Travellerspoint Blogi z podróży

Benin - część 5 - W krainie ludu Somba

Trasa: wjazd 30.03.09, wyjazd 6.04.09 - Ouidah - Abomay - Natitingou - Boukoumbe (Somba country) - przejście graniczne Porga

sunny 40 °C

W KRAINIE LUDU SOMBA

W krainie ludu Somba jest mangowców wiele. W krainie jest mangowców prawdziwe zatrzęsienie. Słodkimi ich owocami usłane są w wioskach ścieżki, żółtym dywanem przykryte są pola i placyki, spadają mango jak pociski z gęstych, nieprzeniknionych czeluści potężnych, mangowcowych koron. Mango na śniadanie, mango na obiad i na kolacje, zupełnie za darmo. Wystarczy za próg wyjść i zbierać, albo pod drzewem usiąść i ręką sięgać, rękę zapuszczać w zielone liście. Duże, małe i średnie wszelkich gatunków i smaków, przeróżne. Mango nad głową, mango pod stopami, mango pełne garści i plecak. W krainie Somba zajadam się mango bez pamięci, bez hamulców, bez żadnych ograniczeń, tak długo jak pojemność żołądka pozwala, a nawet gdy ten trzeszczy już w posadach żałuję, że nie jest większy, by wszystkie mango z krainy Somba w nim pomieścić. Serce pęka na widok tych pysznych owoców rozdeptanych lub rozjechanych na drodze, całymi setkami, tysiącami! Serce pęka gdy patrzy się jak gniją i stają się pożywką wszelkiego afrykańskiego robactwa. Serce pęka na widok tego mangowego marnotrawstwa. Bo przecież mango to król afrykańskich owoców, a może i król owoców w ogóle...przynajmniej dla mnie. Ścieka słodki sok z moich warg, lepią się ręce, w krainie ludu Somba znalazłam mój afrykański, mangowy raj.
Ale mango to nie jedyne przysmaki, które tu spadają z nieba. Gdy miejscowi znudzą się już ich słodkim smakiem sięgają wysoko po małpi chleb, czyli owoce baobabów. Te rozmiarów są całkiem znacznych i w twardej, zielonej występują skorupce, która służy także do wyrabiania tradycyjnych grzechotek. Owoc baobabu rozbija się energicznie o kamień, a wtedy rozpada się on na dwie części. W środku zaś biały proszek posklejany w grudki, smak ma słodko-kwaśny i rozpływa się w ustach jak cukierek. By jednak doznać prawdziwej smakowej odmiany trzeba poszukać drzewa serowego. Nie jest one tak pospolite jak wszędobylskie tu mangowce, ani tak charakterystyczne i z daleka widoczne jak baobaby, warto się jednak trochę potrudzić i poszukać, bo ich owoce to prawdziwa uczta jeśli się dawno, dawno nie miało w ustach sera. Drzewo serowe w samo w sobie niczym szczególnym się nie wyróżnia poza tym, że okrutnie jest wysokie i by owoców jego sięgnąć trzeba długaśnego kija. Skrywa swoje skarby przed amatorami sera w kraju, gdzie poza mlekiem w proszku innego nabiału nie sposób dostać. Kształtem przypominają figi, koloru są zaś czerwonego. Gdy dobrze dojrzałe pękają na cztery równe części jakby wypluwając z siebie, z czterech zamkniętych w środku, kruczo - czarnych nasion, biało - beżową substancję. Ta twardnieje i zupełnie jak nie ser chrupiąca jest i niesoczysta wcale. Jeśli jednak zamknąć oczy i w dodatku kawałek chleba mieć w ręce to uwierzyłby człowiek prawie, że ma w ustach kęs goudy albo ementalera. Warto przyjść więc pod serowe drzewo z rana, z kubkiem herbaty i bułkę jaką, na śniadanie mieć swojsko jak w domu, a przed oczami Afrykę jak z dziecięcych marzeń, Afrykę żywcem z wyobraźni wyjętą, Afrykę jak z obrazka.
IMG_3943_bis.jpg
owoc baobabu

Jeszcze do niedawna bowiem kobiety z plemienia Somba nosiły spódnice niczym nie zakrywając piersi, a i mężczyźni tradycyjny przywdziewali strój i chociaż dziś plemienny obyczaj zdradzili dla bezdusznych dżnisów i t-shirta, dalej życie wiodą proste, rolnicze jak przed setkami lat i tradycyjne zamieszkują domostwa. A nic innego jak właśnie architektura uczyniła plemię Somba sławnym w całej Afryce Zachodniej. Bo choć podobnie jak wiele innych zbudowano je z ziemi, gliny i strzechy, to jednak domostwa ludu Somba są zupełnie wyjątkowe. Często piętrowe, z zewnątrz przypominają miniaturowe fortece. Za wysokim murem kryje się mały dziedziniec, a wokół niego niewielkie izdebki, koliste w kształcie. Na górę wchodzi się po schodach zrobionych z grubej gałęzi, w której wykrojono wąskie stopnie, bardzo wąskie bo ledwie mieszczą się na nich palce. Po Somba schodach wchodzi się jak po drabinie. Na niewielkim półpiętrze, w małym, glinianym tukulu wiaderko z wodą i pół plastikowej butelki, służącej za polewaczkę. Tak bowiem wygląda prawdziwy afrykański prysznic. Bieżąca woda dostępna jest w czarnej Afryce rzadko, najczęściej jedynie w dużych miastach i to przeważnie w hotelach nastawionych na przybyszów z Zachodu. Tu na prowincji, na prawdziwej afrykańskiej wsi, jest wiadro i kubełek - polewaczka i już.
Z Somba łazienki na pięterko prowadzą kolejne Somba schody. Na ciasnym balkoniku stoi spiżarka kryta strzechą, a wokół kolejne trzy tukule (okrągłe chatki) - sypialnie. Do każdej z nich wchodzi się przez niewielki otwór drzwiowy (wysokości najwyżej metra) ale jak! Znów po Somba - schodkach w dół!!! Tak! Ponoć to dlatego, by śpiących chronić przed wężami, szczurami i innymi nieproszonymi, nocnymi gośćmi. Rozkładamy się z Benjaminem (amerykańskim podróżnikiem, którego poznałam w hotel Monsieur la Lutta w Abomay) na śpiworkach, na balkoniku naszego Somba - hoteliku - fortecy. Sypialnię wybraliśmy oczywiście tę na samej górze, a i tak większość nocy spędzamy pod gwieździstym niebem, wsłuchując się w nieprzeniknioną ciszę, którą tylko czasem mąci wiatr buszujący w koronach mangowców.
IMG_3921_bis.jpg
nasz Somba hotelik
IMG_3947_bis.jpg
tu powstają blogowe opowieści
Zasypiamy twardym snem, sama nie wiem kiedy, bo droga do krainy Somba była długa i to wcale nie dlatego, że z Abomay jest tu jakoś szczególnie daleko. W Afryce odległość mierzy się nie w kilometrach, a w godzinach spędzonych w autobusach, minibusach, zdezelowanych publicznych taksówkach i czym tam jeszcze. W Afryce kilometr kilometrowi nierówny, trzeba uzbroić się w cierpliwość i nauczyć czekać i to czasem całą wieczność.
Kraina ludu Somba z resztą kraju połączona jest fatalną drogą wiodącą do jedynego na północy Beninu większego miasta o niewdzięcznej nazwie Natitingou (czyt. natitęgu). Daję się namówić na nieco komfortu i docieram tu wraz z Benjaminem funkiel nówka, chińskim autobusem. Jest wygodnie owszem, klimatyzacja działa, nawet telewizor jest i spokój i mnóstwo przestrzeni, ale jakoś tak bezdusznie, bez koloru, bez atmosfery, bez lokalnego nastroju. Takie Afryki oglądanie przez szybę, jak w jakiejś kapsule nikomu niepotrzebnego bezpieczeństwa - nie dla mnie. Dlatego z radością odkrywam, że do wioski Boukoumbé (czyt. bukumbe) dojechać można tylko do granic wypakowanym Afryką minibusem. By ten się jednak po brzegi wypełnił czekać trzeba długie godziny. I tak choć dotarliśmy do Natintingou ok. 14.00 to wydostać się stąd zdołaliśmy dopiero o 19.00! Nie wystarczy bowiem pasażerów zebrać i upchać ciasno w środku, trzeba jeszcze na dach wrzucić ich bagaże i w dobrze zbalansowany poukładać stosik. A Afrykańczycy jeśli się już gdzieś przemieszczają to chyba z całym swoim dobytkiem. Czegóż to nie ma na tym dachu! Są krzesła, stoły, nawet szafki, ciuchami po brzegi wypchane, wielgachne torby, są kosze z warzywami i owocami, jest rowerów para, są miski i wielkie garnki, są skrzynie metalowe i drewniane, są nawet zwierzęta w klatkach z patyków. W jednej z nich smutny piesek, błędnie patrzący w jakiś odległy punkt, z pokorą znosi całe zamieszanie i swój prawdziwie pieski, okrutny, afrykański los. Są kury i koguty, które bez litości wiąże się tu za nogi sznurkiem i wpycha w ciasne szpary między walizkami i tobołkami. Są w końcu nad kabiną kierowcy dwie kozy, również przywiązane do dachu. Całą drogę towarzyszy nam ich przeraźliwy krzyk i lament. Czy tak bardzo cierpią, czy też tak bardzo się boją, ciężko zgadnąć, nie ma jednak nic bardziej chwytającego za serce jak kozia rozpacz, bo brzmi ona w uszach człowieka jak płacz katowanego dziecka. Nie jest łatwo być zwierzęciem w Afryce.
IMG_3916_bis.jpg
w drodze do krainy Somba
Docieramy na miejsce, gdy noc jest już czarna. Jedyną latarnią jest tu księżyc, a i bez niego Afrykańczycy radzą sobie świetnie, bo prawdziwie tajemną posiedli, kocią jakąś zdolność widzenia w ciemnościach.
Właściciel naszego Somba - hoteliku - fortecy idzie sobie spokojnie, płynnie, a my z naszymi latarkami co chwila potykamy się o coś, na jakimś rozdeptanym mango się ślizgamy, to znów wpadamy w jakąś dziurę cudem unikając fikołka. Taka proszę państwa różnica między białym a czarnym człowiekiem.
Słońce wysoko już na niebie żar swój wylewa hojnie na ziemię. W małej Somba zagrodzie mężczyźni upajają się piwem z prosa pociągając je wprost z miseczek zwanych tu calebasse (czyt. kalebas). Miseczka wędruje z rąk do rąk i każdy jednorazowo ma prawo jeden pociągnąć łyk. Afrykańskim zwyczajem witamy się wylewnie pytając o żony, dzieci, rodziców, kozy i upewniwszy się, że u każdego z panów wszystko w jak najlepszym porządku, z miejsca zostajemy zaproszeni do degustacji. Napój piwem jest tylko z nazwy i alkoholowej mocy, smakuje bowiem raczej jak sfermentowana woda z jakąś brunatną zawiesiną. Grymasić jednak nie wypada więc popijamy z uśmiechem. Posługując się uniwersalnym językiem rąk i łamaną francuszczyzną, tak by panowie mogli nas zrozumieć, nawiązujemy nawet wesołą konwersację. Mężczyźni opowiadają nam o tym jak to piwo się wyrabia, pokazują spiżarkę, gdzie fermentuje i gdy atmosfera jest naprawdę rozluźniona i wesoła zjawia się facet w czerwonej koszulce i z miejsca wszystko psuje.
- Nie macie prawa tu być! Nie macie prawa wałęsać się po wioskach bez przewodnika, musicie zapłacić karę!
Wymieniam z Benjaminem jedynie porozumiewawcze spojrzenie, oboje wiemy co się święci, nie pierwszy to raz i nie ostatni, kiedy na naszym afrykańskim szlaku staje wróg numer 1 - niechciany przewodnik, przewodnik z przymusu.
Natrętni jak muchy, wszędobylscy, do bólu nachalni, każdą odmowę ignorując potrafią za człowiekiem chodzić, truć, głowę zawracać i na próbę najwyższą wystawiać nerwy i cierpliwość. Lubią straszyć, a to kradzieżą, niebezpieczną dzielnicą, skorumpowaną policją, nawet napadem zbrojnym i wyimagowanymi bandytami, tym, że sklepikarz ceny zawyży bośmy biali, tym, że hotel, do którego idziemy, brudny i zaniedbany, albo nawet spłonął i go zamknęli! Wszystkie metody są dobre byle tylko trochę na białym człowieku zarobić. Nie ma na nich rady, trzeba po prostu przywyknąć, zaakceptować, z uśmiechem w nieskończoność odmawiać, bo to element afrykańskiego pejzażu i już.
Facet w czerwonej koszulce szacunkiem cieszy się wśród pozostałych panów pewnie dlatego, że w sezonie pracuje z turystami i jak na benińskie warunki zarabia całkiem nieźle. Wszyscy więc milkną i nikt z miejscowych nawet nie próbuje z nim dyskutować. Próbuję tylko ja.
- Ale co też pan opowiada?! Przecież nigdzie nie jest napisane, że do chodzenia wytyczonymi ścieżkami przez wioski potrzeba przewodnika - tłumaczę łagodnie. Nic z tego. Facet w czerwonej koszulce zły jest i niezadowolony, nadąsany nie na żarty. Dzwoni do naszego Somba hotelarza, a gdy ten się w końcu zjawia, robi mu awanturę, że nas z samego już rana nie zaprowadził do przewodnickiej siedziby. Jakieś zamieszanie, kłótnia jakaś straszna. Wstajemy i grzecznie się ze wszystkimi żegnając po prostu odchodzimy, nie zważając przy tym wcale na protesty i nawoływania niezadowolonego przewodnika, który przełknąć nie może, że w okresie turystycznej suszy wymknęły mu się dwie grube ryby.
Turystyka w Afryce przybiera czasem wypaczoną formę. Nieraz człowiek czuje się osaczony, nieraz przeklina pod nosem, gdy odpędzić się nie może od wszelakich, ulicznych natrętów. W białym człowieku każdy tu widzi worek pieniędzy, a bo i większość przybyszów z Zachodu to ludzie majętni, szastający pieniędzmi na lewo i prawo, Afrykę oglądający zza szyby klimatyzowanych jeepów. Zdziwienie budzi widok białego człowieka w wypchanym do granic, publicznym autobusie lub jedzącego kolację u ulicznej kucharki. Niskobudżetowy podróżnik to w Afryce zjawisko wciąż rzadkie i niezrozumiałe.
Nie umilkły jeszcze krzyki i pogróżki za naszymi plecami, gdy przechodząc koło ogromnego baobabu zauważyliśmy odpoczywającą kobietę. Półnaga zajada się małpim chlebem. Na nasz widok energicznie rozbija jeden z owoców o kamień i z uśmiechem dzieli się nim z nami.
Niech cię pozory nie zwiodą podróżniku! Choć spokojnie przejść nie możesz ulicą, choć bezustannie ktoś ciągle czegoś chce od ciebie, a to coś sprzedać, a to wcisnąć ci zwinnie jakąś wycieczkę, albo po prostu z nudów pogadać, Afryka znacznie więcej da ci w jednej chwili niż kiedykolwiek będziesz jej w stanie odpłacić.
IMG_3929_bis.jpg
IMG_3931_bis.jpg
wies Boukoumbe w krainie Somba

Wysłane przez aidni 12:38 Kategoria Benin

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Enter your Travellerspoint login details below

( What's this? )

If you aren't a member of Travellerspoint yet, you can join for free.

Join Travellerspoint