Travellerspoint Blogi z podróży

Gościnność po malijsku

sunny 37 °C

GOŚCINNOŚĆ PO MALIJSKU

Okazało się, że patriotyczny obowiązek Kusube ma swój ciąg dalszy i ani myśli się zakończyć na podwiezieniu białego brudasa z granicy do Sikasso. Ponieważ białego brudasa, przybysza z daleka, trzeba otoczyć opieką, trzeba go co najmniej jeszcze bezpiecznie na noc ulokować a najlepiej jeszcze upewnić się, że nie jest głodny, a jeśli tak to bezwzględnie nakarmić. Sikasso tymczasem zupełnie nie stanęło na wysokości patriotycznego obowiązku i przywitało nas przerwą w dostawie prądu w calusieńkim mieście. Jedziemy przez ciemne ulice do pierwszego hotelu z mojego przewodnika. Miał być tani i przyzwoity, a okazał się zwykłym domem rozpusty, gdzie jakimś cudem mimo braku elektryczności, skąpo ubrane damy zdołały pozapalać różowe i czerwone żarówki w swoich pokojach. W kolejnym tanim hoteliku pokoje już przy świetle świecy wyglądały tak dramatycznie, że aż strach pomyśleć, co ukaże się oczom jak już prąd włączą. Kusube zabiera mnie w końcu do eleganckiego, jak na afrykańskie standardy, hotelu. Drożyzna okropna. Za najtańszą kwaterę trzeba zapłacić 20 USD [to więcej niż mój cały, dzienny budżet!]. Widząc skrzywienie na mej twarzy i grymas rozczarowania, Kusube wyciąga z kieszeni banknot i już się zabiera do płacenia. Protestuję, tupię nogą, sprzeciwiam się! Wszystko na nic. Muszę uciec się do przemocy i determinacji, wyrwać banknot z jego ręki, wsadzić mu go z powrotem w kieszeń i swój natychmiast wyłożyć na recepcyjny stół. Wszystko musi mieć przecież swoje granice.
Tymczasem godzina robi się późna i odzywa się głód. Żołądek bulgoce, kurczy się, rozszerza, protestuje. Od rana nic nie jadłam prawie. Głodna nie zasnę. Proszę więc Kusube, by podwiózł mnie do najbliższej ulicznej kucharki na tanią kolację, ale on ani myśli po kucharkach mnie wozić. Z dyrektorskim zdecydowaniem, głosem, który nie zna sprzeciwu, oznajmia, że zjawi się tutaj za pół godziny i pojedziemy do restauracji.
Mój Boże jak ja dawno już nie byłam w restauracji. A restauracja to jest w każdym calu! Czyste stoliki, kelnerki w uniformach, jest laminowane menu i obowiązkowy telewizor, który w całej Afryce jest synonimem dostatku. Wszystko rwie się i wyrywa do niedoścignionego, europejskiego ideału. Zaglądam w kartę - wszystkie dania dumnie noszą europejskie nazwy. Za takie luksusy trzeba płacić, dwa, trzy dolary za najprostsze danie. Na polskie warunki to może niezbyt wiele, ale dla przeciętnego Afrykanina i oszczędnego okropnie podróżnika jak ja, to majątek. 3 dolary to mój maksymalny, dzienny budżet na jedzenie, wodę naturalnie wliczywszy. Nie będę jednak marudzić, bo nie wypada wybrzydzać i grosza dusić. Przybywają opasłe miski spaghetti, piętrzą się frytki, rozciągają się na talerzach steki dla Kusube i jego przyjaciela. Wygląda to naprawdę niesamowicie, nawet sztućce w serwetkach podane.
W międzyczasie wróciła elektryczność. Ulice znów zapełniły się ludźmi. Jest gwarno i wesoło. Jemy na restauracyjnym tarasie. Pod błyskający kolorami restauracyjny neon niepostrzeżenie zakrada się murzyńska, uliczna swojskość i bezceremonialne rozpasanie. Ludzie spacerują gdzie chcą i jak chcą, czasem zatańczą coś na środku ulicy albo zaśpiewają gdy taką mieć będą fantazję, nie zwracając przy tym najmniejszej uwagi na samochody, śmieją się głośno, wręcz histerycznie, poklepują się po ramieniu, płatają sobie bezustannie jakieś figle. Obserwuję ich z prawdziwym zachwytem, hipnotyzują mnie te murzyńskie szerokie uśmiechy, zaczarowane są te murzyńskie, rozradowane oczy. Polubiłam Murzynów od razu, jak z bicza trzasnął. Omotali mnie sobą zupełnie i jakoś tak automatycznie. Mimo, że potrafią być nachalni do bólu, cenę natychmiast śrubują widząc moją białą skórę, naprzykrzają się ciągłym za człowiekiem chodzeniem, to i tak im z miejsca wszystko wybaczam i już.
Trach! Nie mija sekunda, przychodzi nagłe olśnienie, trapiącej mnie od dawna tajemnicy banalne rozwiązanie. Tu pod osłoną ciepłej malijskiej nocy znalazłam klucz do mojej afrykańskiej zagadki.

Cztery miesiące temu. Uganda. Jadę w wypchanym do granic minibusie z Mbarary do Masaki szukać tropikalnego upału na równiku. Na mych kolanach mały chłopiec w podartym ubranku. Mimowolnie spoglądam w lusterko wsteczne kierowcy i widzę w nim odbicie swojej ręki, którą przytrzymuje malucha by nie spadł, gdy auto podskoczy na jakimś wyboju. Trwa to może ułamek sekundy, a może nawet krócej. Ogarnia mnie raptem całą zdziwienie niezwykłe - jestem zupełnie biała! Biała, a nie czarna jak reszta pasażerów. Zanim rozsądek zdążył zapanować nad całą tą sytuacją, odkrycie to zdążyło mnie zupełnie zszokować.
Tę krótką chwilę pamiętam dziś w najdrobniejszych szczegółach i detalach, nagromadzone wokół niej znaki zapytania nie dawały mi spokoju przez długi czas. - Jak to możliwe? - pytałam sama siebie - Przecież jestem tu tak krótko [wtedy był to mój drugi dopiero miesiąc w Czarnej Afryce], nie znam tu nikogo, nie rozumiem języka tych ludzi, ich kultury i obyczajów dopiero uczę się powoli i wciąż są one dla mnie mocno egzotyczne. Jak to możliwe, że wśród tej inności, wśród tej obcości poczułam się tak swojsko, wśród obcych i tak odmiennych ode mnie ludzi poczułam się tak, jakbym była jedną z nich.
Wtedy nie potrafiłam sobie tego w żaden sposób wyjaśnić, a tymczasem to uczucie zdziwienia własną białością i odmiennością pojawiało się coraz częściej.
Teraz ku memu całkowitemu zaskoczeniu odkrywam raptem jak prosta była ta zagadka. Siedzę w eleganckiej restauracji, która za wszelką cenę chce dogonić europejskie pierwowzory, powinnam się tu czuć jak w domu, a jednak nie mogę odnaleźć w sobie swobody. Krępują mnie te zimne sztućce, te białe, czyste talerze i obrusy. Najchętniej pomerdałabym sobie rączką w plastykowej misce, w której zwykle jadam u moich ulicznych kucharek wraz z innymi klientami zachwalając wyśmienitość ich potraw. Czarna Afryka zaraziła mnie swoją spontanicznością, to ona jest jedyną odpowiedzią, najprostszym wyjaśnieniem mojej zagadki. Tylko spontaniczność czyni Murzynów tak bardzo ludzkimi, tak bardzo otwartymi, to ona pozwala im tak radośnie cieszyć się życiem, mimo że jest ono tutaj tak trudne, pozbawione wszelkich komfortów od tak dawna zakorzenionych już w Europie. Afrykańska spontaniczność to jest wspaniałe widowisko, to jest ten płomień co rozpala ludzkie serca, to jest ta piękna murzyńska broń przed wszystkimi nieszczęściami trawiącymi ten kontynent.
Mimo moich protestów Kusube bierze cały rachunek na siebie i nie chce słuchać nawet bym z portfela uroniła choćby franka. A na kolacji oczywiście się nie kończy. Zmieniamy lokal z restauracyjnego na barowy, za spotkanie trzeba w końcu wznieść toast piwkiem nie ma rady. Kusube znów za wszystko płaci, a ja już nawet nie protestuję, bo widzę, że sprawia mu to wielką radość. Jak prawdziwa dama zajeżdżam mercedesem pod mój luksusowy hotel i żegnam się z Kusube dziękując za wszystko wylewnie i kilkakrotnie. On tylko odpowiada z uśmiechem: - naprawdę nie ma za co. Witamy w Mali!

Budzę się rano rześka i gotowa do poszukiwań taniej, podłej norki by naprawić nadwątlony eleganckim hotelem budżet. W przewodniku namierzam kolejną kwaterę i wyruszam do najbliższej budki zadzwonić. Recepcja nie odpowiada, za to odzywa się jakiś zmęczony głos męski, który najwyraźniej w ogóle nie ma pojęcia o czym mówię. Albo numer zmieniono, albo mój przewodnik znów płata figle. Niech i tak będzie, skoro nie można polegać na opasłym tomisku, które z poświęceniem przewiozłam przez pół Afryki, to czas zacząć własne poszukiwania. Idę zapłacić za połączenie i od razu pytam właściciela budki czy nie zna gdzieś taniego hoteliku, który nie jest jednocześnie domem publicznym. Mężczyzna drapie się po głowie. - Po co masz iść do hotelu - mówi po chwili - U nas hotele albo podłe albo drogie. Możesz jednak przenocować u mnie, u jednej z moich żon, o zaraz tutaj.
Nim zdążyłam choćby słowo z siebie wykrztusić, a już prowadzi mnie za rękę do skromnego domku za murem. Domek jego żony Natenin [czyt. natenę] wraz z domkami sąsiadów skupiony jest wokół dziedzińca, który wieczorem tętni życiem. Bo w Afryce dom nie służy do tego by w nim mieszkać. Dom jest po to by w nim spać i przechowywać różne graty, klamoty i rupiecie. Mieszka się na dziedzińcu albo wręcz na ulicy. Tu gawędzi się z sąsiadami, gotuje obiad, na dziedziniec lub ulicę kto ma wystawia telewizor, bo telewizorem też trzeba się podzielić, a do oglądania zapraszany jest każdy chętny. Wystarczy po prostu dosiąść się do towarzystwa i wesoło patrzeć w ekran. Wieczorami na ulicach połyskują kineskopy i pulsują żywe kolory na twarzach widzów siedzących na ławkach, krzesłach albo wprost na ziemi. Tych publicznych, wzajemnie dzielonych salonów telewizyjnych jest całe mnóstwo, przynajmniej po kilka na każdej ulicy. Można przebierać w ofercie stacji i usiąść sobie tam, gdzie akurat wyświetlają ulubiony program. Jedynie w czasie transmisji meczów piłkarskich oferta robi się monotonna, bo Afryka jak długa i szeroka zupełnie głowę straciła dla futbolu, oglądać więc można wtedy tylko piłkę.
Gdy przekraczamy próg domku, żona mojego gospodarza śpi spokojnie na kanapie. Mimo mojego wyraźnego sprzeciwu zostaje natychmiast zbudzona i nim zdążyłam cokolwiek powiedzieć już zadecydowano za mnie, że zostaję tu dzisiaj na noc.
Natenin jest piękną kobietą, choć może nieco przy kości, a może nawet bardziej niż nieco. Regularne rysy twarzy i ogromne oczy sprawiają, że staję przed nią urzeczona i znów zadaję sobie pytanie dlaczego wszyscy Murzyni uganiają się za białymi kobietami, kiedy mają u siebie znacznie bardziej atrakcyjne piękności. Zadaję sobie to pytanie nagłos, a Natenin wybucha natychmiast radosnym śmiechem. Od razu czujemy do siebie sympatię mimo, że obie jesteśmy raczej ciche i niespecjalnie rozmowne. Mąż, gdy tylko upewnił się że przypadłyśmy sobie do gustu, wraca pilnować interesu, który dumnie zwie się telecentrum, a jest tak naprawdę parą budek telefonicznych, czasy świetności mających już dawno za sobą. I kto by pomyślał, że na czymś takim można dorobić się kilku żon. Umawiam się z Natenin, że wrócę pod wieczór i zapuszczam się w Sikasso. Idę w gorącym słońcu i uśmiecham się od ucha do ucha, rozpromieniona tak nieoczekiwanym obrotem wszystkich spraw. Takie rzeczy, drodzy czytelnicy, tylko w Afryce.
W Sikasso jest pałac. Pałac wspaniałych, dumnych i odważnych malijskich władców. W drugiej połowie XIXw. król Tiéba Traoré odważnie stawiał czoło wrogim plemionom i francuskim okupantom, doprowadził królestwo Kénédougou do szczytowego rozwoju, ale młodemu państwu nie dane było w pełni rozwinąć skrzydeł. Król zmarł a rządy po nim przejął Babemba Traoré starając się w tych nieprzychylnych czasach, za wszelką cenę kontynuować politykę brata. Siła Francuzów była jednak miażdżąca, nie pozostawiała nowemu królowi żadnych szans na zwycięstwo. Król odebrał sobie życie, jak japoński samuraj wolał śmierć niż hańbę.
Szukam więc w Sikasso królewskiego pałacu. Wypytuję handlarzy i ludzi na ulicach, a każdy kręci głową i bezradnie rozkłada ręce. Jak to? Mieszkać tu, żyć w tym w gruncie rzeczy niewielkim mieście i nie wiedzieć, gdzie mieści się królewski pałac? Kiedy pełna rezygnacji, zaczynam znów posądzać mój przewodnik o kolejne szachrajstwo, zjawia się mężczyzna, kierowca moto-taksówki, czyli zwykłego motocykla, którym za niewielką opłatę przewozi ludzi w różne kąty w mieście. Tłumaczy mi nagle wszystko, którędy iść, gdzie skręcić i że to bardzo blisko.
- Jak to możliwe, że wiesz gdzie jest ten pałac, skoro pytałam dziesiątki ludzi i nikt nie wiedział - odpowiadam z niedowierzaniem.
- Bo kiedyś pokazali mi go pewni turyści z Francji - mówi z uśmiechem.
W tym jednym zdaniu streszcza się wszystko, cała skondensowana prawda o podejściu Afrykańczyków do tego, co my nazywamy zabytkami. A więc nawet taksówkarz sam z siebie nie dowiedziałby się nigdy, gdzie są najważniejsze w jego mieście zabytki. gdyby nie jacyś dociekliwi turyści! To tak jakby warszawiak nie wiedział, gdzie są Łazienki, a krakowianin robiłby wielkie oczy zapytany o Wawel! To, co u nas jest zupełnie nie do pomyślenia i w głowie się najzwyczajniej nie mieści, tutaj jest najzupełniej normalne, zwyczajne i naturalne. Zabytki po prostu nie obchodzą Afrykańczyków wcale.
IMG_4250.jpg
pałac króla Traore w Sikasso

Miasta są w Afryce zjawiskiem dość nowym, w większości powstały za czasów kolonialnych, jedynie wielkie metropolie na wybrzeżach mogą pochwalić się nieco dłuższą historią, chociaż raczej niechlubną, bo związaną z niewolnictwem. To właśnie u wybrzeży Czarnego Lądu, okrągłych pięć wieków temu, powstała sieć niewolniczych portów. Przez całe długie stulecia ludność Afryki wiodła koczowniczy lub pół-koczowniczy żywot. Do ciągłej zmiany miejsca zmuszały ją nieustanne poszukiwanie wody, żyznej gleby, konieczność uciekania przed wybuchającymi tu i ówdzie epidemiami oraz bardzo liczne wtedy dzikie zwierzęta. Ludzie przemieszczali się zwykle w małych grupach, bo takie są bardziej mobilne i znacznie bardziej zintegrowane poczuciem wspólnoty. Tym migracjom nie było końca! Ciągle ktoś gdzieś się przenosił, poganiał osły, wielbłądy, krowy niosące z cały jego skromny dobytek z miejsca na miejsce, przez busz, przez sawannę, przez gęsty las deszczowy, przez pustynię. A gdy już trafiał na właściwe miejsce wszystko zaczynał od nowa. Na nowo budował szałasy dla rodziny, na nowo stawiał zagrodę dla zwierząt, aby znów po jakimś roku lub dwóch wszystko to zostawić i wynieść się gdzie pieprz rośnie. Ot tak i nie było po delikwencie śladu. Trudne warunki egzystencji, które zmuszały ludzi do takiego trybu życia nie sprzyjały rozwojowi kultury materialnej. Nikt nie budował żadnych trwałych budowli, bo po co, skoro wiadomo było z góry, że wkrótce je opuści. Nikt nie gromadził jakichś bogactw niezwykłych, bo niby w jakim celu, byłby to tylko dodatkowy bagaż, niepotrzebny balast, który trzeba by było potem nieść z miejsca na miejsce. Bogactwem było najczęściej bydło, bo to bogactwo może przemieszczać się samo. A jeśli już gdzieś trwałe konstrukcje powstawały to nikt nigdy nie przywiązywał się do nich, bo choć solidne i tak przesiąknięte były do szpiku tymczasowością i skazane na porzucenie, zapomnienie i zniszczenie. Stąd tak mało w Afryce zabytków, stąd zupełne niezrozumienie europejskiego za nimi ganiania i usilnego ich poszukiwania w każdym kącie.
Nie znaczy to bynajmniej, że Afryka to kontynent bez historii. Nic bardziej mylnego! Afryka jednak swą historię zamknęła nie w pałacach, zamkach i fortecach, czy też wspaniale urządzonych muzeach. W Afryce historia przemawia z opowieści wieczorami snutych przez starców pod rozłożystymi koronami drzew, przy dziatwie zaciekawionej do granic. W Afryce historia przechadza się niezliczonymi szlakami przez dziką, nieprzystępną przyrodę, szlakami, które kiedyś przemierzali koczownicy z pierwotnych plemion, a sieć tych migracji, poplątane te ich drogi są labiryntem nie do rozwikłania, w którym umysł europejski gubi się i błądzi, kluczy bez celu i zrozumienia. W Afryce historia jest pamięcią jej mieszkańców.
Stoję przed pałacem króla... i oczy przecieram z wrażenia. Budynek w niczym nie przypomina pałacu, jest takim sobie zwykłym, dwupiętrowym domem ulepionym z ziemi, gliny i kto tam wie z czego jeszcze. Z zewnątrz otynkowany zaprawą koloru czerwonej cegły. Nie to jednak zadziwia. W końcu dahomejskie pałace były jeszcze mniej imponujące. Kto by się jednak spodziewał, że w pałacu jednego z najbardziej znanych władców dawnego Mali mieszkają sobie w najlepsze jacyś ludzie, po dziedzińcu ganiają kozy i kury, bawią się dzieci, kobiety piorą w wielkich miskach i gotują obiad na węglach! Stoję w bezruchu z aparatem w ręku obezwładniona własnym zaskoczeniem. Mieszkańcy pałacu oderwani od swych zajęć niespodziewanym widokiem białego turysty wielkie mają oczy ze zdziwienia i uśmiechają się pytająco. Podbiega w końcu do mnie młoda dziewczyna i zaprasza do zwiedzania. Oprowadza mnie w tempie ekspresowym po komnatach, salach audiencyjnych, które są dziś po prostu czyimś prywatnymi domostwami. Taki los zabytków w Afryce.
Kupuję ananasa na targu i kilka dorodnych mango dla moich gościnnych gospodarzy. Godzina robi się późna czas wracać.

W typowym malijskim domku są dwa, a rzadziej trzy pokoiki. Czy mniejsze, czy większe to już zależy od konstrukcji, a ta jest zwykle prostokątna, klockowata z płaskim dachem i nieotynkowana. Ilość osób zamieszkujących taki domek jest nieograniczona. Różne widziałam konfiguracje, od licznych rodzin z mnogą dzieciarnią, po młodych i niezależnych żyjących samotnie. Nie sposób średniej wyciągnąć, nie sposób wspólnego mianownika znaleźć. W typowym malijskim domku nie ma toalety, nie ma też łazienki i kuchni. Za potrzebą trzeba się udać do wychodka wspólnego dla wszystkich mieszkańców podobnych domków, stłoczonych wokół niewielkiego dziedzińca. Jeśli prysznic brać to najpierw trzeba sobie wiaderko z wodą napełnić ze wspólnego dla wszystkich kranu, dumnie wyrastającego pośrodku placyku. Następnie zanieść sobie to wiaderko do kabiny, która ściana w ścianę sąsiaduje z wychodkiem. Kabina to zresztą złe słowo, bo tak naprawdę są to cztery betonowe ścianki zbudowane bez zbędnej staranności, w tym jedna z drzwiami z blachy falistej, których naturalnie od środka nie da się zamknąć. Aby uniknąć czyjegoś najścia, trzeba swoje ubrania przewiesić przez murek. Ten manewr jest możliwy, bo nad afrykańską kabiną prysznicową brak jest jakiegokolwiek zadaszenia. Pluska się człowiek pod gołym niebem i natychmiast wysycha w przyjemnym słonku. Wierzcie lub nie, ale to naprawdę wspaniałe! Podłoga takiej kabiny to także betonowa wylewka pełna nierówności, wybrzuszeń i zapadlin jakichś. Po środku wydrążony w niej kanał odprowadza zużytą wodę do toalety za ścianą. Proste i funkcjonalne - takie rozwiązania sprawdzają się w Afryce najlepiej.
Kiedy odświeżona wracam z natrysku z ręczniczkiem przewieszonym przez ramię, Natenin już zabiera się za gotowanie kolacji na tarasie wychodzącym na mieszkalny dziedziniec. Telewizor na drewnianym stołku wystawiony serwuje nigeryjskie seriale o niestrawnych perypetiach miłosnych. Natenin, podobnie jak cała Afryka, gotuje na rozżarzonych węglach błyskających czerwonością z małego, kwadratowego pojemnika z blachy. Noc gorąca, a węgielki jeszcze bardziej, co rusz posyłają w świat piekielne podmuchy. Garnek stawia się bezpośrednio na takiej wściekłej, rozpalonej kuchence i macha energicznie kawałkiem kartonu, by podtrzymać odpowiednią temperaturę. Tak właśnie wygląda afrykańska kuchnia. Natenin ma to szczęście, że stać ją na służącą. Posiadanie służby w Afryce nie jest zresztą przywilejem tylko bogatych. Nie brakuje chętnych by choćby za dach nad głową, wyżywienie i jakiś marny grosz wydostać się z przeludnionych wsi, gdzie brakuje jedzenia i wody, gdzie brakuje pracy, a każdy dzień jest walką o przetrwanie. Z Natenin mieszka także jej mała, dwuletnia córeczka i siostrzenica, która znalazła tu dom po śmierci swojej mamy.
Na dziedzińcu gwarno i wesoło. Pod rozgwieżdżonym niebem kobiety krzątają się przygotowując wieczorny posiłek, a mężczyźni wygodnie rozsiedli się na krzesłach, palą papierosy, dyskutują, oglądają telewizję, dzieci zaś biegają radośnie na plecach nosząc młodsze rodzeństwo.
Kolacja gotowa. Natenin stawia przede mną wielką miskę wypełnioną sałatą, pomidorami i ... mięsem. No właśnie mięsem! A ja przecież jestem wegetarianką i to ze stażem prawie dwuletnim. Patrzę na tę prawdziwą górę jedzenia, która przede mną wyrosła, na to mięso wysmażone i przyprawione wystawnie. W Afryce nasze polskie powiedzenie "gość w domu, Bóg w domu" jest rozumiane jak najbardziej dosłownie. Gościowi należy się to, co najlepsze, gościa trzeba rozpieszczać, trzeba koło niego skakać, trzeba go wszystkim obdarowywać, w myślach jego czytać, odgadywać i natychmiast zaspakajać wszelkie gościa pragnienia i zachcianki. Doskonale zdaję sobie sprawę, że mięso w Afryce jest prawdziwym rarytasem i w oczach ludzi najlepszym możliwym posiłkiem i że Natenin wykosztowała się zapewne na tę dzisiejszą ucztę. Uśmiecham się więc szeroko i zachwalam wspaniałą kolację, wegetarianizm mój schowawszy głęboko, przynajmniej na ten wieczór.
W Mali je się wspólnie, z jednej dużej miski. Nie ma talerzy, nie ma sztućców. Jest posiłek wspólnie dzielony, przeżywany i pakowany do buziaka prawą i tylko prawą ręką. Lewą należy trzymać pod stołem i choćby rwała się i szarpała, choćby nawet wydawała się zupełnie niezbędna w tej konsumpcji. Podobnie jak w krajach arabskich, a także w Indiach, lewa ręka uznawana jest za brudną, bo służy do załatwiania brudnych spraw, czyli podmywania się w toalecie. Jako że w większości krajów afrykańskich papier toaletowy jest albo nieznany albo zupełnie nieużywany, do toalety-wychodka-dziury w ziemi, chadza się zawsze z plastikową konewką-czajniczkiem pełnym wody.
Ową cenną umiejętność jedzenia prawą ręką nabyłam już w czasie poprzednich podróży do Indii to i radzę sobie zupełnie dobrze. O ile jednak Hindusi posługują się w tej misternej sztuce jedynie palcami, po małe sięgając, skromne kęsy, tak Murzyni bezkarnie biorą jedzenia pełną garść i pakują do ust bez skrępowania. Je się w Afryce pełną gębą i pełną garścią.
- Natenin? - zapytuję - Dlaczego twój mąż nie je z nami?
Natenin podnosi swoje piękne, wielkie oczy a ja w nich natychmiast dostrzegam zakłopotanie, a może coś więcej nawet, może żal, a nawet smutek.
- Mężczyźni w Mali nie jedzą wspólnie z kobietami - odpowiada.
No tak, myślę sobie, w końcu to kraj muzułmański, ależ wygłupiłam się z moim pytaniem.
- Zresztą - mówi dalej Natenin - mój mąż jest dziś u swojej pierwszej żony, u niej je, u niej będzie także nocował. Nie tak jak w Europie, u nas mężczyzna może mieć kilka żon.
Ach! Więc stąd zakłopotanie, stąd ta jakaś niepewność i cień żalu w jej głosie.
Poligamia jest w Afryce zjawiskiem powszechnym i to wcale nie ograniczonym jedynie do państw muzułmańskich. Od zawsze stanowiła element wielu plemiennych tradycji i obyczajów, była i jest pieczęcią nad ciężkim losem afrykańskich kobiet, często pozbawionych wielu podstawowych praw. Wraz z powolnym, ale jednak postępującym rozwojem, wzrastać zaczęła jednak także wśród Afrykanek świadomość, że może być przecież inaczej, że są miejsca na ziemi, gdzie kobiety cieszą się pełnią praw obywatelskich, gdzie swojego męża nie dzielą z innymi kobietami. Oumou Sangare, największa diva Mali i najbardziej po Cesarii Evorze znana afrykańska artystka, ze swojej kariery i muzyki uczyniła skuteczną broń na rzecz walki o prawa kobiet w Mali. Dziś Malijki są posłankami, pracują w ministerstwach i urzędach, mają prawo głosu, a wiele z nich robi wspaniałe kariery zawodowe, wciąż jest to jednak kropla w morzu potrzeb. Postęp techniczny i modernizacja nie idą w równym tempie z ewolucją świadomości. Od wieków kultywowane tradycje i obyczaje na zmianę potrzebują znacznie więcej czasu. W Afryce kobiety wciąż akceptują swój los, wciąż godzą się milcząco na poligamię, która przecież dotyka je tak samo jak dotykałaby nas.
Gdy zapada noc i pora robi się senna, Natenin pokazuje mi swoje wielkie, małżeńskie łóżko mówiąc, że to dla mnie, a sama z córeczką spać będzie na podłodze. Na nic protesty, na nic mój sprzeciw głośno zamanifestowany. Z Afrykańską gościnnością nikt nie zdoła wygrać.
IMG_4272.jpg
moja malijska rodzina

Wysłane przez aidni 15:05 Kategoria Mali

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Komentarze

Świetny blog i teksty, i fotki też!
Ja dopiero tu trafiłem, ale zaczynam lekturę i cieszę się Twoją podróżą!

Powodzenia!
pozdrawiam
Krzysiek

przez Brithu

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Enter your Travellerspoint login details below

( What's this? )

If you aren't a member of Travellerspoint yet, you can join for free.

Join Travellerspoint