Travellerspoint Blogi z podróży

sty 2009

Kenia - czesc V Cantinas Cafe

Nakuru

sunny 28 °C

Kenia sie modernizuje, Kenia sie rozwija. Widac to na kazdym kroku, na kazdym rogu ulicy. Rozwija sie przemysl - od kenijskich produktow uginaja sie polki w supermarketach, rozwija sie wysokobudzetowa turystyka - co rusz ku niebu wyrastaja coraz to nowsze i bardziej ekskluzywne hotele. A sami Kenijczcy mierza wysoko, aspiracje i ambicje maja odwazne i dalekie. Widac to w ich podejsciu do edukacji, na punkcie ktorej caly kraj po prostu zwariowal. Wyniki panstwowych egzaminow publikuja gazety na pierwszych stronach, a uczniowie, ktorzy osiagneli najlepszy rezultat w skali kraju staja sie z miejsca bohaterami narodowymi i gwiazdami mediow. Jak kraj dlugi i szeroki zna ich z imienia i nazwiska po prostu kazdy. Na wyniki egzaminow jak na wyrok czekaja szkoly, dla ktorych numerek w rankingu oznacza byc albo nie byc. Bo chociaz w Kenii publiczne szkoly podstawowe sa bezplatne, by minimalne wyksztalcenie mogl zdobyc kazdy, to kazdy rodzic dbajacy o przyszlosc swoich dzieci i tak posle je do szkoly prywatnej, czesto kosztem wielu wyrzeczen. W miazdzacej wiekszosci wypadkow sa to szkoly z internatem, czesto na drugim koncu kraju. Rodzice wierza bowiem w wyzszosc szkol z internatem nad szkolami w miejscu zamieszkania, bo dzieci ucza sie tam caly czas, nie ogladaja telewizji i nie marnuja czasu na rozrywki. Pilnuja ich nauczyciele, ktory pracuja w trybie dyzurowym, podobnie jak w Polsce lekarze. Ich zawod jest takze uwazany za wysoce spolecznie odpowiedzialny. Rodzice widuja swoje dzieci kilka razy w roku, a gdy te nie osiagaja pozadanych wynikow zmieniaja szkole na inna, ktora obiecuje cuda na kiju, byle tylko zdobyc nowego pupila. Prasa donosi o skandalicznych praktykach niektorych szkol, ktore tuz przed egzaminami wyrejetrowuja co slabszych uczniow by nie zanizac swoich wynikow i nie spasc w rankingu.
Mature w Kenii zdaje sie z 6 przedmiotow w tym 4 obowiazkowe to angielski, matematyka, chemia i biologia. Kto wie czy gdybym urodzila sie w Kenii, z moimi zdolnosciami w przedmiotach scislych i naukach przyrodniczych zdolalabym zdobyc srednie wyksztalcenie. To stwierdzenie wywoluje powszechna wesolosc mojej goscinnej, kenijskiej rodziny, u ktorej spedzam Nowy Rok. Uznaja to za zart, podczas gdy ja mowilam zupelnie powaznie.
- W edukacji najwazniejsza jest dyscyplina i ciezka praca! - Stwierdza Samson glowa rodziny, emerytowany adwokat. Nie probuje nawet polemizowac bo swoja wiedza, znajomoscia roznorodnej tematyki i elokwentna angielszczyzna niejednego moglby wpedzic w kompleksy.
Bo juz zaraz rozmowa schodzi na Lecha Walese, na Solidarnosc, przemiany ekonomiczne i polska droge do wolnosci. Nic tylko zapasc sie pod ziemie ze wstydu! Przeciez co ja wiem o Kenii, nie potrafie wymienic nawet jednego kenijskiego bohatera narodowego poza moze Barakiem Obama, ale to nowy nabytek i w dodatku troche naciagany. Czuje sie jak glupiec, czuje swa malosc, zwyklosc i przecietnosc i co tu ukrywac intelektulany kompleks wobec mojego murzynskiego gospodarza.
A jak to sie stalo, ze sie raptem znalazlam na tej kanapie, w tym przytulnym domu, wsrod tych goscinnych ludzi? Ano stalo sie w zasadzie samo, jakos tak zwyczajnie, choc nieoczekiwanie.
CANTINAS CAFE
Dotarlam do Nakuru wczesnym popoludniem. Po wizycie w Kenya Wildlife Services (organizacji zarzadzajacej parkami narodowymi) prysly szybko marzenia o spedzeniu Sylwestra nad jeziorem Bogoria raz jeszcze rozbiwszy sie bolesnie o bariere ceny (150 euro pod wlasnym namiotem). Zadnego nie mam planu ani koncepcji co tu ze soba zrobic przez nastepnych kilka dni. A okres to dla podrozowania byl niewygodny bo noworoczny, kiedy to ceny za transport rosna, sklepy zamkniete, wszystko stoi i czeka az sie stary rok skonczy.
- A niech sie dzieje samo, niech sie samo zdecyduje - pomyslalam. Podnioslam glowe i zobaczylam szyld "CANTINAS CAFE". Jest balkonik, a wiec wymarzone miejsce do robienia zdjec ulicznych, jest tez pewnie moja ulubiona w mleku parzona herbata i indyjskie chlebki czapati. Po ciemnych schodach i kretych korytarzach docieram na miejsce. Patrze sobie z gory na tetniace zyciem miasto i zakrokowana ulice. Robie zapiski, rozmyslam o roznosiciach. W przewodniku namierzam najtanszy hotel i zagaduje wlascicielke jak tam dojsc najlepiej. Z tego zagadniecia zrobilo sie zaproszenie na pogawedke przy coca-coli, po chwili do Margaret dolaczyl jej maz Samson, a ze wesolo nam sie rozmawialo i w milej atmosferze, nie bylo juz mozliwosci bym Sylwestra mogla spedzic sama w jakims bezdusznym hotelu.

Ciekawi jestesmy siebie nawzajem. Ja ciekawa jestem Kenii oni Polski i Europy.
A rozmowy mamy polityczne i spoleczne, europejsko - afrykanskie i historyczne. - Kolonializm, wbrew temu co nakazuje mowic afrykanska "polityczna poprawnosc" nie byl wcale taki zly - stwierdza nieoczekiwanie Samson. - W ciagu 60 lat Brytyjczycy wyciagneli nas z plemion, nauczyli pisac i czytac, ubrali nas w garnitury i sprawili, ze bez wstydu i kompleksow mozemy dzis jechac na londysnkie salony. To byl dla Afryki ogromny skok cywilizacyjny, na ktory o wlasnych silach Afryka nie zdoblylaby sie jeszcze przez dlugie stulecia. W ogolnym rozrachunku Brytyjczycy dali nam wiecej niz nam odebrali, chociaz wiadomo, ze cena za to sa do dzis trwajace walki plemienne, zniszczona narodowa kultura. Ale w ogolnym rozrachunku, kolonializm przyniosl nam wiecej dobrego niz zlego.
Nie mowie tego glosno, ale widze to na co dzien i intuicyjnie wyczuwam nieustannie, ze wschodnia Afryka ma wciaz ogromny kompleks Europy, wciaz glowe nosi nisko spuszczona, okazuje swa malosc, slabosc, te swoja jakas gorszosc. A przeciez w tej ziemi jest taki potencjal, taki zapal i energia jest w mieszkajacych tu ludziach. Afryce tak naprawde brak dumy, brak tylko wiary w siebie, brak przekonania, ktore czyniloby ja silna. Afryke dlawi poczucie nizszosci.
travel_022.jpg
Rodzina Obede i ja

Margaret zagaduje mnie przy obiedzie z trudem tlumic ciekawosc. No bo jak to tak kobietra moze sobie tak sama po Afryce podrozowac, nie miec w tym wieku dzieci, meza, nie miec nawet chlopaka, z ktorym w taka droge moglaby sie wybrac. Jest krecenie glowa i niedowierzanie, zrozumiec tego niepodobna. - Przeciez ja jestem od Ciebie 10 lat starsza tylko, a mam juz dorastajace dzieci, z ktorych jedno jest na studiach, drugie w szkole sredniej, a trzecie konczy podstawowa!
Margaret wyszla za maz majac lat 18 za Samsona, ktory wowczas mial ich 38. Jest jego czwarta zona, co wcale nie oznacza, ze poprzednie stracil lub sie z nimi roszedl. Samson ma po prostu cztery zony naraz, co w Afryce jest zupelnie oczywiste i normalne i praktykowane nawet w rodzinach chrzescijanskich (sic!). Rodzina Samsona i Margaret nalezy do kenijskiej klasy sredniej. Domek maja przyzwoity i nawet calkiem spory. Jest zaniedbany ogrodek zamieszkaly przez kilkanascie psow i nie ma biezacej wody, ktora trzeba w wiadrach nosic z pobliskiego zbiornika. Nie ma tez gazu i kuchenki, jest piecyk i rozzarzone wegle, na ktorych gotuje sie posilki. Sprzatanie (codziennie rano), gotowanie, zmywanie i pranie to obowiazki dzieci, rodzice zajmuja sie tylko i wylacznie praca zarobkowa. W duzym pokoju obowiazkowo telewizor i DVD. Mlodzi zachlysnieci kultura Zachodu ogladaja w wolnych chwilach teledyski z MTV. Przed telewizorem uplywa nam tez Nowy rok, a dokladnie rzecz ujmujac taki byl plan. Pokrzyzowala go jednak elektrownia odcinajac dostawe energii na caly wieczor. Sylwester minal nam wiec przy swieczkach i latarkach, a cisza panowala jak na wsi, choc Nakuru to duze miasto.
W Kenii wciaz zeywe jest wspomnienie wydarzen sprzed roku, kiedy w wyniku wyborczych falszerstw wladze utrzymal obecnie urzedujacy prezydent Kibaki. Doszlo wtedy do dramatycznych walk plemiennych. Zycie stracily setki ludzi, tysiace wygnano z domow odbierajac im dorobek, budowany od pokolen. Kraj popadl w zupelna anarchie. Ludzie w bialy dzien okradali sklepy i domy sasiadow. Kenijczycy zyli w nieustajacym strachu, a swiat oczy przecieral z zdumienia, ze w tak stabilnym politycznie kraju jak Kenia, takie dzieja sie rzeczy.
- Byl taki moment, ze przez 4 dni lezelismy pod lozkiem - opowiada Samson - z obawy przed tym, ze ktos nas zastrzeli. Swist kul i odglosy wystrzalow bylo slychac przez caly czas. Przez kilka miesiecy zylismy w okrutnym strachu.
Na krotko przed polnoca znow zaswiecily zarowki. Kanal informacyjny pokazuje dramatyczne zdjecia sprzed roku.
- Nikt tak naprawde nie wie, co siedzi w drugim czlowieku. Dzis usmiecha sie do ciebie ktos, kto przed rokiem nie zawahalby sie cie zabic, gdyby tylko wiedzial ze jestes z innego plemienia - mowi Ruth, najstarsza corka Margaret i studentka ekonomii w Nairobi - A wszystko to z powodu czyichs chorych ambicji i wygorowanych aspiracji, czyjegos za wszelka cene dazenia do wladzy.

Prawdziwie potezna sila jest ludzka pazernosc. Bo oto tymczasem zarowno Kibaki jak i jego glowny konkurent w zeszlorocznych wyborach Odinga, a dzis premier Kenii (urzad ten utworzono na mocy rozejmu wynegocjowanego przez Anana przed rokiem) jak i liczacy ponad 200 poslow parlament, tuz przed swietami odrzucil obywatelski projekt ustawy zobowiazujacy te liczna grupe uprzywilejowanych do placenia podatkow, z ktorych obecnie sa zwolnieni. Kenijczcy sa oburzeni. Srednia pensja nauczyciela w Kenii to 10 000 szylingow (100 euro) i podatki placic musi, prezydent ma zas szylingow 1 000000 (10 000 euro) i wszystie co miesiac bierze w kieszen.
Gdy opuszczalam Kenie krajem wstrzasnal kolejny skandal. Oto wladza, za ktora Kenijczcy zaplacili przed rokiem doslownie cene krwi, uchwalila ustawe w praktyce przywracajaca cenzure. "Prezydent Kibaki podpisal ustawe medialana - koniec wolnosci slowa w Kenii" donosily gazety na pierwszych stronach. Na ulice Nairobi wyszli dziennikarze z zaklejonymi na znak protestu ustami.

Wysłane przez aidni 2:26 AM Kategoria Kenia Komentarze (0)

Kenia - czesc IV Afrykanska noc

Lake Elementeita

sunny 28 °C

JEZIORO CALE MIEC TYLKO DLA SIEBIE
Jakie piekne i niezwykle sa te afrykanskie noce! Ksiezyc swieci tak mocno, ze mozna sobie spacerowac bez latarki, a gwiazd na niebie jest tyle, ze ciezko dopatrzec sie konstelacji, tak jest tam na gorze tloczno, tak jest tam ich mnogo, tak im tam ciasno, ze az niebo wydaje sie za za male. Za dnia strojna prawdziwa rewia barw, w nocy zas Afryka staje sie srebrzysto - szra, wszystko przykryte ksiezycowa poswiata jak kolderka lub kocem.
Tak bylo w Etiopii, gdzie noca gigantyczne lobelie, ktore w gorach Simien rosna gesto i licznie, wspolnie z urwistymi zboczami tworzyly krajobraz jakby z innego swiata. Tak bylo nad jeziorem Naivasha w Kenii, skad jeszcze przed wschodem slonca wyruszalam na moje pierwsze safari, a kaktusy wielkie jak drzewa i rozlozyste akacje w tym srebrzystym swietle afrykanskiej nocy przybieraly ksztalty przedziwne i jakas nowa zakladaly sukienke.
travel_016.jpg
Dziewczynki znad jeziora Elementeita

Z wszystkich moich dotychczas spedzonych w Afryce nocy jedna byla jednak zupelnie wyjatkowa. A byla to noc spedzona nad jeziorem Elementeita, przy ktorego brzegu obozowalam zupelnie sama i cale je mialam tylko dla siebie. No bo ktoz by nie chcial zobaczyc, setek, ba!, tysiecy rozowiutkich flamingow broczacych w wodzie u brzegu gladkiego, rozleglego jeziora? Ktoz by nie chcial podziwiac jak leca nisko nad tafla wody gromadnie, dotykajac jej delikatnie dlugimi, rozowymi nozkami? A najlepiej jeszcze, zeby to podziwianie nie bylo rownoznaczne z powstaniem wielkiej dziury w budzecie, ktorej dna ciezko sie dopatrzyc. Trzeba bowiem wiedziec, ze natury podziwianie bywa w Afryce bardzo kosztowne. Turystyka na Czarnym Ladzie ogranicza sie w miazdzacej ilosci wypadkow do zorganizowanych grup o zasobnych portfelach gotowych zaplacic kazda cene za uwiecznienie na fotografii zebry, zyrafy czy lwa. Wstepy do najslynniejszych parkow narodowych (takich jak Massai Mara czy Lake Nakuru) zaczynaj sie od 50 do 60 USD za dzien, a do tego jeszcze trzeba wynajac pojazd i przewodnika, bo bez nich straznicy przez brame po prostu nie przepuszcza. I tak powstaje bariera co najmniej 100 USD/ dzien, ktorej taki podroznik - dusigrosz jak ja nie jest w stanie pokonac. By wiec wszystki te finansowe pulapki ominac, jakos tej dziury w kieszeni zrecznie uniknac, a jednoczesnie zobaczyc troszke tej dzikiej Afryki trzeba niestety kombinowac i to nieraz w pocie czola. Trzeba tu jednego, a tam drugiego podpytac, trzeba czasem zajrzec dop czyjegos bardziej dokladnego przewodnika, slowem trzeba bezustannie zdobywac informacje, a czasem nawet bezczelnie podsluchiwac by dopiac swego. Takimi to pokretnymi drogami dowiedzialam sie o istnieniu jeziora Elementeita, polozonego ok. pol godziny drogi od Nakuru. Na tym jeziorze, wedlug zapewnien mieszkancow, jest mnostwo flamingow, a placic wygorowanych cen za wstep nie trzeba, bo jezioro nie jest parkiem narodowym i jest ogolnie i calkowicie bezplatnie dostepne. Cala podekscytowana jade lokalnym minibusem, ktore to minibusy nazywaja tu matatu, to w Kenii podstawa publicznego transportu i jako takie zasluguja na osobny rozdzial, ktorego sie na pewno doczekaja. Wspoltowarzysze drogi polecaja mi zatrzymac sie na Flamingo Camp nad samym ponoc brzegiem jeziora, ktore juz widze za oknem, piekne, otoczone gorami. Tylko flamingow nie widze, ale byc moze to moj wzrok niedoskonaly, byc moze slonce zbyt silne. Wysiadam przy drogowskazie "Flamingo Camp 800m", ale to chyba tak tylko na zachete, bo idzie sie i idzie w sloncu, pocie czola, a dzieciaki biegna cale podekscytowane, szeroko otwierajac oczy i paluszki trzymajac w buzi na ten widok niezwykly, ktorym jest dla nich mzungu.
travel_015.jpg
travel_014.jpg
Jezioro za dnia

Docieram w koncu na piekny kemping, kolorowy od cudnie kwitnacych kwiatow, docieram nad cudne jezioro, gladkie i niczym niezmacone, ciche, rozlegle, od wschodu zamkniete gorami, ale co z tego jak flamingow garstka ledwie, a nieliczne takze pelikany i czaple nie sa w stanie mnie pocieszyc. - Spoznilas sie o jakies dwa, trzy dni. Flamingi odlecialy do Tanzanii, to taka coroczna migracja, wroca dopiero w kwietniu! - tlumaczy mi wlascicielka kempingu - Te, ktore zostaly to najslabsze, chore lub stare osobniki, ktore na te podroz nie mialy juz sily.
No i mamy kolejny klops. Ale skoro juz tu dostarlam z wielkim wysilkiem to i zostane na jedna noc chocby. Jestem na kempingu jedyna klientka, a popoludnie mija mi w pieknym otoczeniu na pogawedkach z wlascicielka, gotowaniu obiadku na rozzarzonych weglach i polowaniu migawka aparatu na rozowe, dostojne flamingi. Gdy nadchodzi noc swiat zmienia sie nie do poznania! Nie dajcie sie zwiesc, nie jest bynajmniej cicho, bo ptaszyska za dnia oniesmielone nabieraja pewnosci siebie w nocy i wyruszaja na pladrowanie pola namiotowego w poszukiwaniu resztek jedzenia. Sa pomruki, odglosy czlapania i ciamkania, skubania i inne rozne niezidentyfikowane szelesty, swisty i szumy. Wyobraznia szaleje jak sie tak samemu na odludziu w namiocie lezy, a tu jeszcze te dziwaczne koncerty nocne. Nim sie czlowiek obejrzy, a juz ma w myslach jakies straszne rzeczy, jakis koszmarny scenariusz zywcem wyjety z amerykanskiego horroru. Dosc! Nie dam sie terrorowi strachu i wlasnej produkcji koszmarnym wizjom. Wychodze przed namiot i siadam na kamieniu. Nad glowa mam roziskrzone niebo i spadajace gwiazdy, przed soba jezioro i ledwie majaczace na horyzoncie gory. Jest jakas magia zakleta w tej nocy i w tym miejscu, jest w nim jakis spokoj i dostojenstwo. Strach milknie i czlowiek zaczyna czuc sie czescia tego nieba, tych gwiazd, tych gor i tego jeziora, juz nie obserwatorem, nie podgladaczem, ale czescia zupelnie naturalna.
Pobudke mam gwaltowna, chlod poranka jest bezlitosny. Nie myslcie sobie drodzy czytelnicy, ze tylko Wy tam daleko w Polsce marzniecie, marzne i ja i to siedzac prawie na rowniku raz z jednej, raz z drugiej strony! O tak! I czesto mnie budza o pranku lodowate dreszcze.
Swita. Otwieram namiot i zerkam przez szparke, co tam ciekawego na swiecie. A tam roz, pomarancz, ciepla, delikatna zolc budzacego sie nieba w polaczeniu z bladym blekitem odbijaja sie w gladkim jak lustro jeziorze. Nad nim unosi sie delikatna mgielka, a w niej... brodza w wodzie flamingi, spokojne i dostojne. Oddech zmiera, oczy otwieraja sie szeroko, a serce bije mocniej, gdy czlowiek wiedzi przed soba taki obraz. Milkna wtedy slowa, milkna nawet mysli.
travel_018.jpg
travel_019.jpg
travel_020.jpg
Poranek nad jeziorem Elementeita

W calkowitej ciszy siedze nad brzegiem i patrze intensywnie, gorliwie, wnikliwie by ten obraz zapisac w pamieci jak najdokladniej, by moc zawsze odtworzyc go w kazdej chwili, by nie stracic zadnego szczegolu. Nie gromadze w tej podrozy pamiatek, bo kazdy gram ciazy na plecach bezlitosnie, nie kupuje nic na straganach z rekodzielem, choc piekne tu mozna wypatrzec przedmioty, gromadze jedynie obrazy w myslach, przezycia w pamieci, a niezwykle chwile zapisuje w duszy - to moje jedyne pamiatki.

Wysłane przez aidni 1:11 AM Kategoria Kenia Komentarze (0)

KENIA - czesc III - Safari w piekle

Hell's Gate National Park

sunny 32 °C

NAIROBI - PRZYSTANEK EUROPA
Nairobi to odpowiedz Afryki na nasz zachodni brak wiary w jej mozliwosci. Stolica Kenii moze z powodzeniem stanac w szeregu z wieloma stolicami Europy i wiele z nich moze wpedzic w kompleksy, chocby nasza kochana Warszawe.
travel_001.jpg
Czy to dalej Afryka czy juz Europa?
travel_002.jpg
No i palmy najzupelniej prawdziwe i dodrodne.
travel_003.jpg
Sa chodniki, swiatla, klimatyzowane restauracje, ktore niczym nie roznia sie od naszych, cenami niestety tez nie.
Z trudem mozna uwierzyc, ze polnoc Kenii i Nairobi to ten sam kraj!
Na tej wyspie nowoczesnosci spedzilam swieta w towarzystwie moich motorowych podroznikow i rodakow - Izy i Kamila.

MUZUNGU NA PIEKIELNYM SAFARI

Jak obudzic dzieciece marzenie o Afryce? Jak ozywic obrazy z wyobrazni, ktora zabierala nas do Afryki, dzieki czytanym ksiazkom i sluchanym opowiesciom? Jak znow odnalezc w sobie dzieciecy entuzjazm i najszczerszy, nie dajacy sie stlumic zachywt? Nie ma rady. Trzeba zapakowac w plecak pare kanapek, butelke wody, trzeba wskoczyc na rower i wyruszyc na prawdziwa afrykanska przygode do Hell's Gate National Park, czyli parku narodowego piekielnych wrot. Jest to jedyny park narodowy w calej wschodniej Afryce, po ktorym mozna przemieszczac sie rowerem, a nawet pieszo i to bez obstawy straznika, a to dlatego, ze lwy i inne grozne drapiezniki zapuszczaja sie tu tylko noca. Z tego tez powodu turystow jest tu bardzo malo, no bo co to za safari, z ktorego nie przywiezie sie zdjecia krola zwierzat. Zgoda krol krolem i berla mu nie odbieram tylko pedaluje przez piekna sawanne, wsrod wysokich skal, w pieknym swietle wczesnego ranka. Wraz z towarzyszacymi mi Kanadyjczykami, ktorych spotkalam na kempingu, jestesmy tego dnia pierwszymi goscmi. Zwierzeta zaskoczone nasza tak wczesna i pelna entuzjazmu obecnoscia uciekaja w poplochu, co rusz przebiegaja nam droge antylopy, gazele i zebry i to w odleglosci kilku metrow. Odkladamy na bok rowery i skradamy sie, spokojnie i cichutko, na paluszkach, delikatnie, bez zadnych gwaltownych ruchow.
travel_004.jpg
travel_005.jpg
travel_010.jpg
Zebry przygladaja na sie podejrzliwie, a w sercu czlowieka budzi sie tymczasem mlody odkrywca z dzieciecych lat, ten zapomniany juz dawno mlody lowca przygod. Siadamy na dluzsza chwile w bezruchu tak by zebry przyzwyczaily sie do naszej obecznosci, by nie zwracaly juz na nas uwagi. Aparaty w dlon i juz pelzniemy przez busz by byc ich jak najblizej. Pstryk, pstryk, pstryk, poszla w ruch migawka, uwieczniona chwila, kiedy to zebry byly doslownie o kilka metrow od nas. Co za uczucie! Co za przezycie! Serce w czlowieku rosnie, co tu duzo mowic! Zebry uciekaja wzbijajac w powietrze tumany kurzu. Wsiadamy na rowery i ruszamy w dalsza droge. Chwila doslownie nie minela, a moze i mniej, gdy pod piekna, smukla akacja ujrzalam jeszcze piekniejsza i jeszcze bardziej smukla zyrafe! Jak to tak? Ja i zyrafa, a miedzy nami nic, ino kilka krzakow, z 15 moze metrow suchej ziemi i stoimy sobie obie jak wryte. Obie mamy oczy okragle ze zdziwienia, obie zamarlysmy w bezruchu. Raptem szelest jakis, czyjes ciche, powolne, badawcze skradanie sie. Po chwili zza plecow zyrafy wychodzi druga zyrafa! Az mi sie chcialo krzyczec z zachwytu. Nigdy nie sadzilam, ze bedzie mi dane stanc tak blisko prawdziwej, dziekiej, afrykanskiej zyrafy. Przeklnelam jednak tylko sline dlawiac swoj entuzjazm, by tych pieknych dam z afrykanskiej sawanny nie sploszyc moim wyraznym okzywaniem radosci.
travel_006.jpg
travel_007.jpg
Spedzam z nimi dluzsza chwile i na tym wlasnie polega lukss mojego niskobudzetowego safari. Bez krola lwa w roli glownej wprawdzie, ale takze bez szyb i metalowego dachu samochodu, bez barier, bez zaslon, bez odgradzania sie. Sama na sam z afrykanska przyroda, ktorej dotykam palcami, ktorej melodii nie zaglusza warkot silnika, ktora czuje w miesniach zmeczonych pedalowaniem i pocie splywajacym z czola z wysilku i goraca.
Rower polozylam gdzies w trawie i siedze sobie otoczona juz calkiem pokaznym stadkiem zyraf. Nikogo nie ma poza mna, jestem z tymi pieknymi damami sam na sam. Z trudem moge uwierzyc, ze to dzieje sie naprawde. Przed moimi oczami stanela Afryka wprost z dzieciecych marzen. Obrazy, ktore widzialam oczami wyobrazni defilowaly teraz przede mna namacalne, realne, trojwymiarowe i ozywione. Znow dotykalam Afryki, znow chlonelam ja kazdym zmyslem.
Ach jakie te zebry przedziwne wydaja z siebie dzwieki. Cos miedzy zawodzeniem osla a konskim prychaniem. Echo niesie te melodie przez cala sawanne i towarzyszy mi ona w drodze do piekla. Tak do piekla! Bo jak nazwa parku wskazuje skoro sa piekielne wrota to i pieklo musi byc gdzies w poblizu. Po drodze widze strusie calymi hordami ganiajace po okolicznych wzniesieniach w doskonalej zyjac z zebrami komitywie.
travel_011.jpg
Przy posterunku straznikow ponownie spotykam moich kanadyjskich towarzyszy. Parkujemy rower i juz na nogach ruszamy w dalsza droge. Zawsze wydawalo mi sie, ze by trafic do piekla nie trzeba sie specjalnie natrudzic, starac i wysilac, ze to niebo, a nie pieklo wymaga od czlowieka poswiecenia, wyrzeczen i kroczenia trudniejsza, wyyboista sciezka. Nic bardziej mylnego, przynajmniej jesli mowa o piekle, ktorym w Kenii nazwano niezwykly wawoz wyzlobiony przez wieki przez sezonowo plynaca tu rzeke. Do wawozu schodzi sie po stromiznach, sliskich i mchem porosnietych kamieniach, zeskakujac ze skal prosto pod gorace strumnienie tryskajace z ich wnetrza. Jest przy tym mnostwo radosci i smiechu, a ze wawoz jest przepiekny i waski, zupelnie nie moge zrozumiec dlaczego nazwano go pieklem. Siedzac na wielkim glazie u wyjscia rzeki, zajadamy mango i stwierdzamy jednomyslnie - dla nas ten ten park to wrota do nieba, a nie do piekla.
travel_008.jpg
travel_009.jpg
Oto jest pieklo

Wracajac podziwiam zebry, gdzies zza akacjowej korony spoglada po raz ostatni na mnie zyrafa. jest juz grubo po poludniu, slonce pali bezlitosnie. Do paku wjezdzaja jeepy z turystami wzbijajac w powietrze tumany kurzu. Zwierzyna ucieka w poplochu, a ja dusze sie w tym pyle spychana co rusz do rowu przez wygodnie rozsiadlych w swych jeepach turystow. Nic to jednak w obliczu tego przezycia, tego spotkania z wymarzona Afryka twarza w twarz, sam na sam, gleboko patrzac jej w oczy, a w uszach majac jej dziki spiew.

Wysłane przez aidni 7:06 AM Kategoria Kenia Komentarze (0)

KENIA czesc II - DOSWIADCZYC AFRYKI

Isiolo

sunny 28 °C

Jesli istnieje jakas ''afrykanskosc", jakis w tej niezwyklej roznorodnosci Czarnego Ladu wspolny mianownik, jakas w tym wszystkim dusza to bez watpinia zakleta jest w tancu, w tradycyjnym plemiennym spiewie, w tym uderzeniu stop o ziemie, w tym glebokim dudnieniu bebnow, w tym cienkim kobiecym glosie, w tym szelescie tysiecy koralikow i muszelek. Kazdy taniec jest inny. Oto juz przede mna kobiety z plemienia Samburu, w swych wspanialych naszyjnikach siegajacych ramion, tancza podskakujac i poruszajac przy tym glowa do przodu, by w ruch wprawic te niezwykle noszone na szyi ozdoby. Kobiety z plemienia Turkana rowniez podkskauja i klaszcza i tupia soczyscie pietami, a szyje ich zaslanija zlozone z setek naszyjnikow "obroze". Z kolei wesole tancerki z plemienia Meru maja spodniczki z ... suchej trawy i radosnie kreca biodrami, hojnie obdarowujac wszystkich zebranych usmiechem. Muzulmanki z plemienia Borana, ubrane na bialo z przepaskami z muszelek wokol glowy, oraz Somali w swych pieknych czerwonych sukniach, tancza w kregu zawodzac tak jak tylko zawodzic potrafia wyznawczynie Allacha.
IMG_0659.jpg
Kobieta z plemienia Turkana spotkana w Isiolo
IMG_0664.jpg
Kobieta z plemienia Samburu
A ja siedze pod sciana i chlone to wszystko kazdym zmyslem. Lapczywie, szeroko otwartymi oczami sledze kazdy ruch, a dzwieki nie tylko uchem lapie, ale oddycham nimi gleboko.
Byc moze faktycznie istnieje jakis ogolnoludzki kulturowy skrypt, ktory wszyscy mamy gdzies gleboko wyryty w podswiadomosci, jakis wspolny kulturowy "gen". Przy calej bowiem odmiennosci, przy calej egzotycznosci tego tanca, spiewu i muzyki, gdzies gleboko wydaja sie one jakos przedziwnie i nieoczekiwanie znajome, a nawet bliskie.
IMG_0908.jpg
Tancerki Samburu
A wszystko to dzialo sie na kulturalnym festiwalu kobiet w Isiolo, ktore choc jest niewelkim miesteczkiem jest prawdziwym lacznikiem miedzy zacofana, ale wciaz dziewicza polnoca Kenii, a rozwinietym poludniem. To tu po raz pierwszy zobaczylam w Kenii asfaltowa droge i pierwsze samochody osobowe, ktore drogi z Moyale nie bylyby w stanie pokonac. Tu spotykaja sie dwa oblicza tego samego kraju, tu spotykaja sie takze jego roznorodni mieszkancy. Bo Isiolo podobnie jak dolina Omo w poludniowej Etiopii, to miejsce zamieszakale przez roznorodne plemiona i grupy etniczne, Samburu, Turkana, Borana, Meru, Somali. Ludzie ci czesto ubrani tradycyjnie przychodza do Isiolo na targ codziennie, wiec turysta ma pelen komfort, moze sobie po prostu pojsc i poogladac, potargowac sie o cene za zdjecie i nacieszyc oko. Ale czasem bywa tak, ze sie ma po prostu szczescie, jakos sie wszystko tak samo zlozy i nagle ludzie otwieraja swoje domy, serca i umysly. W Isiolo mialam szczescie miec to szczescie.
A zadecydowal o tym niezwykly ciag spotkan. Najpierw byl Franck z Niemiec poznany w kawiarence internetowej, ktory przedstawil mi Mohameda - lokalnego trenera pilkarskiego, ktory dorabia sobie do skromnej pensji "przewodnikowaniem" nielicznie docierajacym tu turystom. Za skoromna oplata zgadza sie mnie oprowadzic po okolicy. Nim jednak zdolalismy przejsc pierwsze 100 metrow spotkalam Lothe - Dunke, ktora pracje w Isiolo juz ponad rok i zajmuje sie edukacja kobiet na temat ich praw i wolnosci. Jest takze koordynatorka majacego miejsce nazajutrz Festiwalu Kobiet. Zostaje z miejsca zaproszona. Uradowana tym bardzo ruszam w dalsza droge z moim przewodnikiem. Nie mija pol godziny - kolejne spotkanie, zaproszenie na herbatke i drzwi przede mna szeroko otwarte. Nie zastanawiam sie ani chwili, wchodze.
Rosemary ma piekny ogrod za miastem, pelen kwiatow i drzew dajacych tak bezcenny w Afryce cien. Ma takze dwa domy stojace tuz obok siebie. Jeden w europejskim stylu, z pewnoscia ze wzgledu na meza Dunczyka, ktory mieszka z nia w Kenii juz od wielu lat, i tradycyjny, gliniany domek afrykanski, kryty strzecha, taki jaki w zwyczaju maja stwiac ludzie z plemienia Turkana. Bo Rosemary choc jest zona Europejczyka, plynnie mowi po angielsku i jest znana w Isiolo dzialaczka na rzecz praw kobiet, jest wierna swemu plemieniu i jego tradycjom. W Afryce przynaleznosc plemienna wciaz odgrywa wazna, jesli nie najwazniejsza role. Nie inaczej jest w Kenii, ktora zamieszkuje okolo 80 roznych plemion i grup etnicznych. Nie ma w Afryce homogenicznych spoleczenstw takich jak chocby Polacy. Spoleczenstwa afrykanskie to mozaikowe struktury, w ktorych przynaleznosc plemienna pozostaje czytelnym drogowskazem, punktem odniesienia i fundamentem tozsamosci.
IMG_0680.jpg
domek Rosemary
Afrykanski domek Rosemary zbudowano wedlug tradycyjnej sztuki murarskiej plemienia Turkana. Najpierw wzniesiono drweniany szkielet z kijow i patykow i przeroznych galezi. Na ten szkielet nalozono zaprawe zlozona z gliny, krowiego lajna, trawy i innych jeszcze skladnikow. A gdy wszystko to wysuszylo palace slonce, nakryto domek strzecha z lisci palmowych. Do domu Rosemary wchodzi sie przez bardzo niskie drzwi, ktore jakby wymuszaja na odwiedzajacym oddanie poklonu gospodarzowi., a tak na wszelki wypadek, gdyby roztargniony gosc zapomnial. Tuz za progiem zaczyna sie waski korytarz. Jest tak ciemno, ze nie widac doslownie nic. Korytarz zakreca gwaltownie w lewo o jakies 180 stopni i juz jestesmy w pokoju. Malutkie okienka wpuszczaja niewiele swiatla. Pod sciana w rzedzie stoja male stoleczki, tuz obok lozko jak nalezy kryte moskitiera. Z pokoju wchodzi sie do kolejnej izby, ktora sluzy za kuchnie. Wszystko to malutkie jest strasznie i ciasne i ciemne. Podczas gdy w Europie architekci buduja szklane domy, by lapac kazdy, najmniejszy nawet promyk slonca tu w Afryce glowia sie od wiekow nad tym, by stworzyc okna, ktore daja swiatlo, ale nie wpuszczaja slonca. Bo afrykanski dom to przede wszystkim schronienie przed sloncem i goracem, w glinianym domku panuje przyjemny chlodek.
Na festiwalu widze Rosemary w tradycyjnym stroju plemiennym wykonujaca taniec Turkana. Dotykam Afryki kazdym zmyslem, zagladam do jej serca i duszy.
IMG_0864.jpg
Jedna z tancerek z plemienia Turkana

Wysłane przez aidni 6:09 AM Kategoria Kenia Komentarze (1)

KENIA czesc I - Polnoc

sunny 28 °C

PIERWSZE KROKI MZUNGU
I na poczatek od razu klops. Dumna z siebie nabylam bilet na autobus do Marsabit, a tu sie okazalo, ze mozna bylo za 1/3 tej ceny dojechac do Marsabit ciezarowka, siedzac na dachu, nogami machajac krowom lub kozom nad glowami. Ciezarowki, zwane tu lorri, to na polnocy Kenii instytucja sama w sobie. Wysokie na jakies 3,5 metra przewoza glownie bydlo, pasazerowie sa zas ladunkiem dodatkowym, ktory siedzi na dachu. Trzeba jednak wiedziec, ze zadaszenie sklada sie z metalowych rur zespawanych na krzyz. Na takich rurach sie siedzi, do nich przywiazuje sie plecak i trzyma sie ich kurchowo, by podskoczywszy na wyboju nie spasc i tak juz wystarczajaco niezadowolonym krowom na glowe.
Ach! Zla na siebie obserwowalam odjezdzajace do Marasabit lorri, siedzac w mocno przeplaconym i jak sie okazalo zepsutym autobusie. Kiedy stracilam juz wszelka nadzieje, ze kiedykolwiek wydostane sie z Moyale burknal nagle silnik, w powietrze uniosla sie czarna chmura spalin – ruszylismy.
Z pelna odpowiedzialnoscia moge stwierdzic, ze znalazlam godna konkurencje dla drog polnocnego Sudanu – drogi w polnocnej Kenii. Wyboje niesamowite, a nawierzchnia podobnie jak w ta sudanska przypomina tarke. Po ledwie godzinie czuje juz wszystkie kosci i miesnie, a w dodatku siedze na kole. No gorszego miejsca juz miec nie moglam!!! No i co sie stalo z krajobrazem? Etiopia takie piekne zgotowala mi pozegnanie, a tu tylko suche krzaki, sucha ziemia i tak po horyzont. Ach! Ze tez nie wsiadlam na lorri przynajmniej bylaby przygoda. Ciagnie sie to wszystko w nieskonczonosc, ciagnie wieki cale. Ani poczytac, ani na czym okaz za oknem zawiesic. Dzieciaki, ktore stanowia spora czesc pasazerow placza, jecza, wrzeszcza zniechecone dluzaca sie podroza po wybojach, w upale, halasie i kurzu. Noc zapada, a my wciaz daleko jestesmy od celu.Wedlug zapewnien kierowcy mielismy byc na miejscu o 16.00, jestesmy dopiero o 21.00. Wszystko zamkniete, a tu zoladek skrecony w 8 z glodu i zadnych widokow na jedzenie. No i stalo sie, musialam poswiecic zurek (goracy kubek knorra), ktory tak zmyslnie oszczedzalam z mysla o Wigilii. Ide spac zdegustowana, nie pomaga nawet przyjemny hotelik i telewizor w pokoju i nawet przyzam wciagajacy film kryminalny. Obrazilam sie dzis na Kenie i juz.

MARSABIT
Rano wstaje pelna energii. No dobra zobaczymy co tez do zaoferowania ma Marsabit. Otwieram drzwi…co to??? Chmury, mgla i zminy wiatr? I to ma byc Afryka? Szybkie sniadanie w hotelu i wymarsz w miasto, w bluzie, polarze, skarpetkach, ktore wepchnelam na dno plecaka w przekonaniu, ze dlugo juz na nic sie nie przydadza. Miasteczko tak okropnie brzydkie, ze zupelnie nie wiem jak je ugryzc. Jakies walace sie budy, jakies latajace po ulicach smieci, brud, tandeta i bylejakosc. I co tu poczac jak taka brzydota wokol a jest dopiero 10.00. Na Internecie posiedziec sie nie da, bo wyslanie jednego maila zajmuje cala godzine, a w hotelu spedzic caly dzien… no jakos nie potrafie. Upewniwszy sie ze lorri do Isiolo jada jutro calymi brygadami i miejsce dla mnie znajdzie sie na pewno, ruszam przed siebie. Bron sie Marsabit, bron sie Kenio! Daje wam dzis ostatnia szanse! Obronily sie i Kenia i Marsabit.
IMG_0633.jpg
IMG_0632.jpg
okolice Marsabit

Z kazda godzina robilo sie coraz cieplej, coraz jasniej i sloneczniej. Na wzgorzu za miastem dostrzegam duzy kosciol. Ot swietne miejsce na wypad. Droga, a wlasciwie sciezka wije sie pod gore wsrod wiosek i zielonych pol. Co chwila spotykam na mej drodze ludzi z plemienia Samburu zmierzajacych na targ do Marsabit. Kobiety z tego plemienia nosza wspaniale naszyjniki, ktore koncza sie im na ramionach, a na glowach maja piekne przepaski I to wszystko zrobione z malych, kolorowych koralikow. Zaskoczona jestem tym nieoczekiwanym spotkaniem, a i oni nie mniej. Usciski reki, wymiana usmiechow. – Karibu mzungu! – Krzycza za mna dzieci wesolo machajac reka. Co jezyku suahili oznacza “witaj biala”. No zaczyna mi sie podobac. Gdy zgubilam droge wsrod plataniny sciezek, zaraz znalazl sie mezczyzna wypasajacy kozy i wskazal mi ktoredy isc. Jego bezinteresowna pomoc, po pieciu tygodniach spedzonych w Etiopii jest dla mnie zaskoczeniem. Docieram w koncu do kosciola i widok mam przepyszny. Zielona trawa porosniete wzgorza pieknie kontrastuja z czerwienia ziemi. A wszedzie przetrzen niczym nieograniczona.
IMG_0637.jpg
Marsabit

Dzis w hotelu nie bylo pradu, ani biezacej wody. Musialam sie pakowac przy swieczce. Nic to, humor mialam doskonaly. Nie wygody, nie komforty czynia czlowieka szczesliwym.

ZIEMIA ZAPOMNIANA
Jak sie zaczyna przygoda? Doswiadczenie uczy, ze na poczatku jest zawsze ciezko i pod gorke. Trzeba zeby zaciskac z wysilku, trzeba umysl trzymac w ryzach. Tak tez bylo i tym razem, kiedy siedzac na dachu ciezarowki glowe mialam prawie w chmurach, z ktorych siapil jak od niechcenia pierwszy w tej podrozy afrykanski deszcz. Nim zdazylismy wyruszyc z Marsabit juz wszyscy przemoklismy, a tymczasem zerwal sie porywisty wiatr. Znow marzalm w Afryce, znow przenikliwy chlod spinal miesnie i przeszywal kosci. Murzyni to ludzie bardzo wytrzymali. Bylam jedyna mzungu na naszym lorri (I chyba jedyna w calym Marsabit bo bo niewielu tu dociera turystow), a z wszystkich marzlam chyba najbardziej.
IMG_0646.jpg
Lorri do Isiolo

I oto juz moja ciezarowka mknie po fatalnej, wyboistej i piaszczystej drodze, oto wyruszylismy w droge do Kenii. Tak do Kenii!!! – Ale jak to? Przeciez jestesmy w Kenii! Kenia zaczela sie w Moyale. Mam tu prosze bardzo paszport i wize mam nawet i pieczatki. A tu mapa jest i granica jak wol wymalowana! – protestuje, ale kto by tu sluchal takich argumentow. Dla mieszkajacych tu ludzi Kenia zaczyna sie tam, gdzie zaczyna sie asfaltowa droga, czyli dopiero w Isiolo. Istnienie asfaltowej drogi wyznacza granice lepszego, bogatszego, bardziej cywilizowanego swiata. Asfaltowa droga niesie postep, niesie rozwoj, niesie nadzieje.
- Skoro to nie jest jeszcze Kenia, to co to jest? – draze temat. – To jest ziemia zapomniana, o ktora nikt nie dba, na ktorej nikomu nie zalezy. – brzmi odpowiedz. Przez lata kwitl tu bandytyzm, przemyt broni i walki plemienne. Dzis chociaz sytuacja juz sie znacznie poprawila, rzad w Nairobi dalej zwleka z rozpoczeciem prac drogowych, a ludzie czekaja tu na asfalt z utesknieniem, asfalt jest wielkim marzeniem Polnocy. Ale ja w duchu ciesze sie nieskromnie i egoistycznie, ze udalo mi sie jeszcze te “ziemie zapomniana” zobaczyc taka, jaka jest dzis. Zanim zastepy jeepow z turystami dojada tu gladka droga, zanim wszystko co dzis tu dzikie jeszcze i dziewicze zadeptane zostanie i wystawione na sprzedaz za euro i dolary. Zanim klimatyzowane autobusy zastapia ciezarowki takie jak ta, na ktorej moja obecnosc budzi tak ogromne zdziwienie, szybko jednak przeradzajace sie w sympatie i braterski uscisk dloni.
Deszcz nie ustaje, zziebniete rece zaciskam na metalowej rurze, na ktorej siedze. Jakies 1,5 metra pode mna niezadowolone krowy przepychaja sie miedzy soba. Wszystko skrzypi i trzeszczy jakby mialo sie zraz rozpasc na czesci. Wsrod pasazerow panuje zupelna cisza, kazdy skoncentrowany jest tylko na tym by przetrwac. Na Boga! To przezciez Afryka, w koncu musi wyjsc slonce!
A afrykanskie slonce ma moc niezwykla. Gdy tylko rozstapily sie chmury, gdy deszcz ustal, nim zdazylam sie szczerze ucieszyc juz bylam calkowicie sucha, juz pot lal sie ze mnie, a skora piekla.
Wsrod pasazerow od razu nastapilo pobudzenie, zaczely sie rozmowy i zarty, radosne na wybojach podskoki i wspolne akacji unikanie (siedzielismy bowiem na tyle wysoko, ze korony tych pieknych drzew, przy odrobinie nieuwagi, mogly jesli nie zrzucic z dachu to przynajmniej porzadnie poturbowac i pokaleczyc).
Teraz, drodzy czytelnicy, trzeba uzyc wyobrazni, teraz trzeba wszystko, co tu napisze po stokroc pomnozyc, powiekszyc, rozbuchac, nadac rozmiary wrecz fantastyczne, chocby sie wydawac moglo, ze popadam w przesade, w emfaze, chocby wydawac sie moglo, ze to niemozliwe.
IMG_0650.jpg
Droga do Isiolo
IMG_0649.jpg
Kobieta z plemienia Samburu
Oto przed Wami piaszczysta droga. Piach jest jasny, bardzo jasny, blizej mu do blieli lub bezu niz do zlotego koloru Sahary. Po prawej stronie pagorek, po lewej dwa, gdzies daleko na horyzoncie delikatnie zarysowuja sie ksztalty wyzszych gor. Przestrzen, przestrzen, przestrzen niczym nieograniczona, rozpasana, pelna rozmachu, zuchwale siegajaca horyzontu. Nic Was nie ogranicza, zaden dach, zadne okna i gdyby nie wyboista droga moglibyscie ulec wrazeniu, ze wznosicie sie nad ziemia, ze lecicie nad Afryka. A przestrzen ta wypelniona jest akacjami, rozlozystymi, pelnymi dostojenstwa. Rosna tu licznie na tej piaszczystej ziemi, pod blekitem nieba. Uwaga na glowe!! Wlasnie swisnela Wam kolo ucha galazka, zostaly we wlosach dwa listki. Slonce pali, trzymacie sie kurczowo metalowej rury, na ktorej siedzicie w radosnym towarzystwie kilkunatsu innych osob.Przebiegaja przez droge wielblady, przebiegaja antylopty. Ostre hamowanie… to stado krow w poplochu ucieka w krzaki, a siedzacy w cieniu pasterze z plemienia Samburu pozdrawiaja Was radosnie krzyczac : - Karibu! Mzungu! (witajcie biali). Co rusz mijacie mosty i mostki nad nieistniejacymi rzekami, co rusz przejezdzacie przez ich suche koryta. W porze deszczowej plyna tedy wartkie strumienie i potoki, plyna poteznym nurtem rzeki, ktore pojawiaja sie tu rownie gwaltownie, co milkna, pozostawiajac ziemie zryta, zlobiac w niej korytarze, glebokie szczeliny i urwiste brzegi.
Z daleka widac tumany wzbijanego w powietrze kurzu. To inna ciezarowka lorri jedzie z naprzeciwka. Zasloncie usta! Zasloncie oczy! Dluzsza chwile jedziecie w chmurze pisakowego pylu, a gdy ten wreszcie opadnie, znow bedziecie mogli podziwiac krajobraz, wobec ktorego milkna wszelkie slowa.
IMG_0653.jpg
moja ciezarowka lorri na psotoju w jednej z wiosek mijanych po drodze

Okolo 17.00, po 8 godzinach drogi odwiazuje plecak i zsiadam z mojej lorri w Isiolo z zalem. Moglabym tak jechac przez cala Afryke!.

Wysłane przez aidni 6:42 AM Kategoria Kenia Komentarze (0)

W DRODZE DO KENII

sunny 28 °C

Cokolwiek tu napisze i tak bedzie niewystarczajace, bo wobec piekna poludniowej Etiopii i polnocnej Kenii jezyk ludzki oglasza calkowita kapitulacje. Jakich slow by nie uzyc, jakich metafor, jakich innych nie szukac by wybiegow wszystko i tak na nic. To po prsotu trzeba wlasnymi oczami zobaczyc, to trzeba samemu przezyc i juz. Nie mozna tego opowiedziec, nie mozna oddac nawet fotografia.
A wszystko zaczyna sie w Konso – malym miasteczku otoczonym tradycyjnymi wioskami zamieszkalymi przez plemie o tej samej nazwie. O ile mieszkancy poza charakterystycznymi, pasiastymi spodnicami, ktore nosza tu kobiety, wygladaja zupelnie wspolczesnie o tyle ich wioski to dla czlowieka Zachodu prawdziwa podroz w czasie i przestrzeni. Wioski wokol Konso zamieszkuja klany. Kazdy klan ma swoje kryte strzecha tukule odgrodzone szczelnym, drewnianym plotem od tukuli klanu sasiedniego. Kazda wioska ma poza tym specjalny, pozbawiony scian tukul wyposazony w sypialnie na poddaszu. To w nim zbiera sie na narady starszyzna, to w nim spia mlodzi mezczyzni gdy buduja dom dla swojej przyszlej rodziny. Kiedy budowe zakoncza, zakonczy sie takze okres narzeczenstwa, beda wtedy mogli poslubic wybrana przez rodzicow zone. Ludzie w miescie strasza: - Bez przewodnika lepiej tam nie chodzic. Okradna, beda sie domagac pieniedzy, dreczyc.
IMG_0321.jpg
tradycyjna gra plemienia Konso
IMG_0337.jpg
jedna z wiosek
A niech tam! Raz kozie smierc! Wraz z towarzyszacym mi podroznikiem z Izreala decydujemy sie zajrzec do rzekomej jaskini lwa. Juz w pierwszej wiosce droge zagradza nam kobieta wygrazajac reka domaga sie zaplaty za wstep. Na co my odwracamy sie na piecie i wioske czym przedzej opuszczamy. Slyszymy jak za naszymi plecami skonsternowani nieco mieszkancy surowo wykrzykuja na niegoscinna kobiete, po czym biegnac w nasza strone przepraszaja i zapraszaja ponownie. Nie taki diabel straszny jak go maluja.
By z Konso dojechac do Kenii trzeba sie dostac do Yabelo. Mozna uczynic to na dwa sposoby: autobusem o poranku, jest to wariant klasyczny, najtanszy i najbezpieczniejszy, ale mozna tez popoludniem na pace ciezarowki Isuzu, siedzac okrakiem na workach ze zbozem, mocno trzymajac sie czego sie da, wiatr majac we wlosach i slonce nad glowa, a przed soba krajobraz wprost fantastyczny i niczym nieograniczony. Gory ciasno jedne przy drugich osadzone, a miedzy nimi zlote trawy i wysokie akacje. Droga wije sie miedzy nimi dluzsza chwile, a gdy nadchodzi zachod slonca rzucana na wertepach ciezarowka wjezdza na prawdziwa sawanne gory zostawiwszy daleko w tyle. Oprocz akacji ku niebu wyrastaja tu wysoko… termitiery. Jest ich cale mnostwo. A ze ziemia jest tu tak czerwona jak cegla to i termitiery w promieniach zachodzacego slonca wygladaja jak wysokie, czerwone slupy, z ktorych kazdy ma co najmniej 2,5 m wysokosci. Wsrod termitier, akacji, traw i gorejacej, czerwonej ziemi – wielblady, cale stada wielbladow. Przebiegaja co chwila przez droge w poplochu. Zlote promienie gina za horyzontem oswietalajac cieplym swiatlem pelne majestatu drzewa. A chwile potem niebo iskrzy sie juz tysiacami gwiazd. Czlowiek dociera do Yabelo czujac cala swoja malenkosc wobec takiej przyrody, bo wobec takiego spektaklu natury milkna wszelkie slowa.
Nazajutrz ostatni o 5.00 rano autobus i ostatnie o okrutnej godzinie wstawanie. W autobusie sprzedaje sie chyba nie tylko miejsca siedzace ale takze cm2 wolnej przestrzeni, bo do granicy upchani jedziemy jak sardynki tak ze noga nie sposob ruszyc.
15 grudnia 2008 ok. godziny 12.00, urzednik immigracyjny na przejaciu granicznym w Moyale mowi mi z usmiechem “welcome to Kenya”. Zegnaj Etiopio poznana, przejechana autobusami, ciezarowkami, jeepami, witaj nowa przygodo, witaj Kenio!

Wysłane przez aidni 6:26 AM Kategoria Etiopia Komentarze (1)

(Wpisy 1 - 6 z 6) Strona [1]