Travellerspoint Blogi z podróży

Dojechać do Mali

sunny 45 °C

MALI
A w Mali było mi jak w domu. Było mi swojsko, jakbym od zawsze w Mali mieszkała. Było mi gorąco i murzyńsko leniwie, było wesoło i nie brakowało przygód. Było afrykańsko gościnnie, było afrykańsko spontanicznie, kolorowo i wielokulturowo, szalenie, na wariackich papierach czasem, a czasem spokojnie i powolnie do bólu. W Mali znalazłam mój zachodnioafrykański koktajl, którym mogłabym upajać się długie lata, a oto moja malijska historia.

DOJECHAĆ DO MALI

Ryknął przeraźliwie silnik, zatrzęsła się blacha w bolesnych konwulsjach, wstrząsnęło pojazdem całym jakby dramatyczne szarpnęły nim torsje. W powietrze poszły kłęby czarnego dymu, gęstego jak smoła. Nareszcie po trzech, długich godzinach oczekiwania wyruszyłam do Sikasso.

Podróżowanie po Afryce jest szkołą cierpliwości, jest jej ćwiczeniem nieustanym, jest jej rozciąganiem do granic wyobraźni. Czeka się na wszystko, czeka się aż się pojazd wypcha pasażerem szczelnie, czeka się aż tobołkiem jakimś zapakuje każdy, najmniejszy kawałek wolnej przestrzeni pod siedzeniami, między siedzeniami, nad siedzeniami. Czeka się aż pakunki wszelkich rozmiarów, rodzajów i kształtów zamocowane zostaną sznurkiem do dachu; czeka się aż kierowca zapali papierosa i skończy pogawędkę z kolegą; czeka się aż w końcu przekręci kluczyk w stacyjce i uruchomi silnik, a gdy już serce człowieka rozgrzeje nadzieja rychłego odjazdu, jakaś nadzieja na zmianę krajobrazu za oknem, co zdążył się już znudzić, opatrzyć do cna, wtedy nierzadko okazuje się, że znów trzeba czekać, tym razem aż silnik naprawią lub inną usuną usterkę, a tych zazwyczaj nigdy nie brakuje. Ciągnie się to wszystko jak guma w obłędnym upale, człowiek siedzi ściśnięty na skrawku cienia i po prostu czeka. Bo jak mówią miejscowi: "Wy w Europie macie pieniądze a nie macie czasu, my zaś nie mamy pieniędzy ale za to czasu mamy pod dostatkiem!" Żyje się więc niespiesznie, spokojnie, w zwolnionym zupełnie tempie.
IMG_4242_bis.jpg
autobus do Sikasso
Takim czymś nie jechałam jeszcze nigdy! Nie sądziłam nawet, że gdziekolwiek na świecie coś takiego w ogóle może jakkolwiek się przemieszczać, pokonywać kilometry i to w dodatku w niemiłosiernym skwarze, jaki zna tylko Czarna Afryka. Nie ma jednak rzeczy niemożliwych dla burkińskich mechaników. Nie ma takiego pojazdu, którego nie zdołaliby wprawić w ruch, nie ma takiej usterki, której jakimś tylko sobie znanym sposobem nie byliby w stanie usunąć. W Burkina Faso żaden samochód nie ma prawa do zasłużonej emerytury, nie ma prawa spocząć sobie wygodnie na złomowisku, a nawet jeśli w geście rozpaczy odmówi posłuszeństwa, rozkraczy się na zawsze i powie zdecydowane "nie" dalszemu jeżdżeniu, natychmiast zostanie rozebrany na części pierwsze, podzielony na drobiazg, rozparcelowany, okradziony z każdej śrubki. A to, co się nie nada do naprawy innych, zmęczonych życiem samochodów, z powodzeniem zostanie wykorzystane jako budulec zupełnie innego pojazdu, który burkińscy mechanicy potrafią sklecić z odpadów, z przerdzewiałej blachy starego nadwozia, z kawałków dykty i innego rupiecia.
Takim autobusem właśnie, skleconych z resztek innych pojazdów, jadę do Sikasso, pierwszego mojego przystanku po malijskiej już stronie. Przez szpary w podłogowych deskach i płytach pilśniowych, którymi uzupełniono braki w podwoziu, widzę uciekającą, dziurawą drogę. Ściany kołyszą się na boki na każdym zakręcie i to w jak najbardziej dosłownym znaczeniu. Wszystko skrzypi, trzeszczy, pomrukuje i inne dziwne wydaje niepokojące odgłosy. Siedzimy ściśnięci, zgnieceni, upchnięci na twardych ławkach i z niepokojem patrzymy na sufit. Na dachu bowiem wieziemy całą górę wszelakiego bagażu i pakunków całe mnóstwo. Niektóre tobołki tak były ciężkie, że z ogromnym wysiłkiem wciągało je na dach ośmiu rosłych mężczyzn. Takiego obciążenia nie wytrzymałby żaden samochodowy dach, nawet najzupełniej nowy, a co tu dopiero mówić o takim zardzewiałym rupieciu jak nasz. Burkińscy konstruktorzy naszego pojazdu przewidzieli jednak taką ewentualność, znając afrykańskie realia transportowe, i podparli trzeszczący w posadach dach naszego autobusu na trzech żelaznych filarach.

Pot wielkimi kroplami ścieka z czoła, nim człowiek się obejrzy cały jest już mokry, bo nagrzana w słońcu blacha podnosi temperaturę, podkręca ją i wzmaga z każdym kilometrem. Można w siebie wlewać litry wody, ale ta natychmiast ucieka z ciała sprytnie wydostając się przez pory. Wszędzie wokół busz rozgrzany do czerwoności, wyschnięty krzak, rachityczne drzewka czerwona jak krew prawie ziemia. Jest godzina wczesno-popołudniowa, kiedy to upał jest najgorszy, najbardziej bezlitosny i najzupełniej nieznośny. Nasz wehikuł sunie powolnie w tym skwarze, jęczy boleśnie, trzęsie się i przechyla z jednej strony na drugą. Gdy w jakąś wpadnie dziurę, a tych w drodze nie brakuje, cały trzeszczy jakby zaraz rozpaść się miał na części. Każdy podjazd, pod najmniejsze nawet wzniesienie jest wysiłkiem ponad miarę. Wyje silnik, tempo jazdy spada gwałtownie, nasz wehikuł już nie jedzie, a pełznie, czołga się skargę wydając bolesną na każdym metrze. Nasz wehikuł jest zmęczony życiem, sklecony z kawałków, ulepiony z resztek po innych pojazdach, z ogromnym cierpiącym mozołem niesie w sobie historię wszystkich tych setek, tysięcy kilometrów, które sam już przebył i które, po tych nieznośnych, afrykańskich drogach przebyli jego przodkowie. Gdy już cel osiągnie, pokona wzniesienie i znów znajdzie się na prostej, staje umęczony i woła o wodę. Wtedy pomocnik kierowcy, jadący na stojąco w otwartych tylnych drzwiach, wysiada z wielkim kanistrem i biegnie i wlewa ochoczo zbawienne litry do gotującej się żywcem chłodnicy. I tak w kółko, bez przerwy, nagminnie, bez końca. Podjazd, pagórek, wzniesienie jakieś łagodne, a już stajemy, już się gotujemy, znów trzeba wodę wlewać, wodą wszystko chłodzić. Woda jest życiem nie tylko dla ludzi, zwierząt czy roślin, jest nią także, jak się okazało, dla pojazdów mechanicznych. Nasz autobus należycie schłodzony po męczącym podjeździe, choć wykończony zupełnie i stary, jakimś cudem jedzie dalej, a gdy chwilami droga niespodziewanie robi się lepsza, potrafi się nawet rozpędzić i jednym haustem łyknąć kilka kilometrów.
- Hola, hola! - wołają oburzeni pasażerowie, gdy pomocnik kierowcy cichaczem podpija sobie wodę z kanistra przeznaczonego dla autobusu, odwróciwszy się do wszystkich plecami. - A co będzie jak wody dla samochodu zabraknie?! Staniemy w buszu i ugotujemy się żywcem w słońcu! - protestują.
W ścisku i tłoku zupełnym, jednym pośladkiem prawie siedząc na ruszającej się bocznej ścianie naszego pojazdu, konwersuję z Mohamedem, którego poznałam jeszcze na dworcu w Bobo Dioulasso. Wspólnie jakoś przetrwaliśmy tam długie godziny oczekiwania na naprawę silnika, wspólnie próbujemy teraz przetrwać podróż rozklekotanym pojazdem burkińskim. Mohamed jest pisarzem, człowiekiem oczytanym i biegłym w afrykańskiej literaturze i filmografii. Walcząc z wertepami i ruchomością zupełną wszystkich elementów składających się na nasz autobus, próbuję notować nazwiska autorów i tytuły książek, które muszę gdzieś dopaść. A problem z tym jest niemały, bo w Afryce książek drukuje się ilości śladowe, wszyscy publikują swe dzieła we Francji lub Wielkiej Brytanii, bo tam ludzie książki czytają. W Afryce, gdzie analfabetyzm rozpleniony jest jak zaraza jakaś, czyta się mało, jeśli nie wcale, a do tego w ogóle tradycji czytania nie ma. Jeśli nawet kto potrafi nie czyta, bo po co. W Afryce wszystko przekazuje się z ust do ust, opowieść snując długą, a pamięć murzyńska tak jest pojemna i tak fantastycznie sprawna, że zapisywać niczego nie trzeba, bo i tak wszystko się pamięta więc po co.
Raptem trach stajemy w buszu znienacka. Kierowca zły, naburmuszony i wściekły jakiś, wyskakuje trzaskając drzwiami.
- Nie da rady tak jechać, kiedy hamulce już prawie wysiadły! - krzyczy do pomocnika.
No nie da rady, zgadzam się całkowicie, tylko co tu teraz robić, kiedy wszędzie rozpalony w żarze busz, cienia ani śladu, a wody tym bardziej. Nie ma gdzie się schronić w oczekiwaniu na naprawę, nie ma gdzie przysiąść bo wszędzie słońce, słońce, słońce. Kierowca wraz z pomocnikiem wywala wprost na drogę różne narzędzia, kawałki szmat, sznurki jakieś i druty, wszystko może się przydać w tworzeniu kolejnego dzieła burkińskiej sztuki naprawczej. Zakasują rękawy i znikają pod autobusem. Mohamed rozkłada swoją matę z wymalowanym na niej pięknym, odległym jakimś meczetem i rozpoczyna swoją pełną nadzwyczajnej godności modlitwę do Allacha, bo akurat awaria nam się trafiła w porze modlitewnej. Inni pasażerowie poznikali gdzieś w buszu, powciskali się między gałązki, przykucnęli, skulili w kłębek by zmieścić się jakoś w koronkowym cieniu krzaków. Kobiety zaradnie rozwinęły chusty, które wiążą zazwyczaj w wymyślne sploty i węzły na głowach, i zahaczywszy je o strzępy wyschniętej roślinności, potworzyły kolorowe baldachimy i parasole, wyrwały naturze kawałek zbawiennego cienia. A człowiek biały bezradnie zupełnie stanął na drodze i patrzy i nie wie gdzie się podziać, gdzie się wcisnąć. Gdzieś tam wypatrzył kamień, poszedł, usiadł i natychmiast podskoczył boleśnie oparzony. To gdzieś znowu odkrył małe drzewko na niewielkiej skarpie próbuje się wspiąć, ale ziemia spod nóg się osuwa, chwycić się nie ma czego, bo wszystko kolczaste, ostre i nieprzyjazne, wyschnięte na wiór. Cały upaprany czerwoną ziemią, zrezygnowany wyciąga aparat by nudę zabić parą pstryknięć.
A naprawa? Naprawa ciągnie się i dłuży i końca nie ma jak sięgający horyzontu busz. Po jakiejś godzinie, znienacka zjawia się inny autobus jadący w przeciwnym kierunku. Wyskakuje z niego ochoczo kierowca i jego pomocnik. Są wylewne powitania z naszymi brudnymi od smaru mechanikami z konieczności i cała czwórka znika pod naszym autobusem zaopatrzona w nowe narzędzia, strzępy szmat, sznurków i drutów.
W Afryce człowiek w potrzebie może zawsze liczyć na pomoc swojego pobratymca, liczyć może automatycznie i niezawodnie. W Afryce gdy kogoś spotyka nieszczęście jakieś, jakiś problem podcina nogi, zaraz skądś, gdzieś, jakoś tak zupełnie naturalnie wyskakuje ktoś i pomaga i cieszy się, że pomóc może i jakimś cudem zawsze ma przy sobie coś, co może problem rozwiązać. Z naszego autobusu wybawcy wylewa się tymczasem tłumek pasażerów. Zgnieceni przez ileś tam godzin prostują się teraz i przeciągają, patrzą tępym wzrokiem na zalany w słońcu busz i krzywią się i grymaszą na perspektywę długiego w gorącu czekania.
Mija kolejna długa, upalna godzina. Spod autobusu wypełzają kierowcy i ich pomocnicy, dyskutują, palą papierosy, naradzają się, jeden drugiemu coś dokładnie tłumaczy, jakieś schematy rysuje ręką w powietrzu. Autobus pomocnik wkrótce odjeżdża, a nasz kierowca znów znika we wnętrznościach, chorego ze starości pojazdu. Kończę ostatni woreczek wody i już wiem, że jeśli zaraz nie ruszymy to będzie źle, bo bez wody w Afryce zawsze jest źle.
Z letargu tępego oczekiwania w skwarze aż coś się zdarzy, wyrywa wszystkich krzyk kierowcy i jego niecierpliwe poganianie. Znów jedziemy. Bezcenny powiew z okna delikatnie chłodzi ciało, znów jedziemy i tyle człowiekowi potrzebne do szczęścia, nic więcej.

Czy to od tego upału, czy też od ruchomości nadwozia i obciążonego ponad miarę dachu, a może od tego wszystkiego naraz, w czasie drogi zaczynają nagle pękać spoiny, które wiążą owe trzy żelazne filary chroniące nas przed zmiażdżeniem potężnym ładunkiem bagażu nad naszymi głowami. Lament podnosi się wśród pasażerów, lament i paniczne krzyki. Filary skrzypią i drgają z lekka. Ludzie wstają, przyglądają się pęknięciom z bliska, kręcą głowami i z niepokojem spoglądają na dach. - Panie kierowco, niech pan coś z tym zrobi, zanim nam ten śmiercionośny ładunek spadnie na głowę! - krzyczą. Kierowca zatrzymuje pojazd, przeciska się między stłoczonymi pasażerami i energicznie szarpie jeden z filarów, a jako że nie zdołał go całkowicie oderwać uznał z rozbrajającym uśmiechem, że przecież konstrukcja jest solidna i nie ma prawa się zawalić. Jedziemy więc dalej. Pasażerowie siedzący w bezpośrednim sąsiedztwie felernych filarów, podtrzymują je rękoma, stale monitorując stan spoin.
- Panie kierowco - drwiąco pokrzykują - Czy ta pana zgnilizna w ogóle ma szansę do Mali dojechać?
- Jeśli taka będzie wola Allacha to się jakoś doczołga! - odpowiada z uśmiechem kierowca, po burkińsku radośnie i całkowicie beztrosko.
Żegnam się z Mahomedem, który zwinnym susem wyskakuje gdzieś po drodze i kiedy dopiero co z zadowoleniem zdążyłam się powiercić i nacieszyć większą przestrzenią na mym siedzeniu już dokwaterowano mi grubasa potężnego, bez przerwy zajadającego się jakimiś przysmakami i przekąskami, że aż z okna dokonałam zakupu pączków i oddałam mu połowę. Grubas jednak zajmuje znacznie więcej miejsca niż taki szczupły pisarz, artysta Mohamed, więc jeszcze bardziej jestem zgnieciona. Ale po tylu godzinach drogi człowiek już nic nie czuje, tkwi w letargu i wyczekuje na koniec. No właśnie po ilu godzinach? Zbliża się zmierzch, upływa 6 godzina drogi, a jeśli doliczyć 3 godziny czekania na wyjazd z dworca to podróż trwa już ich prawie 9! Wieczór ma jednak tę zaletę, że słońce już słabe, już chowa się za horyzontem, powietrze robi się chłodniejsze. Najgorsze za nami, teraz trzeba tylko jechać, jechać i oby dojechać.
Kiedy docieramy na granicę z Mali jest już prawie ciemno i na dobre zbliża się czarna, afrykańska noc. Paszport opieczętowany, zbadany dokładnie, przeanalizowany w szczegółach dostaję z uśmiechem pogranicznika: - Witamy w Mali! Życzymy Madame udanego pobytu i jak najlepszych wrażeń z podróży.
Podczas gdy celnicy buszują w stercie tobołków na dachu szukając jakichś skarbów do oclenia, zapalam papierosa i zabieram się za studiowanie stanu technicznego naszego autobusu. Przyglądam się pękającym spoinom, zaglądam pod podwozie, dotykam, macam, ciekawsko rzucam okiem w różne zakamarki.
- Czego Madame tak tam szuka? - zapytuje kierowca.
- Niczego nie szukam - odpowiadam - Patrzę sobie tylko jak to się wszystko trzyma się tak razem w kupie i czy jest szansa, że się na kawałki nie rozpadnie na drodze, nie rozleci z trzaskiem jak rozbity wazon.
- Ale nie ma co patrzeć tylko już szybko wsiadać, wszystko solidne, bardzo dobrze zespawane - odpowiada z uśmiechem kierowca, jakby sam własnym słowom nie wierzył.
Kiedy już zabieramy się do ponownego upchnięcia się na naszych skrawkach siedzeń, podbiega do mnie pomocnik kierowcy - Madame - mówi - dyrektor celny chce się z Madame natychmiast porozmawiać.
Idę nie zwlekając i zachodzę w głowę, co może ode mnie chcieć malijski dyrektor celny! Przecież nie wwożę nie wiadomo czego, a z wszystkich rzeczy jakie mam, jako taką wartość ma jedynie aparat fotograficzny i tabletki przeciwmalaryczne.
Dyrektor wita się ze mną grzecznie, uprzejmie. Czysty jest taki i wymyty i pachnący, wypoczęty i elegancki, całkowite moje przeciwieństwo. Aż głupio czuję się z tym włosem moim rozwichrzonym, przepoconą koszulką i brudnymi spodniami.
- Czy Madame podróżuje tamtą ruiną do Sikasso?
- Tak, to mój pojazd.
Kusube, bo tak miał na imię, kręci głową, wzdycha i coś mruczy pod nosem, po czym wydaje dyrektorski rozkaz pomocnikowi kierowcy, który z zaciekawieniem śledzi przebieg wypadków.
- Przynieś mi natychmiast wszystkie bagaże Madame tutaj!
No chyba nie będzie mnie teraz przeszukiwał! - Ale dlaczego? Nie ma takiej potrzeby - protestuję.
- Proszę się nie obawiać. Ja nie mogę po prostu pozwolić aby Madame wjechała do mojego kraju takim czymś, taką zupełną ruiną, takim rupieciem zardzewiałym! Nie mogę i już! Pojedzie Madame ze mną moim służbowym mercedesem, to mój patriotyczny obowiązek, proszę nie odmawiać.
I tak oto z rozpadającego się na części burkińskiego autobusu, z tłoku, ścisku, przesiadłam się na wygodne...ach! co ja piszę! Na obrzydliwie wygodne, paskudnie komfortowe, ordynarnie przepastne siedzenie mercedesa i nawet nogi mogłam sobie bezwstydnie wyciągnąć.
Kusube spełnił swój patriotyczny obowiązek, a ja wreszcie dotarłam do Sikasso. Pokonanie 200km zajęło mi w sumie 12 godzin.

Wysłane przez aidni 05:51 Kategoria Mali

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Enter your Travellerspoint login details below

( What's this? )

If you aren't a member of Travellerspoint yet, you can join for free.

Join Travellerspoint