Travellerspoint Blogi z podróży

12 Dni w Burkina Faso - część 2

Moja podróżnicza codzienność w Afryce

sunny 40 °C

BOBO

W zatłoczonym hallu dworca ludzie niebezpiecznie zaczynają się pokładać na podłodze. Nie jest to dobry znak, jest to wręcz znak jak najgorszy. Przed oczami stają tanzańskie przygody z koleją i już nic innego nie potrafię z siebie wykrzesać jak tylko tragiczną perspektywę jakiegoś nieskończonego oczekiwania. Tym razem, dla domiany, wybraliśmy bowiem pociąg, który łączy Ouagadougou z Abijanem. Ale to już Wybrzeże Kości Słoniowej, aż tam się nie zapuszczamy. Może innym razem, teraz z biletami do Bobo Dioulasso siedzimy na czyichś dywanach pozwijanych w zgrabne rulony i czekamy, czekamy, czekamy. Nie żebyśmy tak sobie samozwańczo, tak bez zapytania usiedli, miejscowi sami nam zaproponowali widząc, że nie mamy na czym spocząć, gdy tu oczekiwanie na pociąg zaczyna się niebezpiecznie wydłużać, a czas zdaje się stanął w miejscu. Najpierw niby tylko pół godziny, ale zaraz robi się już godzina cała, a potem druga. Nagle tłum zrywa się na równe nogi i biegiem na peron. Ciasnota, przepychanki, czyjś łokieć w gardle. Tutaj nie ma już litości i zapraszania do wspólnego na dywanie siedzenia, tu jest walka wręcz o przyzwoite miejsca. Pchnięci potężną siłą napierającego tłumu, wśród płaczu dzieci i kobiecych krzyków, dopadamy pociągu. A tu niespodzianka. Bez najmniejszych kłopotów znajdujemy sobie wygodne miejsca przy oknie. Nie ma przedziałów, są tylko plastikowe, niebieskie ławeczki i wszystko do złudzenia przypomina nasze swojskie, polskie pociągi osobowe. Pociąg wcale nie tak aż jest zapchany jakby można było przypuszczać po ilości ludzi w hallu dworca i po tych niewyjaśnionych turbulencjach, w które wpadł tłum w drodze na peron. Skąd ta histeria? Do czego potrzebny był ten karkołomny pośpiech? Po cóż ta walka tak zawzięta, kiedy miejsc w bród dla wszystkich?
Gdy tylko wydostajemy się poza miasto krajobraz zmienia się nie do poznania. Tu zaczyna się Sahel. Pejzaż półpustynny, zakurzony, zapylony. Gaiki palmowe i mangowce, baobaby na wyschniętej na kość ziemi, spalona słońcem na wiór trawa i piach. Busz i pustynia wymieszane jak w mikserze. Z glinianych, kwadratowych chałupek wybiegają bose dzieci i gnają co sił w nogach potykając się o kamienie i krzaki, a wszystko to by pomachać podróżnym. Z wózków zaprzęgniętych do osiołków lub krów, owinięci w turbany lub kolorowe chusty, pozdrawiają nas mieszkańcy mijanych wsi. Gdy zaś zatrzymujemy się w jakichś większych miejscowościach niezmiennie i natychmiast rozgrywa się wspaniały, afrykański spektakl - handel okienny. Otwierają się okna pociągu jak podwieszona w teatrze kurtyna, wagon natychmiast wypełnia się kolorami, żywiołowymi okrzykami sprzedawców, tysiącem rozmaitych zapachów. Na tacach niesionych na głowach przez okiennych handlowców zaglądają do pociągu przysmaki, ciastka, domowe wypieki, owoce już obrane, poporcjowane, prażona w oleju kasawa i banany, chleb zwykły i kanapki z bagietki z farszem rybnym, warzywnym, mięsnym do wyboru. A tu już jajka na twardo z pikantnym sosem, a jeśli kto nie lubi to z solą i pieprzem. Dalej woda, soczki w woreczkach i domowej roboty napoje z hibiskusa i imbiru, wszystko schłodzone jak należy. O proszę, jeśli kto ma właśnie smak i apetyt większy może z okna sięgnąć po szaszłyki, pieczone kawałki kurczaka, albo po suszone mięso pokrojone na drobne kawałki. No i owoce, całe multum owoców, w wielkich niesionych na głowie koszach. Mango oczywiście wiedzie prym w tym korowodzie, ale są i banany i pomarańcze, a nawet zielone jabłka z importu, są melony różnych rodzajów, są awokado, ananasy i potężne papaje. Defiluje przed oknami prawdziwy pochód najróżniejszych smaków, przekąsek ogromne bogactwo, oszołamiających kolorów i zaczepnych uśmiechów. I tak jest w całej Afryce. Czy jedzie się pociągiem, czy autobusem, z okna można praktycznie kupić wszystko, przynajmniej do jedzenia. Jedyne, co może radość takiego okiennego kupowania skutecznie zepsuć, a wręcz nawet całą transakcję uczynić niemożliwą jest brak drobnych. Banknot o nominale 1000 CFA (franków zachodnioafrykańskich - ok. 2 USD) to największy i jedyny banknot jako tako jeszcze da się rozmienić, ale już 2000, 5000, a co dopiero 10000 CFA (odpowiednio 4, 10 i 20 USD) to są dla większości ludzi i okiennych handlowców całodzienne, a może i kilkudniowe dochody, więc po prostu nie mają z czego wydać. Ty zaś kliencie masz pieniądze, za które nic nie możesz kupić. Ale to jest Afryka. Tutaj zawsze znajdzie się ktoś, kto o nic nie proszony, nie zagadnięty nawet kupi człowiekowi upragnioną przekąskę, wodę czy inny napój, jeżeli tylko sam ma wystarczająco drobnych a jego sąsiad nie. Zrobi to zupełnie spontanicznie, o nic nie pytając, nie będzie nawet oczekiwał, że mu się te pieniądze odda lub kupi cokolwiek na następnej stacji. Bo Afryka taka już jest po prostu.
IMG_4048_bis.jpg
IMG_4040_bis.jpg
handel okienny

Opieram głowę o okno i zastanawiam się skąd ci ludzie biorą te wszystkie różności, jak im się to opłaca tak stać w buszu i wyczekiwać na pociąg, który przejeżdża tędy najwyżej cztery razy w tygodniu, a co jeśli z jakichś przyczyn pociąg nie przyjedzie? Czy jest tu gdzieś jakaś droga, gdzie sprzedać by mogli swoje towary pasażerom samochodów, autobusów i ciężarówek? Jak okiem sięgnąć tylko busz, busz i busz, daleko gdzieś malutka wieś, nasz pociąg, i kłębiący się wokół kolorowy tłum.
A skoro temat handlu sam nasunął się sam, to może jeszcze kilka o nim słów. Handel dominuje w Burkinie, jak zresztą w całej Zachodniej Afryce, detaliczny. Nie, detaliczny to złe słowo, to jest raczej mikro-handel, handel wręcz mikroskopowy, którego symbolem jest mały, plastikowy woreczek. Rzadko kto ma tu bowiem większy pieniądz jakiś, rzadko kto ma kieszeń wypchaną grubszą jakąś gotówką. Żyje się z dnia na dzień z kilkoma miedziakami w ręku. Za co więc kupić kilogram cukru? Czym zapłacić za worek ryżu? Skąd wziąć fundusze na opakowanie herbaty czy kawy, albo butelkę wody, gdy pragnienie ściska? Wszystko to za drogie dla przeciętnego Afrykańczyka, dlatego też by temu zaradzić wymyślił on rozwiązanie zadziwiająco proste, a w tych warunkach sprawdzające się doskonale - mikro-handel woreczkowy. W małych, plastikowych woreczkach sprzedaje się na ulicy wszystko, dosłownie wszystko. Malutkie porcyjki cukru, herbaty i kawy rozpuszczalnej, tak by na jedną starczyło szklaneczkę, są małe paczuszki orzeszków ziemnych i innych, są owoce pokrojone w kawałeczki tak by było co na ząb położyć, są bananowe chipsy w torebeczkach różnych rozmiarów, za 25, 50 i 100 franków (20, 40 i 80 gr), są placuszki i ciasteczka domowej roboty i ryż i makaron, olej nawet, tak by na jeden obiad starczyło... a wszystko to oczywiście w małych, plastikowych woreczkach. Jest nawet woda z kranu, którą tu wszyscy piją, także z plastikowych woreczków, są domowej roboty napoje chłodzące z hibiskusa i imbiru, ale w woreczku można kupić także kilka łyków coca-coli, fanty, a nawet gorącą herbatę czy kawę z mlekiem! Oczami wyobraźni widzę jak co dzień w domach woreczkowych handlowców, jak w jakiś mikro-manufakturach, trwa pakowanie tych wszystkich różności, zwinne na supełki zawijanie foliowych torebeczek, porcjowanie, segregowanie. Rzecz to zupełnie niezwykła i typowo afrykańska. Niektórzy producenci wyszli naprzeciw zapotrzebowaniu klienteli na miko-porcje i także zaczęli produkować malutkie paczuszki ciasteczek, gum do żucia, kawy i herbaty, ale nawet te sprzedawcy potrafią podzielić na jeszcze mniejsze. Rozlewnie filtrowanej wody widząc, że tę w butelkach kupują wyłącznie turyści, również na szeroką skalę rozpoczęli produkcję taniej wody pitnej w plastikowych, kwadratowych woreczkach. Odrywa się zębami dowolny rożek i pije zupełnie fajnie i całkiem wygodnie. Tak polubiłam tę wodę z woreczka, tak spodobało mi się to afrykańskie zamiłowanie do mikro-porcji, że zaczęłam zbierać wodne woreczki ze wszystkich odwiedzanych miejsc. Kolekcja szybko rozrosła się do pokaźnych rozmiarów, nadymał się przewodnik, w którym je przechowuję, że aż objętość swą podwoił zupełnie jakby się wody z tych woreczków opił.
Stoliczek malutki i krzesełko, kilka otwartych paczek papierosów sprzedawanych na sztuki, kilka woreczków z przekąskami, kilka z wodą w przenośnym pojemniku, albo przekąski i woda zaglądające do autobusu z czyjejś głowy - oto afrykański sposób na mikro-biznes, na z dnia na dzień przetrwanie.

Bobo Dioulasso w nocy jak i za dnia jest mieścinką uroczą. Jej wielkim, bijącym żwawo sercem jest potężny plac targowy ogrodzony wysokim murem i zadaszony materiałem wszelakim, podług uznania i zasobności straganiarzy. Życie płynie wartkim strumieniem także na otaczających targ ulicach. Wszystkie chodniki gęsto zastawione towarem więc iść i tak trzeba po ulicy.
Jeśli uda ci się podróżniku szczęśliwie przedrzeć przez wąskie targowe ścieżki i podążysz dalej na południe zakorkowaną i ciasno obstawioną straganami ulicą, trafisz na plac miejski, a stąd już rzut beretem do największego skarbu, który skrywa Bobo Dioulasso, wystarczy skręcić w lewo, przejść kilkadziesiąt metrów... i jest! Jest, stoi oto przed tobą pierwszy w życiu, na własne oczy ujrzany, prawdziwy, sahelski meczet. Podnieś wysoko głowę, by w pełnej krasie zobaczyć jego wysoki minaret, podejdź blisko, dotknij ręką niezwykłych murów, by uwierzyć, że to, co masz właśnie przed oczami to nie miraż, nie złudzenie, że ta niezwykła budowla jest prawdziwa i jak najbardziej rzeczywista. Bo czy widziałeś kiedyś coś podobnego? Całość zbudowana jest jedynie z ziemi i gliny, jakimś sposobem bielona, choć koloru bardziej blado-beżowego niż białego. Za wysokim na jakieś 3 m murem wysoko pnie się minaret przypominający ostrosłup bardzo niedoskonały, powoli zwężający się ku górze z każdym metrem. By całą tę nadzwyczajną konstrukcję jakoś utrzymać, skonsolidować i utrwalić, użyto belek, ogromnej ilości drewnianych belek. Są one szkieletem całego meczetu, ale także jego największą ozdobą. Ich końce bowiem wystają z murów symetrycznie, w równoległych rzędach. Cały meczet naszpikowany jest nimi jak kolcami jeż. Efekt jest piorunujący, zachwycający, nic tylko dosłownie siąść z wrażenia. Siąść i patrzeć godzinami. U stóp meczetu siądziesz nie tylko ty, siedzą tu także islamscy mędrcy w białych szatach, w cieniu drzew, czytają koraniczne sury. Niewierni oczywiście meczet podziwiać mogą tylko z zewnątrz lub za jakąś bajońską sumę wybrać się tam z przewodnikiem. Wobec powszechnego w Afryce braku pieniędzy, nawet bardzo sztywny w swych doktrynach islam idzie jednak czasem na małe ustępstwa.
Ciekawość pcha nas by zajrzeć do środka. Wobec naszych szczupłych budżetów nie pozostaje nic innego jak udawać muzułmanów z Ameryki. Zadanie mamy ułatwione, ponieważ Benjamin dwa lata studiował arabski w Kairze i radzi sobie doskonale, no i obyczaj muzułmański też ma świetnie opanowany. Ale co ze mną?
- Pogadamy z imamem i zobaczymy - mówi Benjamin, zdecydowany i całkowicie przekonany do podjęcia tego trochę szalonego kroku.
Imam na widok amerykańskiego muzułmanina, płynnie mówiącego po arabsku i recytującego koraniczne sury z pamięci, chyba nawet diabła wpuściłby do swojej świątyni z tej wielkiej radości. Poszło więc gładko jak po maśle, aż sami się zdziwiliśmy, szeroko buzie pootwierali pochowani w cieniu mędrcy, grymas zawodu przemknął przez twarze polujących na turystów przewodników. Oto amerykański muzułmanin i jego niewierna koleżanka przekraczają próg najświętszego meczetu w Burkina Faso. W środku las kolumn podpierających drewniany, niski strop. Porozkładane gęsto modlitewne dywaniki na nierównej podłodze. Ciasno, wąsko i krzywo. Widać nawet okiem niewprawnym, że próbowano już budowlę na wszelkie sposoby jakoś ratować, wzmacniać, prostować, cóż jednak można zrobić, gdy budulec, z którego ją wzniesiono nietrwały jest z zasady i tymczasowy w swej istocie.
Imam uprzejmy jest niezwykle i tak Benjaminem zachwycony, że oprowadza nas po wszystkich zakamarkach, pokazuje gdzie daje nauki wiernym, gdzie muezin wyśpiewuje modlitwy, zaprowadza nas nawet na dach, lecz ten tak jest nagrzany, że zwiedzamy go dosłownie w podskokach. Na koniec pobożnie się kłaniając dajemy imamowi skromny datek, zgodnie z muzułmańskim obyczajem, a na Benjamina u wrót świątyni czekają już ciekawscy, bo plotka szybko się po okolicy i rozniosła. I tak oto, trojańskim sposobem, zwiedziliśmy ponoć najstarszy sahelski meczet w całej Zachodniej Afryce. Ale poszło tak gładko być może dlatego właśnie, że to islam murzyński, murzyńską szczerą naturą przesiąkły do szpiku, nie tak radykalny jak w państwach arabskich, a raczej łagodny i z wesołym obliczem. Kobiety tu nie chodzą w hidżabach, nie zakrywają twarzy czarną chustą. Skądże znowu! ramiona często odsłaniają zalotnie i z dumą pokazują światu świeżo zaplecione treski i warkoczyki. Ulice są pełne kobiet, kobiety pracują i stroją się w szalone kolorowe pagne [czyt. pań, rodzaj kobiecego stroju złożonego z długiej spódnicy zawiązywanej na biodrach i bluzeczki, najczęściej przylegającej mocno do ciała). Nikt tu nikogo nie próbuje nawracać, a kościół stoi sobie ledwie kilka przecznic dalej. Z różnorodności ludzie mają tutaj radość, inność rozpala ich ciekawość. Kiedy więc ganiam wokół meczetu z aparatem, mędrcy odrywają oczy od świętego Koranu by mnie pozdrowić, zamienić kilka zdań, poczęstować herbatą, uścisnąć dłoń.
IMG_4080_bis.jpg
IMG_4074_bis.jpg
IMG_4055_bis.jpg
stary meczet w Bobo Diuolasso

Obok meczetu stara dzielnica Bobo Dioulasso. Wąskie uliczki, niskie domki zachęcają by zboczyć z głównego traktu. Nim jednak człowiek zdąży o tym pomyśleć, taką opcję w ogóle rozważyć już ma wokół licznych samozwańczych przewodników i mężczyznę z biletami wstępu, już jest osaczony, za rękaw szarpany, do zwiedzania przymuszany. Jak dla mnie reakcja może być tylko jedna : odwrócić się na pięcie i szukać takich miejsc, gdzie odkrywać można samemu, gdzie wykoślawiona, afrykańska turystyka nie zapuściła jeszcze swoich macek. Tak trafiam do nowego meczetu i jego pełne uroku okolice. Zapuszczam się w uliczki, gdzie swe towary rozłożyli zielarze, kupuję kokosa u obnośnego sprzedawcy, krążę między straganami warzywników, wymieniam z ludźmi grzeczności i z radością przyjmuję zaproszenie na miętową herbatkę. Słońce delikatnie przenika przez płócienne zadaszenia nad targowymi stoiskami, w powietrzu unosi się zapach ziół, owoców, skądś dochodzi woń właśnie przygotowywanego sosu z orzeszków ziemnych, skwierczą na głębokim oleju prażone kawałki kassawy i banany. I choć nie odkrywam niczego nowego, nie siadam oszołomiona przed fantastyczną jakąś budowlą, nie podglądam żadnego tajemniczego plemienia, to jednak jestem tu i teraz, jestem tam, gdzie bije serce Afryki.
IMG_4109_bis.jpg
lokalny targ w Bobo Dioulasso
IMG_4103_bis.jpg
dziewczynka spotkana na targu

KIERUNEK BANFORA
Jadę wśród potężnych, tłustych i grubaśnych baobabów, jadę wśród mangowych gajów. Droga wcale nie jest trudna i jak na trakt piaszczysty niespecjalnie wyboista. Jadę na rowerze, który mając na uwadze burkińskie standardy mechaniczne, jest całkiem przyzwoity. Jadę pedałując bez pośpiechu, jadę z Banfory nad jezioro Tangrela. Po drodze mijam liczne wioski, mijam kobiety z wielkimi koszami mango na głowach zdążające na targ, mijam dzieci grające w piłkę zrobioną z plastikowych worków. U mych stóp soczyście czerwona, afrykańska ziemia, wokół zieleń wszystkich chyba możliwych odcieni.
Po prawie dwóch tygodniach wspólnego podróżowania z Benjaminem, znów jestem sam na sam z Afryką. Jest wielka radość w dzieleniu się własnymi spostrzeżeniami, refleksjami, doświadczeniami, jest wielka radość w słuchaniu cudzych opowieści, patrzenia na świat czyimiś oczami, jest wielka radość ze wspólnego przeżywania, poznawania i odkrywania, ale chyba tylko samotne podróżowania pozwala człowiekowi nawiązać prawdziwie intymny kontakt z otaczającym go światem, pozwala na tę zupełnie niezwykłą bliskość, na tę całkowitą wzajemną otwartość. Patrząc z perspektywy na wszystkie moje dotychczasowe podróże, dochodzę do wniosku, że tylko przemierzając świat w pojedynkę człowiek otwiera się w pełni na drugiego człowieka, tylko wtedy prawdziwie przesiąka tym, co go otacza, tylko wtedy wypływa na szeroki ocean bez koła ratunkowego pod pachą, w zanadrzu. I choć na początku mojej afrykańskiej drogi ta samotność uwierała, bolała, ciążyła jak kula u nogi, z czasem stała się jednak moim sprzymierzeńcem w odkrywaniu Czarnego Lądu. Polubiłam ją, uśmiechnęłam się do niej, wyciągnęłam ku niej przyjacielską dłoń, a ona paradoksalnie przełamała mój strach, pokonała moją nieufność, zdławiła moje lęki i obawy, całkowicie zwyciężyła mą podejrzliwość. Samotność prawdziwie otworzyła przede mną Afrykę.
A dziś dodatkowo cieszę się wolnością, którą daje własny pojazd, choćby i tak lichy jak burkiński rower. Zatrzymuję się tam, gdzie tylko mam ochotę, tam, gdzie urzeknie mnie krajobraz, gdzie ktoś zaprosi na herbatkę lub wesoło pozdrowi. Przyspieszam, gdy na drodze marudzi umęczony swym ciężkim wózkiem osiołek lub kobiety idące na targ z całą masą towarów na głowach, zwalniam, gdy stado krów przechodzi niespiesznie z jednego pastwiska na drugie, w poszukiwaniu smaczniejszej trawki. Gdy docieram nad jezioro okrążam je łukiem, nisko głowę schylając w mangowych sadach. Zatrzymuję się by zebrać kilka owoców, ucinam sobie pogawędkę z właścicielem kilku małych, murzyńskich chatek, które nad samym brzegiem jeziora wynajmuje turystom. Tak mnie urzekła ta swoboda, tak oszołomiła mnie ta wolność, że nie pomna zmęczenia w nogach pedałuję dalej. Opuszczam wioski i żegnam baobaby, znów przejeżdżam przez Banforę, która jest malutkim, sympatycznym miasteczkiem tonącym teraz we wszystkich odcieniach żółci i pomarańczy wspaniałych, dorodnych owoców mango, które wesołe przekupki sprzedają wzdłuż chyba wszystkich ulic i na wszystkich chyba straganach. W Burkinie przywitał mnie bowiem mangowy sezon w pełni.
Jadę drogą wyjazdową, która łączy Banforę z Bobo Dioulasso, a gdy już dosyć mam samochodów i wyprzedzających mnie autobusów i ciężarówek, zbaczam nad w ostatnie chwili zauważone jezioro. U jego brzegu mężczyźni przygotowują cegły z piasku, powszechnie tu używane do budowy domów, jest spokój, jest cisza, jest cień rozłożystego jakiegoś drzewa, a ja siadam z mym rowerkiem przy samej wodzie.
Jak ja pokochałam to moje tułacze, afrykańskie życie, co tak płynie sobie spokojnie i takie jest proste jakoś i naturalne. Jak ja pokochałam to moje wędrowanie z miejsca na miejsce, tę przestrzeń wokół i tę wielką kopułę niebieskiego nieba nad moją głową. Jak ja pokochałam tę wolność w sercu, ten wielki, szeroki świat stojący przede mną otworem i ten zupełnie mały, zamknięty w moim plecaku, te gorące promienie słońca na mojej twarzy i tę czerwoną ziemię rozpostartą u moich stóp. Pokochałam tę zieleń wielkich drzew mangowych i pól, ten bezkresny busz i te niezwykłe, opasłe baobaby. Jak ja pokochałam to roześmiane murzyńskie buzie, ten wspaniały murzyński lud, tę Afrykę, którą już mam w sobie i tę która wciąż jest wokół mnie.
Czasami wieczorem zaglądam w paszport. Strony gęsto już opieczętowane przez różnych, afrykańskich pograniczników i oklejone wizami przez ambasady. To chyba najcenniejsza rzecz jaką mam ze sobą. Bez paszportu nie mogłabym podróżować, podglądać świata, smakować Afryki. Taka niepozorna książeczka, kilka kartek i okładka i niespecjalnie udane zdjęcie, a otwiera przede mną świat, burzy granice. Taki ważny dokument, a tak niewiele mówi o mnie, nic prawie, jakby należał do zupełnie innego człowieka. Za każdym razem, gdy wjeżdżam do nowego kraju i patrzę jak pieczołowicie urzędnik graniczny spisuje moje dane, jak każdą stroniczkę z namaszczeniem przewraca, jak każdą z bliska ogląda pieczątkę, tak jakby ta Ola z paszportu bardziej była prawdziwa niż ta stojąca przed nim. Aż mam zawsze ochotę zawołać, krzyknąć:
- Panie urzędniku! Na nic pana wysiłek! Wszystko na nic! Wszystko to nieważne i nieprawdziwe!
mój zawód: prosty nomada
narodowość: afrykańska, murzyńska, choć skóra białością straszy
obywatelstwo: jak wszyscy ludzie, jestem dzieckiem świata
IMG_4137_bis.jpg
chłopcy znad jez. Tangrela, mój burkiński rower i ja
IMG_4155_bis.jpg
kolory Afryki - droga do jez. Tangrela

Gdy wieczorem popijam herbatkę w moim ulubionym kafetariacie w Banforze, zjawia się Abdulaj na swojej motorynce.
- Chodź, pojedziemy na koncert tradycyjnej muzyki burkińskiej!
Dlaczego nie? Abdulaj znalazł mi tani hotelik, a dokładnie prościutki pokoik w jakiejś placówce ministerstwa infrastruktury, skądś wytrzasnął dla mnie również tani i, co nie mniej ważne, sprawny rower, więc może i koncert wyniuchał jakiś ciekawy. Jedziemy ciemnymi uliczkami, co chwila zatrzymując się by założyć ciągle spadający łańcuch. Na przedmieściach ludzie palą śmieci ogromne piętrząc ogniska i posyłając w atmosferę potężne kłęby cuchnącego dymu. Zajeżdżamy do chyba najbardziej wytwornego lokalu w miasteczku. Jest bar w europejskim stylu i stoliki pod palmową strzechą. Tylko scena jakaś pusta i nie zanosi się by miała się szybko zapełnić burkińskimi artystami. Z głośników leci Shakira i dyskotekowa łupanka z Wybrzeża Kości Słoniowej.
- Zespół dziś nie wystąpi - oświadcza bez przekonania właściciel lokalu - bo nie ma turystów, a przecież dla miejscowych nie będą grać.
Faktycznie jestem jedyną białą głową w całym lokalu i tak zresztą świecącym pustkami. Abdulaj przeprasza gęsto, dwoi się i troi, by mi jakoś tę stratę wynagrodzić. A ja przecież cieszę się, że mnie ominęła jakaś szopka w przebraniu tradycji, pod pozorem kultywowania i promowania tutejszej kultury. Ja chcę zobaczyć Afrykę taką, jaką jest, codzienną, zwykłą, prawdziwą. Z Shakirą i dyskotekową łupanką z Abijanu, w dżinsach i t-shircie, wolny czas spędzającą przy piwku. Rozczarowani? Ależ nie ma czym. Afryka taka jaka jest, zwykła i bez fajerwerków, naturalna i prostoduszna, naiwna i czasem kiczowata, wspanialsza jest niż wszelkie nasze oczekiwania i w zaciszu europejskiego domu budowane wyobrażenia.

Tak oto upłynęło mi 12 dni w Burkina Faso. Dni zwykłych, prostych, afrykańsko codziennych. Plecak ciasno spakowany zarzucam na ramiona, żegnam się z Bobo Dioulasso kochanym miasteczkiem, okulary przeciwsłoneczne na nos, chustka na głowę, czas jechać do Mali.
IMG_4165_bis.jpg
chłopiec z Banfory

Wysłane przez aidni 05:32 Kategoria Burkina Faso

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Enter your Travellerspoint login details below

( What's this? )

If you aren't a member of Travellerspoint yet, you can join for free.

Join Travellerspoint