benjaminem najtańszy hotel z przewodnika. Kto by pomyślał, że za tak skromne pieniądze trafić się może ogród i ławeczki, niezwykłe jakieś altanki i bujna zieloność wszędzie na hotelowym dziedzińcu, a do tego taki pokój ładny, a i urządzony ze smakiem, to już w Afryce prawdziwa rzadkość.
Na kolację rybka z ryżem od ulicznej kucharki za niecałego dolara, szum miasta wokół i księżyc w pełni nad głową. Przy zupełnie bezcennych, chłodzących podmuchach wentylatora, pod moskitierę zakrada się niepostrzeżenie sen głęboki jak studnia.
W Ouaga spędzamy kilka leniwych dni, dzielonych między kafejki internetowe i wałęsanie się po mieście, zupełnie bezcelowe i pozbawione logiki. Bo w Ouaga nie ma do zwiedzania nic, można się tylko wałęsać.
Oto wielkie rondo Narodów Zjednoczonych, aorta miasta! Ruch niesamowity, nieustający, pędzący przed siebie na oślep, drwiący sobie z przepisów, prawdziwy koncert klaksonów, prawdziwa ściana spalin. Wśród samochodów i pojazdów przeróżnych pojawia się nagle gęsty peleton, to uczniowie w beżowych mundurkach wracają ze szkoły na swoich rowerach. Zadzieram głowę wysoko, bo tuż obok rwie się ku niebu dziwaczny budynek banku, a za nim poczta. Na rondzie wielka kula ziemska, całkiem ładna i sympatyczna, w odróżnieniu od znakomitej większości afrykańskich monumentów, wcale nie kiczowata. Dłużej popatrzeć sobie i zdjęć porobić nie da się niestety, bo rondo to także epicentrum ulicznego natręctwa, turysty zamęczania, wpychania mu do rąk pocztówek, wisiorków, puzdrełek na biżuterię, breloczków i innych, nieznośnych souvenirów. Chce człowiek popatrzeć, a nie może, bo przed oczami zamiast tego, co chce zobaczyć ma koszulkę z kolorowym nadrukiem, flagę Burkiny czy inną jakąś, paskudną pamiątkę. Handlarze z ronda są przy tym wybitnie natrętni i zwartym człowieka otaczają tłumem. Mimo, że cierpliwość mam już prawdziwie afrykańską i nerwy nie do zdarcia, to zarzucam wszelką walkę i uciekam po prostu i najdosłowniej, ile tylko sił w nogach ciągnąc Benjamina za sobą.
A co to za dziwaczny budynek po drugiej stronie ulicy? Kanciaste arkady w betonowym klocu i śmieszne stożki na dachu udające tradycyjne, murzyńskie lepianki. Burkińska architektura stołeczna nie przestaje zaskakiwać. "Dom ludowy" głosi wielki napis u wejścia. No nie! Muszę to sfotografować. Wyciągam aparat, ustawiam przesłonę...
- Madame, za zdjęcia 500 franków od sztuki - wskakuje mi w kadr nieproszony jakiś młodzieniec.
- Jak to?! To przecież budynek!
- To nic, płacić trzeba i już, 500 franków.
- Ale to dom ludowy - zagaduje Benjamin - a my też jesteśmy z ludu, to także nasz dom. No więc jak tak płacić za własnego domu zdjęcia?
Argument nie do zbicia, wszyscy się śmieją radośnie. Pstryk i dziwactwo uwiecznione.
IMG_4022_bis.jpg
Dom ludowy i ja

W Afryce uśmiechem i żartem można załatwić wszystko! Można cenę lepszą utargować, można znacznie przyspieszyć graniczne formalności, można natychmiast ludzi na swą stronę przekabacić i całkowicie zjednać. Humor jest tu rzeczą bezcenną, bo Afrykańczycy uwielbiają się śmiać. Celna riposta, ironiczny jakiś żarcik rzucony mimowolnie, jakiś komentarz z humorem, albo zabawna historia ma tu moc prawdziwie nadprzyrodzoną. Na wszelką napastliwość, na każde uliczne natręctwo najlepiej reagować szerokim uśmiechem, z humorem. Kiedy w Ugandzie, zresztą nie tylko tam, dzieci zamęczały mnie swoimi prośbami o pieniądze lub długopis, albo prezent jakikolwiek najlepszym sposobem była wyliczanka:
- Nie mam kochanie długopisu, ani cukierków... nie mam też komórki i telewizora i dvd też nie mam, nie mam po prostu nic.
- A piłkę masz?
- Nie mam.
- A koszulkę masz?
- No dobra koszulkę mam, ale tylko taką brzydką strasznie, okropnie brudną z wielką dziurą w dodatku!
(tu rękoma demonstruję jaką wielką, a dzieci piszczą z radości i śmieją się jak szalone)
- A samochód masz?
- Nie mam.
- A ciężarówkę taką wielką!- przekrzykują się malcy naśladując mój gest z koszulkowej kwestii, wyraźnie ubawione już po pachy tą wyliczanką.
- Nie mam.
- A samolot masz?
- Mam, ale wam nie dam i już.
Eksplozja śmiechu, krzyki, piski, krzywe ząbki szczerzą się w radosnym uśmiechu na czarnych buziakach. Śmieją się także wesoło dorośli przyglądający się tej scenie, ktoś klepie po plecach i pozdrawia.
Innym razem, w Malawi wysiadałam z autobusu na zatłoczonym dworcu w miejscowości Mzuzu.
- Madame, madame taxi?! - tłoczą się koło mnie mężczyźni, szarpią za plecak, każdy chce mnie siłą zaciągnąć do swojej taksówki, której ja wcale brać nie chcę. Powiedzieć "nie" nie rozwiąże sprawy, dalej przejść nie dadzą, nie przestaną się przepychać, ciągnąć za rękę, próby podejmować by mój plecak porwać do swojego bagażnika. - Panowie- wołam z uśmiechem i klepiąc się po udach mówię: - Na nic wasze trudy bo oto moja taksówka! Nie muszę się targować, bo jest za darmo i zaniesie mnie zawsze tam gdzie chcę.
- Ha, ha - śmieją się taksówkarze - Ale taka taksówka strasznie jest wolna Madame! Taka taksówka jest po prostu do niczego!
- Może i wolna i niewygodna, ale za darmo zupełnie i mogę zaręczyć, że model to najlepszy i niezawodny.
Już wesoło, już się wszyscy cieszą i pokazują mnie palcem kolegom po fachu oblegającym innych podróżnych. Nikt już mnie nie męczy, droga wolna i jeszcze pozdrowienia i uściski ręki.
IMG_4014_bis.jpg
śpiący widz na filmowym seansie, fragment pomnika przed jednym z kin

Ale wróćmy do Ouagadougou. Ouagadougou to stolica afrykańskiej kinematografii. To tutaj odbywa się największy festiwal filmowy na całym Czarnym Lądzie, przyjeżdżają gwiazdy, wielcy reżyserowie i tłumy wielbicieli, ponoć o miejsce w hotelu na próżno można walczyć podobnie zresztą jest z biletami na filmowe seanse. Wielki świat, czerwone dywany, tysiące dziennikarzy, cała Afryka patrzy wtedy na Ouagadougou. Festiwal FESPACO to takie afrykańskie Cannes. Krążymy po kinach z nadzieją, że uda nam się znaleźć choćby jeden film z angielskimi napisami, aby także i Benjamin, który francuski zna bardzo słabo, miał przyjemność ze spotkania z afrykańskim wielkim ekranem. Na próżno jednak, musimy obejść się ze smakiem.
A nazajutrz mknę już motorynką po malijską wizę. Mym kierowcą jest hotelarz , który oburzony kosmicznymi cenami, przemnażanymi i rozbuchanymi do granic rozsądku przez pazernych moto-taksówkarzy, wszelki umiar tracących na widok mej białej skóry, zaoferował się podwieźć mnie do ambasady Mali za cenę paliwa. Motorynka, jak znakomita większość burkińskich pojazdów, rozpada się w czasie drogi na części. Najpierw spada łańcuch po środku ruchliwej ulicy, potem jakaś śrubka się gubi na zakręcie, to znów hamulec wysiada gdzieś w połowie drogi, w końcu motorynka w ogóle nie chce zapalić chociaż świeżo zatankowana. Ale takie przygody w Burkinie to rzecz codzienna, oczywista, całkowicie naturalna, przyjmowana z rozbrajającym uśmiechem, bezstresowo i na wesoło.
Na wizę w ambasadzie czekam niecałą godzinę, płacę 50 dolarów i wracam już piechotką, niespiesznie, powolnie chłonąc sobie stołeczną atmosferę.
Wieczorem zaś był koncert. Prawdziwy, afrykański, burkiński. Muzyka tradycyjna z nowoczesnym posmakiem. Zespół liczny, gromadny, wyposażony w nieznane mi instrumenty, tańcem zgrzewający zastygłą publikę. Zastygłą dlatego, że koncert odbywał się we francuskim instytucie kultury, więc widownia była mieszana, czarno-biała. Poziom spontaniczności za sprawą licznej Białych obecnością natychmiast spadł gwałtownie. Muzyka jednak nie zna takich barier, nie ogranicza ją kolor skóry, odmienność kultur, konwenansów i przyjętych norm zachowania. Nie trzeba czekać długo aż pękną lody i wszyscy razem zaczynają tańczyć, podśpiewywać sobie radosne melodie i uśmiechać się do siebie wzajemnie.
- Madame - zagaduje mnie ktoś w gibającym się tłumie - Mam piękne bransoletki i pudełeczka na biżuterię. Dam Madame dobrą cenę, bo już późno więc chcę jakoś towar upchnąć.
Nie ma litości! Nawet na koncercie, nawet w eleganckim, francuskim instytucie, zamęczać będą człowieka i nerwy szarpać.

Wysłane przez aidni 5:00 AM Kategoria Burkina Faso Komentarze (0)

Burkina Faso - część 1 - Pierwszy dzień w Burkina Faso

sunny 37 °C

PIERWSZY DZIEŃ W BURKINA FASO
IMG_3989_bis.jpg

Raz, dwa, trzy start! Jadę okrakiem siedząc na skrzyni biegów i dosłownie żywcem się gotuję, jeśli tak dalej pójdzie to do Burkina Faso wjadę jako klopsik w sosie własnym.
- Panie kierowco, daleko jeszcze?! Bo mnie silnik pana minibusu tak w cztery litery grzeje, że zaraz zamienię się w szaszłyk!
- 30 km, da Madame radę?
Ani się ruszyć, ani jakkolwiek powiercić, tylko zęby można zaciskać by przetrwać jakoś tych najdłuższych i najgorętszych 30 kilometrów w całym moim życiu.
30 kilometrów do Burkina Faso. Jedziecie ze mną? Ostrzegam nie będzie wygodnie ani komfortowo, przeciwnie ciasno, tłoczno i gorąco, długo, wolno i w nieskończoność, a w dodatku po wybojach i z burczącym żołądkiem. Nie zrażeni jeszcze, no to zapraszam!
- Ścisnąć się, ścisnąć! Jeszcze ! No dalej, czasu szkoda!
Od kiedy to w Afryce ktoś się z czasem liczy? Po prawie godzinnym oczekiwaniu pod mangowcem w Somba wiosce, wreszcie zjawiła się bush-taxi, czyli peugeot-muzeum, któremu już wszystko jedno i zabierze tyle ludzi i bagaży ile tylko zdoła doń wepchnąć pazerny na pieniądze szofer.
- Panie kierowco - protestują i tak już nieźle ściśnięte na tylnym siedzeniu grubaśne, afrykańskie matrony - nie da rady!
- No to może Madame weźmie na kolana tego szczupłego pana?
- A pewnie! Czemu nie!
IMG_4216_bis.jpg
taksówka buszowa (tu wersja burkińska)

Radocha, śmiechy, żarty, młody mężczyzna na moich kolanach wyraźnie płonie ze wstydu, co tam, grunt, że jedziemy.
No więc tak to wygląda: z lewej w żebra wciska się wam czyjś łokieć, jeden pośladek cudem, choć zgnieciony grubaśnym pośladkiem sąsiadki, jeszcze mieści się wam na siedzeniu, drugi już podróżuje na drzwiach, do tego na kolanach macie jakiegoś faceta, a by szczyptą pieprzu doprawić to widowisko, do ucha wydziera wam się jeszcze wyrwany ze snu niemowlak wściekły na cały świat. Pędzimy tak przez busz, radośnie podskakując na wybojach, połykając kurz w kilogramach, wypiekając skórę na słońcu.
Natitingou – czas zmienić pojazd na następne bush-taxi. Tym razem wybieramy miejsca strategiczne, z przodu przy kierowcy, za rozbitą szybą, odpadającą tablicą rozdzielczą, na dziurawym fotelu, z którego sterczą sprężyny i wyłazi na wolność gąbka, ale przynajmniej będzie przestrzeń jako taka, bo z przodu jedzie się tylko we trzech : dwóch pasażerów i kierowca. Choć w aucie poza silnikiem chyba nic nie działa, docieramy cudem bez wypadku do następnego punktu przesiadkowego. Czas zająć miejsce w minibusie na skrzyni biegów i odliczać kilometry do burkińskiej granicy, gdzie się może jakiś lepszy transport trafi.
30, 29, 28, 27... 15 O nie! Policyjny szlaban, to jest dwie blaszane beczki a na nich gałąź. Zagląda policjant badawczo, czego by tu się nie przyczepić i łapówkę wyłudzić, ale nic znaleźć nie może. Kierowca z ulgą rusza dalej i pomyśleć tylko, że w Polsce pewnie zabrakłoby bloczków mandatowych w całym województwie, by wszystkie wykroczenia i złamane przezeń przepisy zmieścić.
IMG_3988_bis.jpg
przednia szyba buszowej taksówki (model classic)
IMG_3991_bis.jpg
moje miejsce w minibusie do Burkiny

10, 9,8... Nareszcie granica! Do połowy ugotowani, z paszporcikami i wizą, wymieniamy grzeczności z oficjelami granicznymi. Bach! Bach! Lądują pieczątki z hukiem...witamy w Burkina Faso!
Minubus do Fada N’Gourma już czeka. Nie ma litości a jak! Skorośmy i tak już w połowie ugotowani, to nie zaszkodzi kolejnych kilka godzin znów spędzić w bliskim silnika sąsiedztwie. Oby tylko wody było nadto do picia, a jakoś przetrwamy drodzy przyjaciele, prawda? Zresztą i tak nie można narzekać. Nie wierzycie, to spójrzcie w boczne lusterko! Widzicie tego pasażera siedzącego dosłownie w oknie, z braku miejsca w środku? Biedak zasłania sobie usta koszulą by jakoś przed szalejącymi tumanami kurzu się wybronić.
Nieoczekiwanie z letargu dłużącej się, dziurawej drogi wyrywa nas widok wspaniały! Mango – olbrzym! Mango – gigant! Mango – monstrum! Waży z półtora kilo i zalotnie zagląda przez okno z dziewczęcej głowy. Piękny, wspaniały, soczysty, doskonały w kształcie, gładki, rumiany. Takie cudo, drodzy państwo, 200 franków (czyli złotówkę jakąś). Bierzemy!
Czujecie jeszcze ten gorąc silnika? Czujecie jeszcze ten kurz połykany w kilogramach? Wciąż pęka wam głowa od charczących głośników? Skądże znowu! Kto by się na takich koncentrował szczegółach mając na swych kolanach taki cud natury, takie prawdziwie gargantuiczne mango. Już jecie je w myślach, zlizujecie z rąk słodziutki sok, miękki miąższ rozpływa wam się w ustach. Tak się czujecie tą pysznością wypełnieni po brzegi, do granic samych, że nie zauważacie nawet kiedy docieramy na miejsce. I tak nam mija pierwszy dzień w Burkina Faso. No i jak się podobało?
IMG_3992_bis.jpg
nie dla wszystkich jest zawsze miejsce
IMG_4191_bis.jpg
afrykański minibus - ładowność nieograniczona

Wysłane przez aidni 3:49 AM Kategoria Burkina Faso Komentarze (0)

Benin - część 5 - W krainie ludu Somba

Trasa: wjazd 30.03.09, wyjazd 6.04.09 - Ouidah - Abomay - Natitingou - Boukoumbe (Somba country) - przejście graniczne Porga

sunny 40 °C

W KRAINIE LUDU SOMBA

W krainie ludu Somba jest mangowców wiele. W krainie jest mangowców prawdziwe zatrzęsienie. Słodkimi ich owocami usłane są w wioskach ścieżki, żółtym dywanem przykryte są pola i placyki, spadają mango jak pociski z gęstych, nieprzeniknionych czeluści potężnych, mangowcowych koron. Mango na śniadanie, mango na obiad i na kolacje, zupełnie za darmo. Wystarczy za próg wyjść i zbierać, albo pod drzewem usiąść i ręką sięgać, rękę zapuszczać w zielone liście. Duże, małe i średnie wszelkich gatunków i smaków, przeróżne. Mango nad głową, mango pod stopami, mango pełne garści i plecak. W krainie Somba zajadam się mango bez pamięci, bez hamulców, bez żadnych ograniczeń, tak długo jak pojemność żołądka pozwala, a nawet gdy ten trzeszczy już w posadach żałuję, że nie jest większy, by wszystkie mango z krainy Somba w nim pomieścić. Serce pęka na widok tych pysznych owoców rozdeptanych lub rozjechanych na drodze, całymi setkami, tysiącami! Serce pęka gdy patrzy się jak gniją i stają się pożywką wszelkiego afrykańskiego robactwa. Serce pęka na widok tego mangowego marnotrawstwa. Bo przecież mango to król afrykańskich owoców, a może i król owoców w ogóle...przynajmniej dla mnie. Ścieka słodki sok z moich warg, lepią się ręce, w krainie ludu Somba znalazłam mój afrykański, mangowy raj.
Ale mango to nie jedyne przysmaki, które tu spadają z nieba. Gdy miejscowi znudzą się już ich słodkim smakiem sięgają wysoko po małpi chleb, czyli owoce baobabów. Te rozmiarów są całkiem znacznych i w twardej, zielonej występują skorupce, która służy także do wyrabiania tradycyjnych grzechotek. Owoc baobabu rozbija się energicznie o kamień, a wtedy rozpada się on na dwie części. W środku zaś biały proszek posklejany w grudki, smak ma słodko-kwaśny i rozpływa się w ustach jak cukierek. By jednak doznać prawdziwej smakowej odmiany trzeba poszukać drzewa serowego. Nie jest one tak pospolite jak wszędobylskie tu mangowce, ani tak charakterystyczne i z daleka widoczne jak baobaby, warto się jednak trochę potrudzić i poszukać, bo ich owoce to prawdziwa uczta jeśli się dawno, dawno nie miało w ustach sera. Drzewo serowe w samo w sobie niczym szczególnym się nie wyróżnia poza tym, że okrutnie jest wysokie i by owoców jego sięgnąć trzeba długaśnego kija. Skrywa swoje skarby przed amatorami sera w kraju, gdzie poza mlekiem w proszku innego nabiału nie sposób dostać. Kształtem przypominają figi, koloru są zaś czerwonego. Gdy dobrze dojrzałe pękają na cztery równe części jakby wypluwając z siebie, z czterech zamkniętych w środku, kruczo - czarnych nasion, biało - beżową substancję. Ta twardnieje i zupełnie jak nie ser chrupiąca jest i niesoczysta wcale. Jeśli jednak zamknąć oczy i w dodatku kawałek chleba mieć w ręce to uwierzyłby człowiek prawie, że ma w ustach kęs goudy albo ementalera. Warto przyjść więc pod serowe drzewo z rana, z kubkiem herbaty i bułkę jaką, na śniadanie mieć swojsko jak w domu, a przed oczami Afrykę jak z dziecięcych marzeń, Afrykę żywcem z wyobraźni wyjętą, Afrykę jak z obrazka.
IMG_3943_bis.jpg
owoc baobabu

Jeszcze do niedawna bowiem kobiety z plemienia Somba nosiły spódnice niczym nie zakrywając piersi, a i mężczyźni tradycyjny przywdziewali strój i chociaż dziś plemienny obyczaj zdradzili dla bezdusznych dżnisów i t-shirta, dalej życie wiodą proste, rolnicze jak przed setkami lat i tradycyjne zamieszkują domostwa. A nic innego jak właśnie architektura uczyniła plemię Somba sławnym w całej Afryce Zachodniej. Bo choć podobnie jak wiele innych zbudowano je z ziemi, gliny i strzechy, to jednak domostwa ludu Somba są zupełnie wyjątkowe. Często piętrowe, z zewnątrz przypominają miniaturowe fortece. Za wysokim murem kryje się mały dziedziniec, a wokół niego niewielkie izdebki, koliste w kształcie. Na górę wchodzi się po schodach zrobionych z grubej gałęzi, w której wykrojono wąskie stopnie, bardzo wąskie bo ledwie mieszczą się na nich palce. Po Somba schodach wchodzi się jak po drabinie. Na niewielkim półpiętrze, w małym, glinianym tukulu wiaderko z wodą i pół plastikowej butelki, służącej za polewaczkę. Tak bowiem wygląda prawdziwy afrykański prysznic. Bieżąca woda dostępna jest w czarnej Afryce rzadko, najczęściej jedynie w dużych miastach i to przeważnie w hotelach nastawionych na przybyszów z Zachodu. Tu na prowincji, na prawdziwej afrykańskiej wsi, jest wiadro i kubełek - polewaczka i już.
Z Somba łazienki na pięterko prowadzą kolejne Somba schody. Na ciasnym balkoniku stoi spiżarka kryta strzechą, a wokół kolejne trzy tukule (okrągłe chatki) - sypialnie. Do każdej z nich wchodzi się przez niewielki otwór drzwiowy (wysokości najwyżej metra) ale jak! Znów po Somba - schodkach w dół!!! Tak! Ponoć to dlatego, by śpiących chronić przed wężami, szczurami i innymi nieproszonymi, nocnymi gośćmi. Rozkładamy się z Benjaminem (amerykańskim podróżnikiem, którego poznałam w hotel Monsieur la Lutta w Abomay) na śpiworkach, na balkoniku naszego Somba - hoteliku - fortecy. Sypialnię wybraliśmy oczywiście tę na samej górze, a i tak większość nocy spędzamy pod gwieździstym niebem, wsłuchując się w nieprzeniknioną ciszę, którą tylko czasem mąci wiatr buszujący w koronach mangowców.
IMG_3921_bis.jpg
nasz Somba hotelik
IMG_3947_bis.jpg
tu powstają blogowe opowieści
Zasypiamy twardym snem, sama nie wiem kiedy, bo droga do krainy Somba była długa i to wcale nie dlatego, że z Abomay jest tu jakoś szczególnie daleko. W Afryce odległość mierzy się nie w kilometrach, a w godzinach spędzonych w autobusach, minibusach, zdezelowanych publicznych taksówkach i czym tam jeszcze. W Afryce kilometr kilometrowi nierówny, trzeba uzbroić się w cierpliwość i nauczyć czekać i to czasem całą wieczność.
Kraina ludu Somba z resztą kraju połączona jest fatalną drogą wiodącą do jedynego na północy Beninu większego miasta o niewdzięcznej nazwie Natitingou (czyt. natitęgu). Daję się namówić na nieco komfortu i docieram tu wraz z Benjaminem funkiel nówka, chińskim autobusem. Jest wygodnie owszem, klimatyzacja działa, nawet telewizor jest i spokój i mnóstwo przestrzeni, ale jakoś tak bezdusznie, bez koloru, bez atmosfery, bez lokalnego nastroju. Takie Afryki oglądanie przez szybę, jak w jakiejś kapsule nikomu niepotrzebnego bezpieczeństwa - nie dla mnie. Dlatego z radością odkrywam, że do wioski Boukoumbé (czyt. bukumbe) dojechać można tylko do granic wypakowanym Afryką minibusem. By ten się jednak po brzegi wypełnił czekać trzeba długie godziny. I tak choć dotarliśmy do Natintingou ok. 14.00 to wydostać się stąd zdołaliśmy dopiero o 19.00! Nie wystarczy bowiem pasażerów zebrać i upchać ciasno w środku, trzeba jeszcze na dach wrzucić ich bagaże i w dobrze zbalansowany poukładać stosik. A Afrykańczycy jeśli się już gdzieś przemieszczają to chyba z całym swoim dobytkiem. Czegóż to nie ma na tym dachu! Są krzesła, stoły, nawet szafki, ciuchami po brzegi wypchane, wielgachne torby, są kosze z warzywami i owocami, jest rowerów para, są miski i wielkie garnki, są skrzynie metalowe i drewniane, są nawet zwierzęta w klatkach z patyków. W jednej z nich smutny piesek, błędnie patrzący w jakiś odległy punkt, z pokorą znosi całe zamieszanie i swój prawdziwie pieski, okrutny, afrykański los. Są kury i koguty, które bez litości wiąże się tu za nogi sznurkiem i wpycha w ciasne szpary między walizkami i tobołkami. Są w końcu nad kabiną kierowcy dwie kozy, również przywiązane do dachu. Całą drogę towarzyszy nam ich przeraźliwy krzyk i lament. Czy tak bardzo cierpią, czy też tak bardzo się boją, ciężko zgadnąć, nie ma jednak nic bardziej chwytającego za serce jak kozia rozpacz, bo brzmi ona w uszach człowieka jak płacz katowanego dziecka. Nie jest łatwo być zwierzęciem w Afryce.
IMG_3916_bis.jpg
w drodze do krainy Somba
Docieramy na miejsce, gdy noc jest już czarna. Jedyną latarnią jest tu księżyc, a i bez niego Afrykańczycy radzą sobie świetnie, bo prawdziwie tajemną posiedli, kocią jakąś zdolność widzenia w ciemnościach.
Właściciel naszego Somba - hoteliku - fortecy idzie sobie spokojnie, płynnie, a my z naszymi latarkami co chwila potykamy się o coś, na jakimś rozdeptanym mango się ślizgamy, to znów wpadamy w jakąś dziurę cudem unikając fikołka. Taka proszę państwa różnica między białym a czarnym człowiekiem.
Słońce wysoko już na niebie żar swój wylewa hojnie na ziemię. W małej Somba zagrodzie mężczyźni upajają się piwem z prosa pociągając je wprost z miseczek zwanych tu calebasse (czyt. kalebas). Miseczka wędruje z rąk do rąk i każdy jednorazowo ma prawo jeden pociągnąć łyk. Afrykańskim zwyczajem witamy się wylewnie pytając o żony, dzieci, rodziców, kozy i upewniwszy się, że u każdego z panów wszystko w jak najlepszym porządku, z miejsca zostajemy zaproszeni do degustacji. Napój piwem jest tylko z nazwy i alkoholowej mocy, smakuje bowiem raczej jak sfermentowana woda z jakąś brunatną zawiesiną. Grymasić jednak nie wypada więc popijamy z uśmiechem. Posługując się uniwersalnym językiem rąk i łamaną francuszczyzną, tak by panowie mogli nas zrozumieć, nawiązujemy nawet wesołą konwersację. Mężczyźni opowiadają nam o tym jak to piwo się wyrabia, pokazują spiżarkę, gdzie fermentuje i gdy atmosfera jest naprawdę rozluźniona i wesoła zjawia się facet w czerwonej koszulce i z miejsca wszystko psuje.
- Nie macie prawa tu być! Nie macie prawa wałęsać się po wioskach bez przewodnika, musicie zapłacić karę!
Wymieniam z Benjaminem jedynie porozumiewawcze spojrzenie, oboje wiemy co się święci, nie pierwszy to raz i nie ostatni, kiedy na naszym afrykańskim szlaku staje wróg numer 1 - niechciany przewodnik, przewodnik z przymusu.
Natrętni jak muchy, wszędobylscy, do bólu nachalni, każdą odmowę ignorując potrafią za człowiekiem chodzić, truć, głowę zawracać i na próbę najwyższą wystawiać nerwy i cierpliwość. Lubią straszyć, a to kradzieżą, niebezpieczną dzielnicą, skorumpowaną policją, nawet napadem zbrojnym i wyimagowanymi bandytami, tym, że sklepikarz ceny zawyży bośmy biali, tym, że hotel, do którego idziemy, brudny i zaniedbany, albo nawet spłonął i go zamknęli! Wszystkie metody są dobre byle tylko trochę na białym człowieku zarobić. Nie ma na nich rady, trzeba po prostu przywyknąć, zaakceptować, z uśmiechem w nieskończoność odmawiać, bo to element afrykańskiego pejzażu i już.
Facet w czerwonej koszulce szacunkiem cieszy się wśród pozostałych panów pewnie dlatego, że w sezonie pracuje z turystami i jak na benińskie warunki zarabia całkiem nieźle. Wszyscy więc milkną i nikt z miejscowych nawet nie próbuje z nim dyskutować. Próbuję tylko ja.
- Ale co też pan opowiada?! Przecież nigdzie nie jest napisane, że do chodzenia wytyczonymi ścieżkami przez wioski potrzeba przewodnika - tłumaczę łagodnie. Nic z tego. Facet w czerwonej koszulce zły jest i niezadowolony, nadąsany nie na żarty. Dzwoni do naszego Somba hotelarza, a gdy ten się w końcu zjawia, robi mu awanturę, że nas z samego już rana nie zaprowadził do przewodnickiej siedziby. Jakieś zamieszanie, kłótnia jakaś straszna. Wstajemy i grzecznie się ze wszystkimi żegnając po prostu odchodzimy, nie zważając przy tym wcale na protesty i nawoływania niezadowolonego przewodnika, który przełknąć nie może, że w okresie turystycznej suszy wymknęły mu się dwie grube ryby.
Turystyka w Afryce przybiera czasem wypaczoną formę. Nieraz człowiek czuje się osaczony, nieraz przeklina pod nosem, gdy odpędzić się nie może od wszelakich, ulicznych natrętów. W białym człowieku każdy tu widzi worek pieniędzy, a bo i większość przybyszów z Zachodu to ludzie majętni, szastający pieniędzmi na lewo i prawo, Afrykę oglądający zza szyby klimatyzowanych jeepów. Zdziwienie budzi widok białego człowieka w wypchanym do granic, publicznym autobusie lub jedzącego kolację u ulicznej kucharki. Niskobudżetowy podróżnik to w Afryce zjawisko wciąż rzadkie i niezrozumiałe.
Nie umilkły jeszcze krzyki i pogróżki za naszymi plecami, gdy przechodząc koło ogromnego baobabu zauważyliśmy odpoczywającą kobietę. Półnaga zajada się małpim chlebem. Na nasz widok energicznie rozbija jeden z owoców o kamień i z uśmiechem dzieli się nim z nami.
Niech cię pozory nie zwiodą podróżniku! Choć spokojnie przejść nie możesz ulicą, choć bezustannie ktoś ciągle czegoś chce od ciebie, a to coś sprzedać, a to wcisnąć ci zwinnie jakąś wycieczkę, albo po prostu z nudów pogadać, Afryka znacznie więcej da ci w jednej chwili niż kiedykolwiek będziesz jej w stanie odpłacić.
IMG_3929_bis.jpg
IMG_3931_bis.jpg
wies Boukoumbe w krainie Somba

Wysłane przez aidni 12:38 PM Kategoria Benin Komentarze (0)

Benin - część 4 - Monsieur La Lutta

sunny 36 °C

MONSIEUR LA LUTTA
Monsieur la Lutta ma w Abomey hotelik w samym sercu miasta. Hotelik jest ruderką do szczętu przeżartą wilgocią licznych pór deszczowych, które już cudem przetrwał. Na ścianach ciągną się strugami zacieki z przeciekającego dachu, przez maleńkie okienka nigdy nie zagląda słońce. W pokoju stęchlizna, odpadająca od muru umywalka, wisząca na kablu lampa rozpadająca się na drobiazg. Wszędzie brudno okrutnie i nieznośnie. Liczne na suficie pajęczyny są niezbitym dowodem na to, że nie jestem w tym pokoju jedynym lokatorem. Z prawdziwym zaskoczeniem odkrywam, że prysznica płynie woda, a wentylator, choć hałaśliwy ponad miarę, jednak działa.
Monsieur la Lutta ma w salonie - recepcji prawdziwą kolekcję laleczek voodoo i dżudżu, posążków przeróżnych i fetyszy. Walają się po kątach małpie czaszki, skórki zwierząt, niezindentyfikowane jakieś kości i ususzone jaszczurki. Wieczorami bowiem Monsieur la Lutta odprawia voodoo rytuały na życzenie turystów, którzy zatrzymali się w jego hotelu lub tak po prostu dla siebie lub przyjaciół. Bo Monsieur la Lutta jest kapłanem voodoo, chociaż chyba wszystkich kapłańskich "święceń" nie otrzymał, jako że na biało jak inni kapłani się nie ubiera. W świetle księżyca, gdy noc już późna, siedząc na drewnianym stołeczku przed swoim hotelem, Monsieur la Lutta podrzyna gardło kogutowi i krwią jego polewa niewielką czarkę. W czarce kawałek skóry słonia i lwa, które po rytuału szczęśliwym zakończeniu staną się potężnymi amuletami ochronnymi dla Benjamina, amerykańskiego podróżnika, dla którego dziś Monsieur la Lutta odprawia tę ceremonię. Gdy martwy kogut szarpie się jeszcze w nerwowych konwulsjach - Niesamowite - szepcze pod nosem Monsieur la Lutta - to prawdziwie dobry znak i wspaniała wróżba na przyszłość. A gdy ofiarny i nadzwyczaj żywotny kogut wreszcie przestaje się szarpać, zostaje doszczętnie z piór oskubany i wrzucony do garnka. Tak powstaje voodoo potrawka wieczorna. Całkiem smaczna, choć jej składniki na zawsze pozostaną tajemnicą. Zapytany o przepis, Monsieur la Lutta uśmiecha się tylko i mówi: - Nie pytaj tylko jedz. To dla twojego dobra, to będzie cię chronić przez całą drogę.
Może faktycznie lepiej nie wiedzieć.
Monsieur la Lutta jest w Abomay prawdziwym człowiekiem - instytucją. Wszyscy go znają, pozdrawiają na ulicach, kłaniają się i okazują szacunek. Na co dzień Monsieur la Lutta czas swój spędza pod potężnym, rozłożystym mangowcem, co gęstym cieniem kryje niewielki placyk przed jego hotelem. Zajada owoce, popija herbatkę, konwersuje leniwie z przyjaciółmi. Lat liczy sobie 50, a może 60, i ma wydatny brzuszek. Chadza sobie niespiesznym krokiem w długiej, fioletowej lub brązowej sukni. Uśmiecha się szeroko i ma zawadiackie spojrzenie, a gdy mówi często chrząka lub mruczy sam do siebie pod nosem.
Monsieur la Lutta jest najlepszym po Abomayu przewodnikiem, sypie datami jak z rękawa, zna zawiłe dzieje każdego w mieście zakamarka, a i opowiada jak prawdziwy bard, jak rasowy gawędziarz, że aż uszu nie można oderwać. To on oprowadzał mnie po królewskich pałacach, to z nim siedziałam w cieniu dahomejskiego drzewa, razem zajadaliśmy się waniliowymi lodami plecy opierając o jedną ze ścian pałacu Glele, razem mknęliśmy na zdezelowanym motocyklu po ulicach miasta. A gdy w szukałam brakującego emblematu na jednym z odwiedzanych pałaców, Monsieur la Lutta biegał po dziedzińcu i łapał koniki polne... z pewnością by zrobić z nich użytek przy kolejnej, wieczornej ceremonii voodoo. Bo Monsieur la Lutta to historia Afryki, jej folklor i leniwa codzienność zamknięte w jednej osobie.
laLutta.jpg
Monsieur La Lutta i jego goście (od lewej Brenda Rodriguez z Meksyku, Benjamin z USA, ja i Marketa z Czech)/ zdj. Brenda Rodriguez

Wysłane przez aidni 12:19 PM Kategoria Benin Komentarze (1)

(Wpisy 1 - 6 z 6) Strona [1]