Travellerspoint Blogi z podróży

cze 2008

Iquitos

Zapiski z dzienniczka podróży, 5-8 listopada 2007

sunny 32 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Jest już ciemno i leje tak mocno, jak tylko mocno lać potrafi w tropikalnej dżungli: ciężko, gęsto i obficie. Boeing linii lotniczych Star Peru schodzi do lądowania. Wysunięte podwozie, otwarte klapy na skrzydłach. Jest nisko, coraz niżej, niżej i niżej. Mija budynek lotniska, ale wciąż jeszcze nie dotknął ziemi a już dawno powinien. Pod skrzydłami ucieka pas startowy, ucieka bardzo szybko. Na pokładzie cisza zupełna, dłonie pasażerów kurczowo wbijają się w poręcze siedzeń, każdy jakby zastygł w dramatycznym oczekiwaniu. Nagle uderzenie – samolot nie ląduje, raczej spada z kilku metrów na pas hamując z całą siłą. Woda tryska z impetem spod kół i uderza w gorące silniki – powstają kłęby pary i pierwsza paniczna myśl w umysłach pasażerów: - Palimy się, płoną silniki! a zaraz za nią następna i następna: - Nie zdążymy przed końcem pasa, wpadniemy w poślizg, nie wyjdziemy z tego cało!
Nikt jednak nie krzyczy, nikt nie woła o pomoc, nie słychać głośnych modlitw i wołań do Boga. Trwa to może chwilę, ale jest to jedna z tych chwil, które zdają się być nieskończone.
Samolot zatrzymuje się gwałtownie, na samym końcu pasa. Na pokładzie cisza, gęsta, ścięta strachem, pełna jeszcze przerażenia... a wśród tej ciszy, nagle i nieoczekiwanie z głośników płynie entuzjastyczny i radosny, ba, wręcz euforyczny głos kapitana: - Ladies and Gentelmen welcome to Iquitos!

Iquitos – miasto w samym sercu dżungli, wydarte jej siłą niezwykłej wytrwałości i uporu, którymi przyroda obdarzyła chyba jedynie ludzkość. Największe miasto na świecie (ponad 300 tys. mieszkańców), do którego nie można dotrzeć inaczej jak tylko samolotem (z Limy 100$ + 6$ opłaty lotniskowej) lub statkiem (100 soli). Przedziwne to uczucie znaleźć się nad brzegiem Amazonki, na tej ludzkiej wysepce, którą zewsząd otacza najprawdziwsza w świecie dżungla – celva grande, gęsta, wroga i niebezpieczna.
Iquitos tętni życiem, jak każde tropikalne miasto. Hałas, brud i harmider, wilgotno, gorąco i lepko. Typowa tropikalna atmosfera, z tą jednak różnicą, że praktycznie nie ma tu samochodów. Zdecydowana większość ruchu ulicznego spoczywa na barkach riksz motorowych, tzw. mototaxi. Są to motory z domontowanym z tyłu, zadaszonym siedzeniem dla dwóch pasażerów. Tych pojazdów jest wszędzie pełno i przewożą dosłownie wszystko, od ludzi po sprzęt AGD, od skrzynek z owocami po butle z gazem, od zwierząt gospodarskich po meble. Przemieszczają się chmarami, krążą w kółko po całym mieście jak rój szarańczy. Nie mają postojów, łapie się je w biegu, prosto z ulicy.
Traffic_in_Iquitos.jpg
mototaxi na Plaza de Armas

W Iquitos u brzegu Amazonki rozciąga się dzielnica Bélen, najbiedniejsza dzielnica w mieście. Chybotliwe chatki kryte strzechą z liści palmowych, a co solidniejsze blachą falistą, stoją na wysokich palach, jedne obok drugich. W porze deszczowej Bélen „unosi się” na wodzie, a ludzie przemieszczają się między domkami na łodziach. Jest to ponoć widok niesamowity, zachwycający i egzotyczny. Teraz jednak Bélen stoi twardo na ziemi, ziemi brudnej i zaśmieconej, nie ma egzotycznej atmosfery jest za to cała naga prawda o biedzie i wykluczeniu, o społecznych podziałach, które w Iquitos wyznaczają schody łączące Bélen z resztą „lepszego” miasta. Na górze schodów promenada, sklepy, restauracje i stare przegniłe tropikiem kamienice, z czasów gdy mieszkali tu jeszcze kauczukowi baronowie i ich żony, które wysyłały pranie statkami do Paryża, a na dole tych schodów ... byle jakie domki, bieda, wzgarda, głód i bylejakość czyli Bélen, po hiszpańsku Betlejem.
Belen.jpg
Belen

Sercem Iquitos, jak każdego miasta w Peru, jest Plaza de Armas. Kościół, palmy, restauracja w amerykańskim stylu i Casa de Fierro czyli żelazny dom. Zaprojektował go Eiffel. Tak, tak, ten sam, który jest autorem słynnej paryskiej wieży. Żelazny dom składano z przygotowanych we Francji i przywiezionych tu statkami elementów. A działo się to w czasach, gdy Iquitos było miastem bogatych ponad miarę, europejskich, kauczukowych dorobkiewiczów. Dziś „żelazny dom” wygląda zupełnie niepozornie i powiem szczerze rozczarowująco, od paryskiej koleżanki dzielą go lata świetlne. Zatrzymujemy się bardzo blisko Plaza de Armas, u pewnego Francuza, który zamieszkał w Iquitos wraz ze swoją tropikalną pięknością i właśnie remontuje, starą gnijącą, kolonialną posiadłość przekształcając ją powoli w bardzo przyzwoity hotelik (ulica Raimondi 183, szyldu na razie brak). Pokoik (30 soli dwójka z łazienką) mamy kolorowy, czysty, urządzony z europejskim gustem. Na dziedzińcu kuchnia pod gołym niebem, po blacie chodzi wściekle zielona papuga i inny jakiś egzotyczny ptak z kolorowym dziobem. Ale kto by myślał o gotowaniu! Jeśli jeść w Iquitos, to tylko na ulicznych straganach, garkuchniach lub na mercado, czyli na targu. W każdym mieście w Peru jest przynajmniej jedno mercado, czyli zadaszony, miejski targ. Nie ma dwóch takich samych, każdy z nich ma swoją niepowtarzalną atmosferę i swoją specjalność. Mercado w Iquitos to mercado tropikalne. Nad samym brzegiem Amazonki, schodami połączone z portem. Ruch panuje tu niesamowity, stoły uginają się pod ciężarem potężnych rozmiarów melonów, arbuzów, ananasów i papai, słodziutkich tropikalnych bananów i soczystych mango. Chmary much latają natrętnie nad wystawionymi na sprzedaż rybami a co jakiś czas przemykają tu i ówdzie chude, bezdomne psy niepostrzeżenie starając się porwać chociaż mały kęs czegokolwiek.
Co do serwowanych w Iquitos specjałów to trzeba przyznać, że ryba w liściu bananowym bywa w smaku nieco mulista, za to przekąska zwana „yuka” jest jak najbardziej godna polecenia. Owoce są po prostu wyśmienite, uliczni sprzedawcy sprawnie obierają je ze skórki i podają z uśmiechem – nie skosztować to grzech. Ale dla mnie królową Iquitos jest papaja, a dokładnie sok z papai. Jeśli raj istnieje, to sok z papai pije się tam jak na ziemi wodę.
Streets_of_Iquitos.jpg
ulice Iquitos
Colored_market.jpg
kolorowy targ

W porcie Henry kupujemy u kapitana bilet na rejs do Pucallpy (100 soli z wyżywieniem). Czeka nas 5 dniowa podróż po wodach Amazonki i Ucayali, przez soczyście zieloną dżunglę, na pokładzie towarowo-pasażerskiego, pomarańczowo-zielono-białego statku Henry V, spanie w hamakach (trzeba mieć własny, do kupienia na targu w Belén za 20 soli) pośród grubo ponad setki innych pasażerów, start jutro o 17:30.
Boats_in_the_port.jpg
Statki w porcie Henry

Z dzienniczka podróży - dzień później:
16:00 – nasze hamaki już dawno rozwieszone. Bujam się leniwie i obserwuję tłoczących się pasażerów, w porcie nerwowa atmosfera – trwa załadunek towarów.
17:30 – dowiadujemy się, że wypływamy o 18:00.
18:00 – statek stoi tak jak stał i nic nie wskazuje, że szybko wypłyniemy.
18:30 – wśród pasażerów roznosi się wieść, że wypływamy mañana czyli jutro i to dopiero w południe.
9:30 – wstaję i podsłuchuję współpasażerów. W powietrzu unosi się wyraźne powątpiewanie w nasze rychłe wypłynięcie.
12:00 – dostajemy obiad a zaraz potem wiadomość, że wypływamy...mañana o 17:30. Nie wierzę własnym uszom, to przecież niemożliwe! W akcie desperacji i protestu, zostawiamy nasze rzeczy na pokładzie zabierając tylko to, co najcenniejsze i wyruszamy na miasto pocieszyć się sokiem z papai.
16:30 – tknięci jakimś dziwnym przeczuciem wracamy do portu i słusznie. W międzyczasie mañana 17:30 zmieniła się na hoy czyli dzisiaj 18:30.
19:15 – nareszcie wypływamy z Iquitos do Pucallpy, z 26 godzinnym opóźnieniem względem planu. Planu? Jakiego planu? Przecież „plan”, „rozkład jazdy” czy jakikolwiek inny czasowy porządek nie mają w tropikach racji bytu. Nieważne czy to Peru czy Indie. Czas w tropikach po prostu płynie inaczej. W Indiach na pytanie czy autobus odjedzie o tej czy tamtej godzinie, w odpowiedzi uzyskujemy specyficzne kiwnięcie głową, które może oznaczać zarówno „tak” jak i „nie”, „nie wiem” i „być może”. A tutaj w Peru wszystko jest po prostu mañana.

Za drzewami i gęsto porośniętym dżunglą brzegiem gasną powoli światła Iquitos. Wypływamy na „szeroki przestwór” Amazonki, na dalekim horyzoncie niebo rozdzierają pioruny. Przed nami pierwsza noc na największej rzece świata, wśród barwnego towarzystwa mieszkańców dżungli, którzy uczynili ten rejs jednym z moich najbardziej kolorowych wspomnień z podróży.

Wysłane przez aidni 18.06.2008 3:24 PM Kategoria Peru Komentarze (0)

obserwacje z okna

Zapiski z dzienniczka podróży 04.11.2007

23 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Na chodniku, przed wejściem do sklepu leży mężczyzna. Leży na plecach, ubrany na czarno, lewą rękę trzyma na głowie. Niewysoki, może pięćdziesięcioletni. Leży zupełnie bez ruchu. Samochody jeżdżą, ludzie przechodzą obojętnie obok, jakby mijali kamień. Sklepikarz z miną niezdradzającą żadnych oznak zainteresowania siedzi zupełnie spokojnie za swym kontuarem.
Obserwuję całe zajście z wygodnego autobusu do Limy, zza uchylonej przyciemnionej szyby, jakby z innego świata, gdzie wszyscy się uśmiechają popijając coca-colę.
Mężczyzna leży dalej, nie drgnie nawet. A wokół harmider i ruch i hałas tysiąca pojazdów. Może stracił przytomność, a może jest martwy, a może po prostu mocno pijany? W pewnym momencie podchodzi do niego ubrana w tradycyjny indiański strój staruszka. Przygląda mu się z lewej, potem z prawej, pochyla się nad nim z namysłem. – Nareszcie – pomyślałam – nareszcie ktoś się nim zainteresował! Kobieta stała tak jeszcze chwilę i nagle zwinnym ruchem wykonała daleki skok i zniknęła w sklepie, a sprzedawca uśmiechnął się do niej szeroko.
Mój autobus rusza. Mężczyzna leży dalej na chodniku, mijają go rozpędzone auta i inne pojazdy, mijają spieszący się ludzie, a on leży przezroczysty dla świata jak powietrze.

Wysłane przez aidni 12.06.2008 1:17 PM Kategoria Peru Komentarze (0)

Aguas Calientes

Zapiski z dzienniczka podróży - 01.11.2007

24 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Jeżeli miałabym stworzyć listę najbrzydszych miast lub najbardziej odpychających miejsc, do których nie chciałabym już nigdy wrócić, to Aguas Calientes byłoby zapewne w ścisłej czołówce. Stworzone dla turystów i bezustannie rozbudowywane tylko dla turystów. Byle jak, bezmyślnie, chaotycznie, jak kto chce. Restauracja przy restauracji, sklepy z pamiątkami poprzeplatane z agencjami turystycznymi, a w centrum kiczowaty plac z pomnikiem Inki w stylistyce Disneylandu.
Ulicą idzie mężczyzna w koszulce z napisem: „Machu Picchu dziękujemy Ci, że zapewniasz byt naszym dzieciom”. Wspaniałe, ukryte przed światem przez setki lat, sekretne miasto Inków, a dziś symbol Peru, jest ledwie 1,5h godziny spacerem stąd (lub 20 minut autobusem – 12$). Machu Picchu karmi, pozwala wykształcić dzieci, zbudować dom, kupić samochód. Nie byłoby w tym nic złego, gdyby nie metody jakimi te cele próbuje się osiągnąć. Najbardziej jest to widoczne na dworcu kolejowym. Peruwiańskie koleje stosują segregację rasową. Są specjalne pociągi dla turystów z Europy i USA (do Cusco 46$ - 2h) wielokrotnie droższe niż dla Peruwiańczyków i tylko na nie można kupić bilet. Turyści z lepszego świata czekają na eleganckim dworcu, popijając kawę z włoskiego ekspresu i zajadając ciastka z kremem. Peruwiańczycy czekają na swój pociąg oddzieleni metalową siatką, ściśnięci, trzymają na rękach małe dzieci i całe mnóstwo tobołków, patrzą w naszą stronę z wyrzutem i zazdrością. Machu Picchu zapewnia byt tym, którzy mieszkają u jego stóp, dojąc turystów jak krowy bez zażenowania, otwarcie i bezceremonialnie, ale Machu Picchu także dzieli na lepszych i gorszych, na tych, co mają i na tych, co chcą mieć.
Aguas Calientes to karykatura miasta, to żywy dowód na to, co rozbuchany do przesady ruch turystyczny i związana z nim niepohamowana pogoń za zyskiem potrafi uczynić z pięknych przecież miejsc i ludzkich serc.
Machu_Picchu.jpg
Machu Picchu w ujęciu klasycznym

Wysłane przez aidni 12.06.2008 1:12 PM Kategoria Peru Komentarze (0)

Choquequirao trek czyli 6 dni w Andach

26 - 31 października 2007

28 °C
Zobacz Peru 2007 aidni's na mapie.

Choquequirao trek – czyli 6 dni w Andach
Praktyczny przewodnik

On_the_way_to_Cachora.jpg
Widok na Andy w drodze do miejscowości Cachora
Streets_of_Cachora.jpg
Ulica w Cachora

Niestety komercjalizacja andyjskich tras w Peru postępuje bardzo szybko. Na zdecydowaną większość trekkingów potrzebne jest specjalne (i oczywiście kosztowne) pozwolenie a w dodatku samodzielne pokonywanie tych tras jest zabronione, można je realizować tylko za pośrednictwem agencji turystycznej. Na najpopularniejsze i najsłynniejsze trasy takie jak Inca Trail czy Salcantay trek trzeba się zapisywać się z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem i słono zapłacić, by następnie wędrować w tłumie 20 kilku osób.

Jakie argumenty przemawiają za Choquequirao trek ?
- można zorganizować go samodzielnie, bez pośrednictwa agencji,
- nie potrzeba żadnych pozwoleń, kwitków, żadnych papierków i biurokracji
- trasa jest mało uczęszczana i niezadeptana, można naprawdę pobyć sam na sam z górami, a widoki są zachwycające,
- jest po prostu taniej i lepiej.

Jak się do tego zabrać krok po kroku:

Trasa zaczyna się w maleńkim miasteczku Cachora, 4 godziny drogi z Cusco, gdzie z dworca autobusowego trzeba złapać dowolny autobus economico w kierunku Abancay i poprosić kierowcę by zatrzymał się przy zjedzie w kierunku Cachora. Na ogół czekają tu już taksówkarze, z którymi trzeba się zdrowo potargować, albo też zdecydować się na własne nogi – do Cachory jest stąd jeszcze 10 km. Sama trasa jest bardzo malownicza, aparaty trzeba mieć w gotowości.
Miasteczko jest po prostu urocze, kilka ledwie uliczek, kościół i oczywiście Plaza de Armas (nie ma chyba miejscowości w Peru, w której nie byłoby Plaza de Armas). Stojąc twarzą ku wspaniale widocznym stąd Andom, w górnym prawym rogu placu wypatrzycie glinianą chałupkę z licznymi napisami. W tym domku mieszka Doris i jej mąż, mają muły, konie i w ciągu jednego wieczora organizują przewodnika, wiedzą absolutnie wszystko o trekkingu.
Cachora_street_scene.jpg
Woman_in_Cachcora.jpg
Cachora scenki uliczne przed domem Doris

Przebieg trasy i cena
Są dwa warianty trasy:
1- krótka trasa 4 dni. Do ruin starożytnego miasta Inków Choquequirao (stąd nazwa trasy) i z powrotem.
2- dłuższa 7 dni, do podnóża Machu Picchu.
Zdecydowanie warto polecić wariant drugi, trudniejszy, wymagający kondycyjnie ale nieporównywalnie bardziej widowiskowy.

Cena dla dwóch osób jaką wynegocjowaliśmy to 60 soli za każdy dzień, cena obejmowała:
- 2 muły (każdy muł 20 soli/ dzień)
- przewodnika (20 soli/ dzień)
- uczestnictwo dwóch osób (wyszło nas więc po 30 soli od osoby),
- jedzenie dla mułów
- 1 nocleg w domu Doris + rosół (caldo de gallina) na śniadanie
Kurs złotego i sola wobec dolara był bardzo podobny wiec można przyjąć przelicznik 1 sol = 1 złoty. Ceny, które podaję pochodzą z października 2007. Płaci się z góry za całą wyprawę.
Noclegi na całej trasie są bezpłatne. Do ruin Choquequirao są ładnie zagospodarowane bezpłatne kempingi. Dalej nocuje się przy domach mieszkańców mijanych wiosek, w ich ogródkach i na ich poletkach. Wtedy przyjęte jest by podziękować właścicielowi kilkoma solami, albo chociaż kupić u niego napoje lub przekąski. Nawet w najbardziej niedostępnych miejscach jest zawsze zestaw standardowy Inca Cola i Coca Cola.
Wyżywienie: Jedzenie na całą trasę kupuje się jeszcze w małym sklepiku w Cachora, pod fachowym okiem Doris. Za zapasy na naszą dwójkę i Santosa (naszego przewodnika) zapłaciliśmy ok. 100 soli.
a_balcony_in_Cachora.jpg
Balkonik w Cachora

Ile czasu potrzeba na zorganizowanie trekkingu (muły, przewodnik..)?
Do Cachora przyjechaliśmy pod wieczór, a wyruszyliśmy w Andy nazajutrz o 10 rano.

Co zabrać koniecznie?
1. namiot z tropikiem
2. karimatę i śpiwór
3. porządne buty górskie
4. długie spodnie, których pod żadnym pozorem nie wolno podwijać (dlaczego? Zobacz w „uwagach”)
5. koszulkę z długimi rękawami, których podobnie jak spodni absolutnie nie wolno podwijać
6. repelent na owady (najmocniejszy dostępny)
7. krem słoneczny z wysokim faktorem, okulary z filtrem UV oraz kapelusz, czapka czy chociażby chustka na głowę – ze słońcem w Andach nie ma żartów
8. latarkę
9. mały plecak na wodę i aparat fotograficzny
10. tabletki do uzdatniania wody do kupienia w każdej większej aptece w Cusco. Trochę drogie to fakt, ale konieczne.

Co może się bardzo przydać?
1. Kijki teleskopowe (bardzo duże różnice poziomów i spore wysokości – po prostu siadają kolana)
2. Wcześniejsze przygotowanie kondycyjne (jeśli nie uprawia się na co dzień żadnego sportu i pracuje „biurowo”)
3. Rękawiczki, czapka, ciepły polar – w wyższych partiach gór bywa bardzo wietrznie
4. Kurtka przeciwdeszczowa na wypadek deszczu
5. butla gazowa i palnik (udostępnia je Doris za niewielką opłatą), gdy pada ciężko o suche drewno

Uwagi:
Muszki: Przypominają nasze owocówki, maleńkie i niepozorne. W Andach jest ich wszędzie pełno i jest to największe „przekleństwo” tych gór. Gryzą całymi hordami i często na początku niczego się nie czuje. Potem ugryzienia czerwienieją a z czasem robią się fioletowe. Bolą okrutnie i swędzą zarazem. Żadne leki antyalergiczne (typu alertec) nie pomagają. Rany goją się tygodniami.
Szlak: Trasa nie została przygotowana dla turystów. Idzie się po prostu szlakiem zapewne od wieku uczęszczanym przez miejscowych Indian, od wioski do wioski, raz stromo w górę, potem stromo w dół i znów w górę. Nie granią lub wzdłuż stoku, do czego przyzwyczaiły nas polskie góry. Chociaż nie ma tu żadnych trudności technicznych to jest to trasa wymagająca pod względem kondycyjnym i wytrzymałościowym.
Aklimatyzacja: Konieczna jest aklimatyzacja w Cusco (minimum dwa noclegi dla tych, którzy dotarli z Limy samolotem i jeden dla tych, którzy przybyli do stolicy Inków autobusem) + jeden nocleg w Cachora.
Można samemu: Trasę można zrobić samemu, bez mułów i przewodnika. Nie ma jednak dostępnych map, a wybór ścieżki (szczególnie gdy wybierze się wariant dłuższy) nie zawsze jest oczywisty.

Choquequirao od A do Z

Dzień 1 – Cachora – kemping Santa Teresa
Na początku ścieżka jest praktycznie prosta i wiedzie wzdłuż zbocza. Po około 1,5h docieramy do przełęczy, z której schodzimy szerokimi zakosami. W dole widać Rio Apurimac. Trwa to długo, a słońce pali niemiłosiernie. Po prawie 4,5h marszu (od wyjścia z Chachora) pierwszy postój. Gdy docieramy na miejsce Santos czeka na nas z wyśmienitym obiadem, który ugotował korzystając z uprzejmości mieszkającego w małej glinianej chatce starszego małżeństwa. Chatka ma 2 x 4m, jest tam materac do spania, palenisko do gotowania a zamiast podłogi klepisko, po którym biega, jeszcze w postaci żywej, narodowy przysmak Peruwiańczyków „cuy” (czyt. kuj) czyli świnka morska. Świnki przyrządza się tylko na specjalne okazje, do tego czasu biegają sobie w radosnych gromadkach w prawie każdej wiejskiej kuchni w górskiej części Peru.
Kolejny etap trasy to zejście aż do Rio Apurimac (0,5h od postoju), którą przekracza się eleganckim drewniano-metalowym mostem. Dalej nie ma przebacz – 3h stromego podejścia zakosami aż do kempingu Santa Teresa.
Choquequir..-_start.jpg
Wyruszamy
Choquequir..g_day_1.jpg
Choquequir.._day_1a.jpg
Choququira.._day_1b.jpg
Choquequir.._day_1c.jpg
1 dzień trekkingu

Dzień 2 – Santa Teresa – Choquequirao
Zdecydowanie najłatwiejszy dzień na trasie. Chociaż idzie się prawie cały czas pod górę (ok. 4-5h) jest to łatwe podejście. Kemping znajduje się ponad ruinami, które można zwiedzać do zmroku (wstęp 10 soli). Woda pod prysznicem jest polodowcowa, ale jest to jedyny prysznic na trasie, dalej nie będzie okazji.

Dzień 3 – Choquequirao – Maizal
Zdecydowanie najtrudniejszy dzień. Zaczynamy od stromego podejścia, od którego odbijamy by zobaczyć drugą część starożytnego miasta Inków usytuowaną ponad kempingiem. Dalej trochę skrótem (wskazał go nam pan sprawdzający bilety na ruinach) trzymając się inkaskich kanałów wodnych, a potem przebijając się trochę na dziko przez las deszczowy, wracamy do głównej ścieżki. Po dwóch godzinach docieramy do przełęczy, z której schodzimy bardzo stromymi zakosami ponad 4 godziny aż do Rio Bianco (trzeba bardzo uważać na osuwające się spod butów kamienie). Tutaj mamy postój obiadowy. Rzeka czysta i piękna, uderza z impetem w skały. Otoczenie zapiera dech w piersiach. Podziwianie uniemożliwiają jedynie hordy muszek - krwiopijców. Po postoju czeka nas 4h wspinaczka w górę. W międzyczasie zaczyna kropić. Na miejsce docieramy po zmroku i ledwo jesteśmy w stanie ustać na nogach.
Choquequir..g_day_3.jpg
Widok z namiotu o poranku
Choquequir.._day_3a.jpg
Ruiny miasta Inków
Choquequir.._day_3c.jpg
Rio Bianco

Dzień 4 – Maizal – Yanama
Otacza nas totalna mgła i towarzyszyć nam będzie cały dzień a szkoda. Ścieżka wije się stromo pod górę, wśród deszczowego lasu. Jest pełno błota a kamienie śliskie – trzeba się napracować. Podejście na przełęcz zajmuje nam 4 h. Gdy świeci słońce musi być tu naprawdę pięknie. Są urwiska i przepaście i piękne ośnieżone góry. By schronić się przed deszczem jemy obiad w jaskini. Potem już tylko 2h zejścia malowniczą trasą do Yanama. Na dziś wystarczy.
Choquequir..g_day_4.jpg
W Maizal o poranku przywitała nas gęsta mgła
Choquequir.._day_4d.jpg
Yanama

Dzień 5 Yanama – przełęcz 4680m – wioska
O dziwo podejście na najwyższy punkt trekkingu tj. przełęcz na wysokości 4680 m n.p.m. nie jest trudne. Trwa ok. 4h. Ścieżka wspina się powoli. Strome zakosy zaczynają się tuż pod przełęczą. Naszej wspinaczce towarzyszy lekki deszcz. Na okolicznych szczytach nigdy nietopniejący śnieg. Przy podejściu pod samą przełęcz można odczuwać wpływ wysokości. Widoki powalają. Zejście do najbliższej wioski zajmuje 3h, początkowo jest trochę stromo. Gdy pada idzie się po prostu w strumyku.
Choquequir.._day_5b.jpg
Choquequir.._day_5c.jpg
Na przełęczy

Dzień 6 wioska – la Playa
Cały czas schodzimy w dół ok. 7h. Trasa jest piękna i dopisuje pogoda. W la Playa rozstajemy się z Santosem. Nie wiem czy to jego zła wola, czy faktycznie jakieś nieporozumienie. On upiera się, że miał nas zaprowadzić do La Playa skąd odchodzą mikrobusy (collectivo) do Santa Teresa (można stamtąd kontynuować nazajutrz trekking do samego Aguas Calientes), a może to jego zła wola i kombinatorstwo by skrócić trasę (ponoć z la Playa jest szlak do samego Aguas Calientes). Radzę więc by przy omawianiu szczegółów trasy z Doris i jej mężem był obecny także przewodnik.
Choquequir..-_day_6.jpg
Santos i muły
Choquequir.._day_6b.jpg
Muły i konie - tutaj to jedyny środek trasportu

Co wspominam najlepiej?
Gotowanie na ognisku, chociaż wypluwałam sobie płuca by z mokrego drewna wykrzesać płomień wystarczający na czajnik wrzątku. Gorącą herbatę z koki (mate de coca) z cukrem (po prostu nie ma smaczniejszej na świecie). Satysfakcję ze zdobycia tak wysokiej przełęczy. Uśmiechy dzieciaków nieśmiało zaglądających do namiotu. Górskie widoki zapierające dech w piersiach. Niesforne muły, które uciekały Santosowi przy każdej możliwej okazji, byle w dół i byle jak najdalej od nas, biegnąc na oślep z całym naszym dobytkiem.
Ale tak naprawdę najlepiej wspominam samą drogę, każdy z wysiłkiem zostawiony ślad i każdą kropelkę potu ( a było ich niemało ).

Najtrudniejsze chwile?
Zdecydowanie trzeciego dnia. Gdy wyruszyliśmy znad Rio Bianco już wiedziałam, że będzie bardzo ciężko. Zupełnie opuściły mnie siły. Santos pogonił z mułami mocno do przodu, a ja szłam coraz wolniej i coraz wolniej, aż chciało mi się płakać z tej bezsilności, z tej słabości i niemocy. Zapadła noc. Końca wędrówki nie było widać. Wokół gęsty las i nieprzeniknione ciemności. Żadnych świateł ani oznak jakiejkolwiek osady w pobliżu. Gdyby nie opanowanie i zimna krew Marcina (mojego towarzysza) to chyba siadłabym na jakimś kamieniu i zaczęła bezceremonialnie, histerycznie ryczeć. W końcu jednak umysł zwyciężył nad zbuntowanym ciałem i krok po kroczku szłam dalej w górę. W pewnym momencie dotarliśmy do rozdroża. Wybór albo w lewo albo w prawo, a po Santosie ani śladu. Los podarował mi donośny głos, który nieoczekiwanie przydał się w tej chwili. Przez gęsty las popłynęły na wszystkie strony świata moje głośne nawoływania : „Santos, Santos !!!”. Ujadanie psów gdzieś w górze i znaki świetlne nadawane latarką. A więc wioska, do której zdążamy jest blisko (psy) i Santos też. Po kilku chwilach nasz przewodnik był już koło nas. Jak się okazało uciekł mu muł i szukał go po nocy. Po niespełna 30 minutach byliśmy już Maizal. W wiosce nie ma prądu dlatego nie widzieliśmy jej wśród ciemności nocy, mieszka tu jedna tylko rodzina i cała sfora psów, których głośne i bliskie ujadanie dało mi siłę na pokonanie ostatniego odcinka.

Najwspanialsza przygoda?
Ostatniego, 6 dnia. Postanowiliśmy jeszcze na wieczór dotrzeć do Aguas Calientes. W la Playa złapaliśmy collectivo do Santa Teresa. Tam dowiedzieliśmy się, że jedynym możliwym transportem jest pociąg, który odjeżdża ze stacji przy elektrowni wodnej (Hydroelectrica). Szaleńcza jazda motorikszą po dziurawej drodze, z widokiem na spiętrzone wody Rio Urubamba w dole, nie dała rezultatu : nie zdążyliśmy na ostatni tego dnia pociąg. Do Aguas Calientes było stąd tylko 10 km torami i za namową sprzedawców i pracowników stacji zdecydowaliśmy się wyruszyć. Ale wszystko było przeciwko nam: ciężkie ponad miarę plecaki, spuchnięte stopy i nogi bolące potwornie od ugryzień muszek, odzywające się po latach kontuzje, no i ponad 70 km marszu przez Andy za nami. Szliśmy trochę w transie, nie rozmawialiśmy prawie w ogóle. Najważniejsze było nie zagubić rytmu i we właściwym momencie trafić nogą w dobrą belkę. Oby jak najszybciej do celu, zanim zapadnie zmrok. Coraz wyraźniej słychać było grzmoty, burza szła wyraźnie w naszą stronę. Końca drogi nie było widać a po obu stronach torów stała złowroga ściana deszczowej puszczy. Zrobiło się zupełnie ciemno. Nasza jedyna latarka, zamiast oświetlać drogę przyciągała tylko chmary owadów. Zaczynało kropić. Decyzja była szybka: odwrót i to natychmiastowy, do blaszanej chatki, w której tliło się światło, a którą minęliśmy parę minut wcześniej. I tak trafiliśmy do dróżnika i do jego chwiejnego domku z blachy falistej i dykty. Grzmiało, lało, a krople mięsiście dudniły dach. Wiatr hulał w koronach potężnych drzew. Mały blaszany, chybotliwy domek w środku szalejącej przyrody dał nam poczucie bezpieczeństwa, dał nam odpoczynek, ciepło i stał się na tę krótką chwilę naszym domem i najcenniejszym miejscem na świecie. Pioruny rozdzierały niebo, krople dudniły w blaszany dach, wiatr z impetem uderzał w ściany z dykty, a ja przysłuchiwałam się jak Marcin rozmawia z naszym gospodarzem o Polsce. Dróżnik z zachwytem oglądał album, który wieźliśmy dla naszej peruwiańskiej znajomej. A tu Wawel, a tu Mazury a tam dąb Bartek, który nie daje owoców i cała masa kościołów i zamków. – Jak tam pięknie!!!- nie kończyły się słowa zachwytu. I tak odległa Polska niespodziewanie zawitała do małej chatki peruwiańskiego dróżnika. Jego serce napełniła ciepłem marzeń o dalekich podróżach a nasze ciepłem tego, co znane, własne i swojskie.
O 5 rano pożegnaliśmy się z naszym przyjacielem i wskoczyliśmy do pierwszego pociągu do Aguas Calientes.

Na osobny rozdział zasługuje?
Santos – nasz przewodnik. Szczupły, niski ledwie 18 letni. Całą trasę przeszedł ubrany w cienki dres, sandały i byle jaki sweterek, a i tak zawsze nas wyprzedzał i to ze sporą nawiązką. Gdy jeszcze spaliśmy o świcie gonił muły, które pod osłoną nocy wymykały się z obozowiska. Mimo moich protestów i nalegań, żebyśmy gotowali wspólnie, zawsze czekał na nas z obiadem, gdy docieraliśmy do miejsca postoju i rozstawiał nam namiot na noc. Przekraczaliśmy bramy wiecznych śniegów ja w goretexowej kurtce, rasowych górskich butach, podpierając się kijkami teleskopowymi, on mając gołe stopy w sandałkach, okryty ledwie foliową pelerynką, a w rękach trzymając kijek do poganiania mułów i paletkę 30 jaj. Każde z nas należało do innego świata i przyglądaliśmy się sobie z niesłabnącym zaciekawieniem. Byliśmy dla siebie nawzajem równie egzotyczni, równie nieznani i tajemniczy.

Ktoś wyjątkowy spotkany na naszej drodze?
Pewien Amerykanin, który na rowerze przemierzał samotnie Amerykę Południową. Tym razem rower zostawił w Cachora i spotykaliśmy go regularnie przez 4 pierwsze dni trekkingu.

Choquequir.._day_6a.jpg
Andy

Wysłane przez aidni 10.06.2008 4:39 PM Kategoria Peru Komentarze (0)

(Wpisy 1 - 4 z 4) Strona [1]