Travellerspoint Blogi z podróży

mar 2009

Tanzania czesc 4 - Bagamoyo

o niewolnictwie

sunny 30 °C

BAGAMOYO

Nogi i rece mieli skute lancuchami: Pod ciezarem kosci sloniowej uginaly im sie plecy, a pot wielkimi kroplami splywal z czola od nadludzkiego wysilku. Patrze na ich uciemiezone twarze uwiecznione na nielicznych zachowanych do dzis fotografiach i rycinach z okresu schylku niewolnictwa. Oto pochod ludzi, ktorym odmowiono czlowieczenstwa tylko dlatego, ze ich skora jest czarna. Z dokladnej jak fotografia ryciny spoglada skuty w kajdany mezczyzna. Za ubranie sluzy mu tylko przepaska na bidrach. Wychudzona twarz podpiera na bardziej jeszcze wychudzonej rece.
Porywano ich w glebi ladu, w oklicy jez. Tnaganika. Bialy czlowiek nie odwazylby sie tam zapuscic dlatego porywaniem niewolnikow trudnili sie Arabowie lub sami Murzyni z innych wrogich plemion, a czasem za bezcen swoj lud sprzedawali krolowie i plemienni wladcy. Bo trzeba wiedziec, ze niewolnictwo istnialo w Afryce od zawsze, jednak dopiero lakomstwo i pazenosc Europy uczynila je zjawiskiem masowym, ktore doprowadzilo do wyniszczenia i demoralizacji wielu afrykanskich spolecznosci, do wyczerpania ich sil witalnych, zniszczenia ich kultury i wiekowych tradycji.
Pojmani i skuci w kajdany droge znad jez. Tanganika az na brzeg Oceanu pokonac musieli na wlasnych nogach, na plecach niosac ladunek kosci sloniowej, zlota i innych kosztownosci dla swoich nowych wlascicieli. W nie znajacym litosci afrykanskim sloncu przemierzali szerokosc dzisiejszej Tanzanii z Kogoma az do Bagamoyo. Tu zaladowyawano ich na statki, upychano jak przedmioty, a nastepnie wysylano na Zanzibar, gdzie miescil sie bodaj najslynniejszy targ niewolnikow w calej Afryce.
IMG_2346.jpg
IMG_2444.jpg
Za muzealna szyba pamietajace tamte czasy, prawdziwe lancuchy i kajdany. Ile marzen w nie zakuto, ile mlodzienczego zapalu zlamano, ile wspanialomyslnosci i idealow zamieniono w uciemiezenie, upodlenie i nieskonczona beznadzieje.
Dzis senne, spokojne i romantyczne, rybackie miasteczko Bagamoyo, a kiedys potezny port i stacja przeladunkowa wszelkich afrykanskich ''dobr eksportowych''. Stoje przed zrujnowanym budynkiem, do ktorego kiedys zapedzano jak bydlo, wycienczonych wielotygodniowym marszem, niewolnikow. W tych sciqnqch oczekiwali na statek, ktory mial ich zabrac z Afryki w nieznane. Siadam na chwile i staram sie odgadnac co wtedy czuli, tak stloczeni w tysiecznym tlumie. Niepokoj? Strach? Tesknote za gdzies w rozpaczy pozostawiona rodzine? A moze czuli juz tylko glod i pragnienie? Moze ich wyniszczone organizmy nie pragnely juz wiecej jak tylko wody i chleba?
Nie sposob znalezc odpowiedzi, nie sposob odgadnac co czlowiek czuje, o czym mysli, gdy przytloczony jest takim bezmiarem wlasnego cierpienia.
Male muzeum w Bagamoyo i liczne zrujnowane portowe budynki w Bagamoyo przypominaja o tej zamierzchlej historii wybrzeza Tanzanii, historii ktora lubi byc czasem przewrotna, czasem rozne watki misternie splatac jak nici. Jeden z takich misternych splotow historii mial miejsce wlasnie w Bagamoyo. Na tej ziemi, ktora widziala taki ogrom ludzkiego upodlenia, w malek kapliczce, pod biala wieza spoczelo na jedna noc cialo zmarlego w glebi ladu najwiekszego bialego przyjaciela Afryki. Czlowieka, ktory odkrywal przed swiatem jej piekno, ktory szanowal zamieszkujace tu ludy, ich tradycje i kulture, ktory odwaznie bronil Afryki i godnosci czarnego czlowieka, ktory kiedys powiedzial: ''w Afryce nie spotkalem zadnych barbarzyncow, ani zadnych dzikusow z wyjatkiem bialych''. Czlowiek, ktory Afryke kochal calym sercem i zmarl w jej sercu - dr David Livingstone.Czy to przypadek, choc wole myslec, ze celowe i zaplanowane dzialanie historii, ze ostatnia noc na Czarnym Ladzie spedzil wlasnie tu, gdzie ziemia opowiadala i wciaz opowiada o bezkresnym jak ocean cierpieniu jego braci Murzynow.
IMG_2475.jpg
Ale choc ponura przeszlosc Bagamoyo przypomina o sobie na kazdym kroku, na kazdym rogu ulicy, to jest to jednak pelne uroku miejsce. Waskie uliczki, serdeczni ludzie, plaza pelna palm i rybackich lodzi. W tej sennej, powolnej i upalnej atmosferze mozna sie zatracic i zagubic gdzies poczucie czasu, zawieszajac wzrok na dalkiej linii horyzontu, obserwujac rybakow w ich codziennej, ciezkiej pracy, oddajac sie zywej i pelnej kolorow aurze targu pwstajacego tu spontanicznie na plazy, gdy tylko rybacy wroca ze swych polowow.
Opuszczalam Bagamoyo z ciezkim sercem, ale droga wzywa, wzywa na poludnie.
IMG_2412.jpg

Wysłane przez aidni 9:37 AM Kategoria Tanzania Komentarze (0)

Tanzania czesc 3 - wolnosc Masaja

sunny 29 °C

WOLNOSC MASAJA

Masaj nosi gumowe buty zrobione z samochodowej opony. Na pierwszy rzut oka przypominaja one zwykle ''japonki'' roznica jest jednak zasadnicza, bo w tych butach zakleta jest wolnosc Masaja. Z przodu jak i z tylu wygladaja tak samo, ksztalt podeszwy nie odzwierciedla ksztaltu ludzkiej stopy, jest prostokatny, z kazdej strony identyczny. A wszystko to dlatego, zeby nikt nie mogl ze sladow odczytac , odgadnac, dojrzec, w ktorym kierunku odszedl Masaj, za ktorym jest wzgorzem, czy przemierza step na wschod czy na zachod. Masaja nikt nie sledzi. Masaj nie potrzebuje paszportu,ani wizy, z Tanzanii do Kenii droga jest prosta przez step, przez sawanne, z dala od granicznych posterunkow.
Picture_989.jpg
Masaj ma zawsze przy sobie masajski noz. Dlugi, przypomina niewielki miecz, oraz znacznie oden dluzszy kij. Okrywa sie cienkim kocem w fioletowa lub czerwona krate. Na rece tuz obok elektronicznego zegarka bransolety tradycyjne, plemienne. Telefon komorkowy przy uchu, w ktorym czesto wielka jak piesc dziure przewidziano na ozdoby. Masajowie nigdy nie wyrzekna sie swoich tradycji, ale nie zamykaja sie przed tym, co nowe i z innego swiata. Masajowie to plemie otwarte i ciekawe swiata, lud koczowniczy i wedrowny, ktory podrozowanie ma w nogach zapisane i w genach.
Masajowie sa jak lwy. Kiedy Masaj wyrusza w podroz zostawia swe zony w osadzie. Nie podrozuje ze swoimi kobietami tak, jak to czynia biali ludzie i szakale: Masaj zawsze wyrusza na swe safari samotnie (safari w jezyku suahili oznacza podroz). Masaj zonaty czy tez nie jest w pierwszej kolejnosci czlowiekiem wolnym. Wolnosc ta w pewnej mierze dotyczy takze kobuiet. Jesli bowiem w takiej opuszczonej przez glowe rodziny osadzie pojawi sie inny Masaj, na samym jej srodku stawia swoj kij. Wtedy kazda z ''opuszczonych'' zon, jesli tylko zechce, moze z nim spedzic niejedna upojna noc nawet jesli w miedzyczasie jej maz powroci. Z pokora wtedy spojrwy na kij zatkniety w ziemie posrodku wioski i zadnej z zon nie bedzie mogl wypomniec zdrady. Podobnie jak lew, ktory opusci swe lwice szybko zorientuje sie, ze jego miejsce zajal juz inny samiec.
IMG_2256.jpg
Masaj nie posiada wiele. Najcenniejszym jego dobytkiem sa krowy. Ilosc posiadanych krow swiadczy o jego pozycji spolecznej i zwieksza jego atrakcyjnosc w oczach kobiet. Masaj ma zawsze wiele zon bo jedna nie zdolalaby wszystkich jego krow wydoic.
Masaj zasypia co dzien slyszac wokol odglosy dzikich zwierzat, lwich pomrukow, tetetu kopyt uciekajacych zebr i antylop, dudnienia ziemi pod szarzujacymi sloniami lub stadem bawolow, wycia hien.
Masaj nie obawia sie dzikich zwierzat, bo zyje wsrod nich od dziecka. Wsrod nich dorasta, uczac sie ich zachowan, przewidywania ich reakcji, ich zwierzecej logiki. Masaj nie obawia sie dzikich zwierzat, ale darzy je szacunkiem, jakim tylko wojownik darzy rownego sobie lub silniejszego przeciwnika. Masaj zabija dzikie zwierzeta na ogol tylko wtedy, gdy te zaatakuja jego krowy, rzadko wyrusza na polowanie. Sztuki tej uczy sie jako maly chlopiec od ojca lub wuja. Gdy wyrusza ze swym stadem na step ma przy sobie zawsze swoj noz i dzide. Gdy lew zaatakuje jego krowy, wtedy jednym ruchem wbije mu ja w pachwine - smiertelny to i pewny cios. Jesli jednak chybi, siegnie po miecz i w beposrednim starciu z krolem zwierzat, wbije mu go w gardlo. Jesli na jego drodze pojawi sie szarzujacy afrykanski bawol, zatknie dzide w ziemie pod wlasciwym katem i przykucnie za nia trzymajac mocno, z wszystkich sil. Pedzacy bawol nadzieje sie na nia i padnie bez zycia, a cala wioska jesc bedzie wyborne mieso przez dlugie dni. Jesli jednak chybi, zyc bedzie w strachu, nigdy nie znajac dnia ani godziny, bo bawol to msciwe zwierze, msciwe jak zadne inne, a przy tym wyrachowane i podstepne w przygotowaniu zemsty. Ranny bawol zapamieta zapach swojego oprawcy, bedzie go sledzil tygodniami z oddali nim zaatakuje znienacka.
IMG_2266.jpg
Masaj nie drzy na mysl o spotkaniu z lwem, ale ze sloniem. Gdy go wypatrzy z daleka, bierze do reki grude ziemi, rozgniata ja w dloni i rozsypuje na wietrze, jesli ten wieje w kierunku szarego olbrzyma, nie zatyka dzidy i nie dobywa miecza, a najzwyczajniej ucieka poganiajac marudzace w krzakach krowy. Szarzujacy slon jest bowiem jak wyrok smierci.
Masajowie sa szczupli, smukli i zazwyczaj wysocy. Chodza miekko dotykajac ziemi jakby starajac sie nie wzbudzac zainteresowania dzikich zwierzat, jakby nie chcac po sobie zostawic zbyt wielu sladow. Ten delikatny chod maja we krwi, obok itradycyjnego stroju jest on nieodlacznym elementem plemiennej tozsamosci Masajow, niezaleznie od tego; czy jest to step; sawanna; czy centrum Dar es Salaam (stolica Tanzanii). Jest w Masajach cos, co budzi wielki szacunek, jest w nich jakas godnosc i spokoj. Czy wedruja z krowami przez pustkowia, czy tez przeciskaja sie z trudem przez zatloczone ulice miast, wszedzie sa Masajami odbywajacymi swe samotne safari.

MOJ PRZYJACIEL MASAJ

IMG_2431.jpg
A wszystkie te niesamowite rzeczy wiem od Akara, mlodego Masaja z okolic jeziora Manyara, ktore poznalam tam, gdzie nie spodziewalam sie zadnego Masaja spotkac - w Bagamoyo, nad samym brzegiem Oceanu Indyjskiego.
Akar to Masaj XXI wieku. Masaj prawdziwie swiatowy. Dzieki pewnemu Anglikowi, z ktorym zaprzyjaznil sie gdy ten przybyl tu z Europy na safari, Akar byl w Szkocji i Wielkiej Brytanii. Do samolotu wsiadl i wysiadl w zimnej, szaroscia naburmuszonej Europie , nie inaczej jak w swoim tradycyjnym , plemiennym, masajskim stroju. Oczami wyobrazni widze juz te zaskoczone twarze, te buzie rozdziawione, te szerokie ciekawoscia spojrzenia. Masaj w zimnym Londynie to musial byc widok prawdziwie egzotyczny! Akar przyznaje po chwili , ze gdy znalazl sie w Europie musial wyrzec sie plemiennych atrybutow i przywdziac dzinsy i gruby sweter, ktore przewornie jego kolega zabral ze soba na lotnisko.
Wedrujemy wspolnie przez plaze piaszczysta i szeroka, na ktorej rybacy sprzedaja owoce swych polowow. Kraby wieksze niz ludzkie rece, potezne plaszczki, ktorych ogony zastepuja tutejszej policji palki, a ponadto ryb przeroznych nieopisane mnostwo.
Co Masaj robi w rybackim miasteczku Bagamoyo? Pracuje w hotelu jako stroz i odklada pieniadze na swoje kolejne europejskie safari. Bo Europa jest zafascynowany tak jak ja Afryka. O szkockich zamkach opowiada z takim samym zachwytem, co ja o sawannie, oczy blyszcza mu sie na wspomnienie o Londynie, tak jak moje gdy myslami wracam do krateru Ngorongoro.
Patrzymy na siebie i sluchamy siebie nawzajem z pelnym zrozumieniem. Nic nie musimy sobie wyjasniac. On rozumie moje po Afryce wedrowanie, ja jego marzenie o Europie.
Polubilam Akara, polubilalam Masajow za ich bratnie, podroznicze, wolne dusze, za ich odwage, za ich samotne chadzanie po sawannie, a jednoczesnie szeroki usmiech i szukanie kontaktu z drugim czlowiekiem, za te niezwykla symbioze, w ktorej zyja z dzikimi zwierwzetami i glebokie rozumienie ich swiata, a z drugiej strony otwartosc na wspolczsnosc, wielkomiejskosc, zatloczona ludzmi przestrzen tak rozna przeciez od niemajacej konca przestrzeni masajskich stepow. Polubilam Masajow za te ich uniwersalnosc i indywidualnosc tak zgrabnie polaczona, za te ich dostojnosc i delikatne stapanie po tylko sobie znanych sciezkach.

Wysłane przez aidni 6:17 AM Kategoria Tanzania Komentarze (0)

Tanzania czesc 2 - Od Ngorongoro do Kilimandzaro

podroz do innego swiata

sunny 29 °C

FOTOPSYCHOZA
Ktos kiedys chlapnal, moze bezmyslnie, a moze umyslnie, niechcaco, a moze specjalnie, ze biali za kazde zrobione w Afryce zdjecie dostaja w Europie 100 USD. No i sie zaczelo, zaczela sie prawdziwa afrykanska fotopsychoza. Nie mozna nikomu zrobic zdjecia bez uiszczenia odpowiedniej oplaty, zazwyczaj w granicach 1 USD za zdjecie. Kiedy czlowiek zaczai sie gdzies z aparatem, by z ukrycia zrobic chocby kilka zdjec naturalnych, niepozowanych, sportretowac chocby skrawek tutejszego, codziennego zycia, zostanie natychmiast zdraedzony przez dzieciaki, ktore szpieguja, zagladaja przez ramie, sledza kady ruch. Wystarczy tylko aparat z plecaka wyciagnac, a juz lament, krzyk, wrzawa i glosny protest. Mozna tlumaczyc, ze to nie tak, ze to tylko zdjecia prywatne, wspomnienia zapisane obiektywem, wszelki trud daremny.
Na malowniczym targu w Mwanza kadry tworza sie same i dopominaja uwiecznienia. Kolorowo ubrane kobiety w wielkich garach przygotowuja jedzenie, nosza ogromne kosze z owocami i warzywami na glowie, smieja sie szeroko zachwalajac swoje pomidory, papaje czy mango. Na wielkich patelniach mezczyzni praza w oleju ryby, a pot gesto splywa z ich skroni. Oj jest co fotografowac. Probuje szczescia! Ryzyk fizyk i raz kozie smierc! Pokusy powstrzymac nie potrafie, wyciagam wiec aparat i robie kilka zdjec z oddali - dwie kobiety siedzace przy garnkach z jedzeniem w targowej jadlodajni, co to spontanicznie wyrosla pod golym niebem. Fotografuje tez pomidory w duzych koszach i kilka potraw gotujacych sie wlasnie na ogniu. Gdy robie to ostatnie ujecie juz slysze wokol podniesione glosy, lamenty, okrzyki. Zblizaja sie klopoty.
Picture_654.jpg
- Dlaczego fotografuje Madame tych ludzi?! - zagaduje mnie mezczyzna
- Alez nic podobnego! Ja nikomu nie robie zadnych zdjec, tylko towarom i garnkom.
- Prosze pokazac zezwolenie! - wokol mnie juz pokazany tlumek, a mezczyzna podnosi glos, krzyczac juz prawie ze zdenerwowania.
- Ale jakie znowu zezwolenie?! Przeciez w Tanzanii nie obowiazuja zadne zezwolenia na robienie zdjec. - spokojnie po dobroci probuje bronic sie jak moge.
- Prosze ze mna w takim razie, pojdziemy na komisariat i tam porozmawiamy - ciagnie mnie za reke mezczyzna.
- Hola, hola! Minutke - juz mnie raz aresztowali za robienie zdjec i ani mi w smak powtorka z rozrywki - przeciez ja nie nie zrobilam niczego zlego. Chcecie zobaczyc moje zdjecia, no to prosze.
Wyciagam aparat i pokazuje oczywiscie tylko te pomidory i gary na ogniu, kobiet sfotografowanych z oddali juz nie pokazuje bo przy tych emocjach nawet jako punkciki na moim zdjeciu kosztowalyby mnie pewnie pol dnia na komisariacie portakmi trzesac ze strachu.
Uff. Ogladaja i patrza badawczo. Tym razem uszlo mi na sucho, ale stracha troche mialam. Groza palcem, ostrzegaja, ale w koncu sie rozchodza, a i ja czmycham czym predzej.
Godzine pozniej, walesajac sue bez celu po ulicach nowoczesnej i calkiem ladnej Mwanzy, trafiam na urocza uliczke z meczetem. Zadnych ludzi ... no to pstryk! A tu nagle krzyk za plecami. No nie! Biegnie ku mnie policjant, co to nagle wyskoczyl jak Filip z konopii. - Prosze nie fotografowac! Nie wolno! Zabronione! Budynek panstwowy!
- Ale ja tylko meczet, uliczke ladna, romantyczna!
Oto wyzszosc aparatu cyfrowego nad analogowym. Pokazanie zdjecia ratuje mnie przed klopotami i utrata pozostalych fotografii. Gdybym robila zdjecia na filmach, byc moze stracilabym wszystkie. Konczy sie na uscisku dloni, pozdrowieniu i zyczeniu udanego pobytu w Tanzanii.
Tego dnia zadnych juz zdjec nie robie, od tych przezyc sama wpadalam w fotofobie.

KRATER NGORONGORO

Jest takie miejsce na ziemi, gdzie czas nie plynie, bo go po prostu nie ma. Jest takie miejsce na ziemi, ktorego ten swiat nie dotyczy, nie dosiega, ktorego ten swiat nie potrafi naruszyc.
Absolutna harmonia, ktora broni sie sama, absolutny spokoj, niezmacony niczym porzadek. Tak kiedys musiala wygladac nasza planeta nim pojawil sie na niej czlowiek trawiony namietnosciami i zadza objecia calego swiata w swe posiadanie. Setki tysiecy lat ewolucji i setki tysiecy lat zmagan z natura, silowania sie i szarpania, narzucania swoich praw i zasad, tysiace lat naszego ludzkiego na ziemi panowania i dumnego zadzierania glowy. Zupelnie tak, jakbysmy zapomnieli, ze przeciez sami jestesmy czescia natury, chociaz miotamy sie i walczymy i robimy wszystko, by udowodnic sobie, ze jest inaczej. Krater Ngorongoro jakims cudem ocalal, byc moze wlasnie dlatego by nam o tym przypominac, zebysmy mogli odkrywac w sobie nasza gleboka, pierwotna nature i laczaca nas wiez ze zrodlem, z ktorego wszyscy pochodzimy.
Picture_743.jpg
Strome zbocza krateru gesto zarosniete sa bujana, zeilona roslinnoscia. Droga wije sie w dol ku gladkiemu jak lustro jezioru. Z daleka nie widac jeszcze,ze brodza w nim setki, tysiace flamingow (a wiec nareszcie udalo mi sie je zobaczyc!). Przez otwarty dach samochodu obserwuje jak powoli zjezdzamy do wnetrza poteznego krateru. Przestrzen, przestrzen, przestrzen! Gleboko, szeroko, zamaszyscie pod blekitna kopula nieba. Wsrod zielonej trawy widac pierwsze zwierzeta, glownie gnu pasace sie leniwie. Podjezdzamy blizej. Nie odchodza, nie uciekaja w poplochu. Jedynie patrza zaciekawione, zdziwione, zaskoczone, choc turystow tutaj przeciez przybywaja setki. Jakby mimo tego, wciaz nie mogly sie nadziwic tym naszym rozpalonym oczom, temu zdenerowaniu i podekscytowaniu, tym emocjom wszystkim, tym buziom szeroko rozdziawionym, tym aparatom przyklejonym do twarzy. Patrza, pokreca glowami z niezrozumienia i niedowierzania, po czym wracaja do swych zajec niewzruszone.
Dalej zebry, zebr cale mnostwo. Przebiegaja kolo auta tak blisko, ze mozna by ich dotknac, poglaskac, podrapac za uchem. Brakuje jednak smialosci, brakuje odwagi jakiejs, a moze bezczelnosci, by ten wspanialy swiat defilujacy przed oczami zbezczescic dotknieciem z innego swiata, by te harmonie zmacic,, zburzyc, nadpsuc zwyklym takim ludzkim macaniem.
Picture_794.jpg
A potem byl lew. Widzimy go najpierw jak wyleguje sie nad kaluza, przeciaga leniwie, ziewa szeroko, w koncu kladzie sie na grzbiecie wzdychajac glaeboko. Obok niego ona. Jak zawsze czujna, rozglada sie wkolo. Krol i krolowa zwierzat wstaja nagle, zmierzajac powoli w nasza strone. Bez pospiechu, jakby z przyzwyczajenia i rutyny i tylko dlatego by polozyc sie w cieniu jednego z samochodow. Sa bardzo blisko, na wyciagniecie reki. W tle wysokie, zielone zbocza krateru, blekit nieba, cisza i jednostajny spokoj.
Jak to jest, sptyacie, tak lwa z bliska zobaczyc? Jak to jest byc gosciem w jego krolestwie? Jest jak wrocic do domu po dlugiej podrozy. Bo chociaz targaja czlowiekiem emocje, wielkie wzruszenie, podekscytowanie, to jednak po chwili przewaz jakas w sobie nagle odnaleziona harmonia, spokoj, lad i porzadek i to piekno jakies niezwykle, ktore z tego wyplywa. Oto ten wspanialy swiat zaczyna odbijac sie w nas samych, sami w sobie doswiadczamy jakiegos niezmaconego od pradziejow czlowieczenstwa, wewnetrznego pokoju i ciszy. I jak to sie dzieje nie wiem zupelnie i wyjasnic nie potrafie, ze nagle czlowiek czuje sie jak ta lwica nad kaluza pochylona, pijac wode drobnymi lykami, jak ten hipopotam, co leniwie przewraca sue w blocie znudzonym wzrokiem omiatajac okolice, jak ten zamyslony nosorozec widziany z dlaeka, w jakiejs kontemplacyjnej zadumie znieruchomialy jak posag. Jak powietrze, co wszystko przenika, jak swiatlo, ktore ogarnia wszystko i jest wszytskim.
Gdzies w oddali dwie smugi. Podjezdzamy blizej. To jezioro i tysiace flamingow, a w tle urwiste zbocza krateru. Flamingi stapaja po gladkiej tafli wody kazdy krok wazc dokladnie jak sztabke zlota. Nie mam ich tym razem tylko dla siebie, ale mam ich za to cale mnostwo i choc patrzec moge tylko z oddali (samochodom nie wolno podjezdzac zbyt blisko by ptakow tych nie sploszyc) to serce rosnie, gdy przed oczami kolejne spelnia sie marzenie. Widze slonia szamotajacego sie wsrod zielska, widze afrykanskie, grozne bawoly i czuje na sobie ich badawcze spojrzenia, widze hieny wylegujace sie na srodku drogi po zakonczonej juz blotnej kapieli, i gazele i antylopy i ptactwa nieopisane bogactwo... Zwierzeta krateru nie opuszczaja, nie migruja, nie szukaja lepszego miejsca, nie probuja nic zmieniac, ulepszac.
Opuszczamy krater Ngorongoro w strugach deszczu i wsrod huku piorunow. Za gestymi, ciezkimi chmurami, chowa sie swiat neizwykly, cudowny, rozplywa sie jak marzenie.

W jakiej my zyjemy nieopisanej i wszechogarniajacej na wokol brzydocie. Krzycza oczy z przerazenia, a sie w czlowieku wszystko burzy i wscieka! Arusha, ktora jest przeciez takim nowoczesnymi i zadbanym miastem, po wizycie w kraterze Ngorongoro wydaje mi sie tak okrutnie brzydka, kanciasta, chaotyczna. Targana wizjami roznytch architektow jak czlowiek swoimi emocjami, co rusz probujacy cos sobie lub innym udowodnic. Jakies jest w tym wszytskim miotanie sie ze soba i swiatem, jakas ludzka szarpaniana nieznajaca konca. Widac to w Arushy i widac w kazdym innym miescie, w kazdym innym dziele czlowieka.
Byc w kraterze Ngorongoro jest jak siegnac dna oceanu, to zobaczyc na wlasne oczy doskonala, od wiekow niezaklocona harmonie, to odkryc, ze sami jestesmy jak ocean, tajfunami targany na powierzchni, lecz w glebi majacy jadro prawdziwego pokoju i ciszy. W tym sensie podroz do krateru Ngorongoro jest podroza do zrodla.

ZOBACZYC KILIMANDZARO

Zeby zdobyc Kilimandzaro potrzeba nie tyle energii, fizycznej krzepy i zelaznej kondycji, co zasobnego portfela. Pieciodniowy trekking na sam szczyt kosztuje 1000 dolarow amerykanskich i nie sposob znalexc tanszej opcji. Bariera nie do pokonania - zostaje na dole, ale zobaczyc musze. Bo jak to tak byc tak blisko i nie zobaczyc, nie zadrzec wysoko glowy , nie zachwycic sie sniezna czapa na dachu Afryki! Po prostu nie da rady.
Docieram do Moshi w strugach deszczu. Sucha pora w Afryce wschodniej zakonczona i ziemia dopomina sie wody, a ta leje sie praktycznie codziennie z nieba gestymi stugami. Potem zwykle wychodzi slonce i wilgoc panuje nieopisana . Niech i tak bedzie, z pokora przyjmuje te odwieczne prawa natury, nie probuje polemizowac. Dlaczego jednak geste chmury zakrywaja Kili od rana do wieczora tak ze niczego nie sposob dostrzec! Jestem rozczarowana. Caly dzien walesam sie po miasteczku bez celu i humoru. No i na co bylo gniesc sie w autobusach godzinami, by zobaczyc jedynie gesta zaslone deszczowych chmur, za ktora pewnie gdzies wysoko pnie sie najwyzsza gora kontynentu.
okolo 6 rano pukanie do drzwi: - Madame! - szeptem mowi do mnie stroz nocny, by innych gosci nie pobudzic. - Gora! Widac gore! Chce Madame zobaczyc?
Pytanie!!! Nie wiem kiedy, a juz jestem zwarta i gotowa, aparat w dloni, pedze co sil na dach hotelu.
Picture_992.jpg
Jest!!! Dach Afryki w promieniach wschodzacego slonca, ani jednej chmury wokol. Spokoj, cisza, bo Moshi nie spieszy sie by nowy dzien witac. Mozna wpatrywac sie godzinami bo takie widokoi maja w sobie jakas moc hipnotyczna, jakas drzemiaca w sobie sile. Takie miejsca sa jak punkty odniesienia. Jezioro Wiktorii, zrodla Nilu, Kilimandzaro.
Stoje i patrze i syce sie tym widokiem. A w glebi serca satysfakcja jest ogromna, ze tak daleko o wlasnych silach dojechalam i oto stoje i podziwiam najwieksza gore calej Afryki.

Wysłane przez aidni 5:36 AM Kategoria Tanzania Komentarze (0)

Tanzania czesc 1 - HABARI TANZANIA

Bananowy rejs

sunny 30 °C

Jeszcze nie zdazylam Ugandy opuscic, a juz za nia tesknie. Uganda ma w sobie jakis skryty, niewidoczny na pierwszy rzut oka urok. Czlowiek czuje sie tutaj jakby byl wsrod bliskich, jak w rodzinie, jak we wlasnym domu. Ludzka tutaj zyczliwosc nie ma sobie rownych, jest jakies w tych ludziach cieplo, serdecznosc zakleta w ich spojrzeniach, jakas dobroc niezwykla w ich sercach.
No i poc ja stad wyjezdzam!- bije sie z myslami jadac w przeladowanej (a jak!) publicznej taksowce na granice.- Nic mnie nie goni, moglabym w Ugandzie jeszcze troche pobyc. Zal ogromny wyjezdzac z tego zielonego kraju, gdzie zupelnie nie czulam sie obca, inna, czasem ze zdziwieniem spostrzegajac, ze moja skora jest biala, a nie czarna jak wszystkich wokol.
Raptem kierowca wykonuje gwaltowny skret w lewo z glownej drogi i oto niespodziewanie wjezdzamy na jakies dziury i wertepy, zwawo mknac po jakiejs ledwie widocznej sciezynce. A wszystko to dlatego, ze nasz bystry kierowca wypatrzyl na horyzoncie policjanta, wiec aby uniknac placenia mandatu - lapowki za przeladowane auto musial policjanta po prostu zrecznie ominac. Takie rzeczy tylko w Ugandzie! - No i po co ja stad wyjezdzam? - wracaja dreczace mysli. I aby bylo jeszcze smutniej zaczyna lac. Przekraczam granice w strugach rzesistego deszczu i chce mi sie plakac, ze Uganda juz za mna i ze takam glupia i stad jade.
Picture_37.._uganda.jpg
mama Uganda

Ugandyjskie postscriptum - MALA KSIEGA REKORDOW
1. Minibusy zwane tu po prostu taxi, maja miejsc zwykle na 14 pasazerow, a zabieraja ponad 20 lekko, a i 25 nie nalezy do rzadkosci, wtedy tez pomocnik kierowcy jedzie na dachu z braku miejsca w srodku. Podrozuje siez kurami, rybami, bananami, wielkim worem ziemniakow pod nogami, a raz nawet ze sporych rozmiarow telewizorem na kolanach.

2. 2godziny i 30 minut! Tyle wyniosl calkowity czas oczekiwania az zapelni sie minibus z Kabale do Mbarary, przy czym slowo "zapelni sie" nalezy rozumiec jako zapelenienie kazdego cm2 pasazerem upchanym i zgniecionym niemilosierni, najleppiej jeszcze z 2 cudzych dzieci na kolanach, ktore to liczy sie tutaj jako tobolki a nie pelnowymiarowych pasazerow, dlatego tez nie maja prawa do normalnego siedzenia.

3. Prom z Masaki do Kalangala przewidziany na 4 pojazdy ciezarowe i 6 osobowych zabral 7 pojazdow ciearowych 3 osobowe, w tym jedno auto terenowe oraz 3 minibusy. Wykorzystano kazdy milimetr, prom plynal dwa razy wolniej niz zwykle, ale na szczescie doplynal.

4. Ilosc kisci matoke n jednym rowerze - 6.

5. Cena pokaznych rozmiarow ananasa na targu w Masace - 200 szylingow ugandyjskich, to jest jakies 30 groszy!

BANANOWY REJS
Od kiedy przeplynelam sie pol pasazerskim, pol towarowym statkiem po Amazonce i Ukajali w Peru, jakas w sobie odkrylam slabosc do statkow, rzek, jezior, do tego spokojnego suniecia po wodzie, do patrzenia w gwiazdy na niebie, do dzielenia usmiechow, pozdrowien, jedzienia i najczesciej takze dyskomfortu z innymi wspolpasazerami, do zawierania statkowych znajomosci. Po prsotu polknelam bakcyla statkowego podrozowania - jakby to zrecznie okreslil Kapuscinski - i wyleczyc sie z niego nie ma sposobu. Gdy tylko mam okazje jakims statkiem, gdzies po slodkiej wodzie sie przeplynac, to w skakuje na poklad i juz. Taka okazja trafila sie w Tanzanii i to juz pierwszego dnia! Z miejscowosci Bukoba do sporego miasta Mwanza, pokonujac prawie polowe jez. Wiktorii, plywa tu bowiem co drugi dzien prom o takiej samej co jezioro nazwie. Promem tez jest tylko z nazwy i wygladu, bo naczelnym jego zajeciem jest przewoz towarow, a dokladnie rzecz ujmujac bananow, ktore to liczebnie znacznie przekaraczaja ilosc pasazerow. Na pokladzie wrecz wyrosla gora matoke, siegajaca prawie kapitanskiego mostku, a prom ten ma przeciez dwa pietra plus dolny poklad. Gora jest ogromna, wielgachna, ciezka. Przy zaladunku wszystko skrzypi, trzeszczy. Ludzie jednak w spokoju czytaja gazety, pija coca-cole i dyskutuja. Nie ma wiec chyba powodow do paniki. Siedze sobie scisnieta miedzy pasazerami na dolnym pokladzie, na drewnianej, twardej lawce w klasie ekonomicznej. Ani noga ruszyc nie ma jak specjalnie, ani jak powiercic sie troche. A ze w dodatku goraco jest i wilgotno, szybko robi sie zaduch okrutny. Nie no tak nie wysiedze dlugo. Zaladunek matoke sie zakonczyl. Zabieram najcenniejsza czesc mojego dobytku ze soba (czytaj aparat, dokumenty i kase) i uciekam na otwarta przestrzen, poczuc wiatr we wlosach i gwiazdy zobaczyc na niebie. Takich jak ja podobnych uciekinierow zebrala sie tu juz nawet pokazna grupka. U moich stop w rowne rzedy ulozone kosze z zoltymi bananami, za moimi plecami gora matoke, a przede mna jez. Wiktorii w calym swym ogromie, bezkresne, wielkie jak morze. Serce rosnie w takich chwilach, gdy czlowiek wyobrazi sobie mape Afryki i uzmyslowi, ze przemierza wlasnie jej wodne serce. Stoje tak dluzsza chwile i patrze. A na jeziorze pelno swiatel. Z poczatku mysle, ze to moze wioski jakies na drugim brzegu. Ale przeciez jestesmy na srodku jeziora, a one jakos dziwnie bliskie sie wydaja i swiatel ulicznych czy domowych raczej nie przypominaja. - Bo to sieci rybackie! - tlumacza pasazerowie- Kiedy ksiezyca nie ma na niebie, rybacy lowia male srebrne rybki, ktore potem sie suszy i sprzedaje na targu. Rybki ciagna do swiatla jak cmy, a wieksze jednostki omijaja je skrzetnie. Widok naprawde imponujacy.
Picture_646.jpg
ludzie spia gdzie tylko sie da
Picture_647.jpg
prom przy rozladunku w Mwanzie- polowy bananow juz nie ma
Gdy chlod nocy wygania z otwartego pokladu nawet najbardziej wytrwalych, okazuje sie, ze na moje miejsce na lawce nie moge juz wrocic. Ludzie spia gdzie popadnie, szczelnie wykorzystujac kazdy centymetr podlogi. Nie chce ich budzic, przekladac, przesuwac, nie chce nikogo nadepnac, niechcaco uderzyc czy szturchnac. Czekam wiec...
Czekam godzine, dwie, a gdy juz stracilam nadzieje, ze wroce kiedykolwiek na moj maly skrawek lawki, o jakiejs okropnej, okrutne 3 nad ranem godzinie, nastepuje rzecz najmniej spodziewana - kontrola biletow! Tegi mezczyzna przepycha sie miedzy ludzmi, budzi ich brutalnie, szarpie i pomyslec, ze ja sie krepowalam by kogos nie podeptac! Korzystam z okazji i wskakuje z powrotem na moje miejsce. To byl dlugi i intensywny w przezycia dzien. Zasypiam z miejsca, mimo ciasnoty i zaduchu.

ZROBILAM TO - SENENE

No i stalo sie! Zjadlam pierwsze w zyciu, prazone w oleju robaki. Ponoc towar eksportowy i duma Bukoby. Smakuja nawet niezle jak juz sie zapomini, ze to robaki przypominajace wygladem pszczoly lub osy, ale bez skrzydel. - Sa lepszym zrodlem bialka niz mieso - zachwala Nyamissi, policjantka, ktora poznalam w drodze z ugandyjskiej granicy - i sa przysmakiem sezonowym tylko. Masz wiec wielkie szczescie, ze jestes tu akurat teraz. Nazywamy je senene.
Chrupia insekty miedzy zebami, a tlum przyglad sie z ciekawoscia jak to muzungu robaki zajada. Pewnie czekaja az sie skrzywie ze zbrzydzenia, wypluje, albo cos w tym guscie, nie dam im jednak tej satysfakcji, choc pierwsza sztuka staje w gardle, ze przelknac niepodobna. Nyamissi podsuwa mi cala garsc pod nos, a tlum patrzybadawczo. Chrup, chrup zajadam z usmiechem, a ludzie usmiechem odpowiadaja. Chyba zostalam zaakceptowana jako jedyna muzungu w dlugiej kolejce na rejs do Mwanzy.
Picture_636.jpg
senene
Nyamissi czeka ze mna, az zaczna pasazerow wpuszczac na poklad, choc godzina juz poznowieczorna. Uparcie niesie moj plecak, chociaz nalegam, prosze, zaklinam. Nie ma mocnych na afrykanska goscinnosc. Nyamissi wyraznie mnie polubila, bo na prawie caly dzien zparosila mnie do siebie. Wspolnie gotowalysmy ugali, a malenka klitka, ktora jest jej mieszkaniem pelna byla ciekawskich sasiadek. W Afryce zdecydowanie zyje sie kolektywnie. Mieszkanko Nyamissi malutkie jest i w zabudowie szeregowej. Sciany dzialowe nie siegaja nawet dachu, pod ktorym straszy pusta przestrzen. Sasiedzi slysza sie nawzajem doskonale i nawzajem zgluszaja sie telewizorami i zbyt glosno puszczana muzyka. Lazienka bambusowa tez jest wspolna i miesci sie na zewnatrz budynku wsrod trzciny cukrowej, ziemniaczanych grzadek i drzewek papai (zwanej w suahili "popo").
Maz Nyamissi takze policjant (wydzial sledczy ds. przestepczosci zorganizowanej) rowniez wita mnie wylewnie i serdecznie ucinajac sobie dluzsza ze mna pogawedke na temat roznic miedzy Europa a Afryka.
Bo w dziedzinie goscinnosci Afryka po prostu nie ma sobie rownych i zasluguje w tej mierze na palme pierszenstwa, niezaprzeczalnie i nieodwolalnie.

Wysłane przez aidni 8:59 AM Kategoria Tanzania Komentarze (0)

Z afrykanskiego notatnika - WOLONTARIUSZE

sunny

Wolontariuszy jest w Afryce cale mnostwo. Spotkac wolontariusza jest duzo latwiej niz lwa czy slonia na sawannie Masai Mara. Jesli gdzies na ulicy wypatrzycie biala twarz i jasne gdzies przemkna Wam przed oczami wlosy wsrod barwnego, czarnego tlumu, szans na to ze jest to niezalezny podroznik jest moze ze 2%, dyplomata jakis lub inny pracujacy tu na stale muzungu dajmy na to 1%, 97% zas, ze jest to wolontariusz. Turysta ze zorganizowanej grupy prawie nigdy samotnie nie zapuszcza sie w murzynski, miejski, zwarty tlum wiec w tym wypadku sznase sa zerowe.
Zeby zostac wolontariuszem w Afryce trzeba miec gruby porfel, bo zeby bezinteresownie pomagac nalezy wczesniej wplacic dobrych pare tysiecy dolarow amerykanskich na konto organizacji pozarzadowej, ktora zlalatwia wszelkie formalnosci. Potem czeka sie, nieraz bardzo dlugo, az zostanie sie przydzielonym do jednego z krajow i do wyznaczonej pracy.
Lapie sie za glowe! Gdzie w tym logika?! Przeciez czlowiek ofiaruje swoj czas i umiejetnosci i wiedze i swoja w koncu ciezka prace, nie oczekujac w zamian wynagrodzenia, a tu jeszcze musi za to placic ogromne pieniadze.
- To na zakwaterowanie, wyzywienie i inne koszty zwiazane z naszym tu pobytem. Zreszta polowa tych pieniedzy jest przekazywana lokalnym spolecznosciom. - tlumaczyli mi mlodzi Kanadyjczycy, ktorych poznalam w Kenii nad jez. Naivasha. Ale jakos nie czulam sie przekonana, jakis to ciagle budzi we mnie sprzeciw, jakis to uklad dziwaczny i niezrozumialy.
Czym zajumja sie w Afryce wolontariusze? Pomagaja dzieciom w odrabianiu lekcji (tak!), w przedszkolach ucza maluchy jak poslugiwac sie sztuccami (tak!tak!), bawia sie z dziecmi w sierociencach (tak!tak!tak!), by wymienic tylko niektore z tych zajec, ktore co tu ukrywac nie naleza to najbardziej produktywnych i Afryce potrzebnych. Zdarza sie tez, ze w ogole nic nie robia, caly dzien spedzajac w kawiarence internetowej, bo na miejscu okazuje sie, ze samochod, ktory mial ich dowiezc do wioski w potrzebie od ponad miesiaca jest zepsuty i nikt nie kwapi sie by go naprawic, jak to mialo miejsce w Kabale w poludniowej Ugandzie.
Czasami, gdy juz sie troche zaprzyjaznilismy, wolontariusze skarzyli mi sie na brak konkretnych zdan, jakiejs namacalnej i prawdziwie pozytecznej pracy. Czuja sie nieraz po prostu jak turystyczna atrakcja w szkole czy sierocincu, a przeciez nie po to tu przyjechali i w pocie czola pracowali by odlozyc na ten wyjazd. Wielu z nich, choc rzadko przyznaja to otwarcie, jest po prostu rozcarowana. Organizacja, ktora ich tu przyslala zabrala polowe ich pieniedzy, drugie pol (a smiem przypuszczac ze duzo mniej) trafilo do lokalnej spolecznosci, gdzie pracuja. Dla obu stron idealna transakcja! Tylko gdzie w tym wszystkim miejsce dla tego mlodego czlowieka, ktory kierowany dobrocia serca, chce cos pozytecznego zrobic dla swiata? Co z jego enregia, zapalem, szczeroscia? Zostaja po prostu zmarnotrawione, bo w praktyce okazuja sie nikomu do niczego nie potrzebne. Nie zna granic ludzka pazernosc i pogon za pieniadzem.
Picture_475-crater.jpg
krater - okolice wulkanow Virunga (Uganda)

- Bo prawda jest taka - powiedzial mi Bery z wysp Sesse, ktory prowadzi osrodek pomocy dla nieletnich prostytutek - ze dla niewykwalifikowanych ludzi nie ma tu pracy. Wiekszosc tych mlodych ludzi konczy szkoly, ale w praktyce nie umie nic. No bo jakie ma umiejetnosci ktos z matura ledwie? Jakie ma doswiadczenie ktos, kto ledwie skonczyl 18 lat? Ich szczere checi niektore organiazcje wykorzystuja niestety by drenowac ich ich kieszenie. A przeciez w Afryce wolontariusze sa bardzo potrzebni, ale tylko wolontariusze o konkretnym fachu: lekarze, psychologowie, nauczyciele, ale nie mlodzi ludzi z ledwie matura na karku.

Wysłane przez aidni 8:27 AM Kategoria Uganda Komentarze (0)

Uganda - czesc 5 - Szukajac goraca w Afryce

moja trasa przez Ugandę: wjazd 03.01.2009, wyjazd 23.01.2009 przejście graniczne Malaba - Jinja - Kampala - Fort Portal - Lake Nkuruba - Kabale - Lake Bunyonyi - Kisioro - Mgahinga NP - Sesse Islands (Kalangala) - Masaka - przejście graniczne Mutukula

semi-overcast 18 °C

SZUKAJAC GORACA W AFRYCE

Mowili mi jedz na wyspy Sesse, gdy marzlam noca w namiocie nad pieknym jeziorem Bunyonyi. "Jesli pragniesz goraca jedz na wyspy Sesse" - namawiali, gdy prosilam o kilka kocy by przetrwac jakos noc u stop wulkanu Sabinyo. O tak pragnelam goraca! Lepkiego, tropikalnego, wilgotnego, afrykanskiego upalu. Chcialam sie pocic i nie moc w nocy zasnac, chcialam czuc jak slonce pali moja skore. Dosc gor z ich surowym klimatem, koniec z wyzynami i szalejacymi nan deszczami i wichurami! Spakowalam plecak, zwinelam namiot i pojechalam na wyspy Sesse.
Jest ich 32, rozrzuconych jakby troche niedbale u wschodniego wybrzeza je. Wiktorii. W miare zorganizowany transport dociera jednak tylko na jedna z nich, te na ktorej znajduje sie Kalangala. Dwa sklepy, jedna restauracja i kilka barowm oraz jeden bank - tak wlasnie wyglada najwieksza tu wioska a zarazem stolica wszystkich wysp. Jak dla mnie bomba, bo im mniejsze miasteczko, im spokojniejsza okolica, tym ludzie serdeczniejsi, bardziej przyjacielscy i otwarci.
Picture_582-fish.jpg
Ryby i boda boda (na promie do Kalangali)
By dotrzec do Kalangali trzeba jednak anielskiej cierpliwosci. Trzeba wytrwale oczekiwac az zapelni sie busik do Masaki, czy raczej przepelni do granic wyobrazni, jechac tak upchanym kilka godzin, by znow przesiasc sie w kolejny busik, tym razem juz bezposrednio do Kalangali, ale droga wciaz jeszcze daleka, bo przed nami przeszkoda w postaci promu. Prom tez trzeba przepelnic tak ze ledwo plynie i plynie wieki cale ,a potem droga pelna dziur, plynaca miejscami jak rzeka po niedawnej ulewie. A do tego kierowca prowadzi jeszcze jakis handel wymienny z mieszkancami mijany6ch wiosek, co chwila wiec stajemy to ziemniaki zamieniac na matoke, to kury na ryby, to mango na banany! Oj trzeba cierpliwosci i pogody ducha, by to wszystko z pokora zniesc. W myslach juz poce sie w niemilosiernym upale i z radoscia patrze na pieknie zachodzace slonce, cieszac sie juz dniem jutrzejszym.
Noc jest ciepla hoc nie goraca, nie marzne jednak, a to juz cos. Kap, kap, kap - wczesnym rankiem budzi mnie stukanie kropel o namiot. Nie trzeba dlugo czekac, a juz na kempingiem prawdziwa zawierucha z piorunami, ulewnym deszczem. I takich bylo dziennie od trzech do czterech nawet. W zostawionym bezmyslnie na noc praniu zalegly sie mrowki, pajaki, szczypawki i wszelkiego gatunku inne talatajstwo. Namiot trwal dzielnie na barykadach jak obroncy Czestochowy przed szwedzkim potopem, ani jedna kropla nie przedostala sie do srodka, az myslalam, ze z dumy pekne. Kij ma jednak zawsze dwa konce. Wybitna wodoszczelnosc i odpornosc niezwykla mojego namiotu zdobyla sobie takze uznanie mrowek gogantow i tych zupelnie malych, ktore pod tropikiem szukaly schronienia i ganialy pod podloga tak, ze slyszalam ciagle ich chrobotanie. W takich oto nadzwyczajnych okolicznosciach przyrody uplynal mi pobyt na wyspach Sesse. Dni slonecznych i upalnych 0, ilosc burz i ulew w ciagu dwoch i pol dnia - no chyba z 10!. Ostatniego dnia zerwalam sie na rowne nogi juz o 5 rano, slyszac jak kropelki , z poczatku drobne, niewinne, delikatnie uderzaja o moj suchy namiot. W ostatniej chwili zdoalalam caly moj dobytek przeniesc na zadaszona weradne. Zwijanie namiotu w strugach deszczu to koszmar kazdego namiotowicza. Pakowalam sie w ciemnosciach o nieludzkiej godzinie, szczesliwa jednak, ze tego koszmaru udalo mi sie uniknac.

O DUCHACH, CZAROWNICACH, RZUCANIU UROKOW I POLIGAMII

- Mialam kiedys sen. Snilam, ze stara, przygarbiona kobieta, bezzebna i pomarszczona podeszla do mnie i skaleczyla mnie nozem w maly palec u lewej dloni. A bylo w tym wszystkim cos przerazajacego, co co napawalo lekiem, a z obudzilam sie z krzykiem w srodku nocy. Ale wtedy dopiero zaczelam bac sie na serio, bo zobaczylam na moim palcu swiza rane i saczaca sie z niej krew.

Picture_55..islands.jpg
Nad jeziorem Wiktorii na wyspach Sesse
Picture_55..slands1.jpg
Kalangala - jedna z uliczek
I nagle, jakby chcac dodac troche grozy do tej opowiesci, troche ja efektami specjalnymi doprawic, trzasnela kloda w ognisku wzniecajac w gore prawdziwy slup skier.
- No i co bylo dalej? Co zrobilas? - niecierpliwi sie mlody Anglik. Siedzimy skuleni przy ognisku wieczorowa pora, szukajac troche ciepla na tropikalnych wyspach Sesse (sic!) i sluchamy niesamowitych opowiasci Rose, ugandyjskiej dziewczyny jednego Wlocha, profesora Uniwersytetu w Bolonii, co to jednak wybral konkurencyjna impreze przy piwie z Niemcami.
- Jak to co? To, co zrobilaby na moim miejscu i matka, i babka i siostra i ciotka, slowem kazda afrykanska kobieta. Poszlam do czarownicy! - dziwi sie Rose na tak nonsensowne muzunga zapytanie.
Sluchamy z coraz wieksza ciekawoscia.
- Opowiedzialm czarownicy moj sen ze wszystkim szczegolami, a i ona ze swej strony zadawala mi mnostwo pytan i w koncu zawyrokowala: jest rzecza oczywist, ze mezczyzna, z ktorym teraz jestes ma oprocz ciebie jeszcze jakas inna kobiete i ona trawiona zazdroscia po prsotu rzucila na ciebie urok! Muszisz natychmiast przyprowadzic mi koze, ktora zloze w ofierze odpowiednim duchom, ktore ten urok z ciebie zdejma.
- Hahahaha - wybuchamy smiechem.
- tak - ciagnie swa opowiesc Rose - tylko jest jeden problem, mowie czarownicy. Ja nie mam mezczyzny, ani meza, ani nawet chlopaka. Czarownica pokrecila glowa, ze moze w takim razie ktos rzucil na mnie urok omylkowo, ale uparcie obstawala dalej przy tym, ze koza byc musi i to natychmist i ze za tym wszystkim stoi jakas zazdrosna kobieta. Co to za glupstwo - pomyslalam - kozy nie kupilam i o czarownicy zapomnialam. Ale jeszcze tego samego wieczora sen znow powrocil. Znow ujrzalam stara, pomarszczona, zgarbiona kobiete, jak zbliza sie do mnie z nozem szurajac nogami po podldze. Jest blizej i blizej i blizej. A ja w tym snie lezalam zupelnie sparalizowana strachem, ani krzyknac, ani uciekac, ani nawet ruszyc palcem. Kiedy noz byl juz w powietrzu i starucha znow chciala mnie bolesnie skaleczyc, obudzilam sie i zobaczylam w moim lozku szczura! A wiec to byla ta zazdrosna kobieta, urak i klatwa! Po prostu zwyczajny szczur ugryzl mnie przez sen.
Rose smieje sie radosnie i my tez sie smiejemy, choc w duchu zastanawiam sie czy bym jednak nie wolala uroku, katwy i czarownicy od szczura we wlasnym lozku.
- Rose powiedz mi - zagaduje - jak to jest, ze w Afryce mezczyzna moze miec kilka zon i one nigdy ze soba nie walcza, nie sa zazdrosne?
- Jak to nie?! - obrusza sie Rose- Ja bym sie nigdy na to nie zgodzila, aby moj maz mial jeszcze inna kobiete oprocz mnie! Nigdy! Ale na wsiach, gdzie tradycje plemienne sa wciaz kultywowane, kobieta tak naprawde nie poslubia danego mezczyzny, ale ducha, ktory mieszka w jego ciele.
- Jak to? - nie mozemy powstrzymac zdziwienia.
- No wlasnie tak - tlumaczy nam jak dzieciom Rose - W jednym ciele moze mieszkac wiele duchow i jesli maz dajmy na to ma cztery zony to kazda z nich poslubila innego ducha! Tak wiec wieczorem, maz wola swoa zone: - Safi, chodz do mnie to ja twoj maz Mofu przywoluje cie dzis do siebie! - to pozostale zony nie sa zazdrosne bo Mofu nie jest ich mezem, kazda z nich poslubila bowiem innego ducha. Tak to sobie sprytnie wymyslili afrykanscy mezczyzni.

Ano faktycznie bardzo sprytnie.

Wysłane przez aidni 5:23 AM Kategoria Uganda Komentarze (0)

Uganda - czesc 4 - pomoc Afryce

semi-overcast 18 °C

ROZWOJ

Z wszystkich rozczarowan jakie w zyciu moga sie przytrafic najbardziej chyba przykre sa te, ktore dotycza innych ludzi.

- Zachod nie powinien pomagac takim krajom jak Uganda! Krajom,ktore osiagnely juz pewnien stopien politycznej i spolecznej stabilizacji.Owszem bieda jest tu zatrwazajaca, szczegolnie na wsiach i zacofanie okrutne,ale pompowanie pieniedzy do takich krajow rowna sie praktycznie z wyrzucaniem ich w bloto. - mowi mi przy kolacji Huli, przeddzien naszej wspolnej wspinaczki na Mount Sabinyo. - Te kraje musza same znalezc droge dla wlasnego rozwoju i albo ja znajda, albo przestana istniec. - Tu Huli zaczyna sypac przykladami jak z rekawa. - W Malawi zakupiono ok 100 tys. moskitier, jako ze kraj ten ma najwyzszy w Afryce wskaznik umieralnosci na malarie wsrod dzieci. Nim sie obejrzano, nim biurokratyczna machina uruchomila sledztwo,moskitiery zamiast trafic do dzieci dawno juz zostaly sprzedane jako sieci rybackie. W Zimbabwe, by zachecic rolnikow do bardziej wydajnego i produktywnego rolnictwa zaczeto rozdawac bezplatnie nawozy. Dzis wiemy, ze te nawozy niegdy nie zostaly uzyte tylko natychmiast sprzedane z duzym zyskiem na czarnym rynku.
Huli ma 40 lat i juz trzeci rok pracuje w Kampali dla niemieckiego rzadu jako koordynator pomocy rozwojowej dla Ugandy. Swoj kraj opuscil pietnascie lat temu i ani mysli wracac do narodu, z ktorym sie nie utozsamia i z ktorym laczy go - jak twierdzi - jedynie wspolny jezyk. Ja dodam od siebie, ze jeszcze ogromna slabosc do piwa. Pracowal w swej karierze w wielu krajach trzeciego swiata,wiele widzial, wiele doswiadczyl, a dzieki swej pracy, wiele takze mogl ogladac "od kuchni".
- Wezmy przyklad - kontynuuje Huli - Nie tak dawno niemiecki rzad wspieral finansowo budowe szpitala w jednym z prowincjonalanych miasteczek, tutaj w Ugandzie. Zeby zakonczyc ten projekt trzeba bylo wydac ogromne sumy na lapowki! Tak! Publiczne pieniadze niemieckich podatnikow szly takze do kieszeni skorumpowanych, lokalnych urzednikow! Wtedy czlowiek zadaje sobie pytanie do czego to zmierza? Przeciez nie tedy droga! - Huli odpala lokalnego papierosa o wdziecznej nazwie "sportsman" od kominka i wychyla kolejny lyk piwa. Nad polem namiotowym przy Mgahinga National Park noc gwiezdzista i zimna. - Przyjezdzaja tu z Niemie,z calej zreszta Europy, zastepy mlodych psychologow, pedagodow i socjologow, takich co to dopiero opuscili uniwersytety i nigdy nigdzie poza Europa nie byli. Czuja sie jak misjonarze niosacy kaganek oswiaty dla zyjacych w ciemnosciach Murzynow. A przeciez oni maja tu swoje tradycje, swoja kulture, swoje obyczaje i niby dlaczego nasz zachodni model nalezy uznawac za lepszy. Spojrzmy co dzieje sie w Europie. Niz demograficzny zagraza budowanym przez lata systemom ubezpieczen spolecznych, rodzina ulega rozpadowi, pozera nas rozbuchany indywidualizm. Tu w Afryce nie maja takich problemow. Rodzina i plemie jest podstawa calego systemu spolecznych relacji, jest punktem odniesienia, korzeniem wlasnej tozsamosci, jest takze najlepszym gwarantem spokojnej emerytury. Bo w Afryce zyje sie kolektywnie, a nie indywidualnie. Nie rozumiem dlaczego na sile chcemy ich uszczesliwiac, narzucajac im wlasna filozofie zycia.
- Ale to przeciez nie do konca jest tak - wtracam w dyskusje kilka swoich refleksji - przeciez oni takze maja ambicje, marzenia i cele,ktore chca osiagnac. Tak samo jak my aspiruja do lepszego zycia, do materialnego komfortu, do dobrobytu. Wcale nie chca zyc w swoich szalasach i glinianych chalupkach bez pradu i biezacej wody. I nie widze w tym nic zlego,ze pragna lodoweki pralek, telewizorow i samochodow, a skoro my wiemy jak te cele osiagnac to dlaczego nie mielibysmy sie z nimi ta wiedza podzielic!
Huli przeklada noge na nogei wyraznie ozywiony otwiera kolejne piwo.
- Trzeba najpierw wiedziec,ze nasze sposoby na dobrobyt i materialne bogactwo sa dobre ale w Europie i dla Europejczykow,ale tu w Afryce okazuja sie zupelnym fiaskiem. Tu jest inna kultura, zupelnie inne myslenie, niejak nieprzystajaca filozofia zycia. Prosty przyklad: jak sie Europejczyk dorabia swojego mercedesa, domu i urlopu na hiszpanskiej riwierze raz do roku? Pracuje i oszczedzaI to czesto dlugie lata. Rzecz zupelnie dla Murzyna niepojeta. Afrykanie nie umieja oszczedzac, pieniadze sie tutaj natychmiast wydaje. Bierze sie to stad, ze w mysl zasad rzadacych afrykanska rodzina,jeden pomaga drugiemu. Jesli wiec kto ma pieniadze musi sie nimi podzielic z bratem, siostra,wujkiem,kuzynka lub innym pociotkiem. Lepiej wiec pieniadze natychmiast wydac na cokolwiek, bo inaczej sie je straci. Jak myslisz dlaczego jak Afryka dluga i szeroka pelna jest niewykonczonych domow i do polowy skleconych lepianek? No wlasnie dlatego. Jak kto jest przy gotowce natychmiast ja wydaje by wywinac sie z obowiazku dzielenia sie pieniedzmi z liczna rodzina. Kupuje wiec lub zaczyna budowe domu,ktoej z duzym prawdopodobienstwem nigdy nie ukonczy.
- No ale to tylko pokazuje - dodaje od siebie - ze jest tu zalazek jakiego inwestycyjnego myslenia,jakiejs koncepcji lokowania kapitalu nie tak dalekiej od tego, co mamy w Europie. Moze wiec trzeba pojsc ta droga i nasze sposoby i sprawdzone rozwiazania po prostu zmodyfikowac i dostosowac do afrykanskiej rzeczywistosci.
Huli smieje sie radosnie - To trzeba by zaczac od wybicia im z glow idei posiadania az tylu dzieci. Przeciez tu srednia dzieci na kobiete to jest czworo lub piecioro, a skoro mezczyzna moze miec kilka zon, wiec i dzieci ma przynajmniej kilkanascioro! Przy takiej ilosci potomstwa europejski dobrobyt to dla nich dlaej daleka perspektywa. Co zrobic jednak jesli dla nich dzieci to jest cel sam w sobie. Dla mezczyzny duza ilosc czarnuitkichm jak smola malcow to powod do dumy i dowod meskosci, dla kobiety kobiecosci. Jest rzecza powszechna, ze jesli w wieku 18-20 lat kobieta nie ma dziecka to oznacza, ze cos jest z nia nie tak i moze miec problemy ze znalezieniem meza. Czesto wiec kobiety zachodza w ciaze tylko dlatego, by spolecznie dowiesc swojej kobiecosci. Ojciec tak poczetego dziecka oczywiscie najczesciej znika bez sladu.
Zeby pomagac nie wystarczy miec dobre serce, trzeba jeszcze wiedziec jak sie do tego zabrac - konkluduje Huli.
- Bo inaczej wiecej z tego zlego niz dobrego - dodaje od siebie - wymowny przyklad Etiopii mowi sam za siebie.
- Tak wlasnie - stwierdza Huli konczcac juz chyba piate piwo - Zachod powinien pomagac krajom targanym wojnami, niepokojami spolecznymi, epidemiami, jak Sudan czy Somalia, ale kraje takie jak Uganda musza znalezc same swoja wlasna droge rozwoju.

Robi sie juz pozno. Mowie wszystkim dobranoc. Przed czekajacym mnie intensywnym dniem wypada sie wyspac. Wychodze na zewnatrz budynku, ktory miesci recepcje, kuchnie i jadalnie i cudowny ten kominek. Jest chlodno, a by dochowac wiernosci faktom powinnam napisac, ze jest po prostu zimno! Tak zimno jak diabli, choc to Afryka, rownik bliziutko i poludniowa juz polkula! Niebo roziskrzone tysiacami gwiazd zatrzymuje moja uwage. roga mleczna widoczna w kazdym szczegole i orion...
Zza uchylonych drzwi jadalni, przez absolutna cisze nocy slysze jak Huli, wypiwszy jakies szesc butelek piwa, zagaduje kelnerke.
- Maria snilas mi sie dzisiaj wiesz? Snialo mi sie, ze obudzilem sie w srodku nocy, a posciel w moim lozku byla jeszcze ciepla. Spojrzalem na uchylone drzwi i ujrzalem ciebie i twoje piekne, nagie cialo. No wiec jak myslisz Maria? Czy spelnisz moj sen? Czy sprawisz dzis, ze moje marzenie stanie sie rzeczywistoscia? Drzwi do mojego pokoju sa dla ciebie zawsze szeroko otwarte. No wiec ja? Co z nami bedzie?

Ach! Wielkie idee i gornolotne mysli, glebokie Afryki rozumienie i najszczersza chec pomocy!!! Slowa, slowa, slowa i nic tylko slowa. A tak naprawde za tym wszystkim najzwyklejsze w swiecie pasozytnictwo. Mierzi mnie to i napawa obrzydzeniem to ciagle Afryki wykorzystywanie, zerowanie na jej poczuciu nizszosci wzgledem Zachodu, na jej uleglosci. Na wszystkich poziomach od wielkich koncernow, ktore okradaja Afryke z jej naturalnego bogactwa, prze skorumpowanych urzednikow, az po turystow, co przyjezdzaja tu na safari, a brzydza sie uscisnac dlon Murzynowi. Tych zastepow bialych, ktorzy wykorzystuja latwowiernosc tutejszych kobiet dla latwego seksu bez zobowiazan.
Jesli to jest nasz wklad w rozwoj Afryki to chyba faktycznie byloby lepiej gdybysmy jak najszybciej sie z Afryki wyniesli, spakowali manatki i nie wracali wiecej.

Picture_42..na_girl.jpg
bananowa dziwczynka na jednej z ulic w Kabale

BERY Z WYSP SESSE

Czarna Afryka usmiecha sie szeroko, ubiera sie kolorowo, rytmicznie porusza biodrami w rytm wesolej muzyki. Nie afiszuje sie ze swa bieda, nie pokazuje jej przechodniom na ulicach, ani podroznym w autobusach. W duzych miastach niewielu widzi sie zebrakow. Wbrew naszym zachodnim wyobrazeniom, Afryka nie umiera z glodu i chorob pelzajac u stop bialych turystow. Czarna Afryka ukrywa swa biede z dala od ludzkich spojrzen, z dala od drog, miast i turystycznych atrakcji. Wszedzie wiita czlowieka usmiech i radosne "habari"(pozdrowienie w suahili).
Jade wypchanym do granic matatu z Kalangali do Masaki i przygladam sie wspolpasazerom. Jaka jest opowiesc siedzacej kolo mnie starszej kobiety? Jaka jest tajemnica spiacej z glowa oparta o szybe dziewczynki? Jak wyglada codziennosc tego mlodego mezczyzny, probujacego dojrzec kawalek swiata zza niemilosiernie brudnej szyby?
Na wyspach Sesse nauczylam sie, ze Afryka ma drugie dno, nauczyl mnie tego Bery, a oto jego historia.

Bery zajmowal sie w swym zyciu tak wieloma rzeczami, ze az trudno zapamietac, spisac, wymienic, nie gubiac przy tym szczegolu jakiegos, jakiegos znaczacego faktu. By podroznikiem, wolontariuszem, sanitaruiszem, wlascicielem firmy handlujacej alkoholem, mial kiedys biuro nieruchomosci, a polski paszport ma do dzis po ojcu. Kilka lat nawet mieszkal w Bielsku, ale naszego karkolomnego jzyka nigdy nie zdolalal sie nauczyc. Dzis jest na emeryturze i z szerokim usmiechem wspomina dawne, szalone czasy.
Siedzimy przy stole cieplo otuleni promieniami zachodzcaego slonca. wszedzie bujna zielen i piekny widok na jez. Wiktorii. Recz dzieje sie w Mweena, malenkiej rybackiej osadzie niedaleko Kalangali - takze malenkiej stolicy wszystkich wysp.
Kolacja samkuje pysznie, wybornie, doskonale! To najlepsza kolacja jaka jadalam, najsmaczniejsze od odleglych juz etiopskich czasow jedzenie. Pewnie dlatego, ze ugotowana z miloscia, z wielka wdziecznoscia. Bery przedstawia mnie wszystkim dziewczynkom po kolei, wszystkie usmiechaja sie do mnie zyczliwie, sa usciski dloni i wesole, ciekawe, przygladajace sie spojrzenia. Dziewczynki maja od 8 do 13 lat, mieszka ich w osrodku Bery'ego 15. Na pierwszy rzut oka niczym nie roznia sie od innych dziewczynek, z ktorymi witam sie na co dzien, gdy ida do szkoly. Wygladaja tak samo niewinnie, dziewczeco, mlodzienczo i dziecieco jak ich rowiesniczki.
- Kazda z nich wie wiecej o seksie oralnym i penetracji niz ty bedziesz pewnie kiedykolwiek wiedziec. - mowi mi Bery - te dziewczynki to nieletnie, a scislej rzecz ujmujac, dzieciece prostytutki. Takich jak one sa w okolicy setki jak nie tysiace. Nie maja nic wiec sprzedaja swoje cialo by kupic sobie ubrania, ksiazki do szkoly, zaplacic czesne...Dla afrykanskiej kobiety jej cialo, poki jest mlode i atrakcyjne jest towarem na sprzedaz, czesto bowiem kobiety nie maja nic ponad swoje ciale. Probuje z tym walczyc, probuje pokazac im, ze sa inne mozliwosci, probuje dac im nowy start, ale nie mozesz wiedziec jaka to trudna walka.
Bery prowadzi swoj maly osrodek od dwoch lat. Pomaga mu zona, ktora wlasnie przyleciala z Belgii. Przez ten czas zdolali wybudowac maly domek z zapleczem, gdzie miesci sie gabinmet lekarski, spizarnia i kuchnia pod golym niebem. Wszystko czyste, schludne, europejskie takie. Przed domkiem ogrodek, rowno przystrzyzona trawa , czerwone kwiatki. Na srodku dwa duze, biale stoly, przy ktorych codziennie jada sie kolacje.
Bery cale swoje zycie, wszystkie swoje wysilki, oszczednosci i byc moze takze marzenia poswiecil tym dzioewczynkom, sa one teraz calym jego zyciem, jego kazda minuta. W wyobrazni widzi jak jego osrodek sie rozwija, jak swoja szanse dostaja kolejne dziewczynki. Widzi je jak zakladaja rodziny, a niektore moze nawet robia wielkie kariery w miescie. Widzi je szczesliwe, smiejace sie serdecznie tak jakby ich zlamane dziecinstwo bylo nigdy nieistniejacym epizodem, jakims dawno zapomnianym koszmarnym snem.
- Kiedy je poznalem, kiedy zobaczylem jak one zyja to bylo jak porazenie, jakby ktos uderzyl mnie i ciosem tym powalil na kolana. Czlowiek w takiej sytuacji ma zawsze dwa wyjscia: alboodejsc ze spuszczona glowa, zlamany wspolczuciem i wlasna bezradnoscia wobec okrucienstwa tego swiata, albo podjac walke, chocby wydawala sie przedsiewzieciem wrecz szalonym i skazanym z gory na kleske. Tamtego dnia zdecydowlaem podjac sie podjac te walke, chociaz w chwilach zwatpienia wydaje mi sie ona trudna ponad miare, za trudna.
Edukacja to priorytet, to ich paszport do lepszej przyszlosci. Dlatego z mojej skromnej emerytury w pierwszej kolejnosci oplacam im szkoly. Wszystkie chodza do szkol z internatem , poza tym uczymy je innych umiejetnosci, ktore moga im sie kiedys przydac, tak aby powrot do prostytucji uczynic jak najodleglejsza, a najlepiej nieistniejaca alternatywa, gdy juz wkrocza w samodzielne zycie.
Jedna z moich znajomych powiedziala mi kiedys, ze mimo mych dobrych checi i wysilkow robie tym dziewczynkom krzywde, bo pokazuje im zycie, ktorego o wlasnych silach, samodzielnie nigdy nie beda w stanie osiagnac w swym doroslym zyciu. Ale ja wierze, ze pokazuje im nowa droge, ze pokazuje im, ze mozna inaczej zyc. - Bery zamysla sie dluzsza chwile wpatrujac sie w jezioro. Zapada milczenie ciezkie jak znak zapytania, ciezkie jak dreczace go watpliwosci.
Slonce chowa sie za horyzontem. Ostatnie usciski i serdeczne pozdrowienia. wsiadam na boda boda i mkne wsrod zielonych, bananowych gajow na moj kemping. Bery'ego i jego dziewczynki zostawiam daleko ale tylko w wymiarze fizycznym. Widzialam dzis drugie dno Afryki, nie tyle nawet jej biede i ubostwo, co jej upodlenie. Widzialam Afryke odarta z marzen i tonaca w beznadziei. Tego obrazu nie da sie zapomniec.

Wysłane przez aidni 3:59 AM Kategoria Uganda Komentarze (0)

Uganda czesc 3 - jezioro i wulkany

semi-overcast 20 °C

SAMOTNOSC NAD JEZIOREM BUNYONYI

Znalazlam Shire, znalazlam ojczyzne Hobbitow wprost z "Wladcy Pierscieni" wyjeta. Sam Tolkien by tego lepiej nie wymyslil. Jezioro, a na nim 29 wysp. Kazda z nich upstrzona wydatnym pagorkiem, zagospodarowanym przez mieszkancow na tarasowa uprawe roslin i zboz. Jezioro Bunyonyi ma ksztalt do gory nogami wywroconej litery Y i brzegi ma postrzepione, niegladkie. Aby sie tu dostac trzeba najpierw z Kabale przejechac boda-boda 8 km malownicza droga przez wzgorza, usmiechem odpowiadajac na usmiechy i pozdrowienia mieszkancow mijanych wiosek. Jedzie sie tak piaszczysta droga, koloru gliny wsrod bujnej zielonosci - to zestawienie barw dusza srodkowowschodniej Afryki. A jedzie sie by dotzrec do przystani najprawdziwszych , z jednego kawalka drewna zrobionych, afrykanskich kanoe. Chwyta sie wioslo,plecak rzuca sie z przodu i co sil w miesniach zabiera sie wioslowania. Bo by dotrzec na kemping trzeba najpier przeprawic sie przez gladkie jak lustro jezioro (ok40 minut), na jedna z wysp, gdzie namiot mozna sobie rozlozyc nad samym brzegiem. Mozna slono zapalcic i w 10 minut dotrzec tam lodzia motorowa,ale co to wtedy za frajda,jaka przyjemnosc? Zadna!!! A jednak wiekszosc ososb takie wlasnie wybiera rozwiazanie.
Picture_430-canoe.jpg
moj plecak na kanoe
Picture_43..d_canoe.jpg
nad przystania kanoe
Miejsce jest piekne, ale od razu widac, ze prowadzone przez bialych i dla bialych. Tylko obsluga Ugandyjska, wszyscy zas klienci - biali. Z poczatku ciesze sie nawet z tego.Bedzie okazja do rozmow,do wymiany doswiadczen, do posluchania zabawnych opowiesci i o mrozacych krew w zylach przygodach innych podroznikow. Moje nadzieje szybko jednak rozbijaja sie bolesnie o rzeczywistosc.Chyba jestem juz bardziej "czarna" niz "biala",ze az mnie ta moja biala skora razi jakos i dziwi,kiedy spojrze na nia w lustrze, jakas wydaje mi sie nie na miejscu, obca jakas taka.
Na moje pozdrowienie inni biali zebrani w tej enklawie ludzie Zachodu reaguja zdziwieniem przygladajac mi sie badawczo i zimno. Oj powialo europejskim chlodem, wyobcowaniem i dystansem, zupelnym brakiem zainteresowania i zamknieciem sie w swoim malym swiatku. Jaki to kontrast w stosunku do tego ciaglego wypytywania o wszystko, do tej wymiany usciskow dloni,do tych afrykanskich usmiechow i pozdrowien. Moze i wyprzedzamy Afryke w rozwoju technologicznym,moze i zyjemy sobie wygodniej i bardziej komfortowo, ale w dziedzinie szczerej ludzkiej serdecznosci to Afryka dawno zostawila nas w tyle i to my powinnismy usiasc wuczniowskiej,oslej lawce zganieni przez nauczyciela za nieodrobiona lekcje!
Picture_432-bunyonyi.jpg
Picture_443-bunyonyi2.jpg
jez. Bunyonyi
Wybieram sie na spacer wokol wyspy. Widoki fantastyczne. Czlowiek nigdy zadnym swym dzielem nie dorowna temu, co natura dawno juz stworzyla, daremne sa wszelkie proby. Docieram do jakiejs malej wioski ukrytej w bananowym gaju. Sensacja! Biala kobieta! Muzungu w naszej wiosce! Dzieciaki biegna z piskiem by uscisnac mi reke. Skad te emocje przeciez tylu tu bialych, cala wyspa jest ich pelna, stezenie jak nigdzie indziej w kraju! ... Wyleguja sie jednak na kanapach calymi dniami i rzadko ktory czuje potrzebe i chec by podreptac troche po okolicy. Siedze na werandzie i przegladam sie im. Nalezymy do dwoch roznych swiatow i chociaz przywiodla nas tutaj ta sama ciekowosc, ta sama chec poznania to nie ma miedzy nami zrozumienia.Stoimy po prostu na dwoch roznych biegunach. Podrozujac w pojedynke czlowiek siega pewnego wymiaru samotnosci, ktore nigdy wczesniej nie doswiadczyl. Samotnosc ta czasem uwiera,ta samotnosc jest czasem trudna,ale jednoczesnie otwiera na innych, na innosc,na to,co dziwne, niezrozumiale, obce.
O ironio! Tak oto wsrod bialych Europejczykow czulam sie bardziej samotnie niz wsrod Muzrzynow, ktorych jezyka nawet nie znam.

WULKAN W MOIM ZYCIU

Picture_491-sabinyo.jpg
Mt. Sabinyo
Na ostatni, trzeci wierzcholek wchodzi sie po drabinach pozbijanych z kijow i galezi, przegnilych w niektorych miejscach z nadmiaru wilgoci. Stromo jak diabli. Najlepiej nie rozgladac sie na boki tylko uwaznie piac sie do gory.Trwa ta wspinaczka dobrych 30minut, przy czym nachylenie wynosi jakies 70-80 stopni! Miesnie az trzesa sie ze zmieczenia, bo to przeciez juz piata godzina stromego podejscia. Dwa wierzcholki juz zdobyte, tylko jeszcze ten jeden,ostatni. Oddech ciezko zlapac, bo to juz grubo ponad 3500m npm,pot leje sie z czola choc tuz nad glowa wisi paskudna, na szaro od spodu "przypalona",deszczowa chmura. Przez glowe przechodzimysl "nie dam rady, po prostu nie dam rady!". Moze i checi nie brak, ale sily w miesniach owszem. Nogi jak klody, bardziej ciagna w dol niz do gory, od wchodzenia po drabinie bola plecy w kazdym, nawet najbardziej skrytym zakamarku,rece z wysilku mdleja... Mysli o kapitulacji bombarduja glowe nieustepliwie i wytrwale. W tym momencie, gdzies zza krzekow, gdzies tam daleko z gory dobiega radosny glos Bergsona,mojego przewodnika: - Polowa drogi juz za nami!
I to niby miala byc dobra wiadomosc, w mych uszach zabrzmiala jednak jak wyrok, jak gwozdz do trumny i krzyzyk na droge. A wiec jeszcze raz tyle, jeszcze raz tyle zmagan o kazdy centymetr, o kazdy krok. Przeciez tego sie nie da zrobic!
Gory zawsze budzily we mnie najwiekszy szacunek, bo gory pokazuja czlowiekowi jego wlasciwe miejsce, ucinaja jego ambicje zbyt rozpasane, drwia sobie z ludzkiej wiary we wlasne mozliwosci i sile, wysoko zadarta glowe kaza czlowiekowi pochylic skromnie i wlasna uznac malosc, niedoskonalosc i slabosc. Gory daja czlowiekowi wielka lekcje pokory. I ja, uwieszona na drabinie, przerabialam wtedy moja lekcje pokory. Kiedy jednak czlowiek sam przed soba uzna wlasna niemoc wobec potegi przyrody, ktora byla tu przed nami i przetrwa nas zapewne, wtedy nastpeuje niezwykla w czlowieku przemiana. Krok po kroczku,myslami nie siegajac przeszlosci ani przyszlosci,skromnie,ze spuszczona glowa i wzrokiem utkwionym na najblizszym metrze drogi, znow zaczyna piac sie do gory, sile skad biorac nie sposob odgadnac! Tak jakby gory dajac nam lekcje pokory okazywaly swa laske,gdy tylko uznaja,ze lekcje te zesmy wlasciwie odrobili.
Picture_53.._sbinyo.jpg
widok ze szlaku
Tak tez bylo wtedy, gdy ogromnym wysilkiem miesni i woli zdobywalam Mount Sabinyo (3669m npm) jeden z siedmiu nieczynnych juz wulkanow w pasmie Virunga. Nie jest to ani najwyzszy,ani najnizszy z nichwszystkich, a ksztaltem najmniej z nich wszystkich przypomina wulkan. A jednak widoki z ostatniego wierzcholka, swa potega i wulkaniczna masywnoscia prawdziwie odbieraja mowe. Najwyzszy z wszystkich wulkanow Mount Muhavura (4127m npm) a u jego stop z wszystkich najnizszy Mount Gahinga (3437m npm),nad nimi zas klebia sie deszczowe chmury.W zielonych dolinach wszystko zas mieni sie na zloto cieplym oswietlone sloncem.
Picture_53..n_guide.jpg
Moj przewodnik na drabinowym szlaku
- Brawo! Udalo sie! Witamy na trzecim wierzcholku! - z usmiechem oznajmia Bergson,gdy ledwo lapiac oddech docieram w koncu na szczyt. Jest satysfakcja,jest radosc i szeroki mimo zmeczenia usmiech od ucha do ucha. Bez wiz, bez placenia haraczu w dolarach, bez wypelniania formularzy i stania w kolejkach znalazlam sie w trzech krajach jednoczesnie: w Rwandzie, Ugandzie i Kongo i moglam sobie z jednego do drugiego dowolnie przeskakiwac i chociaz raz zadrwic sobie, chocby tak symbolicznie, z wizowych formalnosci. Bo trzeci wierzcholek Mount Sabinyo ma te dziwna polityczna wlasciwosc,ze go podzielily miedzy siebie te wlasnie trzy kraje.
Schodzimy w tempie ekspresowym, a i to zajmuje nam trzy godziny. W najprawdziwszym w swiecie, gestym i dziewiczym bambusowym lesie,ktory rosnie u stop Mount Sabinyo, swa swiezoscia strasza slady afrykanskich bawolow. Zadnego jednak nie udalo nam sie spotkac. Kolacje przy kominku pochlaniam jak odkurzacz, a sen mam twardy jak kamien az do smego rana,chc burze i zawieruchy i wiatry jakies wscikle tarmosza namiotem bez wytchnienia.

Wysłane przez aidni 2:33 AM Kategoria Uganda Komentarze (1)

(Wpisy 1 - 8 z 8) Strona [1]