Travellerspoint Blogi z podróży

Benin - czesc 3 - Dahomej

sunny 35 °C

Krol nigdy nie spluwal na ziemie. Ksiezniczka najwyzszego rodu, ubrana w odswietny stroj, nie opuszczala go na krok w rekach niosac krolewska spluwaczke, ktorej zawartosc co wieczor zakopywala po odprawieniu odpowiedznich rytualow.Krol nigdy ziemi nie mogl dotknac. Kiedy sie myl zakladal drewniane sandaly na grubej podeszwie i siadal na wysokim taborecie. Krol w ogole rzadko stapal po ziemi, nawet najmniejsze odleglosci pokonywal niesiony w bogato zdobione zlotycm haftem lektyce. Ziemia byla krola niegodna.
Na zupelnie dzis opustoszalych, rozleglych dziedzincach krolewskich palacow, goracy wiatr unosi w powietrze tumany kurzu. Szumia rozlozyste mangowce, spiewaja cicho ptaki. Zza wysokiego muru niesmialo zagladaja pomruki i halasy miasta. Zycie wyprowadzilo sie z krolewskich komnat, dziedzincow i komnat, nikt juz dzis nie sklada holdu krolowi wielkiego Dahomeju. A bylo to przeciez jedno z najpotezniejszych mocartsw, jakie widziala w swych dziejach Afryka. Oto jego fascynujaca historia.

Wszystko zaczelo sie w 1645 roku. Gleboko w sercu dzisiejszego Beninu, tam gdzie nie widac juz oceanu, ani nie slychac szumu jego poteznych fal, tam gdzie roslinosc juz nie tak bujna, a powietrze na wior wysycha w palacym sloncu, tam wlasnie w sile roslo miasto. Polozone bylo strategicznie, bo na skrzyzowaniu handlowych szlakow. Na jego przepastne targi sciagaly wszystkie okoliczne ludy, wymieniajac miedzy soba towary z dalekich rubiezy Afryki, z poludnia i polnocy, z zachodu i wschodu. Lecz mimo tych wszystkich atutow miasto to nie mialo szczescia do wladcow i powoli tracilo na znaczniu, targane nieustannie wasniami klanow, bez konca wpedzane w klopoty przez nieudolne rzady skloconych ze soba plemiennych szefow.
Az pewnego dnia do wladzy doszedl czlowiek pelen charyzmy i politycznego talentu, czlowiek o dalekich ambicjach i aspiracjach nie znajacych hamulcow. Szybko i twarda reka ukrocil klanowe wasnie i oglosil sie krolem. Natychmiast poszla w ruch wojenna machina. Dlugie lata trawaly podboje okolicznych ludow i plemion, ich ziem i bogactw, a to, co kiedys bylo tylko miatsem stalo sie stolica nowego krolestwa.
Krol widzac jak na jego oczach rosnie ono w sile, dostatek i nadyma sie potega jak balon, polecil stolice odgrodzic fosa tak wielka i gleboka, by miasto uczynic niemozliwym do zdobycia. Do pracy zaciagnieto ponad tysiac niewolnikow z obszarow dzisiejszego Togo i Nigru, a ci w pocie czola i nieustepliwym sloncu kopali dol od dlugosci 42km, szeroki na 15m, a gdzieniegdzie gleboki nawet na metrow 16. Prace trwaly tak dlugo, ze piesni, ktore owi nieszczesnicy, przemoca zaciagnieci do tej katorzniczej pracy,spiewali by dodac sobie otuchy, podchwycili zwykli mieszkancy miasta i do dzis nuca je sobie na co dzien, gdy w upale musza do jakiejs ciezkiej roboty sie zabierac.
A gdy fosa byla juz nareszcie gotowa, szczelnie wodnym pierscieniem otoczywszy stolice, te ochrzczono nowym imieniem: Abomej... Przyznac trzeba, ze imie to niezbyt wymyslne i poetyckie, bo w jezyku joruba oznacza po prostu "za wielka dziura".
Kiedy nadszedl rok 1685 i po czterdziestu latach panowania zmarl Huegbada, cale krolestwo pograzylo sie w dlugiej zalobie po utracie ojac, bo w koncu swe istnienie, bogactwo i potege zawdzieczalo wlasnie jemu. Gdy rzady przejal Akaba, najstarszy z synow wielkiego krola, ambicje mial tylko jedna: chwala jeszcze wieksza okryc sie niz ojciec, jeszcze wieksza zdobyc slawe, jeszcze wieksze zgromadzic bogactwo. Pradawnym afrykanskim zwyczajem, ktorego poczatkow prozno mozna szukac, udal sie do wyroczni. Nie przekroczywszy nawet progu, mlodziencza powodowny niecierpliwoscia, zawolal: - Wyrocznio! Powiedz mi co mam uczynic by mego ojca slawa przerosnac i panowac dluzej niz on?
Dlugo zastanawiala sie wyrocznia, dlugo czekac musial mlody krol na odpowiedz. Nerwowo uderzal palcami o stol, drapal sie po czole, a kto wie moze i paznokcie obgryzal, ale knabrna, mlodziencza swa nature nawert krol musi czaem umiec powstrzymac i wykazac sie cierpliwoscia.
Wreszcie wyrocznia orzekla: -Wielkoscia dorownasz ojcu i slawa, a twoje panowanie trwac bedzie dlugie lata, musisz jednak najpierw zabic Dana. W jego brzuchu zrobisz dziure, ktora wypelnisz mikstura ziol i roslin lesnych, ktore dla ciebie przygotuje. Nastepnie zakopiesz cialo tuz obok palacu. Jeslipostapisz tak jak mowie, wielkie twoje krolestwo.
Nie trzeba bylo mlodego wladcy dwa razy namawiac. Natychmiast wydal polecenie by zabic Dana, a jaego cialo zgodnie z zaleceniami wyroczni, z dziura w brzuchu i ziolowa mikstura, zakopano. W miejscu tym wyroslo drzewo, potezne i stare. Rosnie tu do dzis. W jego cieniu przysiadlam sobie wraz z moim przewodnikiem sluchajac opowiesci o zamierzchlych dziejach Beninu.
- Tu wlasnie, dokladnie w tym miejscu powstal Dahomej. Dahomej po prostu wyrosl z brzucha Dana. Bo nazwa ta oznacza w naszym jezyku nie mniej ni wiecej jak wlasnie dziure w brzuchu Dana i kropka. Pierwotnie wymawialo sie te nazwe jako Dan-ho-mej, ale z czasem uproszczono wymowe do dzisiejszego brzmienia.
A wiec i nazwa poteznego krolestwa rownie byla niewymyslna, co nazwa jego stolicy. Ale kim byl Dan?
- Dan byl wielkim czarownikiem, ktory mieszkal w palacu krola - tlumaczy mi cierpliwie moj przewodnik - Potezna byla jego moc, nieobliczalan byla jego sila. Sama swa obecnoscia oslabial mlodego monarche, a kto wie moze i czarami. Dzis nie sposob zgadnac, wystarczy jednak jesli powzie, ze przepowiednia wyroczni sprawdzila sie w kazdym calu. Akaba rzadzil 35 lat i rozbudowal imperium ojca. Od jego rzadow zaczyna sie zlota era Dahomeju.
IMG_3886_bis.jpg
drzewo, które wyroslo z brzucha Dana

Palac krola Glele ksztalt ma prosty tak jak wszystkie palace dahomejskich wladcow. Nie ma pstrokatych kolum, zlocen na klamkach poteznych drzwi, nie ma przepastnych sal audiencyjnych, ani wielkich portretow zawieszonych w ciezkich ramach na wysokich scianach. Dahomejski palac krolewski sklada sie z kilku dziedzincow zabudowanych prostymi, parterowymi domami, zbudowanymi na planie prostokata, a ich dach jest spadzisty i podparty rzedem rownie prostych kolumn. Wszystko to w kolorze czerwonej gliny niesmialo ozdobione jedynie krolewskim emblematem. Kazdy bowiem wladca Dahomeju mial swoj emblemat: lwa, rybe, weza... albo ananas na przyklad. Prostota ta nikogo jednak nie powinna zmylic. Nie kapiace bowiem ze scian zloto, ani potezne budowle swiadczyly o ptedze dahomejskich krolow, nie bogactwo widoczne na kazdym kroku wzbudzalo szacunek i postrach wsrod ich poddanych, ale to z czego owe budowle wzniesiono. Na wewnetrznym dziedzincu palacu krola Glele, w prywatnej czesci jego rezydencji, skromny okragly budynek, do ktorego wejsc mozna tylko uprzednio sie schylajac, by mimowolny oddac poklon niezyjacemu wladcy. Budyneczek jest naprawde niewielki i waskim, wewnetrznym korytarzem mozna go obejsc dookola i to niespiesznym krokiem w mniej niz minute. To swiatynia krola Glele, skromna forma, malutka w rozmiarze. Jesli jednak spojrzec na nia ze swiadomoscia, ze jej sciany przesiakniete sa krwia wojennych jencow, a ich kosci i czaszki posluzyly za ornamenty, ten maly niepozrony budyneczek rosnie w oczach. Inaczej takze patrzy sie na grobowiec 41 zon Glele, kiedy ma sie swiadomosc, ze po jego smieci zakopano je tam zywcem, chociaz taka ponoc byla ich wola.
Krwawe bylo krolestwo Dahomeju, zadne ludzkich ofiar, glodne zwyciestw i podbojow, apetyt mialo niujarzmiony i prawdziwie okrutny. Wojna zapisana byla w genach Dahomeju, wojna pulsowala w jego zylach nieustannie.
Wielki krol Ghezo, ojciec Glele i prawdziwy Cezar Dahomeju, tak zapomnial sie w swym wojennym zapale, tak glowe stracil dla miecza, tarczy i bitewnego zywiolu, ze dla jego imperialnych ambicji zabraklo w krolestwie zolnierzy. Ale nawet to nie moglo krola powstrzymac przed kontynuowaniem wojny. Do wojska wcielil kobiety, wcielil ich ponad 2000! Tak powstala armia dahomejskich amazonek. Nie znaly milosierdzia, nie znaly litosci, a mieczem poslugiwaly sie rownie zrecznie i skutecznie, co mezczyzni, a kto wie czy w okrucienstwie nawet ich nie przerastaly. Wszedzie bowiem, gdzie sie pojawialy sialy panike wsrod ludnosci, panike wzbudzalo samo nawet o nich wspomnienie. Amazonki nim wyruszyly na wojne skladaly krolowi obietnice ile glow wrogow przyniosa mu w darze, gdy boj dobiegnie konca, a gdyby brakowalo chocby jednej obiecanej glowy, wtedy pod topor kladly wlasna.
Wojna zylo krolestwo Dahomeju, wojna i wiecznym podbojem. Pierwszym z jego 41 praw, bylo prawo nieustajacej ekspansji i przetrzegali go wszyscy wladcy bez wyjatku.
A bylo to prawo ekspansji za wszelka cene, wobec ktorego ludzkie zycie niewielka mialo wartosc. Kto nieszczescie mial byc pojmanym do dahomejskiej niewoli wiedzial, ze predzej czy pozniej jego zycie zlozone zostanie w ofierze bogom, jego krwia przesiakna sciany krolewskich swiatyn i palacow, a jego kosci posluza za tychze scienne ornamanety.
Za szklana gablota muzeum w Abomej tron krola Ghezo oswietlony cieplym swiatlem, bogato rzezbiony w drewnie, wysadzany srebrnymi blaszkami stoi twardo i niewzruszenie na czterech czaszkach wrogow Dahomeju.
IMG_3889_bis.jpg
IMG_3908_bis.jpg
królewskie emblematy

Mkniemy na motorze przez zakurzone ulice miasta. Mijamy niezliczone stragany sprzedawcow glinianej ceramiki i taniej elektroniki z kraju srodka, mijamy niewielki targ warzywny, gdzie w kolorowych strojach przekupki ukladaja w zgrabne piramidki zolciutkie mango, mikrusie pomidorki i zupelnie malutkie ananasy. Skrzetnie przemkamy miedzy zdezelowanymi autami, ktore w calej zachodniej Afryce stanowia podstwae publicznego transportu oraz innymi pojazdami wszelakimi od wielkich, ponad miare zaladowanych towarami ciezarowek bo wozki zaprzegniete do osiolkow i krow. Bo zeby wszystkie dahomejskie palace odwiedzic trzeba sie troche najezdzic po praktycznie calym Abomeju, no wiec jedziemy.
Szumia nad glowami palmy i bananowce, pozdrawiaja nas bez wyjatku wszystkie minaje dzieci. Skrecamy z glownej drogi i polna sciezka docieramy do kolejnego juz palacu krola Glele (mial ich skubaniec kilka). Z lewej strony krolewska swiatynia voodoo, gdzie kiedys mieszkali nadworni wrozbici, wyrocznie i uzdrowiciele. Na scianach liczne emblematy wszystkich chyba krolow Dahomeju bez wyjatku.
- Przyjzyj sie im dobrze i powiedz mi co widzisz - zagaduje przewodnik.
Sledze wszystkie wzrokiem, w szegolach i detalach, by sie jako taka spostrzegawczoscioa wykazac.
- O tam jest jeden zupelnie zniszcony - wskazuje palcem - o tam obok emblematu Ghezo i Glele.
- Ano wlanie. To emblemat jedynego krola Dhaomeju, ktory pragnal skonczyc z okrutna praktyka skladania ludzkich ofiar. To emblemat jedynego krola, ktory chcial ukrocic okrucienstwo imperium. Ale okrucienstwo ii ludzka krew zbyt silnie zapisane byly w tradycji i tozsamosci Dahomeju. Podstepnie przygotowany zamach stanu pozbawil krola zycia, a jego emblemat nakazano skuc, zniszczyc, usunac z budynkow w calym mocarstwie. Krol mial zostac wymazany z pamieci i historii Dahomeju.
Przysiadamy w cieniu jednego z palacowych budynkow i zajadamy lody waniliowe z woreczka. Lody to byc moze zbyt duze slowo na zwykle mleko o psmaku wanilii zamrozone na kosc, ale pod upalnym sloncem Beninu sa wybornym przysmakiem. Chrupie lod miedzy zebami, ciagnie swa dahomejska opowiesc moj przewodnik.
IMG_3902_bis.jpg
królewskie świątynie voodoo

- Krol Glele mial 275 zon. Sam nie wiem jak z tyloma kobietami mogl sobie poradzic, ale takie liczby podaje nam historia. Pewnego dnia jedna z jego zon urodzila bliznieta. Jedno z nich gdy tylko otworzylo oczy powiedzialo do niej ludzkim jezykiem "Matko jestem dzickiem voodoo, przynosze wiadomosc dla krola od przodkow waszych w zaswiatch. Wielkie niebezpieczenstwo grozi krolestwu, nadchodzi wrog, ktory spali wasza stolice. Niech krol szykuje sie do wojny, niech wyczekuje wroga u bram swej stolicy jesli chce uniknac jej calkowitego zniszcenia."
Czym predzej wyslano wiec poslanca do krola, by mu te wiadomosc przekazal. Skrzywil sie jednak z niedowierzaniem calej tej historii monarcha i nakazal niemowleta wyniesc za miasto i zostawic je tam na pastwe losu i pewna smierc. Wsrod plemienia Joruba bowiem przyjscie na swiat blizniat traktowane jest jako zly omen i wrozba jak najgorsza. Zgodnie z krolewskim rozkazem niemowleta wyniesiono za miasto i pozostawiono. Pierwsze z nich szybko umarlo od slonecznego goraca, ale niemowle voodoo okrutny podnioslo krzyk i wolanie w ludzkim jezyku. Doniesli o tym krolowi pasterze i nomadzi, ale i wtedy krol nie posluchal. Niemowle umarlo i wszyscy zapomnieli o calym zajsciu, az do dnia gdy miasto otoczyla szczelnie wroga armia. Bronili sie dahomejczycy, ale zaatakowani znienacka i do wojny nialezycie nie bedac przygotowani, ulegli w koncu naporowi wroga. Plomienie pozarly abomej, ogien dlugo tlil sie w zgliszczach krolewskich palacow. Ogromne bogactwa zabral ze soba wrog jako wojenny lup. Krol w szale rozpaczy rwal wlosy z glowy z porazka swa nie mogac sie pogodzic. Wtedy przypomnial sobie o niemowleciu i o tym jak jego slowa zlekcewazyl i na jak okrutny skazal go los. Udal sie czym predzej do wyroczni, ta zas nakazala niemowle odnalezc, godnie pochowac, a w miejscu jego pochowku wzniesc swiatynie, by przeblagac gniew przodkow. Misja zakonczyla sie powodzeniem i nigdy podobna kleska nie spadla juz na Abomej.
Nie tylko zamilowanie do konca niemajacych podbojow stanowilo bowiem o tozsamosci Dahomeju. Nie byloby tego wielkiego imperium gdy nie voodoo. Ilez to razy o losach krolestwa decydowaly przepowiednie wyroczni, ilez to zlozono dla jego powodzenia ofiar, ilez odprawiono rytualow, nikt nie zdolalby zliczyc. Voodoo ratowalo krolestwo, gdy to wpadalo w tarapaty wskutek opieszalosci wladcow, a czasem ratowalo takze i samych wladcow. Zdarzalo sie bowiem, ze ci umiar tracac, bez opamietania oddajac sie okrucienstwu, sciagali na siebie cala mase nieszczesc. I tak krol Ghezo na przyklad, zon majac grubo ponad 200, zapragnal znow brac sie do zeniaczki. Mloda i piekna wybral sobie narzeczona, ale jego pierwsze dwie zony, w obawie takiej konkurencji knuc zacely i zle na nia rzucac uroki, tarwione zawiscia i zazdroscia, ale moze takze i wielka do krola miloscia. Gdy ten jednak dowiedzial sie o tych podstwepnych swych zon knowaniach wpadl w szal i wszelki rezon tracac, nakazal dol w ziemi wykopac i zywcem je obie pochowac, co gorsza w pozycji stojajcej, rzecz w voodoo niedopuszczalna. Rozkaz rozkazem i wykonac go nalezy natychmiast. Okrutnie uslmiercone zony nie opuscily jednak wladcy, odwiedzaly go codziennie w nocy, szeptaly mu do ucha cieple slowka, glaskaly po glowie, dotykaly go namietnie. A gdy krol juz prawie staczal sie w otchlan obledu, wtedy znow na ratunek wezwano wyrocznie. Ta pomstowala na tak okrutny mord na obu zonach popelniony. Odprawiono steki rytualow, wiele poswiecono krow i bykow, by bogow przeblagac. Obie zony zostaly nalezycie pochowane, a ich swiatynie do dzis stoja w samym sercu Abomeju.
Szumia mangowce na krolewskich dziedzincach, wieje wiatr i spiewaja ptaki, snuje sie dahomejska opowiesc jak babie polskie lato i delikatnie rozplywa sie w goracym powietrzu.
Wladcy napelniali skarbce europejskim zlotem udzial biorac czynny w handlu niewolnikami, trawaly niepohamowane dalsze podboje. Trwalby i zapewne Dahomej gdyby nie Francuzi, ktorzy dotarli tu u schylku XIXw. Widzac okrutne praktyki wladcow i moznych zakasali rekawy i pelni niespozytej energii i zapalu zabrali sie do "cywilizowania barbarzynskiego ludu". Gdy dotarli do bram Abomej, na ich spotkanie wyszedl sam wielki krol. Lewa reke uniosl wysoko i dlon wyprostowal jakby wierzyl, ze samym tym gestem jest w stanie powstrzymac kolonialny napor. - Nikt nie odwazy sie przekroczyc bram tego miasta, by przejac nad nim panowanie, nad nim i nad calym krolestwem - powiedzial Behanzin wpatrzonym w niego ze zdziwieniem Francuzom. Dlugo trawly walki i sciganie Behanzina po calym Dahomeju. Gdy go wreszcie schwytano, wraz z dzisiecioma osobami, ktore sam mog sobie wybrac, zeslano go na przymusowa imigracje. Behanzin nigdy jednak Francuzom sie nie poddal, ani oficjalnie nie poddal im swojego krolestwa. Gotowy do dalekiej do Algierii, w ostatnim swym przemowieniu rzekl do narodu "Prawdziwym zwyciezca jest ten, kto chocby i w calkowitym osamotnieniu trwa w walce we wlasnym sercu". Behanzin zmarl w 1907 roku w niewielkiej miejscowosci Blida, na polnocy Algierii, gdzie dziwnym zbiegiem okolicznosci mieszkalam i ja 79 lat pozniej.
- Widzisz ten znak voodoo - moj przewodnik pokazuje mi symboliczny malunek na scianie swiatyni w palacu krola Glele. Pod palmowym drzewem lezy kokosowy orzech, czyjas po niego siega reka.
- To symbol. Owoce ktore spadly z drzewa sa zawsze bardziej dojrzale niz te ktore ciagle rosna na nim. Badz cierpliwy i ucz sie czekac.
IMG_3898_bis.jpg
król Behanzin

Wysłane przez aidni 08:46 Kategoria Benin

Wyślij ten wpis.FacebookStumbleUpon

Spis treści

Bądź pierwsza(y) komentując ten wpis.

This blog requires you to be a logged in member of Travellerspoint to place comments.

Enter your Travellerspoint login details below

( What's this? )

If you aren't a member of Travellerspoint yet, you can join for free.

Join Travellerspoint