Travellerspoint Blogi z podróży

lut 2009

Uganda - czesc 2 -Ucieczka z Kampali

zielone przygody

sunny 28 °C

UCIEC Z KAMPALI
Przez Kampale mozna sie przedostac jedynie na wlasnych nogach lub siedzac namotorze, trzymaja sie kurczowo kierowcy lub siedzenia, gdy ten mknie drwiac sobie z wszelkich zasad ruchu drogowego miedzy stojacymi w korku cala wiecznosc samochodami,autobusami, ciezarowkami i innymi pojazdami. Motocyklowe lub rowerowe taksowki,zwane tu boda boda, sa dla Kampali tym czym dla Kenii sa matatu. Sa po prostu wszedzie,a bez nich Uganda udlawilaby sie w korku,zatklalaby sie i juz.
travel_030.jpg
Boda boda na ulicach Kampali
Stolice Ugandy niektorzy nazywaja Rzymem Afryki,bopodobniejak wieczne miasto lezy ona na siedmiu wzgorzach... ale na tym zasadniczo koncza sie podobienstwa. No moze jeszcze jedno: marabuty kraza nad Kampala jak niegdys sepy nad Koloseum,gdy trwaly tam walki gladiatorow. Marabut jest w Kampali tak wiele,ze wg statystyk pochlaniaja 1 tone miejskich smieci dziennie. Poza tym poobijane auta Wlochow i ich szalencza jazda na skuterach wydaja sie dziecieca zabawa przy ekwilibrystyce, ktora popisuja sie tutejsi kierowcy, przy tutejszych rozpadajacych sie samochodach zostawiajacych za soba kleby czarnego dymu, przy tym ryku tysiecy klaksonow i przy tej halasliwej muzyce plynacej z harczacych glosnikow.
Troche targowania, kilka chwil oczekiwania kto pierwszy ustapi - boda boda czy ja... Udalo sie! Zbijam cene o polowe i juz mkne przez ulice budzacej sie do zycia Kampali.
travel_029.jpg
travel_028.jpg
Korki w Kampali nie maja sobie rownych

Wszystko tonie w smogu i halasie. Kampala ciezko dyszy juz od samego rana. A jednak rajd boda boda z hotelu do ambasady Tanzanii to po prostu fantastyczne doswiadczenie., choc krew w zylach mroza brawurowo scinane zakrety tuz przed maska jakiegos ciezarowego olbrzyma, jakies na klaksonie przejechane skrzyzowanie, jakies zupelnie szalencze wyprzedzanie. Z jednego wzgorza na drugie, znow w dol i juz ponownie wspinamy sie stromo. Mijamy stragany z mango, zkleszczone w korku minibusy, zrecznie wymijamy sprzedawcow przekasek i herbaty i ich drewniane wozki. Odrapane, ciasne budynki powoli coraz wyzej siegaja ku niebu, staja sie coraz bardziej eleganckie, bo oto juz wjezdzamy na glowna ulice miasta - Kampala Road. Sa banki i sklepy, jest ludzki nieopisany tlum. Slonce juz wysoko. Z kolejnego wzgorza widok na miasto jest juz niezwykly. To najbardziej w Kampali reprezentacyjne miejsce - wzgorze Nakasero. Tu sa ambasady, tu sa ekskluzywne hotele i siedziby bankow. jest ciszej, jest zielono, a na ulicach mniejszy tlok. Spogladam na Kampale, ktora otyla, ociezale lezy na swych siedmiu gorach, patrze jak sapie z przemeczenia, ciasna, rozlazla, ociekajaca potem.
Nie jestem milosniczka wielkich miast, a im dluzej podrozuje tym bardziej mnie one mecza, draznia, jakas dziwna budza we mnie agresje i irytacje i zlosc jakas na wszystko i wszystkich. Wize do Tanzanii za usmiech szeroki i przekonujace blaganie dostaje jeszcze tego samego dnia. jakie szczescie jutro bede mogla uciec z Kampali!!!

TOYOTA
Jesli kiedykolwiek w zyciu bede kupowac samochod to bedzie to toyota i do zadnej innej marki nie przekonaja mnie ani statystyki, ani testy, ani zadne ekspertow opinie. Jak Afryka dluga i szeroka jezdzi praktycznie wylacznie toyotami. Toyoty po prostu zniosa wszystko, najgorsze drogi, najgorsze w swiecie wertepy, najgorszy pyl i kurz i upal najgorszy tez zniosa. Zniosa takze to, czego ich japonscy konstruktorzy nie byliby w stanie przewidziec nawet w najbardziej koszmarnym snie.
Jak myslicie, ile osob moze sie zmiescic do w jednej zwyklej, pieciodrzwiowej toyocie corolla? W Europie 5, w Ugandzie zas 11! Cztery z przodu plus dwie osoby na kolanach pieciu biedakow scisnietych okrutnie na tylnym siedzeniu. Gdzie placze niemowle, ale gdzie go upchneli nie potrafie dojrzec. W bagazniku moj plecak jest najmniejszym i najlzejszym ladunkiem. Jada z nim wielkie worki z ziemniakami i cebula, materace, koce i inne wielgachne pakunki. wszystko to sznurkiem powiazane bo rzecz oczywista bagaznika nie sposob zamknac. Tak sie podrozuje po Ugandzie! Wypakowana tak toyota mknie calkiem szybko po piaszczystej drodze co rusz kogos wysadzajac i dopychajac nowych pasazerow.
- Ile ludzi tak mozna upchac i scinac w tym samochodzie? - zagaduje kierowce - Nia ma takich ograniczen Madam! - odpowiada z rozbrajajaca szczeroscia.
Pewnie gdyby auto mialao bagaznik na dachu podrozowaloby nas dwukrotnie wiecej. Rzecz tutaj zupelnie normalna i jesli tylko kto potrafi pomaga kierowcy zmieniac biegi. A wesolo przy tym i radosnie i na niewygody nikt nie narzeka. Po 30 minutach jestem u celu. W ten sposob z Fort Portal dotarlam nad jezioro Nkuruba i cudnie nad nim polozonego kempingu.
Picture_42.._toyota.jpg
Only toyota

MALPA - ELEMENT PRZESTEPCZY
Wygladaja zupelnie uroczo i takich jeszcze nigdzie nie widzialam. Czubek ogona bialy, dalej czarno, czarni, brzuszek zupelnie czarny, ale na plecach juz dwie dlugie, biale pregi, buziak tez czarny jak smola, ale znow glowka juz zmyslnie biala - biala jak snieg! Smigaja te stworzenia calymi bandami skaczac z drzewa na drzewo tuz nad moim namiotem, a krzyk przy tym i harmider nie do opisania. Zwinne to to i sprytne jak to malpy i ciekawskie ponad wszelka miare. Namiot trzeba zamykac szczelnie i to klodke wieszajac na zamkach, bo nim sie czlowiek obejrzy juz wszystko bedzie pootwierane i doszczetnie spladrowane. Zajadam mango, czytam, muzyki sobie slucham, a malpim w drzewach harcom nie ma konca.
Picture_391-monkey1.jpg
Picture_396-monkey2.jpg
Malpki znad mojego namiotu
Na kempingu poznaje dwoch innych podroznikow: sympatycznego Dana z Kanady i nadetego jak paw Anglika Richarda. Z nimi wybieram sie na eksploracje okolicy. Chlopaki litosci nie maja i zazadzaja pobudke o 6.30 i wymarsz o 7.00. Mysle sobie, pewnie wschod slonca chca ogladac, albo jakies ptaki egzotyczne fotografowac, bo wczesniej wyszlo w rozmowie, ze sa pasjonatami przyrodnikami. Swietna okazja by sie czegos nowego dowiedziec, nauczyc. O 7.00 stawiam sie wiec w umowionym miejscu zwarta i gotowa... tylko chlopakow nie ma i nie ma. Po 30 minutach przychdza,a oczy im sie jeszcze kleja z zaspania, zadnych zdjec nie robia, a egzotycznych ptakow tez ani sladu. Tak wczesna godzina wymarszu podyktowana byla zas tym, ze Richard zle znosi upal (sic! i wybral sie do Ugandy). No i tylez szorowania nosem po suficie , tyle z pawiego nadecia i dumy. A okolica piekna po prostu,zielona i bujan i pagorkowata. Jezior cale mnostwo, a nawet i calkiem pokazny wodospad. Droga biegnie przez malownicze wsie, co rusz mijamy ludzi pchajacych rowery ledwo widoczne spod ciezkich kisci matoke, ktore nastepnie sprzedaja na pobliskim targu.
Picture_60..ke_bike.jpg
rower z matoke
A matoke to w Ugandzie absolutna podstawa egzystencji. Pokarm biedakow i bogaczy, dla wszystkich i dla kazdego. Kiscie matoke sa potezne i ciezkie jak diabli,ze uniesc ledwo mozna. Dla europejskiego, niewprawnego oka wygladaja po prostu jak kiscie niedojrzalych, zielonych bananow. Nic bardziej mylnego, to banany zupelnie wyjatkowe, mozna je po obraniu opiekac na ruszcie i sa wysmienita przekaska, mozna je gotowac i cos bliskiego w smaku ziemniakom otrzymac (w Peru tak wlasnie robia) albo ugniesc w zoltawego koloru papke i z woda zmieszac otrzymujac w ten sposob danie dla Ugandy zupelnie podstawowe - tez zwane matoke. Matoke je sie zwykle z ryzem lub poszo (w Kenii i Tanzanii zwanym ugali),ktore jest po prsotu zagotowana maka kukurydziana, co w efekcie daje lepka, bezsmakowa breje, ktora na polski mozna przetlumaczyc jako kaszke manna w postaci stalej. Do tego ziemniak slodki (jest naprawde slodki!) i oto mamy podstawe dania obiadowego, podstawe niezmienna, bo matoke z ryzem lub poszo i slodkim ziemniakiem je sie codziennie i wyjatkow nie ma,zmieniaja sie tylko dodatki.Mozna wiec zestaw obowiazkowy otrzymac z fasola (gotowana w sosiku), z miesem (zwykle wolowina w zupce warzywnej), z orzeszkami zmienymi (utarte na drobiazg niezwykly i ugotowane w zupce gestej, wysmienitej) lub z ryba jesli jakas wieksza woda jest w poblizu. Tak wyglada ugandyjska odmiana wschodnioafrykanskiego dania obiadowego, a przyprawy sa rzecza zupelnie tu niestosowana i rzadko w ogle o czyms takim jak przyprawy ktokolwiek tu slyszal. Niektorzy muzungu ekstremisci podrozuja wiec z wlasna sola i pieprzem.
Nie bedzie przesada jeslipowiem, ze swa zielonosc Uganda zawdziecza wlasnie w duzej mierze wlasnie matoke, bo geste bananowe gaje porastaja szczelnie kazdy kawalek ziemi. Dzieki matoke, ktorej jest w uprawie niewymagajace zupelnie jak chwast zwykly jakis, w Ugandzie nikt chyba nie cierpi glodu. Matoke to doskonaly "zapychacz", ale takze bardzo wartosciowy posilek,bo jak zapewniaja mieszkancy,zawiera wszystkie niezbedne witaminy i mineraly.
Picture_33..er_lake.jpg
jedno z jezior w okolicy Fort Portal
Picture_35.._Uganda.jpg
wm okolicy wodospadu - buja zielona Uganda
Krazymy po jeziorach, chwile dluzsza spedzamy nad wodospadem. Dan z zawodu ogrodnik,pokazuje mi dracene. No faktycznie! Moja mamama taka w doniczce! Tylko, ze tutaj glowe trzeba wysoko zadzierac by czubek wielkiego tego drzewska zobaczyc!
Klakson za plecami. Ciezarowka pelna matoke zatrzymuje sie przy nas gwaltownie. - Muzungu! Where to?! - zapytuje kierowca (co w tutejszej odmianie angielskiego jest zapytaniem dokad zmierzamy). - A do wioski najblizszej na targ!- odpowiadamy. - Wskakujcie na banany, podwioze was!
Tak wlasnie, nieoczekiwanie trafiaja sie przygody, ktore zostaja w pamieci i do ktorych wraca sie myslami usmiechu nie mogac powstrzymac. Wdrapujemy sie na pokazny juz stosik bananowych kisci, ale nie jestesmy sami. Inni banaowi autostopowicze i pomocnicy kierowcy juz dawno wygodnie sie na bananach rozsiedli. Jest radosc, usciski dloni. Dla nich to takze przygoda z muzungami tak na bananch jechac. Szybko okazuje sie, ze chociaz ciezarowka owszem zmierza na najwiekszy w okolicy targ, ale niebezposrednio.
Picture_378-villages.jpg
zielone plantacje matoke
Picture_37..e_truck.jpg
zaladunek naszej ciezrowki

Zanim tam dojedzie musi stos matoke na pce powiekszyc do rozmiarow absurdalnych tak, ze ledwo pod gorke da radje ujechac. Zwiedzamy wiec przy okazji wszystkie w okolicy plantacje matoke, budzac wszedzie sensacje niesamowita i za kazdym razem odjezdzamy goraco zegnani, wyzej juz siedzac na zielonych kisciach niz kiedy przyjechalismy. Nasz kierowca na kazdym z postojow wychyla szklaneczke lokalnego trunku, co wygladem przypomina i zapachem spirytus, a ze upal jest niemilosierny to i na efekty nie trzeba dlugo czekac. Balansujemy na bananach,slalomem zdazajac na targ. Dotarlwszy wreszcie namiejsce zeskakujemy z zielonej, bananowej gory powszechna dajac ludziom radosc i wesolosc. Ciezarowka jedzie dalej, az do Kampali,tylko kto by chcial do wielgachnego miasta z tak pieknej okolicy wracac.
Picture_368-girl.jpg
dziewczynka z chrustem spotkana po drodze

Wysłane przez aidni 11:13 PM Kategoria Uganda Komentarze (0)

Uganda - czesc I - u zrodla Wielkiej Rzeki

start : 3 stycznia 2009

sunny 30 °C

WIELKA RZEKA
Przedzierali sie wytrwale przez gesta roslinnosc wycinajac sobie droge maczetami, w pocie czola, w wilgotnym upale, trawieni zmeczeniem i chorobami. Jakaz musisla ich gnac do przodu niezwykla sila, jakaz wielka determinacja i gotowosc na wszystko! Nil rozpalal wyobraznie, budowal marzenia, sprawial, ze ludzie chcieli siegac wzrokiem i wyobraznia daleko za horyzont. Historia poszukiwania zrodla Nilu to wielki rodzial w historii afrykanskich odkryc, to jej pelna heroizmu karta. Wielu smialkow i marzycieli zaginelo bez wiesci, wielu stracilo zdrowie, wielu oddalo najpiekniejsze lata swojego zycia by stanac u zrodla tej wielkiej rzeki nigdy jednak nie osiaganawszy celu. W koncu pewnego upalnego dnia, po dlugiej i wyczerpujacej podrozy, brytyjski oficer John Speke uslyszal od napotkanych po drodze plemion o istnieniu na polnocy "wielkiego morza" lub "wielkiej wody". Speke przeczuwal, ze jest bliski celu, ze tym "wielkim morzezm" moze byc tylko nieodkryte jeszcze jakies potezne jezioro, ktore to prawdopodobnie jest tak poszukiwanym zrodlem Nilu. Brnal bez wytchnienia i spoczynku przez gesta, bujna roslinnosc. Wilgoc stawala sie coraz wieksza, co zwiastowalo, ze cel jest juz blisko. Trawiona chorobami, wycienczona nie znajacym granic wysilkiem ekspedycja Speke'a dotarla w koncu do brzegu wielkiego jeziora, ktore na czesc brytyjskiej krolowej nazwano Jeziorem Wiktorii. Swiat wstrzymal oddech a Speke oficjanie oglosil, ze jezioro to jest zrodlem Nilu. Pelen dumy, z wysoko podniesionym czolem wrocil do Anglii, jako odkrywca i zdobywca. Historia utarla jednak nosa niestrudzonemu podroznikowi. Bo w 1878 roku inny Brytyjczyk - Henry Stanley, nie mniej wytrwaly i rownie pelen determinacji, wyruszyl w rejs po jeziorze Wiktorii by w koncu samemu nacznie zweryfikowac hipoteze Speke'a. Wiele musial zniesc trudow nim w koncu odkryl zasilajaca jezioro rzeke Kagere i dotarl do miejsca, z ktorego Nil wyplywa juz jako Nil.
travel_024.jpg
zrodlo Nilu w Jinja
travel_025.jpg
Dokladnie 131 lat pozniej, 04.01.2009 w tym samym miejscu stanelam i ja. Co czul Speke, kiedy odkrywal Jezioro Wiktorii, co czul Stanley, gdy stanal u zrodla Nilu? Czy podskoczyli z radosci i wysciskali jakiegos tubylca, nie mogac stlumic entuzjazmu? A moze wzruszyli sie i z ich oczu poplynely lzy? Ja sie wzruszylam i chociaz lez nie bylo to serce zabilo mocniej. Moja droga do zrodel Nilu byla bez porownania prostsza, latwiejsza, szybsza i wygodniejsza niz droga Speke'a i Stanleya, byla tez nieporownywalnie bezpieczniejsza. Dla mnie jednak byla wyzwaniem i najtrudniejsza jak dotoad odbyta podroza. Dotarcie do zrodel wielkiej rzeki zamknelo takze pewnien rozdzial mojej malej, afrykanskiej odyssei. Od Kairu az do Jinja w Ugandzie Nil towarzyszyl mi nieustannie, byl tlem, byl szkieletem mojej drogi, ktora biegla wzdluz jego brzegow. Stalam nad Nilem w Kairze, w Assuanie plywalam po jego wodach na nubijskiej lodzi, do Sudanu dotarlam takze niesiona na jego barkach. Bylam w Chartumie, gdzie Nil Bialy laczy sie z Nilem Blekitnym. Na jeziorze Tana w Etiopii widzialam jak w swa droge ku polnocy wyrusza ten drugi. Ale dopiero w Ugandzie stanelam u jego zrodla, a dokladniej rzecz ujmujac jednego ze zrodel. Uganda, Rwanda i Burundi spieraja sie o to, gdzi epoczatek bierze Nil. Sprawa jest panstwowej wagi i na ostrzu noza. I chociaz geografowie za zrodlo Nilu uznali rzeke Kagere, bioraca poczatek w Burundi to chyba wszyscy maja racje i myla sie jednoczesnie. Bo tak jak powiedzial jeden z moich przyjaciol, taka ogromna rzeka nie moze miec przeciez tylko jednego zrodla. Stanac u jednego z nich to byla dla mnie prawdziwie doniosla chwila, moje osobiste z Nilem pozegnanie.
travel_023.jpg
Jez. Wiktorii

JINJA
Niewielu do Jinja przybywa takich niepoprawnych romantykow jak ja, co by sie wzruszali jeziorem Wiktorii, Spekem, Stanleyem i Nilem. Wiekszosc przybyszow z Zachodu to milosnicy sportow ekstremalnych, na ktorych afrykanska stolice powoli wyrasta Jinja. Rafting, skoki na bungee, paralotniarstwo, zeby wymienic tylko te najbardziej popularne. Wszystko to oczywiscie slono kosztuje, ale Afryka zostala pomyslana dla turystow o zasobnych portfelach, dusigrosz musi zadowolic sie Afryka, ktora moze ogladac na targach i bazarach, w lokalnych tanich jak barszcz restauracjach, w zdezelowanych autobusach i minibusach wypchanych ludzmi tak szczelnie, jak to tylko mozliwe. Poznaje Afryke od tej wlasnie strony, wiec ekscytujacej relacji z raftingu po wscieklych wodach Nilu nie bedzie i juz! Musicie sie drodzy czytelnicy zadowolic tylko moim skromnym spacerkiem po Jinja. A Jinja to pierwsze ugandyjskie miasto, do ktorego dotarlam z kenijskiej granicy, takie moje pierwsze z Uganda spotkanie.
Jaka jest Uganda? Jest tak niezwykle zielona, tak zuchwale gesta i zarosnieta, ze odnosi sie wrazenie, ze wszystkie rosliny swiata zdecydowaly sie tu zamieszkac. Chociaz centrum miasta niczym nie rozni sie od wiekszosci miast wschodnioafrykanskich to juz na obrzezach, w dzielnicach mieszkalnych roslinnosc rosnie bujnie i z rozmachem, nie pozostawiajac zadnych watpliwosci - to musi byc Uganda.
travel_026.jpg
Marabut na smietnisku

W Jinja widze takze pierwsze w zyciu marabuty! Ale coz to za ogromne ptaszyska! Rozmiarami wyzsze znacznie od naszych bockow i kenijskich flamingow, Masywne przy tym i posepne. Zyja na smietniskach i smieciami sie zywia. Ta ich smietnikowa egzystencja stoi w zrodla ich watpliwej reputacji wsrod Ugandyjczykow. Kiedy z zachwytu zapominam jezyka w gebie i zdjec pstrykam bez umiaru ludzie dziwia sie i pytaja dlaczego takie paskudne ptaszysko fotografuje.
Dobrze czuje sie w Jinja, polubilam to miasto za jego wilgotna, tropikalna atmosfere, za wiejski spokoj i cisze i wszystkie miejskie wygody, za ten targuginajacy sie pod ciezrem wysmienitych owocow sprzedawanych za bezcen.
W Ugandzie mieszka spora mniejszosc indyjska, wygnana niegdys przez Idiego Amina, powrocila po upadku krwawego dyktatora i odzyskala utracaone mienie. Dzis Hindusi to w Ugandzie wyzsza kasta, ludzie na ogol bogaci, a przynajmniej bogatsi niz przecietni Ugandyjczcy, ale z Ugandyjczykami slabo zintegrowani. Hindusow trawi poczucie wyzszosci wzgledem Murzynow, ktorymi pogardzaja, widac to w kazdym supermarkecie, bo tez kazdy supermarket w Jinja nalezy do Hindusow, widac w restauracjach, widac w sklepach. Hindus inzcej rozmawia z bialym klientem, a inaczej z czarnym, tego pierwszego wita szerokim usmiechem, tego drugiego zbywa milczeniem, lub wrecz ignoruje. A przeciez Hindusi to taki otwarty i zyczliwy narod...niestety nie tu w Afryce. Dodaje to troche dziegciu do wysmienitego thali (moje ulubione indyjskie danie), ktore sobie sprawilam na Nowego Roku dobry poczatek, troche gorzkoscia maci prawdziwie indyjski, pyszny czaj (herbate z mlekiem i przyprawami), co tak pozytywne przywraca wspomnienia.
travel_027.jpg
Ugandyjskie dzieci na ulicy w Jinja

Nastepnego snie obiad jem juz w murzynskiej knajpce, prosty, smakowo zupelnie niewykwintny, taki jaki na co dzien zapelnia zoladki Ugandyjczykow. W tej zwyklosci, w tej prostocie, wsrod pedzlujacych lapczywie lyzkami ryz z fasola Murzynow, czuje ze jestem we wlasciwym miejscu.

Wysłane przez aidni 5:43 AM Kategoria Uganda Komentarze (1)

Notatnik kenijski

Kenia: wjazd 15.12.2008 - wyjazd 03.01.2009 trasa: Moyale - Marsabit - Isiolo - Nanyuki - Nairobi - Naivasha Lake - Elementeita Lake - Nakuru - Eldoret - Malaba (przejscie graniczne z Uganda). Wazne daty: 20.12 ok. 19.00 przekroczylam rownik w Nanyuki

sunny 28 °C

MATATU
Matatu to jest w Kenii podstawa transportu publicznego, to jest jego absolutny organizacyjny fundament. Minibusy, zwane tu wlasnie matatu, kursuja na wszystkich trasach i po wszystkich drogach, ktorymi tylko da sie przejechac. Kazde matatu ma swojego kierowce i jego pomocnika - naganiacza. Podstawowym zadaniem tego ostatniego jest zapelnienie pojazdu pasazerami. Poniewaz czekanie az matatu sie zapelni czasem zajmuje nawet godziny powszechnie stosuje sie takie oto metody zwabienia potencjalnych podroznych: nie gasi sie wiec silnika, by pasazerowie mieli wrazenie, ze matatu zaraz odjedzie a zatem ze jest pelne, jezdzi sie po miescie na klaksonie, by sprawic wrazenie, ze pojazd juz rusza w trase, a co lepiej prosperujace matatu inwestuja w przyciemniane szyby, by niewidocznymi uczynic puste w srodku siedzenia. Nie na tym koniec zmartwien pomocnika kierowcy. Zaostrzone w zeszlym roku prawo dopuszcza maksymalna liczbe 11 pasazerow, trzeba wiec jakos tego rodzaju ograniczenia zrecznie ominac. Metody sa przerozne od banalnych firanek w oknach i przyciemnianych szyb, co by policjant nie zauwazyl dodatkowego pasazera w kazdym rzedzie, po bardziej wyszukane polegajace na przekupieniu z gory wszystkich policjantow , ktorzy zwykle stoja na obslugiwanej trasie. Prawo nagminnie lamia tez kierowcy, pedzac z szalona predkoscia, az czlowiekowi ze strachu krew mrozi w zylach. Silnik az wyje z wysilku, na liczniku 120-130 km/godz., wyprzedzanie na trzeciego", rozmowianie przez komorke i burzliwe dyskusje z pasazerami sa na pozadku dziennym. A trzeba przy tym wiedziec, ze jak sie w Afryce z kims rozmawia to nalezy mu sie patrzec w oczy. Odwraca sie wiec kierowca i rozmawia z pasazerem dyskutantem jak nalezy, pezdzac przy tym rzecz jasna na zlamanie karku. Od roku obowizuje takze nakaz zapinania pasow, ktorym objeci sa takze pasazerowie. W 100% wypadkow bylam jedyna osoba, ktora tego nakazu przestrzegala.
"Miazdzaca wiekszosc drogowych wypadkow w Kenii to czolowe zderzenia matatu - ostrzega przewodnik Lonely Planet - Nigdy nie siadaj obok kierowcy i nie ulegaj pokusie by siedziec przy oknie. Zawsze zapinaj pasy i siadaj miedzy pasazerami w srodku pojazdu, w razie wypadku bedziesz mial wieksze szanse na przezycie". Czyz to nie brzmi zachecajaco?!

AFRYKA OBAMY
Afryka stracila glowe dla Obamy i ogarnela ja zupelna, granic nieznajaca Barakomania. Pierwsze jej symptomy widzialam juz w ambasadzie Sudanu w Kairze, kiedy sympatyczny Sudanczyk stojacy za mna w kolejce z duma wypinal piers w koszulce z amerykanskim prezydentem. W Etiopii szal byl juz calkowity. Restauracje i kawiarnie zmienialy nazwe na "Obama restaurant & Cafe", po ulicach jezdzily autobusy "Obama", w oknach mieszkancy wywieszali jego portrety, jak w Polsce na przyjazd papieza. Stragany uginaly sie od koszulek z Obama, a jego ksiazka jest w Etiopii wielkim bestsellerem. Ze zdumieniem wiec przyjmuje fakt, ze w Kenii, badz co badz ojczystym kraju ojca Obamy, tych zewntrznych oznak Barakomanii jest o wiele mniej. Nie nalezy jednak dac sie zwiesc pozorom! Kazdy szczegol z zycia Obamy wzbudza wielkie emocje. Jego wyjscie z corkami na hamburgera to wiadomosc z pierwszych stron gazet. W Telewizji nie ma dziennika bez Obamy, chocby dotyczace go informacje mialy byc jakims zupelnym glupstwem. Kiedy ogloszono wyniki amerykanskich wyborow Kenia nie poszla do pracy, Kenia tanczyla na ulicach, Kenia swietowala znacznie huczniej nadejscie ery Obamy niz Nowy Rok. W Kisumu, miejscowosci z ktorej pochodzi Obama senior i gdzie do dzis mieszka jego babka, znaleziono ponoc sobowtora nowego amerkanskiego prezydenta, wprawdzie majacego dopiero 10 lat, ale to nie przeszkodzilo w tym by obwozic go po ulicach miasta wsrod wiwatujacego tlumu, ktory wital chlopca z tak wielkim zapalem i entuzjazmem jakby byl to sam Barak Obama.

Wysłane przez aidni 4:59 AM Kategoria Kenia Komentarze (0)

(Wpisy 1 - 3 z 3) Strona [1]