Travellerspoint Blogi z podróży

SPOTKANIE NAD NIGREM

sunny 47 °C

SPOTKANIE NAD NIGREM

Podróżował nocą w towarzystwie dwóch krajowców. Ta gęsta, nieprzenikniona, afrykańska noc czyniła ich niewidocznymi dla nieprzyjaznych spojrzeń. Ich absolutne milczenie przerywały jedynie odgłosy dzikich zwierząt, których w tamtych czasach żyło tutaj jeszcze bardzo wiele. Był początek 1796 roku, kiedy opuściwszy przyjazne i dobroduszne, murzyńskie księstwa przekroczył rzekę Senegal od zachodu i znalazł się na terytoriach opanowanych przez Maurów, okrutne, koczownicze plemię Sahary, które strzegło zawzięcie swoich pustynnych ziem, strzegło zawzięcie skrywanego w nich skarbu - mitycznego miasta, na temat którego krążące po świecie legendy rozpalały wyobraźnię podróżników od wielu stuleci. Miastem tym było Timbuktu. Mungo Park marzeniami sięgał także, a może przede wszystkim, tam właśnie. Ale to nie jemu historia dała ów wielki zaszczyt i sławę, nie on jako pierwszy biały człowiek przekroczył bramę legendarnej stolicy Sahary. Historia zarezerwowała dla niego zupełnie inne, a kto wie czy nie ważniejsze, odkrycie.
Mungo Park był szkockim lekarzem, którego już w młodym wieku los rzucił w daleki świat, świat w owych czasach jeszcze pełny tajemnic, świat zupełnie nieznany, którego istnienia nie domyślała się pewnie znakomita większość jego rodaków.
Jego determinacja była niezrównana i chociaż śmierć czyhała na niego za każdym uczynionym krokiem, brnął mozolnie głębiej, głębiej i głębiej w prawdziwą otchłań Afryki. Jej wnętrze wciąż było wówczas białą plamą na mapie świata, Mungo Park nie mógł się nawet domyślać co czeka na niego za skręcającą ścieżką, kto wyłoni się z buszu, czy uda mu się znaleźć coś do jedzenia, czy będzie czym napełnić puste bukłaki. Był pierwszym białym człowiekiem, który był na tyle odważny lub szalony by zapuścić się w tę część Afryki. Jakaż to jednak musiała być odwaga, jakaż niezwykła siła musiała pchać go naprzód!
Dziś wzdłuż trasy, którą przed dwustu laty pokonał Mungo Park, biegną asfaltowe drogi, a w niektórych miejscach nawet tory kolejowe, istnieją dokładne mapy, książki, całe multum zdjęć i relacji podróżników, od których w szwach pęka Internet. A jednak i dziś, zupełnie niesłusznie zresztą, podróż do wnętrza Afryki wśród wielu budzi postrach i kojarzy się jak najgorzej, jest synonimem ogromnego jakiegoś ryzyka i igrania ze śmiercią. Boimy się Afryki, choć tak wielu było tu już przed nami i tak wielu jeszcze będzie. Boimy się choć od wieków Afryka jest już poznana, jej szlaki przetarte, jej geografia nakreślona z niebywałą precyzją.
Mungo Park, gdy ruszał w swoją niezwykłą podróż, też musiał się bać. Nie wierzę, że się nie bał. Strach przed innością tym, co obce, nieznane i niezrozumiałe, odległe i dzikie jest dane wszystkim ludziom jednakowo, wbudowany jest w nasz człowieczy kręgosłup. Jednych jednak zatrzymuje w domu, w jego bezpiecznych ścianach, wśród bliskich ludzi, którym można zaufać, wśród ciepła ich miłości i bliskości, innych natomiast gna za morza i oceany, każe zdobywać góry i penetrować odległe lądy. Dziś jednak świat stoi przed nami otworem, w przeważającej mierze odkryty, odsłonięty, podany na tacy. Świat stał się raptem nagi, a ciekawość coraz łatwiej zwycięża strach, codziennie wielu pakuje plecak i rusza w najodleglejsze jego zakątki. U progu XIX w. było jednak zupełnie inaczej.
Na każdego śmiałka czyhały wówczas w Afryce najróżniejsze niebezpieczeństwa, czekały nieznane ludy o tajemniczych obyczajach, mówiące mrowiem całkowicie odmiennych języków, czyhały tropikalne choroby, na które nie było lekarstw, czyhały dzikie zwierzęta, czyhały w końcu żywioły przyrody, które dokazują tutaj wyjątkowo gwałtownie.
Mungo Park poruszał się powoli i uważnie, wiedział na czyje terytorium wkroczył, zła sława Maurów była szeroko rozpowszechniona w całej zachodniej Afryce, wiedział jak okrutny los z ich ręki spotkał innych białych podróżników, którzy ośmielili się szukać Timbuktu.
W końcu i dla niego nadeszła chwila próby. Mungo Park został pojmany przez Maurów w okolicach miejscowości Dina. Uwięziony błagał, wył prawie o wodę, jeden mały łyk wody, który ma moc ratowania życia. By zabawiać ciekawskich zmuszany był do rozbierania się przed tłumem, podczas gdy Ali, król tych ziem, głowił się i debatował ze swoimi doradcami jakim jeszcze poddać go torturom, jaką zadać mu śmierć. Czy odrąbać mu rękę, czy wyłupić oko, a może jedno i drugie? W małej lepiance, która tym razem nie okazała się przyjaznym domostwem, a więzieniem, Mungo Park musiał stoczyć prawdziwą walkę sam ze sobą, walkę ze strachem, walkę z rozpaczą. Musiał się tam rozgrywać zażarty pojedynek między słabością a siłą, między zwątpieniem a wiarą, między kuszącą uległością zaglądającej mu w oczy śmierci, a szaleńczą walką o przetrwanie. Mungo Park miał jednak dokonać wielkiego odkrycia, więc historia przyszła mu z pomocą. W obozie Alego zapanował chaos, panika i przerażenie. Posłaniec przyniósł bowiem wieść o nadciągającej armii potężnego wodza i wielkiego wroga Alego. Mungo Park wykorzystał tę okazję znakomicie, pod nieuwagę ogarniętych strachem strażników, zdołał wymknąć się ze swej lepianki. Dosiadł konia i ruszył przed siebie tak szybko jak tylko mógł. Ze wszystkiego co miał ostał mu się jedynie jego największy skarb na afrykańskiej ziemi - kompas.

IMG_4548.jpg
malijski busz
IMG_4294.jpg
człowiek pustyni

Poranek był gorący, upalny, nieznośny. Na dworcu w Sikasso pokaźny, kolorowy tłum kłębił się wokół autobusu przylegając do niego szczelnie tak, jakby ten miał uciec, wymknąć się jakoś niepostrzeżenie nie zabierając nikogo z nich. Pracownik kompanii autobusowej, której nazwy nie pamiętam, co chwila wychodził z biura i rozganiał wszystkich, z początku jeszcze cierpliwie tłumaczył, a potem już tylko wymachiwał pięścią i krzyczał, że autobus ma godzinę opóźnienia i wszyscy mają iść, usiąść sobie gdzieś w cieniu i cierpliwie czekać. Nie posłuchali. Każdy stał przytulony do autobusu, siedział na tobołkach jak najbliżej niego, starając się za wszelką cenę przylgnąć do bezdusznej blachy. Wykorzystywani i poniewierani najpierw przez europejskich okupantów potem przez rodzime krwawe i okrutne reżimy nauczyli się bronić swojego, nie ufać tym na górze, nie wierzyć nikomu, kto przychodzi rozkazywać. Ten autobus nie mógł bez nich pojechać i byli gotowi o to zawalczyć.
Nigdy w Afryce nikt nie próbował mnie napaść, czy okraść, nie licząc nieszczęsnego epizodu na granicy między Ghaną a Togo. Nikt nigdy nie próbował wyrwać mi plecaka, aparatu, sięgać do kieszeni, nikt nawet nie splądrował mi namiotu z całym moim dobytkiem w środku, samotnie pozostawionego na zupełnie pustym kempingu, nikt nie zakradł się do mojej lepianki w krainie ludu Somba, ani któregokolwiek z moich hotelowych pokoików.
Czy powinnam to zawdzięczać własnemu szczęściu, jakimś sprzyjającym splotom okoliczności? Chyba jednak nie, bo czy mogłyby one się tak splatać przez cały ten długi czas? Już dawno przestałam bać się Afryki, właściwie to przestałam się jej bać, gdy do niej przyjechałam. Od kiedy stanęłam na Czarnym Lądzie bałam się z każdym dniem coraz mniej, mniej i mniej aż w końcu zupełnie przestałam się bać, poczułam się tutaj bardzo swobodnie, nauczyłam się tu żyć, a w Murzynach ujrzałam nowych rodaków.
Przyglądam się ludziom tłoczącym się wokół autobusu i widzę, że oni boją się i to bardzo. Wszystkie swoje bagaże trzymają blisko, ściskają mocno uchwyty i sznurki. Rozglądają się nieufnie wokół ani na chwilę nie spuszczając z oka swoich toreb, worków, siatek i kartonów. Przestrzegają przed złodziejami, których ponoć wokół pełno, biorą ochoczo pod opiekę mój bagaż gdy idę do toalety.
Gdyby mój plecak padł nagle ofiarą złodziejskiego postępku, pewnie przeklęłabym ze złością, gdyby ukradziono mi aparat to na pewno spłakałabym się rzęsiście, ale w najbliższym dużym mieście wystarczyłaby jedna wypłata z bankomatu i kilka godzin twardych negocjacji z handlarzami, aby całą moją stratę, mój cały podróżniczy majątek odbudować. W tych rozmaitych pakunkach, torbach, walizkach i pudłach, które Afrykanie ściskają tak zawzięcie, mieści się tymczasem cały ich dobytek, dorobek całego ich życia. Tak, są takie miejsca na ziemi, gdzie te miski i garnki, te materace i kosze ubrań z drugiej ręki, są czyimś jedynym majątkiem, na który w razie utraty musiałby pracować całymi latami.
Pasażerskie tobołki lądują na dachu bądź w dolnym bagażniku. Ich los należy zawsze śledzić do samego końca. Trzeba uważnie patrzeć czy zostały odpowiednio zamocowane, przywiązane dobrze sznurkiem do dachu lub też zamknięte w bagażniku na kłódkę.
Ruszamy. Południe coraz bliżej. Pot leje się z czoła tłustymi kroplami. Gdy autobus zatrzymuje się, a czyni to nieustannie by zabrać z drogi nowych pasażerów, upał robi się tak gęsty i przytłaczający, że praktycznie nie ma czym oddychać. Kiedy jedziemy jest jeszcze jako taki przewiew, jakiś ruch powietrza, jakiś wiatr, to co że gorący, ważne że wiatr. Powietrze wysycha na wiór w takim słońcu, w takiej temperaturze wysycha i człowiek, zamknięty w nagrzanym jak piec nadwoziu autobusu. W porze suchej, głęboko we wnętrzu Afryki, z dala od morza, z dala od chłodzącego powiewu wiatru, jest taka godzina kiedy życie zupełnie zamiera. Pustoszeją wsie, miasta i miasteczka, pustoszeją ulice. Temperatura sięga wtedy zenitu, jest 45 °C a może nawet i 50º. W takim upale nie można pracować, w takim upale nie da się żyć, taki upał po prostu zabija. Zabija wszelką ludzką aktywność, pozbawia sił, okrada ciało z całej energii, w takim upale można tylko trwać. Trwać w bezruchu w stanie całkowitego zawieszenia między życiem a śmiercią, istnieć aż czas najgorszego upału minie i znów można będzie zacząć żyć. Afrykanin kryje się w tym czasie w cieniu mangowca lub akacji, siada lub kładzie się bezwładnie na ziemi i trwa. Początek tego trwania następuje zwykle około jedenastej a kończy się o szesnastej a nawet siedemnastej. Inaczej po prostu się nie da. Można tylko trwać. Któryś ze spotkanych po drodze podróżników powiedział mi, że jego zdaniem, aby pobudzić afrykańską gospodarkę, należałoby najpierw schłodzić Afrykę. I jest w tym chyba ziarnko prawdy.

Został mu jedynie kompas. Mógł zawrócić ale tego nie zrobił. Głód i pragnienie były teraz jego największym wrogiem. W morderczym upale, półprzytomny, otępiony, bezwładnie leżąc na grzbiecie konia modlił się już tylko o wodę, a może i śmierć? Brnął dalej przez gorący busz. Bał się zachodzić do wsi i osad z prośbą o pomoc, bał się że znów zostanie porwany, poddany torturom, znów zostanie upokorzony. Mungo Park był teraz ledwie cieniem samego siebie, cieniem owego dzielnego młodego, szkockiego lekarza, który wyruszył na podbój Afryki. Słońce, to okrutne afrykańskie słońce wyssało z niego wszystkie soki. Pół odrętwiały spadł nagle z konia i potłukł się boleśnie. Zmarnowane wysiłkiem zwierzę także upadło i leżało tuż obok niego gotowe na śmierć, gotowe do reszty spłonąć pod rozpaloną kopułą nieba, na rozgrzanym do granic buszu. Gotowy na śmierć był chyba także i sam Mungo Park. I faktycznie w Afryce spotkała go śmierć, ale jeszcze nie tutaj, jeszcze nie teraz.
Tymczasem błękitna otchłań nieba zaczęła powoli zapełniać się szarymi chmurami. Gdzieś z oddali do jego uszu dobiegły burzowe, groźne pomruki. Nagle poczuł na swojej twarzy zbawienne krople deszczu. Poczuł jak zapala się w nim nowy płomień życia, płomień nadziei. Zerwał się na równe nogi, zrzucił z siebie łachmany i rozłożył je na ziemi. Gdy nasiąkły wodą, wysysał z nich każdą kroplę życiodajnej cieczy. Niebo rwało się na strzępy, pękało z hukiem piorunów tuż nad jego głową, a on pił, pił i pił. Innym razem, trawiony pragnieniem, z tego pragnienia pół martwy prawie, usłyszał w nocy żabi rechot. Żabi rechot pośrodku buszu może oznaczać tylko jedno: gdzieś w pobliżu jest woda. Pełznął po cichu w obawie, że zostanie zauważony przez mieszkańców osady, której obecność w pobliżu zradzały pomarańczowe błyski ognisk migocące w ciemnościach. Gdy wreszcie doczołgał się do małego stawu, a może jedynie nieco większej kałuży, odkrył, że jest on tak pełen żab, że uprawnionej wody nawet nie sposób dojrzeć. By zaspokoić pragnienie człowiek jest jednak gotów zrobić wszystko. Mungo Park odgarniał ogromne żaby, odpychał je, spychał i pił zachłannie wodę, której smak przypominał zgniliznę, zapiaszczoną, stęchłą, zieloną i błotnistą. Musiał być wtedy najszczęśliwszym człowiekiem na całej ziemi.

Droga jest zupełnie przyjemna, asfalt gładki i z rzadka tylko wyboisty. Krajobraz jednak monotonny, buszowy, gorący. Dłużą się godziny, ciągną się w nieskończoność. Z niecierpliwością wyczekuję aż wreszcie kierowca zrobi postój i pozwoli nam wyjść z nagrzanej puszki autobusu, rozprostować nogi, coś zjeść, a przede wszystkim napić się dobrze schłodzonej wody. Z radością więc przyjmuję wiadomość o krótkiej przerwie. Ledwie zdołałam wysiąść z autobusu a wymarzona, chłodna woda biegnie sama ku mnie niesiona na głowach uśmiechniętych dziewcząt. Kupuję od razu cztery woreczki (ok. 2l.), trzy z nich wypijam z miejsca, jeden zatrzymuję na później, nigdy nie wiadomo co się może zdarzyć. W takim upale, w takim skwarze człowiek przekonuje się bowiem, że woda to faktycznie jest życie i to jak najbardziej dosłownie. Póki jest woda da się jeszcze jakoś funkcjonować, da się przetrwać, da się jako tako myśleć, a nawet nawiązać konwersację ze współpasażerem. Kiedy kończy się woda, skóra wysycha momentalnie, w gardle kurz, pył i popiół, siły brakuje, ciało wiotczeje. Oddychać ciężko, mówić ciężko, ręką ruszyć ciężko, zaś myśleć nie da się wcale, bo gdy nie ma wody myśl jest już tylko jedna - napić się! Cierpieć pragnienie jest torturą znacznie większą niż doskwierający głód, burczący natrętnie żołądek, kiszki skręcone w proteście. Cierpieć pragnienie to cierpieć na całym ciele, to cierpieć każdą jego komórką osobno i wszystkimi jednocześnie, to nie móc oddychać, to miotać się nerwowo, obsesyjnie rozglądać się za wodą, w panice jakby i lęku.
Kiedy w wiosce Somba w północnym Beninie zabrakło mi wieczorem wody, spać nie mogłam całą noc. Sen spadł już dawno na wszystkie domostwa, a ja nie miałam co pić. Wyruszyłam z latarką w busz szukać studni, a najlepiej jakiegoś nocnego marka cierpiącego na bezsenność, który podzieliłby się ze mną tym życiodajnym napojem. Ale nic, studni ani śladu, żadnego marudzącego po nocy wybawcy. W takich chwilach człowieka ogarnia niepokój, lęk zamyka go w swojej klatce, kołatają się w głowie obsesyjne myśli. Tamtej nocy uratowało mnie mango, dziesiątki walających się wszędzie mango. Nazbierałam ich całe kilogramy i wysysałam z nich sok zachłannie i drapieżnie wbijałam swoje zęby w ich delikatny miąższ.

Nazajutrz wszystko się odmieniło, los ponownie uśmiechnął się do umęczonego podróżnika. W murzyńskiej osadzie, na którą natknął się o świcie, przyjęto go gościnnie, napojono i nakarmiono do syta. Po tak niezliczonych dniach i nocach spędzonych w absolutnej samotności, w strachu przed ludźmi, z sercem przepełnionym nieufnością i wrogością, lękiem do każdego, choćby z oddali widzianego człowieka, nagle znalazł się w środku gwarnej, murzyńskiej wsi. Biegały wokół niego bosonogie dzieci przyglądając mu się z zaciekawieniem, nie sądzę aby bardzo zmieniły się od tamtych czasów. Może ganiały wtedy całkowicie nagie ale zapewne tak samo wsadzały rączki do swoich czarnych buziaków z tych wielkich emocji, z tego ogromnego zaciekawienia.
Kobiety przynosiły mu naczynia z jedzeniem i pewnie przyglądały się nieśmiało, a mężczyźni usiłowali zadawać pytania i porozumieć się jakoś z niecodziennym przybyszem, pewnie kręcili głowami i uśmiechali się szeroko, że człowiek ten nie rozumie ich języka, że wygląda tak dziwacznie, że taki cały jest biały. Jakoś jednak zdołali się porozumieć, jakaś komunikacja zaistnieć musiała, bo wkrótce Mungo Park dołączył do murzyńskiej karawany zdążającej w kierunku wielkiej rzeki, którą krajowcy nazywali "dżoliba", a był nią Niger. Niger! Cóż to za niesamowita rzeka, jaka odważna, jaka dzielna! Takich w Afryce są tylko dwie. Palmę pierwszeństwa należałoby przyznać Nilowi, bo jest dłuższy, ale w swej niezwykłości, w fantastycznej tej brawurze są sobie równe! Nil na wschodzie, a Niger na zachodzie przedziera się przez pustynię, kpi sobie z piasków, ze spękanej ziemi, z palącego słońca, w którym wszystko wysycha na wiór, a on jakoś nie wysycha. Taka rzeka to jest jawna kpina z pustyni i z buszu, taka rzeka to jest zwykła bezczelność, taka rzeka w ogóle nie powinna się zdarzyć, a tymczasem zdarzyła się i to podwójnie, po dwóch przeciwległych krańcach Afryki. Wyobrażam sobie czasem, co musieli czuć pierwsi odkrywcy Nigru, którzy ostatkiem sił przedzierali się przez półpustynny busz, dręczeni morderczym pragnieniem, aż tu nagle stanęli nad wspaniałą rzeką. Wokół piach, spękana ziemia, a tuż obok płynie sobie raptem potężna wstęga wspaniałej, słodkiej wody! Czy wbiegali doń krzycząc z radości, czy też szli urzeczeni, zahipnotyzowani, oniemiali z zachwytu? A może zupełnie w Niger nie uwierzyli, może myśleli, że to znów pustynia płata im figle? Tego nie dowiemy się nigdy, to jest słodka tajemnica pustyni, buszu i wielkiej rzeki. Wiemy jednak co czuł mungo Park przeddzień spotkania z Nigrem. W końcu dotarcie do Nigru było głównym celem jego ekspedycji, celem narzuconym przez Brytyjskie Towarzystwo Geograficzne, Timbuktu było celem ubocznym. Wyposażony w marny grosz Mungo Park miał przede wszystkim rozwiać wątpliwości od lat dręczące europejskich geografów. Czy Niger jest odnogą Nilu, która uchodzi do oceanu Atlantyckiego co, zdaniem wielu, było przyczyną powtarzających się co roku wylewów w byłym królestwie faraonów? Czy zatem można Nigrem dotrzeć do Etiopii, która zabarykadowała się w swych niedostępnych górach, i była wówczas jedynym, acz odizolowanym od świata bastionem chrześcijaństwa na Czarnym Lądzie?
Mungo Park nie spał całą noc. Nie mógł zmrużyć oka, sen nie przychodził, przychodziły jedynie natrętne myśli, natrętne jak wścibskie, afrykańskie komary. Może wspomnienia także nachodziły go tej nocy, może przed oczami ujrzał znów ogrom swojego poświęcenia i trudu, a może przeciwnie wszelkie wspomnienia gasły w obliczu świadomości, że jest tak blisko celu, że stoi praktycznie u progu spełnienia swej misji. Nim pierwsze promienie słońca zdążyły wyjrzeć zza horyzontu, nim jego jasna poświata pojawiła się na niebie, Mungo Park był już gotowy do drogi, jego koń osiodłany, niewielki bagaż spakowany, zawiązany u siodła. Wielka rzeka czekała.

Bakcyl. Okrutny, bezlitosny, wstrętny bakcyl. Pojawił się w moim życiu nagle i stanął na mojej drodze jak tama, jak przeszkoda, której nie można przeskoczyć. Nie pomogły herbatki i napary z hibiskusa przygotowane przez troskliwych Murzynów, nie pomogły żadne tabletki. Bakcyl zagnieździł się we mnie z pompą i przepychem, wytoczył swoje działa, wystawił armaty i wypowiedział mi wojnę. Przez tego wrednego, podstępnego, mikroskopijnego wroga nie spałam całą noc, nie dał mi po prostu zmrużyć oka. Ganiał mnie do toalety bezustannie, jawnie drwił sobie ze mnie. Ledwie zdążyłam wrócić, a już musiałam biec z powrotem, siąść i się męczyć! Były jednak krótkie momenty, kiedy przeciwnik reorganizował swoje szyki, ustawiał legiony, ostrzył bagnety. W tych momentach leżałam na moim materacu na hotelowym dachu, leżałam pod moskitierą, o którą rozbijały się krwiożercze, malaryczne insekty w swym piskliwym natręctwie i wściekłości, że nie mogą dopaść swojej ofiary. Nocowanie na dachach jest w Mali najtańszym sposobem spędzenia hotelowej nocy, jednocześnie jednak sposobem najwspanialszym. Niebo rozpościera nad człowiekiem dywan iskrzących się gwiazd, skądś później nadpływa księżyc w jasnej poświacie okrywając cały świat delikatnym, srebrnym płaszczem. Wieje leciutki, aksamitny wiatr, który chłodzi umęczoną słońcem ziemię, przechadza się po pustych ulicach miast i miasteczek, miękko wzbija się ku górze i napotkawszy ścianę hotelowego budynku dociera do nas, śpiących pod moskitierą na dachu przybyszów z dalekiej północy. Tuli nas do snu swym zwiewnym podmuchem, chłodzi umęczone upałem ciało, upałem wręcz przesadnym, rozbuchanym do granic, temperaturą tak wściekłą i szaloną, jakby chciała wyskoczyć z termometru. Nigdy w życiu nie spało mi się tak dobrze jak na malijskich dachach, tak cudnych nocy nie znajdzie się nigdzie indziej, nawet w najwspanialszym na świecie hotelu.
Leżałam i patrzyłam w to przepiękne, nocne, afrykańskie niebo, od Nigru zaś dzieliło mnie zaledwie kilkaset metrów.

Była ósma rano, gdy Mungo Park ujrzał dymy nad miastem Segou. A chwilę potem jeden z towarzyszących mu krajowców zawołał "Geo afili!" (spójrzcie, woda!). Mungo Park zanotował potem w swym dzienniku: "(...) i oto patrząc przed siebie z bezgraniczną satysfakcją, ujrzałem wielki cel mojej podróży - od dawna poszukiwany, majestatyczny Niger, mieniący się w porannym słońcu, szeroki jak Tamiza pod Westminsterem i płynący powoli na w s c h ó d. Pospieszyłem na brzeg i napiwszy się wody, w żarliwej modlitwie zaniosłem dzięki Wielkiemu Stwórcy wszech rzeczy, że raczył uwieńczyć moje starania powodzeniem."

Spotkaliśmy się 21 kwietnia późnym przedpołudniem. Ja stałam na nadbrzeżu w Segou, a Mungo Park dokładnie po drugiej stronie. Dzielił nas przepastny, szeroki Niger i jakieś 200 lat z hakiem. Mungo Park jako pierwszy przybysz z dalekiej północy naocznie stwierdził, że Niger płynie na wschód, a nie na zachód, jak twierdzili współcześni mu uczeni zza swych błyszczących, polakierowanych biurek w eleganckich, uniwersyteckich gabinetach. Mungo Park jednym spojrzeniem na wielką rzekę przewrócił do góry nogami ówczesną geografię, a teraz pluskał się rozkosznie, cieszył się jak dziecko ze swojego odkrycia, serce wypełniała mu duma, skrzydeł dodawała ogromna satysfakcja.
Dziś by stanąć nad Nigrem nie trzeba wielkich poświęceń, nie trzeba już cierpieć głodu, pragnienia i strachu. Wielka odwaga i szaleństwo Mungo Parka na zawsze przeszły do historii.
IMG_4281.jpg
Niger w Segou, 200 lat temu Mungo Park stanął po jego przeciwnym brzegu
IMG_4300.jpg
port w Segou
IMG_4287.jpg
ulica starego Segou
Afrykańska noc zwykle zapada szybko, jakby w pośpiechu, jakoś tak natychmiast, w ciągu kilku chwil. A im bliżej równika tym szybciej, z większym jeszcze pośpiechem, w jeszcze krótszej chwili. Nim jednak ciemności spowiją afrykańską ziemię, ma miejsce spektakl zachodzącego słońca. Żółcie, pomarańcze, róże i czerwienie wielkiej, świecącej kuli, która co wieczór ciągnie ku ziemi, przenikają przez cienkie warstwy chmur. Biją w rzekę, strzeliste, słoneczne promienie. Niger zwykle wtedy posępnieje, czarnieje w oczach, nie odpowiada słońcu na jego kolorowe zaloty, tak jak robiło to jez. Malawi. Gdzież by znowu! Ciągnie się leniwą wstęgą, muśnięty złotem, rozświetlony ciepłem pomarańczy, unosząc na swych barkach całą rybacką flotę, długie, drewniane łodzie.
- Kupi Madame pudełeczko na biżuterię, albo tę oto piękną ramkę ze skóry? Ja biedny człowiek pustyni - zagaduje ktoś z lewej.
- Madame, niech madame pomoże i weźmie te koraliki za dobrą cenę - wyskoczy ktoś z prawej.
- Madame, madame cadeau [madame, prezent] - wołają dziecięce głosy zza pleców.
Pokazuję palcem w stronę zachodzącego słońca. Niczego nie potrzeba mówić ani tłumaczyć, nawet dla tych ludzi, z widokiem tym tak obytych, żyjących z nim po sąsiedzku, dzielącym z nim codzienność, jest w tym spektaklu przyrody jakiś czar niezwykły i moc nadprzyrodzona, która odbiera im wolę działania z miejsca zamieniając ją w całkowite zapatrzenie.
Siedzimy na murku portowym w Segou, ja i moi uliczni sprzedawcy różności, ja i moje bez przerwy domagające się podarunków dzieci. Siedzimy i patrzymy sobie w ciszy.
Słońce złote i gorące powoli zdąża ku ziemi, flirtuje z obojętną rzeką. Tędy wypuści promień, to zaraz zgasi go chowając się zalotnie za chmurą. To znów wyjrzy zza niej, to znów się skryje. W końcu ukazuje się w pełniej krasie, w całym swoim gorejącym pięknie. Cały świat tonie natychmiast zalany złotem, na drugim brzegu palmy kiwają bujnymi głowami, kolory nadbrzeżnych budynków już od dawna wyblakłe i odrapane, zmyte deszczem, poszarpane starością, nagle nabierają nowych wdzięków, stają się tak soczyste, tak intensywne jakby przeżywały swoją drugą młodość, jakby rodziły się na nowo. Niezwykła jest moc tego wieczornego słońca, moc prawdziwie czarodziejska. To, co stare znów staje się młode, zniszczone staje się nowe, brzydkie staje się piękne. Zachodzące, afrykańskie słońce pokazuje nam cały, obezwładniający urok świata, a może tylko nam - ślepcom przywraca na chwilę wzrok?
Schodzi niżej i niżej i osiada nagle na wielkiej chmurze. Ale cóż to? Chmura ta przecież wygląda jak ludzka dłoń! Słońce przez moment podane jest światu na dłoni, przez którą następnie przenika delikatnie jak woda przez palce. Przesącza się i płynie na tym niebie jak Niger u jego stóp i gaśnie za horyzontem. Ciemność nastaje niemal natychmiast, spada kurtyna nocy - i oto koniec przedstawienia pt. "Najpiękniejsze zachody słońca są nad Nigrem".
IMG_4340.jpg
IMG_4893.jpg
najpiękniejsze zachody słońca są nad Nigrem
IMG_4911.jpg
słońce podane światu na dłoni

Wysłane przez aidni 09:42 Kategoria Mali

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Komentarze

Przez kilka dni i nocy, z przerwą na pracę, podawałaś mi na dłoni Słońce Afryki, czasem czytałem je przy dźwiękach z podarowanej mi przez Ciebie płytki, "Olu z kina", nie mogę powstrzymać zachwytu nad Twoim zachwytem Afryką, nad Twoją Miłością do Afrykańczyków, Jesteś niesamowita... brak mi słów :)

przez xkazik

Czekam na ciag dalszy opowiesci!!Sa piekne i takie prawdziwe. Wierze ze wrocisz szybko na Czarny Lad. Izzza

przez izka80

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Enter your Travellerspoint login details below

( What's this? )

If you aren't a member of Travellerspoint yet, you can join for free.

Join Travellerspoint