Travellerspoint Blogi z podróży

Benin - czesc 3 - Dahomej

sunny 35 °C

Krol nigdy nie spluwal na ziemie. Ksiezniczka najwyzszego rodu, ubrana w odswietny stroj, nie opuszczala go na krok w rekach niosac krolewska spluwaczke, ktorej zawartosc co wieczor zakopywala po odprawieniu odpowiedznich rytualow.Krol nigdy ziemi nie mogl dotknac. Kiedy sie myl zakladal drewniane sandaly na grubej podeszwie i siadal na wysokim taborecie. Krol w ogole rzadko stapal po ziemi, nawet najmniejsze odleglosci pokonywal niesiony w bogato zdobione zlotycm haftem lektyce. Ziemia byla krola niegodna.
Na zupelnie dzis opustoszalych, rozleglych dziedzincach krolewskich palacow, goracy wiatr unosi w powietrze tumany kurzu. Szumia rozlozyste mangowce, spiewaja cicho ptaki. Zza wysokiego muru niesmialo zagladaja pomruki i halasy miasta. Zycie wyprowadzilo sie z krolewskich komnat, dziedzincow i komnat, nikt juz dzis nie sklada holdu krolowi wielkiego Dahomeju. A bylo to przeciez jedno z najpotezniejszych mocartsw, jakie widziala w swych dziejach Afryka. Oto jego fascynujaca historia.

Wszystko zaczelo sie w 1645 roku. Gleboko w sercu dzisiejszego Beninu, tam gdzie nie widac juz oceanu, ani nie slychac szumu jego poteznych fal, tam gdzie roslinosc juz nie tak bujna, a powietrze na wior wysycha w palacym sloncu, tam wlasnie w sile roslo miasto. Polozone bylo strategicznie, bo na skrzyzowaniu handlowych szlakow. Na jego przepastne targi sciagaly wszystkie okoliczne ludy, wymieniajac miedzy soba towary z dalekich rubiezy Afryki, z poludnia i polnocy, z zachodu i wschodu. Lecz mimo tych wszystkich atutow miasto to nie mialo szczescia do wladcow i powoli tracilo na znaczniu, targane nieustannie wasniami klanow, bez konca wpedzane w klopoty przez nieudolne rzady skloconych ze soba plemiennych szefow.
Az pewnego dnia do wladzy doszedl czlowiek pelen charyzmy i politycznego talentu, czlowiek o dalekich ambicjach i aspiracjach nie znajacych hamulcow. Szybko i twarda reka ukrocil klanowe wasnie i oglosil sie krolem. Natychmiast poszla w ruch wojenna machina. Dlugie lata trawaly podboje okolicznych ludow i plemion, ich ziem i bogactw, a to, co kiedys bylo tylko miatsem stalo sie stolica nowego krolestwa.
Krol widzac jak na jego oczach rosnie ono w sile, dostatek i nadyma sie potega jak balon, polecil stolice odgrodzic fosa tak wielka i gleboka, by miasto uczynic niemozliwym do zdobycia. Do pracy zaciagnieto ponad tysiac niewolnikow z obszarow dzisiejszego Togo i Nigru, a ci w pocie czola i nieustepliwym sloncu kopali dol od dlugosci 42km, szeroki na 15m, a gdzieniegdzie gleboki nawet na metrow 16. Prace trwaly tak dlugo, ze piesni, ktore owi nieszczesnicy, przemoca zaciagnieci do tej katorzniczej pracy,spiewali by dodac sobie otuchy, podchwycili zwykli mieszkancy miasta i do dzis nuca je sobie na co dzien, gdy w upale musza do jakiejs ciezkiej roboty sie zabierac.
A gdy fosa byla juz nareszcie gotowa, szczelnie wodnym pierscieniem otoczywszy stolice, te ochrzczono nowym imieniem: Abomej... Przyznac trzeba, ze imie to niezbyt wymyslne i poetyckie, bo w jezyku joruba oznacza po prostu "za wielka dziura".
Kiedy nadszedl rok 1685 i po czterdziestu latach panowania zmarl Huegbada, cale krolestwo pograzylo sie w dlugiej zalobie po utracie ojac, bo w koncu swe istnienie, bogactwo i potege zawdzieczalo wlasnie jemu. Gdy rzady przejal Akaba, najstarszy z synow wielkiego krola, ambicje mial tylko jedna: chwala jeszcze wieksza okryc sie niz ojciec, jeszcze wieksza zdobyc slawe, jeszcze wieksze zgromadzic bogactwo. Pradawnym afrykanskim zwyczajem, ktorego poczatkow prozno mozna szukac, udal sie do wyroczni. Nie przekroczywszy nawet progu, mlodziencza powodowny niecierpliwoscia, zawolal: - Wyrocznio! Powiedz mi co mam uczynic by mego ojca slawa przerosnac i panowac dluzej niz on?
Dlugo zastanawiala sie wyrocznia, dlugo czekac musial mlody krol na odpowiedz. Nerwowo uderzal palcami o stol, drapal sie po czole, a kto wie moze i paznokcie obgryzal, ale knabrna, mlodziencza swa nature nawert krol musi czaem umiec powstrzymac i wykazac sie cierpliwoscia.
Wreszcie wyrocznia orzekla: -Wielkoscia dorownasz ojcu i slawa, a twoje panowanie trwac bedzie dlugie lata, musisz jednak najpierw zabic Dana. W jego brzuchu zrobisz dziure, ktora wypelnisz mikstura ziol i roslin lesnych, ktore dla ciebie przygotuje. Nastepnie zakopiesz cialo tuz obok palacu. Jeslipostapisz tak jak mowie, wielkie twoje krolestwo.
Nie trzeba bylo mlodego wladcy dwa razy namawiac. Natychmiast wydal polecenie by zabic Dana, a jaego cialo zgodnie z zaleceniami wyroczni, z dziura w brzuchu i ziolowa mikstura, zakopano. W miejscu tym wyroslo drzewo, potezne i stare. Rosnie tu do dzis. W jego cieniu przysiadlam sobie wraz z moim przewodnikiem sluchajac opowiesci o zamierzchlych dziejach Beninu.
- Tu wlasnie, dokladnie w tym miejscu powstal Dahomej. Dahomej po prostu wyrosl z brzucha Dana. Bo nazwa ta oznacza w naszym jezyku nie mniej ni wiecej jak wlasnie dziure w brzuchu Dana i kropka. Pierwotnie wymawialo sie te nazwe jako Dan-ho-mej, ale z czasem uproszczono wymowe do dzisiejszego brzmienia.
A wiec i nazwa poteznego krolestwa rownie byla niewymyslna, co nazwa jego stolicy. Ale kim byl Dan?
- Dan byl wielkim czarownikiem, ktory mieszkal w palacu krola - tlumaczy mi cierpliwie moj przewodnik - Potezna byla jego moc, nieobliczalan byla jego sila. Sama swa obecnoscia oslabial mlodego monarche, a kto wie moze i czarami. Dzis nie sposob zgadnac, wystarczy jednak jesli powzie, ze przepowiednia wyroczni sprawdzila sie w kazdym calu. Akaba rzadzil 35 lat i rozbudowal imperium ojca. Od jego rzadow zaczyna sie zlota era Dahomeju.

Palac krola Glele ksztalt ma prosty tak jak wszystkie palace dahomejskich wladcow. Nie ma pstrokatych kolum, zlocen na klamkach poteznych drzwi, nie ma przepastnych sal audiencyjnych, ani wielkich portretow zawieszonych w ciezkich ramach na wysokich scianach. Dahomejski palac krolewski sklada sie z kilku dziedzincow zabudowanych prostymi, parterowymi domami, zbudowanymi na planie prostokata, a ich dach jest spadzisty i podparty rzedem rownie prostych kolumn. Wszystko to w kolorze czerwonej gliny niesmialo ozdobione jedynie krolewskim emblematem. Kazdy bowiem wladca Dahomeju mial swoj emblemat: lwa, rybe, weza... albo ananas na przyklad. Prostota ta nikogo jednak nie powinna zmylic. Nie kapiace bowiem ze scian zloto, ani potezne budowle swiadczyly o ptedze dahomejskich krolow, nie bogactwo widoczne na kazdym kroku wzbudzalo szacunek i postrach wsrod ich poddanych, ale to z czego owe budowle wzniesiono. Na wewnetrznym dziedzincu palacu krola Glele, w prywatnej czesci jego rezydencji, skromny okragly budynek, do ktorego wejsc mozna tylko uprzednio sie schylajac, by mimowolny oddac poklon niezyjacemu wladcy. Budyneczek jest naprawde niewielki i waskim, wewnetrznym korytarzem mozna go obejsc dookola i to niespiesznym krokiem w mniej niz minute. To swiatynia krola Glele, skromna forma, malutka w rozmiarze. Jesli jednak spojrzec na nia ze swiadomoscia, ze jej sciany przesiakniete sa krwia wojennych jencow, a ich kosci i czaszki posluzyly za ornamenty, ten maly niepozrony budyneczek rosnie w oczach. Inaczej takze patrzy sie na grobowiec 41 zon Glele, kiedy ma sie swiadomosc, ze po jego smieci zakopano je tam zywcem, chociaz taka ponoc byla ich wola.
Krwawe bylo krolestwo Dahomeju, zadne ludzkich ofiar, glodne zwyciestw i podbojow, apetyt mialo niujarzmiony i prawdziwie okrutny. Wojna zapisana byla w genach Dahomeju, wojna pulsowala w jego zylach nieustannie.
Wielki krol Ghezo, ojciec Glele i prawdziwy Cezar Dahomeju, tak zapomnial sie w swym wojennym zapale, tak glowe stracil dla miecza, tarczy i bitewnego zywiolu, ze dla jego imperialnych ambicji zabraklo w krolestwie zolnierzy. Ale nawet to nie moglo krola powstrzymac przed kontynuowaniem wojny. Do wojska wcielil kobiety, wcielil ich ponad 2000! Tak powstala armia dahomejskich amazonek. Nie znaly milosierdzia, nie znaly litosci, a mieczem poslugiwaly sie rownie zrecznie i skutecznie, co mezczyzni, a kto wie czy w okrucienstwie nawet ich nie przerastaly. Wszedzie bowiem, gdzie sie pojawialy sialy panike wsrod ludnosci, panike wzbudzalo samo nawet o nich wspomnienie. Amazonki nim wyruszyly na wojne skladaly krolowi obietnice ile glow wrogow przyniosa mu w darze, gdy boj dobiegnie konca, a gdyby brakowalo chocby jednej obiecanej glowy, wtedy pod topor kladly wlasna.
Wojna zylo krolestwo Dahomeju, wojna i wiecznym podbojem. Pierwszym z jego 41 praw, bylo prawo nieustajacej ekspansji i przetrzegali go wszyscy wladcy bez wyjatku.
A bylo to prawo ekspansji za wszelka cene, wobec ktorego ludzkie zycie niewielka mialo wartosc. Kto nieszczescie mial byc pojmanym do dahomejskiej niewoli wiedzial, ze predzej czy pozniej jego zycie zlozone zostanie w ofierze bogom, jego krwia przesiakna sciany krolewskich swiatyn i palacow, a jego kosci posluza za tychze scienne ornamanety.
Za szklana gablota muzeum w Abomej tron krola Ghezo oswietlony cieplym swiatlem, bogato rzezbiony w drewnie, wysadzany srebrnymi blaszkami stoi twardo i niewzruszenie na czterech czaszkach wrogow Dahomeju.

Mkniemy na motorze przez zakurzone ulice miasta. Mijamy niezliczone stragany sprzedawcow glinianej ceramiki i taniej elektroniki z kraju srodka, mijamy niewielki targ warzywny, gdzie w kolorowych strojach przekupki ukladaja w zgrabne piramidki zolciutkie mango, mikrusie pomidorki i zupelnie malutkie ananasy. Skrzetnie przemkamy miedzy zdezelowanymi autami, ktore w calej zachodniej Afryce stanowia podstwae publicznego transportu oraz innymi pojazdami wszelakimi od wielkich, ponad miare zaladowanych towarami ciezarowek bo wozki zaprzegniete do osiolkow i krow. Bo zeby wszystkie dahomejskie palace odwiedzic trzeba sie troche najezdzic po praktycznie calym Abomeju, no wiec jedziemy.
Szumia nad glowami palmy i bananowce, pozdrawiaja nas bez wyjatku wszystkie minaje dzieci. Skrecamy z glownej drogi i polna sciezka docieramy do kolejnego juz palacu krola Glele (mial ich skubaniec kilka). Z lewej strony krolewska swiatynia voodoo, gdzie kiedys mieszkali nadworni wrozbici, wyrocznie i uzdrowiciele. Na scianach liczne emblematy wszystkich chyba krolow Dahomeju bez wyjatku.
- Przyjzyj sie im dobrze i powiedz mi co widzisz - zagaduje przewodnik.
Sledze wszystkie wzrokiem, w szegolach i detalach, by sie jako taka spostrzegawczoscioa wykazac.
- O tam jest jeden zupelnie zniszcony - wskazuje palcem - o tam obok emblematu Ghezo i Glele.
- Ano wlanie. To emblemat jedynego krola Dhaomeju, ktory pragnal skonczyc z okrutna praktyka skladania ludzkich ofiar. To emblemat jedynego krola, ktory chcial ukrocic okrucienstwo imperium. Ale okrucienstwo ii ludzka krew zbyt silnie zapisane byly w tradycji i tozsamosci Dahomeju. Podstepnie przygotowany zamach stanu pozbawil krola zycia, a jego emblemat nakazano skuc, zniszczyc, usunac z budynkow w calym mocarstwie. Krol mial zostac wymazany z pamieci i historii Dahomeju.
Przysiadamy w cieniu jednego z palacowych budynkow i zajadamy lody waniliowe z woreczka. Lody to byc moze zbyt duze slowo na zwykle mleko o psmaku wanilii zamrozone na kosc, ale pod upalnym sloncem Beninu sa wybornym przysmakiem. Chrupie lod miedzy zebami, ciagnie swa dahomejska opowiesc moj przewodnik.
- Krol Glele mial 275 zon. Sam nie wiem jak z tyloma kobietami mogl sobie poradzic, ale takie liczby podaje nam historia. Pewnego dnia jedna z jego zon urodzila bliznieta. Jedno z nich gdy tylko otworzylo oczy powiedzialo do niej ludzkim jezykiem "Matko jestem dzickiem voodoo, przynosze wiadomosc dla krola od przodkow waszych w zaswiatch. Wielkie niebezpieczenstwo grozi krolestwu, nadchodzi wrog, ktory spali wasza stolice. Niech krol szykuje sie do wojny, niech wyczekuje wroga u bram swej stolicy jesli chce uniknac jej calkowitego zniszcenia."
Czym predzej wyslano wiec poslanca do krola, by mu te wiadomosc przekazal. Skrzywil sie jednak z niedowierzaniem calej tej historii monarcha i nakazal niemowleta wyniesc za miasto i zostawic je tam na pastwe losu i pewna smierc. Wsrod plemienia Joruba bowiem przyjscie na swiat blizniat traktowane jest jako zly omen i wrozba jak najgorsza. Zgodnie z krolewskim rozkazem niemowleta wyniesiono za miasto i pozostawiono. Pierwsze z nich szybko umarlo od slonecznego goraca, ale niemowle voodoo okrutny podnioslo krzyk i wolanie w ludzkim jezyku. Doniesli o tym krolowi pasterze i nomadzi, ale i wtedy krol nie posluchal. Niemowle umarlo i wszyscy zapomnieli o calym zajsciu, az do dnia gdy miasto otoczyla szczelnie wroga armia. Bronili sie dahomejczycy, ale zaatakowani znienacka i do wojny nialezycie nie bedac przygotowani, ulegli w koncu naporowi wroga. Plomienie pozarly abomej, ogien dlugo tlil sie w zgliszczach krolewskich palacow. Ogromne bogactwa zabral ze soba wrog jako wojenny lup. Krol w szale rozpaczy rwal wlosy z glowy z porazka swa nie mogac sie pogodzic. Wtedy przypomnial sobie o niemowleciu i o tym jak jego slowa zlekcewazyl i na jak okrutny skazal go los. Udal sie czym predzej do wyroczni, ta zas nakazala niemowle odnalezc, godnie pochowac, a w miejscu jego pochowku wzniesc swiatynie, by przeblagac gniew przodkow. Misja zakonczyla sie powodzeniem i nigdy podobna kleska nie spadla juz na Abomej.
Nie tylko zamilowanie do konca niemajacych podbojow stanowilo bowiem o tozsamosci Dahomeju. Nie byloby tego wielkiego imperium gdy nie voodoo. Ilez to razy o losach krolestwa decydowaly przepowiednie wyroczni, ilez to zlozono dla jego powodzenia ofiar, ilez odprawiono rytualow, nikt nie zdolalby zliczyc. Voodoo ratowalo krolestwo, gdy to wpadalo w tarapaty wskutek opieszalosci wladcow, a czasem ratowalo takze i samych wladcow. Zdarzalo sie bowiem, ze ci umiar tracac, bez opamietania oddajac sie okrucienstwu, sciagali na siebie cala mase nieszczesc. I tak krol Ghezo na przyklad, zon majac grubo ponad 200, zapragnal znow brac sie do zeniaczki. Mloda i piekna wybral sobie narzeczona, ale jego pierwsze dwie zony, w obawie takiej konkurencji knuc zacely i zle na nia rzucac uroki, tarwione zawiscia i zazdroscia, ale moze takze i wielka do krola miloscia. Gdy ten jednak dowiedzial sie o tych podstwepnych swych zon knowaniach wpadl w szal i wszelki rezon tracac, nakazal dol w ziemi wykopac i zywcem je obie pochowac, co gorsza w pozycji stojajcej, rzecz w voodoo niedopuszczalna. Rozkaz rozkazem i wykonac go nalezy natychmiast. Okrutnie uslmiercone zony nie opuscily jednak wladcy, odwiedzaly go codziennie w nocy, szeptaly mu do ucha cieple slowka, glaskaly po glowie, dotykaly go namietnie. A gdy krol juz prawie staczal sie w otchlan obledu, wtedy znow na ratunek wezwano wyrocznie. Ta pomstowala na tak okrutny mord na obu zonach popelniony. Odprawiono steki rytualow, wiele poswiecono krow i bykow, by bogow przeblagac. Obie zony zostaly nalezycie pochowane, a ich swiatynie do dzis stoja w samym sercu Abomeju.
Szumia mangowce na krolewskich dziedzincach, wieje wiatr i spiewaja ptaki, snuje sie dahomejska opowiesc jak babie polskie lato i delikatnie rozplywa sie w goracym powietrzu.
Wladcy napelniali skarbce europejskim zlotem udzial biorac czynny w handlu niewolnikami, trawaly niepohamowane dalsze podboje. Trwalby i zapewne Dahomej gdyby nie Francuzi, ktorzy dotarli tu u schylku XIXw. Widzac okrutne praktyki wladcow i moznych zakasali rekawy i pelni niespozytej energii i zapalu zabrali sie do "cywilizowania barbarzynskiego ludu". Gdy dotarli do bram Abomej, na ich spotkanie wyszedl sam wielki krol. Lewa reke uniosl wysoko i dlon wyprostowal jakby wierzyl, ze samym tym gestem jest w stanie powstrzymac kolonialny napor. - Nikt nie odwazy sie przekroczyc bram tego miasta, by przejac nad nim panowanie, nad nim i nad calym krolestwem - powiedzial Behanzin wpatrzonym w niego ze zdziwieniem Francuzom. Dlugo trawly walki i sciganie Behanzina po calym Dahomeju. Gdy go wreszcie schwytano, wraz z dzisiecioma osobami, ktore sam mog sobie wybrac, zeslano go na przymusowa imigracje. Behanzin nigdy jednak Francuzom sie nie poddal, ani oficjalnie nie poddal im swojego krolestwa. Gotowy do dalekiej do Algierii, w ostatnim swym przemowieniu rzekl do narodu "Prawdziwym zwyciezca jest ten, kto chocby i w calkowitym osamotnieniu trwa w walce we wlasnym sercu". Behanzin zmarl w 1907 roku w niewielkiej miejscowosci Blida, na polnocy Algierii, gdzie dziwnym zbiegiem okolicznosci mieszkalam i ja 79 lat pozniej.
- Widzisz ten znak voodoo - moj przewodnik pokazuje mi symboliczny malunek na scianie swiatyni w palacu krola Glele. Pod palmowym drzewem lezy kokosowy orzech, czyjas po niego siega reka.
- To symbol. Owoce ktore spadly z drzewa sa zawsze bardziej dojrzale niz te ktore ciagle rosna na nim. Badz cierpliwy i ucz sie czekac.

Wysłane przez aidni 8:46 AM Kategoria Benin Komentarze (0)

Benin - czesc 2 - Ostania droga

sunny 35 °C

OSTATNIA DROGA
Mozna przejechac ja wygodnie samochodem terenowym, mozna na motorze jako pasazer, a jesli budzet scisniety mozna nawet na rowerze, a pewnie i na wozku ciagnietym przez osiolka jesli dobrze popytac po okolicznych wsiach. Oni jednak te ostatnie 8 km z Ouidah do portu u wybrzeza Atlantyku przeszli na wlasnych nogach, zakuci w kajdany, poganiani przez swych oprawcow uderzeniami batow. Ide i ja, choc slonce zywcem pali skore, ide choc strasza ze niebezpiecznie, ze bandziory poluja na turystow. Oni te droge przeszli, przejsc musze i ja, w mym malym, osobistym, najzupelniej prywatnym i milczcacym holdzie dla tych tysiecy, milionow ludzi wyrwanych Afryce i rzuconych za ocean na pastwe niewolniczego losu.
Ciagnie sie piaszczysta droga wsrod gestej roslinnosci, wsrod wysokich, smuklych palm kokosowych. Po lewej tablica upamietniajaca miejsce, gdzie kiedys roslo drzewo zapomnienia. Prowadzeni na swa ostatnia droge niewolnicy, obchodzili je siedmiokrotnie, by zapomniec o ziemi, na ktorej dorastali, o bliskich wsrod ktorych zyli, o kluturze, ktora byla ich matka. Zapomnienie bylo jedyna osloda niewolniczego losu.
Wiatr wzmaga sie z kazdym kilometrem, w powietrzu czuc juz zapach wielkiej wody. Blisko, coraz blizej do konca Afryki.
O czym mysleli, co czuli na tej drodze w nieznane? A moze juz nie pamietali, moze magiczne drzewo faktycznie mialo te moc i odbieralo pamiec o przeszlosci? Nie odbieralo. W muzeum histortycznym w Ouidah, ktore miesci sie w bylym portugalskim forcie, nieliczne zachowane dokumenty i pamiatki przypominaja o okrutnym losie milonow Afrykanczykow wywiezionych do Ameryki Poludniowej przez Portugalczykow. "Jesli jeszcze nie zdazyli popelnic samobojstwa na ladzie - zapisal w swym notatniku naoczny swiadek epoki - robili to w szalupach z brzegu wiozacych ich na potezne portugalskie zaglowce. Metody zas stosowali okrutne, gdzie polykanie wlasnego jezyka, czy jedzenie ziemi zaliczyc nalezy do najpowszechniejszych." Ludzie, ktorzy cale swe zycie spedzili w malych, plemiennych wioskach gdzies w sercu afrykanskiej dzungli lub buszu, trzesli sie ze strachu na widok oceanu, poteznych okretow, bali sie po prostu, ze zostana przez te wielkie, zaglowe olbrzymy zjedzeni.
Na jednej z rycin zawieszonych na scianie muzeum korowod niewolnikow wyrysowany reka portugalskiego oprawcy. W oczy rzucaja sie malpie rysy twarzy, ktore ndano prowadzonym na lancuchach Murzynom. Patrzcie! - zdaje sie wolac rycina - Toz to malpy! Nad czym sie wiec litowac?!
Tuz obok plan zaladunku statku wzraz z wyraznymi instrukcjami. Czarnych nalezy umiescic wg rozrysowanego wzoru, bo tylko wtedy zmiesci sie ich jak najwieksza ilosc na powierzchni dolnego pokladu. Czlowiek przy czlowieku, ramie w ramie, scisnieci, zgnieceni, upchnieci jak przedmoty w zbyt malej piwnicy. A przeciez z Beninu do Brazylii droga byla daleka... Wielu z nich nie dotrwalo do konca. Chorych, konajacych i umarlych wyrzucano po prostu za burte, jak niepotrzebny balast. Czlowieczenstwo siegnelo dna.
Slychac juz szum fal, majaczy na horyzoncie blekitny ocean. Na zlotym piasku plazy stoi "Brama Bez Powrotu" upamietniajaca wszystkie corki i synow Afryki, wydartych jej przemoca, ktorym nigdy nie bylo dane powrocic w ojczyste strony.
Brama przypomina luk triumfalny i jest pomnikiem postawionym niedawno przy pomocy finansowej UNESCO. Po obu jej bokach wysokie postaci niewolnikow odlane w brazie i zakute w kubistyczne ksztalty. Na scianach plaskorzezby kobiet i mezczyzn bez twarzy, w kolorze czerwonej gliny, zupelnie jak afrykanska ziemia. Po drugiej stronie, gdzie przed oczami mieni sie w sloncu juz tylko bezkresny ocean, dwie postaci voodoo stoja zwrocone twarza ku linii horyzontu, jakby wciaz odprowadzaly swych wiernych na ich ostatniej drodze.

Wysłane przez aidni 7:16 AM Kategoria Benin Komentarze (0)

Benin - czesc 1 - Ouidah

sunny 35 °C

TAJEMNICA

Bylo ich czterech. Cztery duchy powracajacych na ziemie umarlych zaklete w oblednym tancu. Ubrani w intensywnie czerwone, ciezkie szaty, twarze zakryli szczelnie. Jako pierwszy pojawil sie Ade. Mial na sobie dluga peleryne w ksztalcie kola, zdobna haftem przedstawiajacym zwierzeta ze swietego lasu. Potezny huk tamtamow wprawial w wibracje powietrze i ziemie, a Ade tanczyl z taka zawzietoscia i energia, ze w ruch kolisty wprawial swoja peleryne. Ta zas rozwijala sie w powietrzu i wirowala wokol jego szyi.
Wtem zmienil sie rytm tam-tamow i posrod tlumu pojawil sie Taman purpurowa niemalze nakryty szata. Na plecach, tym samym materialem ozdobiony i przymocowany do swej sukni, mial kawalek drewna, a na nim takze drewniane popiersie kobiety. Gdy tylko nachylal sie ta milczaco spogladala na zebranych. Taman w lewej rece trzymal miecz, a dokladniej zelazna jego imitacje. Tanczac wymachiwal nim bez pamieci, a jesli kogo wypatrzyl sobie wsrod tlumu, ten szybko z kieszeni wydobywal kilka monet, by gniew Tamana zalagodzic i oddalic od siebie niebezpieczenstwo jakiegos nieobliczalnegop ciosu.
Gestenieje atmosfera, gestnieje tlum. Pot porteznymi kroplami splywa z czola wybijajacych rytm bebniarzy. Wzbijajac w powietrze prawdziwe tumany kurzu, pojawia sie Atika, w ciezkiej zdobnej szacie, trzymajac w reku kawalek drewna przypominajacy niewielka deseczke. Podobnie jak Taman swym mieczem wygraza nim na lewo i prawo - i juz brzecza glosno i obficie monety w jego reku. Jako ostatni, wijac sie jak waz w oblednym rytmie tam-tamow, pojawia sie Agbano i choc w rece nie ma ani miecza, ani kija najawiekszy postrach wzbudza wsrod zgromadzonych. Wedlug powszechnego wierzenia, kogo bowiem nawet lekko dotknie rabkiem swej ciezkiej szaty, ten na swej drodze spotka szybka i niechybna smierc.
A rzecz dzieje sie w Ouidah, w pierwszym miescie w Beninie, w ktorym sie zatrzymalam, w pierwszy moj beninski wieczor, po prostu, zwyczajnie na ulicy. Ceremonia voodoo, przy ktorej asystuje odprawiana jest dla zmarlej niedawno kobiety, aby oczyscic droge jej duszy. W niezwyklych przebraniach tancza mezczyzni z jej rodziny, ale tak naprawde, w oczach zgromadzonych, sa to duchy umarlych, ktore wstapily w ich ludzkie ciala. Duchy to zle i agresywne, wiec z kazda minuta robi sie coraz grozniej, milknie nawet wesoly chichot kobiet, ktorych tancerze voodoo nie atakuja. Bo choc kazdy z nich ma swojego przewodnika, ktory kijem ogradza mu droge do uczestniczacych w ceremonii ludzi, to duchy robia wszystko by ich skrzetnie wyminac i dopasc jakas ofiare wsrod licznych gapiow.
W pewnym momencie moj przewodnik chwyta mnie za reke - Chodz, musimy uciekac, bo za chwile bedzie naprawde niebezpiecznie.
Biegniemy wsrod tlumu niesionego panika. Biegna za nami duchy, co w ludzkie wstapily ciala i przedziwne odzialy przebrania. Biegna zawziecie, agresywnie i szybko, a jesli kto zamarudzi po drodze nie maja litosci. W waskiej uliczce, tlum przeciska sie i napiera, nikt nie chce dostac w glowe zelaznym mieczem, ani o smiercionosna otrzec sie suknie. Zepchnieci na jakies zabudowania z prawej strony nie mamy juz drogi dla naszej ucieczki. Nie mija chwila, jak wscieklym jakims transem niesiony, zjawia sie przy nas Atika przerazliwe wydajac z siebie krzyki. Nie mija chwila, a juz zamachnal sie swym kawalkiem drewna i choc przewodnik moj w poswieceniu oslanial mnie wlasnym cialem, dostalam w glowe mojego pierwszego voodoo kuksanca.
Potem bylo juz z gorki, tlum zdazyl sie rozpierzchnac, szczesliwie dotarlwszy do glownej ulicy. Wskoczylismy szybko na motor
i zostawilismy za soba daleko niebezpieczne przybierajaca ksztalty ceremonie i miotajace sie w szale duchy umarlych.
Tym razem nie mialam tyle szczescia co w Togoville. Nie spotkalam w Ouidah nikogo, kto na moj grad pytan moglby odpowiedziec cierpliwie i wnikliwie, przystepnie i obrazowo tak, jak to uczynil togolski ksiaze. Moj przewodnik, choc byc moze bronil mnie z poswieceniem, bardziej zainteresowany byl ozenkiem z Europejka niz zaspokojeniem mojej ciekawosci, a ta byla ogromna. Nie potrafil jej zaspokoic takze ksiaze Ouidah, ktory nim ceremonia zdazyla sie rozpoczac juz przemieszczal sie wsrod zebranych krokiem chwiejnym, alkoholowym.
Wiele pytan wciaz kolacze sie w mojej glowie, moze uda mi sie kiedys znalezc ich calkowite rozwiazanie. No bo niby dlaczego tanczace duchy nie tykaly kobiet, przynajmniej tych czarnych; dlaczego za ich laske trzeba bylo nieraz sowicie zaplacic; dlaczego tyle bylo w nich agresji i zlosci; dlaczego mimo tego tak wielu ludzi przyszlo przy tej ceremonii asystowac? Co oznaczaly symbole na ich ciezkich sukniach, co oznaczal wciaz zmieniajacy sie rytm tam-tamow? Czy w tym tancu tak oblednym i chaotycznym dla europejskiego obserwatora, zaklete jest jakies znaczenie, jakas opowiedziana historia, a moze uniwersalna jakas prawda?
Niezaspokojona ciekawosc jest jak pragnienie, co sciska gardlo, jak glod, co przewraca zoladek, jest jak potezna energia, ktora zmusza do wysilku, do nieustajacych poszukiwan. Nie ma w Afryce bibliotek pelnych ksiazek o afrykanskiej kulturze, wierzeniach i dziedzictwie. Wiedza od zasze przekazywana jest tutaj ustnie z ojca na syna i trzeba miec szczescie wielkie, by na jednego z obu trafic na swej drodze. Wiele jest afrykanskich znakow zapytania i wiele jest afrykanskich tajemnic, ktorych rozwiazania szukam daremnie. Ale moze tez i w tym tkwi urok Czarnego Ladu, gdzie nasz europejski glod calkowitego, natychmiastowego wyjasnienia wszelkich watpliwosci nigdy nie moze zostac zaspokojny, zazegnany i wyciszony. Afryke bowiem trzeba poznawac sercem, a nie rozumem, trzeba dac sie poniesc jej atmosferze, trzeba ja chlonac kazdym zmyslem, karmic sie nia i nie pytac nawet o wszystkie tej potrawy skladniki. Afryka jest tajemnica, ktora wymyka sie poznaniu, ktorej nie mozna rozlozyc na czynniki pierwsze, na drobiazg rozparcelowac i z kazdej strony obejrzec pod mikroskopem. Bo kiedy nawet i to sie uczyni, szybko utraci sie to, co Afryke tworzy. Tutaj tajemnice ludzie maja w sercach, tu tajemnica rosnie w ziemi i jak drzewo daje owoce, ktore zajada sie potem ze smakiem nie zastanawiajac sie nawet, co czyni je tak wysmienitymi.
Afrykanczycy to wielcy intelektualsci, ale intelektualisci leniwi - powiedzial mi ksiaze Togoville - Nigdy nie swej kultury nie spisali na papierze i najpewniej nigdy tego nie uczynia.
Ale moze to i lepiej, moze dzieki temu Afryka wciaz inspiruje i zachwyca, zakleta w pamieci starcow, na ustyach kobiet spiewajacych tradycyjne piesni w czasie pracy w polu, tam gdzie historia, mit i terazniejszosc splecione zostaly tajemnym wezlem. Bo dusza i serce Afryki jest tam, gdzie kierujac sie rozumem czlowiek nie dotrze nigdy, dusza i serce Afryki jest tajemnica.

Wysłane przez aidni 6:37 AM Kategoria Benin Komentarze (0)

Togo - czesc 3 - Voodoo dla poczatkujacych

sunny 35 °C

VOODOO DLA POCZATKUJACYCH
Nazwa voo-doo w jezyku ewe jest zbitka dwoch slow: "voo" - uwalniac i "doo" - osade, wies. W znaczeniu jak najbardziej doslownym stanowi odniesienie do jednego z najstarszych rytualow zwiazanych z tym kultem, a mianowicie rytualu odprawianego przez przewodzacego wspolnocie krola, nim ta osiadla na wybranym terenie. Rytual ten mial na celu zapewnienie bezpieczenstwa przyszlej osadzie, oddalenia od niej najpowszechniejszych zagrozen: jadowitych wezy i pajakow, drapieznych, dzikich zwierzat polujacych pod oslona nocy. By tego dokonac krol przyszlej wsi zaopywal w jej centralnym miejscu ogon wilka - najgrozniejszego ze zwierzat lasu, oraz specjalna, pieczolowicie przygotowana miksture ziol i roslin lesnych. W miejscu tym powstawal kopczyk czczony od tej pory jako miejsc swiete przez wszystkich mieszkancow wsi.
Istnieje jednak, a moze przeze wszystkim, drugie znaczenie nazwy "voodoo", znaczenie przenosne, odzwierciedlajace mistyczny wymiar tego kultu, gdzie pojecie uwalaniania odnosi sie do pochodzacej od gwiazd iskry zycia, do czlowieczenstwa, do owej zyciodajnej energii, do tego nieba zamknietego w ludzkim ciele.
Voodoo nie ma poczatku ani konca, nie ma swojego Mojzesza jak judaizm, Chrystusa jak chrzescijanswto czy Mohameda jak islam. Korzenie voodoo gina w mrokach dziejow siegajac byc moze poczatkow ludzkosci. Voodoo jest jak liana, ktora wyrasta u stop drzewa by oplesc je nastepnie gesto w ciasnym uscisku, placzac sie i klebiac, nieprzeniknione tworzac zwoje, a gdy juz te uczyni odrywa sie od ziemi, tak ze poczatkow tych splotow nie mozna juz dojrzec.I tak jak rosnie ona dalej nieprzewanie, nigdy sie nie zatrzymujac, tak rozwija sie voodoo, nigdy nie pozostajac w miejscu.

Ye
Centralnym pojeciem voodoo jest ye - pochodzaca od gwiazd, zyciodajna energia przenikajaca kazdy byt. I tak voodoo jak i w buddyzmie, pulsuje zyciem wszystko, co istnieje. Nie tylko ludzie i zwierzeta, ale takze rosliny, przedmioty i kamienie, beton i plastik. Energia ye przenika bowiem wszystko i ozywia wszystko. Energie ye kazdy z nas ma w sobie, a voodoo jest nauka o tym jak te energie katalizowac.
Ye jest absolutna, doskonala, niezachwiana harmonia istnienia i zycia; voodoo zas wskazuje droge jak te harmonie odkryc w sobie, jak dostroic siebie do jej odbioru, podobnie jak dostraja sie radio by posluchac ulubionej muzyki.
Ye choc z istoty jest niewidzialna, przejawia sie w wymiarze fizycznym w czterech zywiolach: ogniu, wodzie, powietrzu i ziemi. Wyznawcy voodoo wierza, ze jedyna widzialna i w pelni namacalna emanacja ye jest para wodna, ktora powstaje wskutek polaczenia owych czterech zywiolow: ognia, podsycanego przez powietrze, ktory podgrzewa wode w glinianym (ziemia) naczyniu. Stad kuchnia w kazdym domu voodoo jest miejscem swietym.

Las
Swietym miejscem dla voodoo jest takze las. Poniewaz las jest ziemskim odzwierciedleniem porzadku gwiazd, od ktorych pochodzi ye. Poniewaz te zbyt sa odlegle od ziemi, czlowiek wszedl w las by zrozumiec i pojac rzadzace nim prawa. W lesie znajduje ie odpowiedz na wszystkie pytania, w lesie sa lekarstwa na wszelkie dolegliwosci, w lesie znalezc mozna rozwiazanie wszystkich problemow. Lasem rzadzi doskonala harmonia ye, a wszelkie nieszczescia i choroby trawiace czlowieka sa przejawem zaklocenia tej harmonii w nim samym. Jako dzieci gwiazd podlegamy ich odwiecznym prawom, ktorych znajomosc i stosowanie pozwala osiagnac wewntrzny spokoj, harmonie duszy i umyslu.

Voodoo a moralnosc
Praw tych jedank nie mozna spisac tak jak uczynil to Mojzesz przekazujac swiatu 10 boskich przykazan. O ile bowiem chrzescijanie zadaja sobie pytanie "kim jestesmy?", o tyle kazdy wyznawca voodoo pytac bedzie "kim jestem?". Voodoo to bowiem istotnie kult bardzo zindywidualizowany, gdzie wszelkie rytualy i praktyki dobiera sie za kazdym razem indywidualnie dostosowujac je do danej osoby, konsultujac jej gwiazde, wyrocznie, wsluchujac sie w glos jej przodkow. I tak te sama chorobe leczy sie inaczej u kazdego czlowieka, inne rytualy ochronne sie odprawia, inne doradza sie rozwiazania zyciowych problemow. Bo w voodoo kazdy czlowiek jest niepowtarzalnym indywiduum i nie ma prawidel ani zasad, ktore mozna by stosowac wobec wszystkich.
Myli sie jdnak ten, kto wysnulby z tego daleko idacy wniosek, ze w voodoo nie ma pojecia moralnosci, pojecia dobra i zla. Bo choc w istocie pojecia te inne maja znaczenie i inaczej sa rozumiane niz w chrzescijanstwie, to jednak istniejea, a rola ich jest wrecz fundamentalna.
Zlem w voodoo jest wszystko, kazdy postepek, kazda mysl i slowo, ktore burza harmonie ye. Kto umyslnie wyrzadza krzywde drugiemu czlowiekowi - burzy harmonie ye, kto sieje niezgode - burzy harmonie ye. A jako ze ye jest energia zycia odbieranie go innym ludziom traktowane jest jako najpowazniejsze wykroczenie wobec ye. Nawet zabijanie zwierzat dla pozywienia odbywa sie wedlug scisle okreslonych zasad i norm. Podobnie jak w chrzescijanstwie aborcja traktowana jest jako wielkie zlo, wciagajace kobiete, ktora sie jej dopusci, w otchlan obledu. Bo choc nie ma w voodoo pojecia Sadu Ostatecznego, kazda proba zburzenia odwiecznej harmonii ye konczy sie niechybnie jakims nieszczesciem nieuchronnym, ktore spada na winowajce. Wyznawcy voodoo wierza bowiem w karme (zwana w voodoo "dziotto") i rozumieja to pojecie dokladnie tak samo jak buddysci. Kazdy wiec postepek musi miec swoje odbicie, swoje konsekwencje tak jak kamien rzucony w ton jeziora maci jego spokojna wode.
Podobnie jak buddysci, wyznawcy voodoo wierza takze w reinkarnacje.
Przodkowie powracaja
Istnienie nie jest jednak w ich rozumieniu cierpieniem, konieczna droga do oswiecenia i finanlnego wyzwolenia z ciagu wcielen. Przeciwnie, zycie jest darem i wielkim szczesciem. Zas ponownego powrotu na ziemie wielkich medrcow oczekuje sie utesknieniem i niecierpliwoscia, dla samych zas medrcow powrot do swiata zywych jest niemalze obowiazkiem. Stad wierzenie chrzescijan w powrot ba ziemie Jezusa Chrystusa wyznawcy voodoo uznaja za najzupelniej uzasadnione i oczywiste.
Z wiara w reinkarnacje wiaze sie nierozerwalnie i calkowicie logicznie kult przodkow, ktorzy lacza swiat ludzi z ye. Przodkowie przemawiaja do zywych glosem wyroczni, przodkow konsultuje sie za pomoca pradawnej sztuki wrozenia z przypominajacych rozaniec kamykow polaczonych sznurkiem. A poniewaz powracaja oni na ziemie i ozywaja ponownie w ludzkich cialach, narodzenie kazdego dziecka jest dla wyznawcow voodoo zawsze wielkim, radosnym wydarzeniem, jest obietnica. Kazdy nowy czlowiek przynosi bowiem ze soba na swiat energie wszystkich swoich potencjalnych, dobrych uczynkow. Stad niezrozumienie jest w voodoo zupelne dla motywow kierujacych kobietami Zachodu w podejmowaniu decyzji o aborcji, nawet jesli dzieki osiagnieciom wspolczesnej mledycyny wiedza one z ogromnym wyprzedzeniem o tym, czy dziecko urodzi sie zdrowe czy tez nie. - Coz z tego?! - zapyta wyznawca voodoo - Czy wolno nam decydowac o zyciu i smierci? Czy wolno nam ingerowac w wole ye, ktora pragnie ozywic chocby i to niepelnosprawne dziecko? Czy wolno nam zabic iskre zycia, ktora juz sie w nim tli?
Kiedy na swiat przychodzi dziecko dotkniete mongolizmem, w rodzinie voodoo nikt nie wpada w rozpacz, nikt nie zalamuje rak. Mistrz voodoo po konsultacji wyroczni badz odprawia rytual, ktory jesli tylko taka bedzie wola przodkow, sprawi, ze dziecko umrze smiercia naturalna w ciagu 3 miesiecy, badz zaleca rodzicom wychowywanie go az wypelni sie jego droga na ziemi, co zwykle przynosi calej rodzinie wielka pomyslnosc i szczescie.

Bog
Wbrew temu, co przyjelo sie powszechnie sadzic, voodoo nie jest kultem politeistycznym, mnozacym bozkow bez potrzeby, nakazujacym czesc oddawac przedmiotom - fetyszom. W jezyku ewe Boga przyjelo sie nazywac Mau i to zarowno wsrod chrzescijan jak i wyznawcow voodoo. Wieloznacznosc slow stanawiaca trzon semantyki jezyka ewe pozwolila na ten niezwykly zabieg. Bo Mau w jezyku ewe oznacza to, co nieprzekraczalne i nieskonczone. W tym sensie wyznawcy voodoo wierza w jedynego Boga, choc pojmuja go inaczej niz chrzescijanie. Kult przodkow i dobrych duchow, oddawanie im czci ten sam ma zas charakter, co kult swietych i aniolow w chrzescijanstwie. Przodkowie bowiem i duchy sa lacznikiem miedzy ludzmi, a tym co nieprzekraczalne i wymykajace sie wszelkiemu ludzkiemu poznaniu, tak ja sa nimi chrzescijanscy swieci, ktorzy posrednicza w kontaktach ludzi z Bogiem.
A zaklecia, a rzucanie na innych urokow, co z tym wszystkim? - powiecie.
Wyobrazcie sobie, ze znalezliscie sie raptem w Pekinie, wokol Was zwarty tlum Chinczykow, a Wy jestescie w tym tlumie zupelnie sami. I nagle slyszycie jak ktos pozdrawia Was po polsku. Co zrobicie? Najpewniej odwrocicie sie natychmiast chcac dojrzec kto przemowil do Was w ojczystym jezyku. Tak samo jest z zakleciami, z uderzaniem w bebny, z tradycyjnym tancem. Wyznawcy voodoo wierza, ze jest to mowa gwiazd i gdy czlowiek posluguje sie ta mowa, gwiazdy odwracaja sie ku niemu zaskoczone, tak jak Wy na ulicach Pekinu, i lapczywie chwytaja kazde slowo i staraja sie dojrzec, kto do nich przemowil.
Voodoo jest nauka majaca w swej istocie sluzyc czlowiekowi, pokazywac mu droge do doskonalej harmonii ye. Jest to jednak wiedza potezna i wpadlwszy w niepowolane rece moze stac sie obosieczna bronia. Tak jak lekarstwo, ktote stosowane umiejetnie leczy i pomaga, przyjete jednak niewlasciwie potrafi zabic. Tak samo jest z voodoo, dlatego kazdy mistrz gleboko zastanowi sie sie nim powierzy komu jakas wielka moc, bedzie sie staral rozeznac czy proszacy o nia czlowiek jest wystarczajaco swiadomy tego, o co prosi, czy ma w sobie wystarczajaca madrosc i dojrzalosc.
Przy pierwszym podejsciu odprawi petenta z kwitkiem zatrzasnawszy mu drzwi przed nosem. Gdy ten ponownie przyjdzie nastepnego dnia z samego rana, bo wtedy ponoc umysl mistrza najbardziej jest przejrzysty, ten odpowie mu niedbale:
- Nie jestes gotow synu przyjac mocy, o ktora mnie prosisz. Odejdz i nie przychodz wiecej mnie niepokoic.
Gdy ten jednak powroci wieczorem ponowic swa prosbe, mistrz przyjmie go w swoim domu i powie:
- Synu czy wiesz, ze moc o ktora prosisz moze zabic. Jesli ci jej udziele, gdy podniesiesz kiedy reke na swoja zone lub dzieci, umra one natychmiast!
- Tym bardziej mistrzu prosze cie bys mi jej udzielil. W ten sposob nigdy nie podniose juz reki na moja zone i dzieci, swiadom bedac tego zagrozenia. Moc ta pomoze mi wiec nie tylko osiagnac zamierzony cel, ale takze stac sie lepszym czlowiekiem.
Wtedy mistrz udzieli mu mocy, o ktora prosil, widzac, ze czlowiek ten dojrzal do tego, by ja otrzymac, ze zyje on w harmonii ye, ze z mocy tej bedzie madrze korzystal. Moc ta nie zabije takze ani jego zony ani dzieci, nawet jesli ten podniesie na nie kiedy reke. Madry mistrz wie jednak, ze ow czlowiek i tak nigdy tego nie uczyni.
Bo voodoo nie jest tajemna wiedza o rzucaniu urokow i sciaganiu nieszczescia na innych, voodoo jest droga do harmonii.

Do Beninu
A nastepnego dnia mknelam juz motocyklem na granice z Beninem, droga wijajaca sie wsrod wspanialych baobabow, poteznych jak ogromne jakies kolumny podtrzymujace doskonale blekitna kopule nieba, w promieniach slonca blyszczalo jezioro Togo, rolnicy pracujacy w polu odrywali sie na chwile od pluga by mnie podrowic, usmiechem witali mnie mieszkancy mijanych, kolorowych wiosek, gorace slonce cieplym okrywalo plaszczem.
W moje urodziny Afryka otworzyla przede mna swoje serce, przytulila mnie mocno w matczynym uscisku. W moje urodziny przyszlam na swiat ponownie, otworzylam oczy jako corka Afryki.

Wysłane przez aidni 9:55 AM Kategoria Togo Komentarze (0)

Togo - czesc 2 - Togoville

sunny 35 °C

RZECZY DZIEJA SIE SAME
Opowiem Wam teraz jden z najwazniejszych mitow voodoo (czyt. wudu), jedna z jego najslynniejszych legend.
Dawno, dawno temu, lew - krol wszystkich zwierzat starego lasu przyszedl do wyroczni po rade. Na glowie mial zlota korone, w rece dzierzyl takze zlote berlo wysadzane kosztownymi kamieniami.
- Wyrocznio! - zawolal- Jestem krolem wszystkich zwierzat, a tymczasem one uciekaja ode mnie, opuszczaja moje krolestwo, ktore jest juz dzis prawie puste! Jak mam byc krolem jesli nie mam poddanych?
- Odloz swoje berlo, zdejmij z glowy zlota korone - odrzekla wyrocznia - Jesli chcesz byc prawdziwym krolem wejdz posrod swoich poddanych, poznaj ich i zyj wsrod nich, a przekonasz sie ze wkrotce twoje krolestwo pelne bedzie mieszkancow.
Tak tez uczynil lew, jako jedyny znak swej wladzy zachowujac tylko bujna grzywe, a przepowiednia wyroczni spelnila sie co do kropki i przecinka.

Kazde poznanie, kazde odkrycie, kazde glebokie doswiadczenie innosci trzeba zawsze zaczynac od wyrzeczenia sie uprzedzen, od ujarzmienia dumy i pychy, od odrzucenia stereotypow. Prawdziwie poznawac mozna tylko otwartym sercem i umyslem, szczera ciekawoscia swiata i skromnoscia.
- Czy jestes gotowa na poznanie voodoo? - zapytal mnie ksiaze Togoville gleboko patrzac mi w oczy, ze az ciarki poczulam na plecach.
- Jestem - odpowiedzialam zdecydowanie.

Malo ktory afrykanski kult obrosl taka iloscia stereotypow, falszywych interpretacji, nieslusznych klasyfikacji i uprzedzen, co wlasnie voodoo. Juz samo slowo kojarzy sie fatalnie: laleczki, w ktore wbija sie igly, by zadac cierpienie nielubianej osobie, suszone malpie oczy, kocie ogony i inne potwornosci, ktore sluza za fetysze, tysiace bozkow niezliczone, przerazajace rytualy, czarna magia, podejrzane mikstury... Oto z czym kojarzy sie nam zwykle voodoo! Moja wiedza o tym kulcie byla niewiele wieksza, az do dnia moich trzydziestych urodzin, kiedy w tajniki tego prastarego afrykanskiego kultu wprowadzal mnie ksiaze Togoville, malutkiego miasteczka nad brzegiem jeziora Togo.

A jak to sie stalo, ze sue znalazlam na prywatnej audiencji u jego Wysokosci? Droga z Lome nie byla daleka. Stolica Togo to przyjemne miasto, dlatego spedzilam tam kilka leniwych dni, uzupelniajac bloga i walasajac sie po targu bajecznie kolorowym i rozleglym jak morze, zajadalam lokalne specjaly, walczylam z przywleczonym jeszcze z Ghany zapaleniem ucha. Ale wielkie halasliwe miasta to nie moja specjalnosc, wole male miasteczka i wioski, ktore moge szybko ogarnac, szybko zaprzyjaznic sie z ludzmi, podejrzec troche ich codziennego zycia.
I oto stoje juz u brzegu jeziora Togo, Togoville widzac na drugim brzegu. I pomyslec tylko, ze od jednego z najbardziej niezwyklych doswiadczen w calej mojej podrozy przez Afryke, dzielila mnie bariera pazernosci mlodego chlopaczka kierujacego lodzia przewozaca pasazerow przez jezioro. Przeprawa ta nie powinna wiecej kosztowac jak 100-150 frankow, tymczasem chce on ode mnie 10 000 (rownowartosc 20 USD). Targuje sie bez skutku osigajac niewiele nizsza cene. Biore plecak i oswiadczam, ze moja ostatnia cena to 200 frankow i jesli mu to nie pasuje to wracam na droge i jade dalej. Nie uszlam 10 metrow, kiedy przybiegl by mnie zawrocic. Na szczescie!
Przeprawa lodka, zwana tu pirrogue (czyt. pirog, a ktore to lodki ja sobie nazywam pierogami) trwa jakies 15 minut, sa to jednak dlugie minuty. Bo pierozek oczywiscie w afrykanskim, najlepszym stylu przeladowany. Oprocz dwudziestu lekko pasazerow z tobolkami przewozi jeszcze dwa motocykle. A ze wiatr jest nie na zarty to pierozkiem kolysze na wszystkie strony i co rusz woda niebezpiecznie zaglada za burte. Doplywamy jednak szczesliwie. Ludzie przejeci moim losem i ruszeni patriotycznym obowiazkiem obrony dobrego imienia Togo po podlym zachowaniu pieroznika, pomagaja mi znalezc tani noclego w miasteczku.
W ogrodzie rosnie ogromny, stary baobab i mangowce. Domki sa szeregowe, z lazienka, biezaca woda, skromne ale czyste i przytulne. Zazwyczaj sluza misjonarzom w podrozy, ale jako ze nie ma ich ostatnimi czasy zbyt wielu, zaczely sluzyc takze turystom. Spokoj, cisza i szeroki usmiech Yayo, kucharza katolickich ksiezy z pobliskiego sanktuarium, ktory opiekuje sie osrodkiem, a za chwile juz wspolne kibicowanie druzynie Togo w pilkarskiej potyczce z Kamerunem. Rzeczy dzieja sie same, jakby ktos z gory wszystko zaplanowal. Mam jakies nieodparte wrazenie, ze wszystko jakos tak nienaturalnie, nieprzypadkowo zgrabnie sie uklada jak doskonale dopasowane elementy ukladanki. Zaprzyjazniam sie z Yayo prawie natychmiast. On zas widzac zem chora i zasmarkana, rozpieszcza mnie europejska kuchnia, ktorej smaku juz prawie zapomnialam. W moje urodziny dostaje nawet torcik i mszalne wino! A gdy Yayo tylko dowiedzial sie, ze interesuje mnie voodoo i pierwotne wierzenia Afryki, zorganizowal mi spotkanie z ksieciem Togoville, wielkim mistrzem voodoo, kiedy stuknelo mi wlasnie 30 lat.

W MIESZKANIU KSIECIA TOGOVILLE
W mieszkaniu ksiecia Togoville jest male muzeum. I nie pomyle sie chyba zbytnio i nie popadne w przesade, gdy powiem, ze jest to bodaj najmniejsze muzeum na swiecie. Skromna kolekcja starych, pozolklych fotografii, tradycyjnych bebnow, jakichs kolorowych strojow, kilka starych ksiazek zajmuje jeden ciasny pokoik rozmiarow skromnych, rzedu 2x3m. Posrodku stolik i krzeselko, na ktorym siedzi ksiaze w czasie audiencji. Oczami wyobrazni widzicie juz pewnie szalonego jakiegos szamana z rozwichrzonym wlosem, tatuazem na twarzy, w koralikach, ozdobach i przedziwnych szatach, mowiacego egzotycznym jakims jezykiem zupelnie niezrozumialym i rzucajacego zakleciami na lewo i prawo az serce cale trwoga zdjete. Nic z tych rzeczy! Schowajcie stereotypy gleboko w kieszen, przegoncie z mysli uprzedzenia, ze jesli juz cos jest w Afryce jest tradycyjne i pierwotne to niechybnie byc musi takze zacofane, ciemne i podejrzane.
Ksiaze Togoville jest przystojnym mezczyzna okolo trzydziestki. Wita mnie ubrany w skromna, biala, afrykanska koszule z ozdobnym przy szyi haftem. Jest niezwykle goscinny jak przeogromna wiekszosc mieszkancow Afryki. Posluguje sie francuszczyzna elokwentna i pelna ogromnej elegancji, jak z ksiazek najlepszych francuskich pisarzy. Czeste czyni aluzje do filozofii Zachodu, by voodoo uczynic dla mnie bardziej przystepnym. Z pamieci cytuje Arystotelesa, Platona, Kartezjusza, porownuje voodoo do chrzescijanstwa, buddyzmu, islamu. Swa wiedza i inteligencja niejednego Europejczyka moglby wpedzic w kompleksy, chocby i takiego jak ja.
Otworzcie serca i umysly, zrzuccie zaslone od stuleci kultywowanych stereotypow i falszywych, niewiedza podyktowanych wyobrazen, a w tradycyjnych, afrykanskich wierzeniach odkryjecie uniwersalna, wielka madrosc.

Wysłane przez aidni 12:36 PM Kategoria Togo Komentarze (0)

Togo - czesc 1 - Lome

sunny 35 °C

LOME
Do stolicy Togo wprost z Ghany wchodzi sie pieszo wspanialym, szerokim bulwarem. Nad glowa szumia jak potezne parasole, wysokie palmy kolysane oceanicznym wichrem, zloty piasek rozleglej plazy miekko laczy sie z lazurowa woda. Bo Afleo (przygraniczne miasto w Ghanie) i Lome to tak naprawde jeden i ten sam urbanistyczny organizm, sztucznie tak jakos na pol przekrojony pazernoscia i wasniami bylych kolonialnych poteg: Francji i Wielkiej Brytanii. Dzis z racji bliskiego sasiedztwa plazy wprost z obrazka zdjetej, jest to bodaj najpiekniejsze przejscie graniczne na swiecie. Zareczam i na wszystkie swietaosci przysiegam, choc dowodow fotograficznych nie mam - zabraklo mi odwagi by aparat wyciagac, gdy wszedzie pelno facetow w mundurach patrzacych podejrzliwie i grozne straozacych miny.
Po pieciu miesiacach porozumiewania sie po angielsku na co dzien, jezyk placze sie i meczy, gdy przeskoczyc trzeba nagle na francuski. Brakuje slow, anglosaskie wtrety same wskakuja do ust i choc chce sie powiedziec cos po francusku, to tu dziwnie jakos wychodzi po angielsku.
Ludzie usmiechaja sie wyrozumiale, najwyrazniej przyzwyczajeni juz do tego jezykowego pomieszania wszystkich jowu (tak w jezyku ewe nazywa sie bialych) doTogo przybywajacych z Ghany.
Ide objuczona plecakami w niemilosiernym upale pozdrawiana przez Togolczykow z lewej i z prawej. Poza jezykiem i cenami noclegow miedzy Togo a Ghana nie widze wiekszych roznic.
Te same banany i zgrabnie skrojone kawalki kasawy praza sie w glebokim oleju, z kazdej restauracji dobiega ten sam charakterystyczny dzwiek miazdzonego w poteznych, drewnianych mozdzierzach prosa i maki kukurydzianej, bo tak u wybrzeza Zatoki Gwinejskiej powstaje fufu, czyli rodzaj delikatnie rozplywajacej sie w ustach papki, ktora jest tu absolutnie podstawowym daniem, ta sama wszedzie ludzka serdecznosc wokol, ta sama spontanicznie przezywana radosc. W Afryce choc bieda wyglada zza kazdego prawie rogu, zza kazdego wychyla sie zakamarka, w kazdym prawie siedzi kacie nie odebrala mludziom radosci zycia. Afrykanczycy, choc czesto maja niewiele ponad nic, potrafia cieszyc sie tym duzo bardziej niz my wszyscy Europejczcy razem wzieci z calym naszym zachodnim zbytkiem. Fantatsyczna to umiejetnosc i pewnie dla wielu zaskakujaca. Afryka jest jednak zywym, namacalnym dowodem na to, ze materialny dostatek nie jest warunkiem koniecznym dla ludzkiego szczescia. To tylko nasza, zachodnia perspektywa. Zalamujemy rece nad Afryka, uzalamy sie nad nia, jawi nam sie ona jako kontynent bezmiaru ludzkiego nieszczescia, biedy i konca niemajacego cierpienia. Tymczasem tylu usmiechow, tyle spontanicznie okazywanej radosci, tyle wesolosci na kazdym kroku nie widzialam jeszcze nigdzie. Nikt tutaj za niczym nie goni, bo tak naprawde nie ma za czym, zyje sie z dnia na dzien, kazdym cieszac sie inaczej, kazda drobnostke przezywajac w detalach, kazdym najmniejszym nawet pozytywnym zdarzeniem delektujac sie bez konca. Trawiace Zachod cywilizacyjne choroby takie jak stres czy depresja, sa w Afryce zupelnie nieznane, rownie dla owego biednego, czarnego czlowieka egzotyczne, jak dla nas malaria. Wydaje nam sie, ze posiedlismy jedyna, uniwersalna recepte na szczescie, ze poznalismy jego absolutny algorytm. Tymczasem w Afryce kazdego dnia wiecej widze w ludziach radosci i szczesliwosci zupelnie spontanicznej, niz przez caly rok na starym kontynencie. Afryka uczy mnie jak prawdziwie cieszyc sie zyciem, jak kazda jego chwile smakowac.

OSZUSTWO
Mechanizm jest prosty jak dwa dodac dwa. Z odliczona pula 50 cedi (waluta Ghany) podchodze do mezczyzny siedzacego na stolku z kalkulatorem w reku. Tak w Afryce wygladaja kantory, a przynajmniej te, w ktorych mozna wymienic lokalna walute na inna lokalna walute.Facetow z kalkulatorami jest zawsze pelno na kazdym przejsciu granicznym i chociaz czesto trzeba sie z nimi troche poszarpac, by w miare przyzwoity kurs uzyskac, a i slawa ciesza sie nienajlepsza, to jak dotad zadnycvh przykrych doswiadczen nie mialam. Te jednak musialy nadejsc niechybnie i nieuchronnie jak z dawna oczekiwana burza.
Piekna okolica, fantastyczny, plazowy krajobraz... burczacy zoladek i mysli zaprzatniete prazona kasawa lub slodkim jakims banankiem, gardlo wyschniete na wior wolajace o wode, do tego upal i ciezki plecak - wystarczy by nieco zabraklo uwagi, by koncentracje skutecznie oslabic, rozproszyc na boki.
Facet z kalkulatorem kurs proponuje calkiem uczciwy, wiec przeliczamy wszystko sprawnie i za moje 50 cedi dostac powinnam 18000 CFA (tj. frankow zachodnioafrykanskich, ok. 36 USD). Dostaje do reki plik banknotow z jednotysiecznym nominalem do przeliczenia. 17 000 - Nie, musialam sie gdzies pomylic - mysle sobie i raz jeszcze kalkuluje zuzyte banknoty.
- 17000 jest prosze pana, a mialo byc 18000!
- To niemozliwe Madame - zarzeka sie mezczyzna - niech przeliczy Madame jeszcze raz!
Moze to zmeczenie, moze glod, a moze slonce... do trzech razy sztuka, licze wiec ponownie, niech mu bedzie.
- 17000! Tak jak mowilam - rzucam z lekka irytacja
- Najmocniej przepraszam. Zupelnie nie wiem jak to sie stalo, prosze wybaczyc Madame!
Oddaje mu plik banknotow, a on powoli przelicza ponownie. Podirytowana tym, ze trwa to tak dlugo, z plecakiem ciagnacym ku ziemi, przygladam mu sie niecierpliwie.
- Faktycznie! 17000! Prosze wybaczyc, najmocniej przepraszam Madame. Prawie nigdy mi sie to nie zdarza, stad moje zdziwienie. Bardzo, bardzo przepraszam Madame i natychmiast dodaje brakujacy tysiac.
Faktycznie do grubasnej puli dodaje jeszcze jeden banknot jednotysieczny i ponownie przelicza.
- Teraz jest 18000, prosze sprawdzic - mowi, ponwnie wreczajac mi peczek zachodnioafrykanskich frankow.
Ani mi sie nawet sni przeliczac po raz kolejny, glodna jestem, zmeczona, chce czym predzej do Togo sie dostac i chrupac prazona kasawe. I to wlasnie byl moj blad wielki, ktory kosztowal mnie utrate 6000 frankow (ok. 12 USD). Nie wiem kiedy dokladnie podebral on zwinnie te szesc banknotow z mojej kupki, najpewniej w czasie ostatniego przeliczania, jakims paskudnym, szulerskim sposobem do perfekcji opanowanym dzieki wieloletniej praktyce.
Gdy zorientowalam sie co zaszlo, bylo juz zbyt pozno, granica zostala za mna daleko, a koszt kolejnej wizy do Ghany (50 USD) czynil cala moja potencjalna interwencje zupelnie nieoplacalna.Tego wieczoru polaly sie moje lzy czyste rzesiste ze zlosci, przykrosci i wlasnej bezradnosci.

Wysłane przez aidni 5:34 AM Kategoria Togo Komentarze (0)

Ghana - czesc 4 - Bog jest wszedzie

sunny 33 °C

BOG JEST WSZEDZIE
Zaklad fryzjerski Bog Cie kocha - God loves you barber shop
Sklep komputerowy Jezus jest miloscia - Jesus is love computer store
Sprzedaz detaliczna ryb suszonych Slodki Jezu - Sweet Jesus dry fish saler
Zaklad krawiecki Bog jest dobry - God is so good fashion tailor
Przedsiebiorstwo transportowe Dziekujemy Ci Jezu - Thank you Jesus Transports
Supermarket Bog zyje - God lives supermarket
Fast food Ufamy Bogu - In God We Trust Fast Food

Przyklady mozna mnozyc, wystarczy przejsc sie ulica by notatnik zapelnic lista cala nazw tak dziwacznych europejskiego oka. Bo w Ghanie Bog jest po prostu wszedzie, gdzie by nie spojrzec, na czym by oka nie zawiesic, wszystko manifestuje, wykrzykuje, ostentacyjnie oglasza swiatu religijnosc mieszkancow Ghany i chociaz zdecydowana ich wiekszosc to chrzescijanie to i muzulmanie nie pozostaja w tyle : Insz Allah Transports LTD. lub Allah is the answer Music store, by choc kilka podac przykladow.
Religijnosc w Ghanie jest codziennym elementem zycia, a nie jak w Europie czesto wstydliwie skrywanym skrawkiem intymnosci. Tu kazdy czuje potrzebe, by swa wiare calemu swiatu nieustannie obwieszczac, by sie swoja wiara dzielic. Kazdy sklep, zaklad rzemieslniczy, kazdy samochod, kazdy nawet rozpadajacy sie kiosk sklecony z dykty i jakiegos zelastwa ma zawsze, niezmiennie w swej nazwie wielkimi, kolorowymi literami wymalowana religijnosc swojego wlasciciela. Nawet muzyka puszczana w radiu, czy pedzacym z zawrotna predkoscia minibusie, to muzyka religijna choc z rockowym lub popowym tracaca rytmem.
Byc moze na pierwszy rzut oka zabawna, jednak w polaczeniu z nieustajacym usmiechem Ghanczykow, ta wszchobecna religijnosc ma w sobie cos urzekajacego, czarujacego, uroczego. W Ghanie wiara jest przezywana na kazdym kroku, wiara kazdy z kazdym sie dzieli. W Ghanie Bog jest radoscia, z szerokim usmiechem i pelna geba.

Wysłane przez aidni 5:32 AM Kategoria Ghana Komentarze (0)

Ghana - czesc 3 - Kaprysy Krolowej

overcast 34 °C

KAPRYSY KROLOWEJ

Nikt nie wie kiedy przyplynie, nikt nie wie kiedy odplynie, nikt nie wie czy w ogole kiedykolwiek sie pojawi. W miasteczku Yeji u polnocnego brzegu jeziora Volta, noc jest czarna, zawiesista jak za dlugo parzona herbata. Wsrod tlumu oczekujacych juz od dluzszego czasu kraza na przemian plotki o awarii silnika, podnosnika, steru, pompy, o zerwanej linie. Polnoc juz dawno minela, w gestej ciszy afrykanskiej, wilgotnej nocy uplywa leniwie piata godzina oczekiwania na krolowa najwiekszego na swiecie sztucznego jeziora, najwiekszego przynajmniej do czasu jak Chinczycy nie otworza dumnie swojej tamy trzech przelomow na rzece Jangcy. Krolowa jako jedyna przemierza jezioro Volta raz w tygodniu z polnocy na poludnie i z poludnia na polnoc, a na imie ma Yapei, Yapei Queen. Kaprysna jest jak to dama w dodatku monopol majaca na na transport pasazerow po jeziorze, drwi sobie zupelnie dowolnie, frywolnie, mimowolnie z rozkladow, zapewnien i obietnic zalogi, jest nieprzewidywalna, jest zmienna, jest nie do konca zdecydowana, jest marudna, chwiejna i co tu ukrywac - niepewna.
Ludzie czekaja spokojni, jakby juz dawno pogodzeni z humorami krolowej, z jej kaprysnym charakterem, porozkladali sie na ziemi, na kocach, walizkach, tobolkach, kolysani do snu monotynnym szumem jeziora. W swietle portowych latarni klebia sie zaciekle, ciasno, zwarcie male muszki. Wscibskie to to, ciekawskie i nieznosne. Gdy tylko czlowiek wychyli sie z cienia, nieopatrznie glowe wystawi zza zaslony mroku, zaraz atakuja cala chmara, obsiadajac szczelnie skore, pchajac sie do oczu bez pytania, natretnie zagladajac do nosa i uszu. Mozna odganiac je reka, trzepac wkolo notatnikiem, mozna wywijac recznikiem specjalnie w tym celu wydobytym z plecaka, lub machac gazeta, mozna wszystkiego probowac, nawet najbardziej wymyslnych sposobow, jedno jest jednak pewne: nie ma mozliwosci by z determinacja tych malych, napastliwych stworzen wygrac.
I ja poddaje sie w koncu. Glowe nakrywam kanga, opieram o plecak i zwinawszy sie w klebuszek na rozlozonym na ziemi kocu, po prostu zasypiam. Dzien byl dlugi w Yeji, dlugi i upalny. Male miasteczko obejsc mozna w pol godziny i to nawet niespiesznym krokiem. Domki niskie, gliniane, prostokatne, blacha falista nakryte. Uliczki piaszczyste, rownolegle lub przecinajace sie prostopadle jak kratka w zeszycie. Kazdy, nawet najbardziej niewinny pojazd przemieszczajac sie nimi wzbija w powietrze tumany kurzu i pylu, ktory duzo czasu potrzebuje by znowu na ziemie wrocic. Gdzieniegdzie miedzy domkami jakies drzewo rosnace samotnie, jakis mangowiec moze sie zdarzyc lub rzadziej baobab. A jesli gdzie w Afryce jest duze jakies drzewo w poblizu, jesli wokol susza, kurz i pyl, to niechybnie pod jego korona spotkac mozna odpoczywajacych lub pracujacych ludzi. Jest obowiazkowe powitanie, wypytanie o zdrowie, jak leci, jak rodzina, jak dzieci, jak dzien plynie... Czest takze prosba o e-mail, nie po to jednak by na niego kiedykolwiek jakakolwiek wiadomosc wyslac , bardziej chyba by sie nim pochwalic przed znajomymi, ze sie kogos z lepszego swiata spotkalo.
Nad brzegiem jeziora szukalam chwili spokoju, wszystko jednak inne znalazlam tylko nie spokoj. Ale to w koncu Afryka, slowa spokoj i cisza mozna z powodzeniem wymazac ze slownika. Nim sie spostrzeglam juz wokol mnie pieciu roslych mundurowych ze sluzby ochrony nadbrzeza, a jako ze to Ghana nie musze dlugo czekac az wszyscy bez wyjatku mi sie oswiadczaja.
Do portu przybywa maly prom kursujacy miedzy Yeji a Makongo, miasteczkiem niewielkim po drugiej stronie jeziora. Prom przeladowany jest w prawdziwie afrykanskim stylu, zadnych limitow, zadnych ograniczen, nawet tych ktore stawia wyobraznia.
- Chcecie zenic sie z biala kobieta? - zwracam sie do moich mundurowych, niedoszlych narzeczonych.
- Tak! Chcemy zobaczyc jak zyje sie w Europie. Chcemy poznac twoja kulture! - odpowiadaja z entuzjazmem.
- No to najpierw musicie wiedziec, ze w Europie kobiety nie dzwigaja ciezarow, nie nosza wiader z woda, ktore ledwie mozna uniesc, wszystko, co ciezkie nosza mezczyzni. Kobiety pracuja w biurze, a ich mezowie pomagaja im w wychowywaniu dzieci, sprzataniu i gotowaniu.
- Co?!
- Tak wlasnie!
Grymas zdziwienia, dezaprobaty, zaskoczenia. W Afryce kobiety pracuja duzo ciezej niz mezczyzni, ci czuja sie jak ksiazeta, ktorym w domu nalezy uslugiwac. Zaden afrykanski mezczyzna nie trudni sie noszeniem wody, gotowaniem czy wychowywaniem dzieci, to bylyby dla afrykanskiego mezczyzny zajecia upokarzajace. Troche wyidealizowana i uogolnieniem mym splaszczona, europejska rzeczywistosc ciezka jest do przelkniecia, zrozumienia, do zaakceptowania zas jest zupelnie niemozliwa. Temat zareczyn i malzenstwa samoistnie rozplywa sie w lepkim upale.

Budze sie sama z siebie o trzeciej nad ranem. Wokol wszyscy spia, dogasa zar w palenisku sprzedawcy herbaty i cieplych napojow, obok kobieta spi oparta o swoje ananasy, ze spuszczona bezwladnie miedzy kolanami glowa w sen zapadl sprzedawca chleba i kanapek. Sen! Sen w Afryce nie jest swietoscia jak w Europie. Nikt nie sciszy glosu w obecnosci spiacego, nikt nie bedzie sie troszczyl by go przechodzac nieopatrznie nie potracic i ze snu wyrwac, spi sie byle jak i byle gdzie, sen jest szarpany, rwany na czesci, do kupy skladany ze strzepow. W hotelach rzadko obowiazuje cisza nocna, trzaska sie drzwiami o kazdej porze, glosno sie rozmawia przez telefon, histerycznie smiac sie mozna nawet w srodku nocy.
Moj sen na kamienistym nadbrzezu portowym w Yeji przerwal jednak brutalnie nie czyis glos czy halas, ale bol brzucha. Byl to ten rodzaj bolu, ktory jest jak wyrok. Ten bol zna kazdy, kto podrozowal po krajach trzeciego swiata. Tego bolu nie da sie z zadnym innym pomylic, zle zinterpretowac, nieopatrznie zlekcewazyc. Przeszywa czlowieka dreszcz jak miecz, z miejsca robi sie w calym ciele goraco, pot tlustymi kroplami splywa z czola. Miesnie spinaja sie okrutnie, ze z trudem mozna sie poruszyc, zeby z cierpienia naglego zaciska sie mocno, zwiera, oddech jest krotki, plytki, jak po szybkim marszu lub biegu. Czlowiek sam z siebie wie jakos, ze czasu ma malo, ze musi szybko reagowac, dzialac, mimo tego ze boli, ze slabo, ze goraczka, ze w miesniach niemoc. Kogo jednak prosic o pomoc, kiedy wszyscy spia, gdzie isc, gdy cale miasteczko w twardym snie dawno pograzone? Czkac na prom, ktory nie wiadomo kiedy i czy w ogole przyplynie? Zbyt ryzykowne. Wstaje i rozgladam sie wokol. Czlowiek przy czlowieku, cisza nocy niezmacona. Kiedy juz nadzieje trace na jakakolwiek pomoc, widze nagle dziewczynke w zielonej sukience siedzaca w mroku drzewa. ¨Podchodze do niej czym predzej z nadzieja, ze mowi po angielsku. Mowi.
- Bardzo zle sie czuje, musze jak najszybciej isc do toalety, prosze pomoz mi.
Zwracam sie do niej, ale moj wyglad, grymas bolu na mojej twarzy mowia wiecej niz slowa. Dziewczynka bierze mnie za reke i mowi tylko - Chodz ze mna.
Portowa toaleta zamknieta, kto ma do niej klucz nie sposob dociec, a byc moze od lat juz jest nieczynna, na taka przynajmniej wyglada. Idziemy przez uspione miasteczko, waskimi uliczkami, miedzy glinianymi domkami, ciemnosc zakrywa wszystko szczelnie. W swietle mojej latarki widze tylko skrawki otaczajacej mnie przestrzeni. Jakas dziurawa sciezka, jakies smieci i wszedobylskie czarne worki unoszone przez podmuchy wiatru, jakis bezpanski pies przemyka pod sciana budynku nieufnie spogladajac w moja strone. Brudno, slisko i mokro pod stopami, lepiej moze nie patrzec nawet po czym sie stapa. Cos raptem przemknelo zwinnie z lewej strony i zniknelo w ciemnosciach. Czy byl to szczur, a moze waz? Czasem lepiej nie wiedziec, czasem lepiej nie dociekac z obawy, ze rzeczywistosc przerosnac moze nasza odwage.
- To tutaj - mowi moja przewodniczka, z widocznym wstydem i zazenowaniem - tutaj jest nasza toaleta.
Gora smieci, smieci prawdziwe wysypisko. Pod stopami zgnilizna, wokol zgnilizna, smrod zgnilizny, smrod rozkladajacych sie w upale ludzkich i zwierzecych odchodow. Oto afrykanska, publiczna toaleta, bo to, co my w Europie zwyklismy nazywac toaleta, tutaj dla wielu jest dobrem niedostepnym. Moze wielu z zyjacych tu ludzi nigdy prawdziwej toalety nigdy nie widzialo, toaleta zawse bylo dla nich to wysypisko smieci.
Sa takie chwile w zyciu, kiedy czlowiek przekonuje sie, ze stac go na wiele wiecej nie kiedykolwiek by przypuszczal, ze jest w stanie przetrwac, wytrzymac, przelknac to, czego w najokropniejszych snach nie potrafilaby stworzyc jego wyobraznia. Sa takie chwile w zyciu, kiedy nieoczekiwanie rodzi sie w czlowieku jakas odwaga, sila, determinacja, na wszystko zupelna gotowosc. Tak bylo tamtej nocy, kiedy scieta okrutnym bolem, z zacisnietymi zebami musialam zmierzyc sie z potwornym rozwolnieniem na srodku cuchnacego wysypiska smieci w jakiejs odludnej czesci Ghany. Od smrodu chcialo mi sie wymiotowac, z ogromu wlasnego ponizenia chcialo mi sie plakac. W calkowitej ciszy nocy i w absolutnej samotnosci przezywalam moje okrutne upokorzenie. Dlaczego pisze o tym, dlaczego nie zachowam tego przezycia tylko dla siebie, upchnawszy je skrzetnie w jakims ciemnym zakamarku pamieci? Poniewaz pisanie dzis o tym jest echem tamtego doswiadczenia, jego finalnym, ostatecznym zamknieciem. Czlowiek jest tylko czlowiekiem, kiedy w zyciu upokorzy go i zlamie jego fizjologia, jego niezwyciezona bilogicznosc i kiedy to upokorzenie, to ponizenie zaakceptuje jako czesc nieodlaczna swojego czlowieczenstwa.

KROLOWA PRZYBYWA
Syrene przecinajaca cisze nocy jak strzala, jak z dawna oczekiwana wiadomosc, zrywa wszystkich oczekujacych na rowne nogi. Od wielu godzin oczekiwana Krolowa Yapei, powolnie sunac po jez. Volta, przybywa do portu w Yeji. W towarzystwie dwoch wolntariuszek z Kanady i Niemiec oraz ich ghanskiego kolegi wchodzimy na poklad. Na dole, w czesci towarowej promu, ogromna ilosc drewnianych skrzyn, w ktorych ludzie ukladaja sie do snu. Na brudnym, smarem jakims lepkim upackanym podlozu, kobieta kladzie niemowle, tuz obok chaotycznie przeciska sie tlum. W kolejnej skrzyni mezczyzna mosci legowisko swej zonie i sobie pieczolowicie ukladajac nie wiem skad wydobyte nagle siano. Czyzby to byla trzecia, najnizsza klasa? Na mysl przychodza najgorsze skojarzenia - oswiecimskie prycze. Pniemy sie do gory po ciemnych, waskich schodach. Kolejny poklad. Polki na bagaze zawieszone pod sufitem sluza za lozka, ludzie spia takze na stolach, na lawkach, na podlodze, gesto, ciasno scisnieci jak w imadle. W powietrzu unosi sie zapach potu i dziesiatek ciezkich, upalem umeczonych oddechow.
- Chodzcie za mna - wola mlody meczyzna, ktory zaoferowal nam swoja bezinteresowna pomoc w zdobyciu w miare przyzwoitych miejsc. Kolejne schody, waskie i ciemne, i nagle pusty poklad. Jakies lawki, na ktorych nikt nie siedzi ani nie lezy i pdloga pusta zupelnie. Wita nas kapitan. Za te sama cene co w 2 klasie mozemy rozlozyc sie na pokladzie kapitanskim, gdzie tylko nam sie podoba. Wiem, ze to dlatego, ze jestem biala, ze moja europejskosc, zachodniosc sprawia, ze w oczach Ghanczykow zasluguje na specjalne traktowanie. Tym razem nie buntuje sie jednak, nie probuje polemizowac, zlamana zupelnie bolem i zmeczeniem, rozkladam karimate na jednej z lawek i zasypiam twardym snem nim krolowa zdolala opuscic port. A opuscila go dopiero o 6.00 rano! Po 10 godzinach oczekiwania wyplynelismy nareszcie na szeroki przestwor jez. Volta.

Gdy otwieram oczy widze szara, najzupelniej i bez cienia przesady, szaro-srebrna wode jeziora i sterczace zen kikuty drzew jak szkielety umarlych. Kto wie jakie doliny, malownicze pola i krete sciezki pochlnela woda, gdy zbudowano wielka tame na rzece Volta, kto wie jaki swiat na zawsze zginal w tych glebinach. Niebo zasnute jest chmurami, szczelnie. Na ziemie docieraja nieliczne promienie slonca. Wszystko tonie w odcieiach szarosci, zgaslej, wyblaklej zupelnie zieleni i zolci. Wszystko jakby bialo-czarne, okradzione z kolorow, odarte z barw. Jaka to odmiana po magicznym je. Malawi, ktorego swieze wspomnienie wciaz mam przed oczami.

Gdy tylko dowiaduje sie, ze na naszym promie jest prysznic, nie zastanawiam sie ani chwili. Wbrew mym najgorszym oczekiwaniom, prysznic jak najbardziej kwalifikuje sie do nazwania go prysznicem, choc z pewnoscia do najpiekniejszych i najczystszych nie nalezy. Blaszane sciany i podloga mocno juz rdza i brudem obrosle, kto by jednak czas tracil na takie szczegoly, kiedy na czlowieka spada nagle takie szczescie jak nieoczekiwana mozliwosc umycia sie pod biezaca woda! Trzeba po prostu wejsc i sie nie rozgladac, nie koncentrowac uwagi na zadnych detalach, tylko pluskac sie szybko i zwinnie, dluzsze pluskanie grozi bowiem tym, ze sie jeszcze nie daj Bog cos zauwazy, cos czego lepiej nie widziec, np. ogromnego karalucha lub pajaka siedzacego w kacie. Dlatego lepiej nie patrzec. Co z tego jednak, ze zapomni sie o higienie i czystosci kiedy drzwi sie nie zamykaja! Nie przymykaja sie nawet tylko bezczelnie otwieraja sie niemalze na osciez, szeroko, z rozmachem. Niewiele brakuje a zaczna miarowo traskac, gdy prom zakolysze sie na falach.
- Nie ma problemu Madame! Prosze brac prysznic - zachecaja siedzace obok kobiety.
- Ale jak? Toaleta tuz obok i co chwila ktos przechodzi!
- Nie ma problemu, Madame! Nikt nie patrzy.
Moge oko przymknac na brud, moge plazem puscic higiene, moge udawac, ze nie widze pochowanego po katach robactwa, ale brac prysznic przy otwartych drzwiach?! Nie, tej bariery nie jestem w stanie pokonac. Intymnosc to pojecie obce Afrykanczykom, szczegolnie, gdy rzecz dotyczy mycia sie czy zalatwiania najbardziej podstawowych potrzeb fizjologicznych. Nikt tutaj do tego nie potrzebuje intymnosci, nikt nie potrzebuje odgradzac sie, zaslaniac i wstydliwie chowac. Gdy autobus zatrzymuje sie gdzies w szczerym polu na postoj toaletowy, kobiety i mezczyzni swe potrzeby zalatwiaja ledwie kilka metrow od siebie, a w ekstremalnych wypadkach nawet rozmawiaja sobie przy tym wesolo. Gdy trafi sie szczesliwie "normalna", tj. zamykana toaleta to i tak rzadko kto drzwi uzywa zgodnie z przeznaczeniem. W prysznicach zas takich jak ten na naszym promie mycie sie tez ma charakter kolektywny, zbiorowy, razem przezywany i wzajemnie dzilony. Nie raz, nie dwa widzialam jak do myjacaje sie wlasnie kobiety dolacza inna z mydelkiem i reczniczkiem. Radosnie, wesolo i plotkarsko robi sie wtedy pod ntryskiem, nikt nie prostestuje, nikt sie nie buntuje, tylko dzieli sie ochoczo kabina z innym wspolpasazerem. Moja tolerancja dla afrykanskich norm i obyczajow jest wielka, ale przyznam ze niewsystarczajaco wielka. Przywiazuje drzwi sznurkiem od wewnatrz do kranu czym wesolosc wzbudzam obserwujacaych mnie kobiet.

Dzien na promie uplywa powolnie, leniwie, sennie i nieznosnie upalnie. Poklad kapitanski, ktory przez cala noc mielismy tylko dla siebie, powoli zapelnia sie pasazerami. Rozkladaja tu i owdzie swe tobolki i materace. A wiec nie jest to enklawa dla bialych, jak w pierwszej chwili myslalam, a poklad dostepny po prostu "za kapitanska laska". Z uczuciem prawdziwej ulgi przeciskam sie przez calkiem gesty juz tlumek tubylcow, z uczuciem ulgi, bo nie lubie zamknieta byc w turystycznym gettcie, z dala od prawdziwego swiata, od prawdziwej Afryki. A ta jest teraz wokol mnie, ciasno mnie otoczyla, rozsiadla sie z lewej i z prawej, z tylu i z przodu, usmiecha sie do mnie szeroko, zaplata sobie wlosy, podjada placuszki, spi skulona w malym skrawku cienia, czyta gazete, pali paierosa w kacie, myje zeby spluwajac za burte i sciagajac tym na siebie gniew zalogi, w kolorowe zawija sie chusty, czasem dlubie w nosie zupelnie otwarcie lub spiewa nie zwazajac na obojetna publike, ziewa, smieje sie histerycnie lub halasliwie sie kokoszy... Taka jest Afryka wlasnie, taka jak ci pasazerowie wokol mnie.
Sama nie wiem, kiedy to sie stalo, a stalo sie zupelnie niepostrzezenie, jakos tak naturalnie, samoistnie, ze nie zdolalam dokladnej daty w kalendarzu odhaczyc, ani w pamietniku odnotowac, kiedy to Afryka stala sie moja Afryka, moja codziennoscia, moim dniem powsednim, kiedy ta podroz przez Czarny Lad przestala byc podroza przez nieznane i obce, a stala sie po prostu moim zyciem. Afryka choc wciaz mnie zachwyca, wciaz na kazdym kroku dziwi, stala mi sie bliska, a moze nawet swojska, tak bardzo wydaje mi sie dzis oczywista, ze z trudem moge sobie wyobrazic, ze jakis inny, nieafrykanski swiat gdzies w ogole istnieje.Sama nie wiem kiedy zbudowalam sobie moja kragla chatke kryta palmowa strzecha, gdzies w sercu Afryki i zamieszkalam posrod jej ludu.
Otrzasam sie z mojego zamyslenia, bo oto krolowa wplywa do jakiegos portu. Leniwie, nie spieszy jej sie do brzegu, a gdy juz do niego dobije jak mantra powtarza sie ta sama procedura, ten sam niezmienny scenariusz: ludzie biegna z wioski, sa wsrod nich nowi pasazerowie, sa handlowcy, ktorzy odbieraja lub nadaja swoje towary, sa mlodzi meczyzni, ktory pracuja przy rozladunku i zaladunku, najliczniejsi sa chyba jednak zwykli gapie. Przybycie krolowej jest dla wioski, w ktorej na co dzien dzieje sie niewiele ponad nic, zawsze wielkim wydarzeniem, choc przeciez tak przewidywalnym, tak malo zaskakujacym...
Drewniane skrzynie na dolnym pokladzie, w ktorych w nocy spali ludzie, zapelnily sie kasawa, tak gesto, ciasno, tak szczelnie i zwarcie, ze powstaly waskie miedzy ta stloczaona kasawa tunele, przez ktore z trudem mona sie przecisnac. Poklad towarowy dzi juz nie dla pasazerow, a jedynie dla kasawy. Jest jej naprawde nieopisane mnostwo, a aby to mnostwo aladowac potrzeba czasu, wiec marudzimy w porcie naprawde dlugo, tak dlugo, ze nawet gapie zdazyli sie juz nudzic i wrocic do swych chatek. Kiedy zaladunek zblizal sie nareszcie do szczesliwego konca, afrykanska nieokielznana pogoda i sila zywiolow, postanowila zatrzymac nas u brzegu na kolejne godziny. Potezne, czarne chmury, sczelnie kryjac niebo, zgromadzily sie nad naszymi glowami, co rusz inne, grozne przybierajac ksztalty, tanczyly targane porywistym wiatrem, raz wysoko wzbijajac sie ku niebu, a raz opadajc nisko, ze mialo sie wrazenie, ze mozna by ich siegnac nimalze. Raptem wszystko ucichlo, zgaslo w milczacym oczekiwaniu. Kiedy ostatni rybacy, co sil w miesniach machajac wioslem w swych waskich dlubankach, dotarli szczesliwie na brzeg, niebo przeszyla blyskawica i huk rozlegl sie tak ogromny, jkby kto zywcem niebo rozdzieral. To byl prawdziwy nieb krzyk! Chwile potem polaly sie rzesiste wody strumienie, na wszystkie strony zacinane przez porywisty wiatr. Rozowe pioruny szalaly po niebosklonie, szalal deszcz i wiatr i woda, szalala cala afrykanska przyroda, jakby w oblednym jakims tancu.
Wyplynelismy dlugo po zmierzchu, kiedy zapadla spokojna noc jak nic. Kolejny postoj wymusila awaria liny podnoszacej klape, po ktorej na poklad krolowej wchodza pasazerowie i wjezdzaja pojazdy. Naprawa trwala do rana i krotko po sniadaniu kapitan poinformowal, ze spoznienie krolowej Yapei siegnelo 24 godzin, co nie mniej nie wiecej oznaczalo, ze czeka nas kolejna, trzecia juz noc na statku. Przyjelam te wiadomosc ze stoickim spokojem, ze stoickim spokojem przyjeli ja pasazerowie. Bo choc krolowa jest kaprysna plynie spokojnie i powolnie, pozwala oczy cieszyc niespiesznie mijanym krajobrazem, spokoj daje mysla, co przychodza i odchodza jak fale jeziora. Za to wszystko jestem w stanie wybaczyc krolowej wszystkie jej kaprysy.

Wysłane przez aidni 8:17 AM Kategoria Ghana Komentarze (0)

Ghana - czesc 2 - Cape Coast i Elmina

sunny 35 °C

ILE LAT MA GHANA?

Ile lat ma Ghana? Jak daleko siega jej historia? Ano bardzo daleko!
Jest rok 800 n.e., Europa wkracza w wiek sredni, a polska panstwowosc nie zdazyla sie nawet jeszcze narodzic. Wojny, niepokoje i cywilizacyjne balansowanie na krawedzi dwoch epok zaprzataja stary kontynent calkowicie. Nikt nie zadaje sobie pytan, co tam jest za wielka woda, nikt nie szuka, aby fantazyjne ksztalty kontynentow nadane im przez geografow, naocznie zbadac, ani bialych plam na mapie zapelnic. Kiedy Europa zajeta jest soba trwa zloty wiek arabskich odkrywcow, ktorym niestraszna byla pustynia i nieobca odwaga, smialo i coraz smielej zapuszczaja sie w glab Czarnego Ladu.
Niejaki Al-Fazzari juz wtedy wspomina o Ghanie, nazywajac ja "krolestwem zlota", a jego rodak Chwarizimi nanosi ja po raz pierwszy na mape Ptolemeusza. Czy nam sie to podoba czy nie, Ghana znacznie jest starsza niz niejedno z europejskich panstw.
Kupcy, marynarze, zolnierze i zwykli awanturnicy, lowcy przygod zadni latwego i szybkiego bogactwa, sredniowieczni odkrywcy o nieokielznanej odwadze, bezimienni bohaterowie i najzwyklejsze szuje - wszyscy oni zabraliby pewnie swa opowiesc do grobu, gdyby nie pewien arabski, sredniowieczny reporter, ktory choc sam nigdy nie przekroczyl Sahary, dlugie lata spedzil w portach, na przystaniach, gromadzac i w najdrobniejszych szczegolach spisujac te zamorskie opowiesci. Jest rok 1067 n.e., poludniowa Hiszpania. Abdallah ibn Abd al Aziz, zwany takze Abu Ubajd, czy tez po prostu al-Bakri, odklada pioro. Oto zostala ukonczona jedna z najbardziej niezwyklych relacji podrozniczych w historii. Z ciemnych mrokow zapomnienia wylania sie inspirujacy i zadziwiajacy obraz zaawansowanych w rozwoju afrykanskich krolestw, kultur i cywilizacji. A najstarszym z nich byla Ghana. Zlotem ociekajacy palac krola i jego potezna, dwustutysieczna armia, wzorowa organizacja panstwa, pobor podatkow, nowoczesna zelazna bron i narzedzia... Pelne emfazy opisy sredniowiecznych obiezyswiatow potwierdzaja najnowsze odkrycia historykow i archeologow, gdzies w sercu buszu odkopane pozostalosci wielkich miast, jakas ceramika, co artyzmem i wykonanaiem zachwyca...
Mit zapoznionej cywilizacyjnie ziemi bez historii nie dotyczy Afryki, jest jedynie wytworem buty i arogancji bialego czlowieka oraz jego niewiedzy o dlugiej i zawilej historii Czarnego Ladu.
Kolacja, ktora sobie na co dzien kupuje u ulicznych kucharek za niecalego dolara i konsumuje nastepnie w scenerii bardzo malowniczej i panoramicznej dachu hotelu w Cape Coast, zakonczona. Zamykam ksiazke Basila Davidsona o wymownym tytule "Stara Afryka na nowo odkryta". Jest tu ona moja jedyna polska rozmowczynia i choc przeczytalam ja juz w te i nazad, to nie potrafie sie z nia rozstac. Za duzo ma ciekawego przy kolacji do opowiedzenia o zamierzchlych Afryki dziejach.
Cape Coast i Elmina, miasta - siostry u wybrzeza Zatoki Gwinejskiej, ktore historia zlaczyla nie tylko geograficzna bliskoscia, ale i dziejowym okrucienstwem, ludzka bezmyslnie przelana krwia i potwornym cierpieniem. Nie gdzie indziej jak wlasnie w Elmina stoi czis najstarsza budowla wzniesiona przez Europejczykow w Afryce subsaharyjskiej - portugalski fort, ktory sluzyl za punkt przeladunkowy niewolnikow. Cape Coast natomiast zla slawa zapisalo sie na kartach historii, jako ze przez dlugie stulecia byl to najwiekszy osrodek handlu niewolnikami w calej Afryce Zachodniej.
Jedno w tym wszystkim zadziwia, jedna rzecz jest zupelnie niezrozumiala i niepojeta. Jak w tak zachwycajacych okolicznosciach przyrody czlowiek jest zdolny drogiemu czlowiekowi zadac tyle bolu, jak posrod tak nieopisanego piekna przez setki lat trwal okrutny, niewolniczy proceder. Bo Cape Coast i Elmina to miejsca, w ktorych mozna Afryke z miejsca pokochac, dac sie jej uwiesc, omotac, zupelnie zaczarowac tak, ze az sie w glowie zakreci.
Bo oto juz uliczka wije sie zawijasami wzdluz brzegu wscieklego oceanu, ktory poteznymi balwanami uderza rytmicznie w nadbrzezne glazy, w gore wzbijajac zamaszyscie wodna, biala piane.Wzdluz uliczki rzemieslnicze kramy: szewc naprawia uszkodzone obuwie, krawiec szyje kolorowe sukienki i koszule, tapicer odwaznym kolorem obija postawne meble. Najwiecej jednak rybakow. Wszedzie porozkladane, kolorowe rybackie sieci, wokol ktorych krzataja sie mezczyzni, ogladaja, sprawdzaja, naprawiaja.
Zapuszczam sie w boczna uliczke skad wzywa ocean zasloniety sciana szczelnie przylegajacych do siebie budynkow. Po drodze witana owacyjnie przez odpoczywajacych w cieniu zaulkow mezczyzn, przyspieszam kroku, by zdazyc do brzegu nim spadnie na mnie deszcz oswiadczyn i grad milosnych wyznan.
Ach! Gdyby czlowiek jezyk mial wymyslic w takim jak to miejscu, pewnie poddalby sie z miejsca, rece opuszczajac nisko w gescie rezygnacji!
Rozbuchane, halasliwe fale oceanu, drobna, wodna mgielka, ktora wiatr roznosi, przykryly jak welonem cala plaze. Ta zas kamienista jest i piaszczysta na przemian. Daleko z prawej biale mury na skale wzniesionego portugalskiego, niewolniczego fortu i palmy kokosowe tarmoszone na wilgotnym wietrze. Wsrod okrzykow radosci, amatorski mecz pilki noznej rozgrywaja mlodzi mezczyzni. Z lewej pietrza sie ku gorze skaly, ciagnie sie linia kolorowych, rybackich domkow. I znow krzyk sie podnosi w czlowieku, znow sie w nim wszystko buntuje. No bo jak to tak smieci rzucac gdzie popadnie na tak pieknym wybrzezu, swinie ublocone wypuszczac w ten smietnikowy zer, a na skale co wbija sie w ocean, umowna tworzyc toalete. To, co zachwyca przybyszow z dalekiej Europy, jest tutaj chlebem powszednim, widokiem do znudzenia opatrzonym, zwyczajnym i codziennym. A tymczasem trzeba stawic czola zyciowym problemom. Bo tam, gdzie brak biezacej wody, na szambo nie ma pieniedzy, a wysypiska smieci nie istnieja, tam wszystko pochlania wielki, wodny olbrzym.
A kiedy juz mi sie wydawalo, ze bardziej urokliwego miasta jak Cape Coast nie sposob w Afryce znalezc, to trafila sie Elmina, od Cape Coast oddalona o zaledwie 15 km. Cala skapana w oblednych kolorach ciasno zaparkowanych, rybackich lodzi, rozrzuconych na zlotym piasku sieci, odwaznie zielonych palm kokosowych wyciagajacych swe dlugie szyje ku niebu, ktore doskonale jest blekitne. W waskich uliczkach kobiety sprzedaja pieczone banany, te same, co w Ugandzie zwa matoke, tutaj zas koko; w cieniu arkad starych, postkolonialanych budynkow, z ktorych farba odchodzi wielkimi platami, mezczyzni chowaja sie przed sloncem, pala paierosy, graja w karty, w zgarbnie skrojonych mundurkach dzieci wracaja ze szkoly. Na piaszczystym boisku chlopcy z oddaniem strzelaja gole i buduja marzenia o wielkiej futbolowej karierze. Wspinam sie po krzywo odlanych w betonie schodach prowadzacych na katedralne wzgorze. W cieniu poteznych drzew, w towarzystwie szalenie kolorowych jaszczurek, siedam w cieniu, ktory obok wody najbardziej jest w Afryce poszukiwanym dobrem, poszukiwanym kazdego dnia, od switu az po zmierzch. W nozdrza uderzaja podmuchy goracego, wilgotnego wiatru, w dole klebi sie gwar miasteczka: klaksony, halasliwe silniki, zbyt glosno puszczana muzyka, smiech kobiet, krzyki dzieci, szumi spokojnie seledynowy ocean. Trwa bez konca moje Afryka zauroczenie, moje czarne, calkowite upojenie.

Wysłane przez aidni 6:05 AM Kategoria Ghana Komentarze (0)

GHANA - czesc 1 - NOC NAD AKRA

sunny 36 °C

UCIEC Z GHANY

Jest na swiecie pewna magiczna szerokosc geograficzna, jest jakis pas przestrzeni miedzy rownoleznikami zaklety, gdzie wszystko jakos tak pachnie niezwykle. Zaduch panuje tu niesamowity, ale nie jest to wylacznie wilgoc powietrza, ani gorac upalnego slonca. To cos wiecej. To zapach, ktory pierwszy raz poczulam w Indiach, a chadza on tam sobie po ulicach Bombaju, to zapach, ktory otoczyl mnie natychmiast, gdy tylko wyladowalam posrodku amazonskiej dzungli w peruwianskim Iquitos, to zapach, ktory z cala sila uderzyl mnie w nozdrza, gdy tylko znalazlam sie na plycie lotniska w Akrze. Zapach, ktorego nie potrafie opisac, ani do niczgo przyrownac, zapach na tyle jednak juz znajomy i pozytywne niosacy wspomnienia z poprzednich podrozy, ze na zachodnioafrykanskiej ziemi od razu poczulam sie swobodnie, radosnie, a wrecz swojsko.
- Madame - wola mnie celnik, gdy podazam ku przejsciu oznaczonym "nic do zadeklarowania" - Madame prosze do mnie!
Slabo mi sie robi, gdy widze jak inni celnicy trzepia ludziom torby i tobolki, wszystko wyciagajc na zewnatrz, w kazdy zagladajac zakamarek, kieszonke. Ide jak na sciecie. Wizja wypakowywania plecaka, wilgocia przesiakle gniota sie ubrania, gdzie zgnilizna smierdzi przemokly namiot, ktory w Malawi przetrwal najpotezniejsza ulewe, jaka w zyciu widzialam, lecz nie zdazyl juz biedak wyschnac, bo na lotnisko trzeba bylo gnac. I jak to tak wyciagac to wszystko, a potem z powrotem pakowac - ach nie usmiecha mi sie to wcale.
- No bo ja bym chcial sie Madame oswiadczyc. Chce byc Madame mezem - wypala do mnie znienacka celnik z szerokim usmiechem. A jest to strzal zupelnie nieoczekiwany. Wszystkiego sie spodziewalam, ale nie tego. Z zaskoczenia zupelnie nie wiem, co powiedziec, jak zareagowac. W dodatku celnik trzyma mocno moja reke i ani mysli jej z tego uscisku uwolnic.
- Bo z Ghany kazdy chce wyjechac, a jedyna dla nich mozliwoscia jest ozenek z Europejka, dlatego wszedzie, gdzie tylko sie pojawiasz zaraz bedziesz miala wianuszek adoratorow, nie dlatego krecacych sie wokol ciebie, ze im sie podobasz lub szczerze cie polubili, ale dlatego, ze chca za wszelka cene do Europy sie z Afryki wydostac - ostrzega mnie norweska wolontariuszka, ktora w Ghanie spedzila ponad 3 miesiace.
Na potwierdzenie jej slow nie musze dlugo czekac. Czy to w drodze do sklepu, czy ambasady Togo po wize, czy handlowa upajajac sie atmosfera na targu, czy tez minibusem pedzac z jednej czesci miasta do drugiej, niechybnie zdarzyc sie musza jakies oswiadczyny, jakies podrywania ekspresowego nieudolne proby, jakies trzymanie za reke i glebokie w oczy patrzenie, jakies namietnym tonem wypowiadane komplementy w rodzaju: "jaka jestes piekna", "od razu cie pokochalem, gdy zobaczylem jak sie usmiechasz". Ciezko powstrzymac wesolosc, ktora czlowieka ogarnia w takich chwilach, ciezko powage zachowac i jak tarcza bronic sie opowiastka o fikcyjnym mezu.
- Jestes z Polski? Naprawde? To zupelnie niesamowite! Zawsze chcialem tam pojechac, zawsze chcialem kogos z Polski poznac!
- Czyzby? Jeszcze chwile temu nie wiedziales, ze Polska i Holandia to dwa rozne kraje (Polska mylona jest nagminnie z Holandia ze wzgledu na podobienstwo brzmienia nazw obu krajow w jezyku angielskim Poland i Holland, najczsciej jednak nikt nie ma pojecia, ze taki kraj jak Polska w ogole istnieje) i zaloze sie, ze nie wiesz nawet, gdzie jest Polska.
- Nic nie szkodzi, chetnie sie dowiem.
No i jak tu z takim dyskutowac, rece opadaja.
Europa jak ziemia obiecana, jak kraina miodem i mlekiem plynaca, jak ojczyzna niczym niezmaconej szczesliwosci i bogactwa, ktore jest wszystkim dane. Europa piekna, wspaniala, mieszkac i zyc w Europie oto najwieksza nobilitacja jaka moze spotkac Afrykanczyka.
- Ale w Europie tez sa biedacy, bezrobotni, chorzy i cierpiacy i wcale nie kazdy ma laptopa i samochod. Ja na przyklad nie mam samochodu.
- Nie masz samochodu? - moj rozmowca z trudem powstrzymuje zdziwienie.
- Nie mam.
- A to mnie rozczarowalas!
Bezskutecznie probuje walczyc z mitem Europy, ktora tu wszyscy postrzegaja jak raj na ziemi, ale wobec takich ja ta odpowiedzi, wobec tych stereotypow tak silnie zakorzenionych, moge tylko oglosic calkowita ma bezradnosc. Zastanawia jedynie fakt, dlaczego w formie tak zdesperowania pelnej marzenie o ucieczce do Europy obecne jest wlasnie w Ghanie. Przeciez i w innych krajach afrykanskich jest bieda i wyidealizowany obraz Czarnego Ladu rownie silnie zakorzenil sie w ludzkich umyslach. Tylko jednak w Ghanie spotkalam sie z taka determinacja, z taka powszechna, masowa wola ucieczki z wlasnego kraju. My Polacy tez kiedys wierzylismy, ze taka ziemia obiecana sa Stany Zjednoczone lub Europa Zachodnia, porywalismy nawet samoloty by sie tam dostac, kajakiem niektorzy przeprawiali sie przez Baltyk do Szwecji, poniekad rozumiem wiec Ghanczykow. Kiedy jednak pomarszczony, bezzebny dziadek mowi mi "I love you" uciekam zaszyc sie w kawiarence internetowej, bo ilosc oswiadczyn i milosnych wyznan tez musi miec swoje granice, tak jak ma je ludzka cierpliwosc. Czekajac na polaczenie z serwerem mojej skrzynki e-mailowej zerkam przez okno na ulice. Kolorowy, wesoly tlum, szerokie usmiechy, ludzie kiwaja sie radosnie w rytm muzyki plynacej z charczacych glosnikow wlasnie przejezdzajacego auta. No i gdzie oni ze swoim temperamentem odnalezliby sie w Europie! Pomarli by przecie z nudow i samotnosci w tych swoich wymarzonych samochodach i z tymi upragnionymi laptopami pod pacha.

NOC NAD AKRA

Noc nad Akra pojawila sie nieoczekiwanie, z chwili na chwile, z minuty na minute, tak szybko jakby ktos raptem zgasil swiatlo. W calym miescie zrobilo sie ciemno, na ulicach zapalono latarnie, kierowcy wlaczyli reflektory w swoich autach... a przeciez byla dopiero 16.00! Do zachodu slonca jeszcze przynajmniej dwie godziny!
Noc sopadla na Akre w srodku dnia za sprawa ciezkich, deszczowych chmur, otylych, pojemnych w wode jak potezne beczki i cysterny, a czarnych przy tym jak smola. Zakryly niebo swym nieprzenikliwym cielskiem tak szczelnie, ze na ziemie nie byl w stanie przedostac sie juz zadem promien slonca, zadne nawet najslabsze swiatlo. Potezne, zwaliste, zbudowaly na niebie wielopoziomowe konstrukcje pietrzac sie ku gorze jak atomowe grzyby. Skromnie wygladaly przy nich ludzkie domy i budynki, kioski i budki, a nawet wysokie siedziby bankow i firm - ot chwiejne, liche, karciane konstrukcje, ktore wiatr powalic moze jednym podmuchem.
Akre tego popoludnia polknal olbrzym, Akra znalazla sie w brzuchu jakiegos potwora i nad glowa miala teraz jego sklebione, konwulsyjnie pulsujace wnetrznosci. Tak miesiste, sliskie, tak cielesne przybraly ksztalty burzowe chmury, co jako pierwsze w tym roku przybyly zwiastowac bliskie juz nadejscie pory deszczowej. Po dlugim okresie upalow i suszy, afrykanska ziemia wola o deszcz.
Ledwie zdazylam przekroczyc prog hotelu, mokra cala od wlasnego potu, gdy z trzaskiem piorunow pekly czarne, podniebne olbrzymy. Wielka woda spadla na miasto, a huk kropel z impetem uderzajacych o dach zagluszyl wszystko. Mialo sie wrazenie, ze pod naporem wody tak poteznym, ze wobec ataku nieba tak zazartego dach runie, upadna sciany i mury! To byla sprawa miedzy niebem a ziemia, to byly dwoch zywiolow grozne porachunki, gdzie czlowiek ze swym miastem, nawet tak jak Akra wielkim, znalazl sie jakby przypadkiem, jak male, nieporadne dziecko, co z trwoga obserwuje klotnie rodzicow tak soba zajetych, ze zdaja sie juz nie pamietac o jego istnieniu.
Na ziemie tej przedwczesnej nocy spadlo wiecej wody niz mogla ona w sobie pomiescic. Ulicami plynely rzeki, woda wylewala sie z rynsztokow na chodniki i ulice. Noc, ktora nadeszla tak nagle zabrala jednak ze soba zwaliste chmury, pioruny i deszcz. O poranku znow zaswiecilo slonce, niebo bylo bezchmurne, a powietrze wilgotne. Afrykanska pogoda jest kaprysna i zmienna, gwaltowna w swym gniewie i promienna w radosci.

Z AFRYKANSKIEGO NOTATNIKA - WLOSY

Grube warkocze i cienkie warkoczyki, zaplatane na lewo lub na prawo, przy samej skorze lub zupelnie luzno, loki geste, skoltunione, wlosy proste jak po prasowaniu przy koncowkach zawiniete, jasne, ciemne, czarne, brazowe, krotkie i dlugie, czasem z kolorowa jakas treska. Fryzury bujne, okazale, albo do glowy przylegajace skromnie, fantazyjnie wymyslne lub klasycznie proste, tradycyjne - a wszystko to sztuczne! Wlosy to Afryki najwieksze oszukanstwo!!!
Wlosy w Afryce kupuje sie w specjalistycznym sklepie lub, jesli tylko takowe w danym kraju sie zadrzaja, w supermarkecie. Pakowane sa elegancko, mozna przebierac we wzorach, fryzurach i fasonach. Kiedy wymarzone wlosy ma sie juz w torebce nie pozostaje nic innego jak umowic sie do fryzjera, nie na godzine jednak, ale na dzien! Afrykanska fryzura jest bowiem czasochlonna i wymagajaca, a fryzjerka potrzebuje nieraz calego dnia by sklepowe wlosy zgrabnie z prawdziwymi polaczyc. A te prawdziwe sa jak puszek, cienkie, sfilcowane. Bezlitosne, afrykanskie slonce nie pozwolilo im nigdy urosnac, spalilo je, skurczylo ich aspiracje. Najdluzsze wlosy Murzynka zdola zapuscic gdzies za ucho, no moze nico dalej, jesli tylko starczy jej determinacji w ich pielegnowaniu, a i tak wlos wtedy sztywny, sterczacy i wielce ciekawej fryzury stworzyc niezdolny. Najprostszym rozwiazaniem sa zatem sztuczne wlosy. Niewazne czy to wschod czy zachod, Afrykanki w zdecydowanej wiekszosci wypadkow wybraly wlos udawany, nienaturalny, zwodniczy, oszukanczy. Siedza wytrwale i cierpliwie czekaja az fryzjerka dobrze przymocuje kazdy z warkoczykow i loczkow, tresek. I jestescie w bledzie jesli myslicie, ze na tym afrykanskie klopoty z wlosami sie koncza. Nic bardziej mylnego! Sztucznych wlosow nie mozna umyc! Sztuczne wlosy trzeba przed woda chronic, bo ta potrafi je szybko zniszczyc. Dlatego biorac prysznic trzeba wlosy w foliowy worek zawinac, nie ma rady. Afrykanka nie wie takze czym jest przyjemnosc chadzania z gola glowa, gdy z nieba siapi cieply deszczyk, no chyba ze na oltarzu tej przyjemnosci polozy swoje wlosy.
Sztuczne wlosy wygladaja bardzo naturalnie i sa dobra podrobka. Dlugo i naiwnie zachwyca sie bialy czlowiek jakie to mozna cuda na kobiecych glowach stworzyc nim sie zorientuje jaki to miraz i calymi dniami wyplatane matactwo.
Niektore kobiety zamiast sztucznych wlosow do ich wlasnych skrzetnie przymocowanych, wybieraj peruke. Fryzurke maja wtedy gladka, a wlosy proste i lsniace. Jak one jednak wytrzymuja to goraco, to slonca swiecenie, gdy w zwyklej czapce z daszkiem glowa cala zywcem sie gotuje... nie potrafie odgadnac.

Wysłane przez aidni 5:07 AM Kategoria Ghana Komentarze (1)

INTO THE WEST

sunny 34 °C

INTO THE WEST

Odcinek mojej afrykanskiej trasy, z Addis Ababy do Lilongwe, ktora samotnie pokonalam w trzy miesiace, Boeing Ethiopian Airlines lyknal w cztery godziny.
Lecielismy nad poludniowa Tanzania z jej bagnami i rozlewiskami, lecielismy nad masajskim stepem na polnocy, lecielismy nad nowoczesnym Nairobi i "ziemia zapomniana", ktorej mieszkancy za Kenie nie uznaja, tylko Ugande minelismy skrzetnie. Zostawilismy daleko doline Omo i plemiona, ktore zyja tam niezmiennie od stuleci. I znow znalazlam sie w Addis Ababie, choc tym razem na jedna noc tylko, w przelocie, dnia nastepnego, z samego rana samolot lapiac do stolicy Ghany.
Cala te droge siedzialam owinieta kocykiem, przytulona do okna. Przed moimi oczami defilowaly, jak pokaz slajdow, wschodnioafrykanskie wspomnienia. Po raz pierwszy chyba uswiadomilam sobie, ze minely juz 4 miesiace od kiedy wyruszylam w moja podroz na Czarny Lad, ze wlasnie znalazlam sie dokladnie w jej polowie.
Palace slonce i bezkresne piaski Sahary, rejs feluka po Nilu, spadajace gwiazdy nad jeziorem Nasser i pyszne daktyle podarowane mi na sniadanie przez Sudanczyka, co wraz z nami plynal do Wadi Halfa; szalenczy rajd po najgorszej drodze swiata do Dongoli, piasek w oczach, gardle, piasek na calym ciele i fatalne w Chartumie aresztowanie, a tu juz rozbrykane dzelady na fantastycznych, pionowych urwiskach gor Simien, Haile nasz przewodnik, dzieci sprzedajace welniane czapeczki i dziewczynka z rozszarpanym przez psa udem; pierwsze hipopotamy ujrzane w jeziorze Tana i zachwycajace skarby Lalibeli, wspaniali polscy podroznicy Iza i Kamil na swym motorze, wspolne asystowanie przy karmieniu hien, powrot Bartka do Polski wczesno-poranna pora i poczatek mojej samotnej drogi przez Czarny Lad; dluga jazda w ciasnym autobusie do Doliny Omo, prahistoria ludzkosci ujrzana w oczach kobiety z plemienia Hamer, nadzwyczajne spotkanie ze Slawkiem w Key Afar, rajd ciezarowka do Yabello okrakiem siedzac na workach ze zbozem i niezapomniana przeprawa lorri przez bezdroza polnocnej Kenii, piekne afrykanskie kobiety z Isiolo w swych tradycyjnych strojach i w swym tradycyjnym tancu, nowoczene Nairobi i pierwsza tak daleko od domu spedzona Wigilia, rozmowa z mama przez skype'a i kamerke, pierwsze spotkanie z zyrafami i zebrami, moja magiczna noc nad jeziorem, ktore mialam tylko dla siebie; dobroc i goscinnosc rodziny Obede z Nakuru, a potem obledna zielonosc Ugandy i pelne wzruszenia chwile u zrodla Nilu, nieznosna Kampala i szalona bananowa ciezarowka z pijanym kierowca w okolicach Fort Portal, czarno-biale malpki buszujace nad moim namoitem, przyjaciele z Edirissa Museum w Kabale, przeprawa kanoe przez gladkie jak lustro jezioro Bunyonyi i wulkan Sabinyo, ktory wycisnal ze mnie wszystkie soki, usmiecha sie do mnie dziwczynka z bananami, co jakims czarem mnie omotala i sprzedala dwa bananaow kiscie po zawyzonej cenie, no i chyba najwolniejszy internet na swiecie; w koncu wyspy Sesse, gdzie bezskutecznie szukalam slonca i goraca, ale w zamian znalazlam Bery'ego o wielkim sercu i skarbnice afrykanskich opowiesci - Rose, taaaak,a potem byl przeciez bananowy rejs na pokladzie Victorii i po Wiktorii i Niamissi, moja goscinna przyjaciolka z Bukoby, pierwsze afrykanskich robakow chrupanie, Krater Ngorongoro jakby z innego swiata i Kilimandzaro o wschodzie slonca, wiza do Ghany wymuszony powrot do Nairobi i ponowne spotkanie z Ruth Obede, moje kochane Dar es Salaam i usmiech Akara - mojego masajskiego przyjaciela z Bagamoyo, a potem dlugie czekanie na pociag do Mbeya, magiczne jezioro Malawi i slon co stanal na mej drodze, Jonas z ktorym bujalam sie na hamaku wspolnie wspominajac wszystkie podroznicze wpadki, Dalya, ktora nauczyla mnie grac w bao i Japonka Kazumi, ktora wciaz spotykalam na mej drodze, w koncu bezduszne Lilongwe i chyba najmniejsze lotnisko swiata...
Wspomnienia jak gwiazdy na niebie, nie potrafie ich zliczyc, ani wymienic. Patrze na nie tak, jak patrzy sie na nocne niebo, patrze i cofam sie w czasie. Wypelnia mnie calkowicie uczucie ogromnej wdziecznosci, za to wielkie bogactwo, ktore podarowala mi Afryka, bogactwo, ktorego nie mozna wycenic, przeliczyc na zlotowki, czy dolary. Bogactwo tak nieuchwytne i niezmierzalne jak gwiazdy rozsypane na wielkim niebie, a miec to niebo teraz w sobie to jest przeogromny dar. To wlasnie sprawia, ze tak kocham podrozowac, ze bedac w drodze znajduje swoje spelnienie. Poniewaz przemierzajac swiat uczestnicze w jego roznorodnosci, w tej zachwycajacej mozaice krajobrazow, ludzi, kultur i tradycji, jest to jedyne bogactwo, ktorego lakne, ktorego szukam, ktorego cala dusza pragne. Bogactwo, ktorego nie mozna dotknac, bogactwo, ktorego nie mozna zobaczyc na stanie konta, ktorego nigdy nie mozna posiasc, a jedynie doswiadczyc, a jedynie wspoltworzyc i w nim uczestniczyc.
Kazde uderzenie serca, kazdy oddech, kada mysl i kazde uczucie, sa dzis z glebi duszy plynacym podziekowaniem do Stworcy za piekno tego swiata, za Afryke, za te moja po niej mala Odyseje.

Wysłane przez aidni 6:11 AM Kategoria Malawi Komentarze (0)

Z notatnika wschodnioafrykanskiego - MUZYKA

sunny 33 °C

MUZYKA
Muzyka, glosna i rytmiczna jest wszchobecnym elementem afrykanskiego pejzazu. Sklepy muzyczne wystawiaja na chodnik potezne kolumny (choc czesciej wystawiaja je po prostu na ulice, jako ze chodnik jest wciaz w Afryce zjawiskiem marginalnym) zagluszajac skutecznie wszystko wokol. Gdy sie kolo nich przechodzi trzeba uszy zatykac, bo inaczej po prostu sie nie da, a zabieg ten ochronny budzi wielka wesolosc wsrod miejscowych. Nie inaczej jest w minibusach i autobusach! Biada temu, kto siedzi przy kierowcy lub nad glowa ma glosnik. Wbijaja sie w mozg jak igly piskliwe, kobiece zawodzenia, jak prad porazaja skrzeczace i harczace basy. Bo nie jest wazna jakosc dzwieku tylko zeby bylo slychac wszedzie, aby slyszec mogl kazdy nawet jesli wcale nie chce. Trzeba to przyjac, zaakceptowac, bo inaczej sie w Afryce nie przetrwa. Sa jednak ewidentne plusy tej muzycznie halasliwej strony Czarnego Ladu. Ludzie spiewaja na ulicach tak calkiem prywatnie, tylko dla siebie. Spiewaja pracujac w polu, gotujac obiad, ukladajac towary na sklepowych polkach. Bez zazenowania, bez krepowania sie czyims przypadkowym podsluchaniem. Gdy ze skrzeczacych glosnikow minibusa rozbrzmiewa wlasnie jakas piesn religijna, w dobrym tonie jest natychmiast melodie podlapac i spiewac ile sil w gardle, chcby sie i wcale nie umialo. Zupelnie oczywiste i naturalne jest takze tanczenie, a scislej rzecz ujmujac podrygiwanie do zadslyszanej piosenki, jakiegos akurat w radiu puszczanego przeboju, czyjegos pod nosem nucenia. Kiedy spacerujac po wioskach polozonych u stop wulkanow Virunga w poludniowej Ugandzie, spotkane po drodze dzieci spiewalay mi na pozegnanie piosenke i ja tanczyc zaczelam do rytmu tym powszechnym, afrykanskim zwyczajem. Kiwajaco - podrygujacym krokiem oddalalam sie powoli, a ludzie ze mna zaczynali tanczyc i klaskac i spiewac z wielkiej radosci. Muzyka plynie w afrykanskich zylach, wartkim, rytmicznym strumieniem.

TELEFONY KOMORKOWE

Afryke cala ogarnal bezsprzecznie, granic niemajacy zadnych, komorkowy szal. Telefony komorkowe sa po prostu wszedzie i kazdy szanujacy sie Afrykanczyk ma swoja komorke. Nie wazne czy mieszka w lepiance krytej strzcha, czy ma domek przyzwoity, murowany, czy jezdzi na osilku, czy tez toyota. Komorki latwiej sa w Afryce dostepne niz elektrycznosc i nie nalezy do rzadkosci widok, ze na ciemnych, wieczornych ulicach ludzie oswietalaja sobie droge telefonami. Czesto takze w domu nie ma pradu, by komorke naladowac, ale i to nie jest przeszkoda dla posiadania telefonu. Wszedzie jest bowiem pelno punktow uslugowych, gdzie za niewielka oplata mozna baterie podladowac, nawet na wsiach. Zazwyczaj jest to wystawiany na zewnatrz budynku stol, na ktorym pietrza sie trojniki z powtykanymi we wszystkie gniazdka przeroznymi ladowarkami i chyba nie ma takiego modelu telefonu, do ktorego brakowaloby tu ladowarki.
W dobrym tonie jest komplementowanie cudzej komorki. "Bardzo fajny telefon", "ma pani piekny telefon Madame", lub inne zwroty tego typu przyjmowane sa z radoscia i wdziecznoscia, zupelnie jakby byly klasycznymi komplementami dotyczacymi ubioru, wygladu, czy tez innych godnych komplementow spraw.
Sieci komorkowe na stale wpisaly sie takze w afrykanski krajobraz i to w znaczeniu jak najbardziej doslownym. Wiekszosc wsi i miasteczek przybrala bowiem kolory wiodacych operatorow. Cale domy i domki wymalowane sa w barwy, logo i hasla reklamowe. Jest to zjawisko tak powszechne, ze praktycznie wszystkie afrykanskie miasteczka wygladaja tak samo i w tych samych maluja sie kolorach. Na wzgorzach i pagorkach, a czasem o zgrozo na sawannie wsrod pieknych akacji, strasza maszty przkaznikowe. Puszczanie muzyki z komorek nalezy do najbardziej dostepnych rozrywek i niekogo nie dziwi ani nie drazni, a znalezienie gdzie telefonu stacjonarnego nalezy do rzadkosci. Po Afryce podrozuje sie dzis wsrod melodii komorkowych dzwonkow, telefony komorkowe po prostu zawladnely calym kontynentem.

Wysłane przez aidni 6:09 AM Kategoria Malawi Komentarze (0)

Malawi - czesc 5 MONKEY BAY

sunny 33 °C

BAOBABY Z MONKEY BAY
Z wszystkich drzew afrykanskich najbardziej pokochalam baobaby, a baobaby to drzewa afrykanskie par excellence!Wytrzymale i do trudnych warunkow przywykle. Postawne, zdeterminowane, nie dajace sie zlamac choc targaja nimi wichury i ostre deszcze. Baobab stoi niewzruszony tak, jakby przyroda z cala swa gwaltownoscia i zywiolami nie dotyczyla go wcale. Baobab jest jak afrykanski lud, ktory laczy w sobie wielka sile i nadzwyczajana odpornosc, baobab jest swoistym Afryki symbolem. Jadac na Czarny Lad mialam dwa ciche marzenia: chcialam zobaczyc jezioro pelne flamingow i przytulic sie do baobabu. Oba te marzenia sie spelnily, pierwsze w Tanzanii a drugie tutaj, w Malawi.
Niedaleko kempingu, na uroczym jeziora brzegu, gdzie zatrzymalam sie wraz z Dalya, jest baobabow pokazna kolekcja. Wybraly sobie teren bagnisty, podmokly i rozsiadly sie nim wygodnie jak przekupki na targu na swoich ananasach.
Baobab baobabowi nierowny, kazdy ma swoj ksztalt, swoja baobabia, niepowtarzalna osobowosc. Oto jeden powiedzmy klasyczny: pekaty pien, gladka, szara pociagniety kora, z czubka zas wyrastaja mu galazki na wszystkie swiata strony, rachityczne takie jakies, co niemarawo prezentuja sie na tle pokaznej podstawy. Zaraz obok baobab wielki jak dinozaur i wiekiem sedziwy. Z prawej strony ogromna wypuscil galaz nad sama ziemia, jakby chcial jej dotknac, ale w ostatniej chwili zmienil zdanie. Wdrapujemy sie na nia z Dalya na zmiane i zdjec robimy cala mase. Mieszkancy dwoch malych domkow, co w sasiedztwie baobaba – olbrzyma wyrosly, wychodza na prog zdziwieni naszym malym teatrzykiem tak jak i my bylibysmy zdziwieni na widok Murzynow wdrapujacych sie na sosne lub dab, tryskajacych przy tym radoscia jakby spotkalo ich cos zupelnie niezwyklego. Troche dalej kolejny baobab, tym razem indywidualista, co to nie da sie podejsc usadowiwszy sie na bagnie i odgrodziwszy sie od reszty swiata gestym murem wysokiej trawy i innego zielska. Jak to indywidaualista postac przybral nietypowa. Babobabi zachowujac pien pekaty i potezny, ogromna galaz spuscil az do ziemi, jakby przeczac porzekaldlu, ze baobaby to drzewa, co rosna korzeniami do gory (powiedzenie to odnosi sie do typowego ksztaltu baobabow, gdzie cienkie i bogato rozbudowane galezie pna sie wysoko i kontrastuja z wielagchnym pniem). Baobaby o wschodzie slonca, baobaby o zachodzie, baobaby w drodze do miasteczka, baobaby w drodze powrotnej na kemping. W Monkey Bay spotkala mnie nieoczekiwana baobabia uczta. Do tej pory widywalam je z okien autobusow pedzacych bez litosci, z pociagu, lecz zdjecia nie zdolalam zrobic. Tuaj moglam podejsc do nich blisko, dotknac ich, wczolgac sie na ich galezie, patrzec i dziwic sie do woli.

NIESPELNIONE MARZENIE O LENIWYM POPOLUDNIU
Plan byl prosty, mialysmy wypic zimna cole, powalesac sie po okolicy, a reszte dnia spedzic beztrosko, wygodnie w hamaku, wpatrujac sie w magiczne jezioro. Bezwstydnie, ordynarnie, na oczach calego swiata po prostu sie nudzac! Bo i nuda jest czasem potrzebna, a tak dla rownowagi, dla zachowania w przyrodzie i zyciu wlasciwych proporcji. Chciec sobie jednak mozna, ale coz z tego gdy los zupelnie inny przygotowal dla nas plan.
Monkey Bay spodobalo mi sie od razu. Turystycznie dziewicze, uroczo male, malowniczo skryte w cieniu mangowcow. Nic tylko przejsc sie do portowej zatoczki, rzucic troche okiem na okolice, na jakies wzgorze sie wdrapac, by dla owego rzucania okiem lepsza zyskac perspektywe. Obchdzimy port z lewej strony, niespiesznie podazajac asfaltowa droga az ta raptem konczy sie wojskowym szlabanem zolnierzem w mundurze i wielkim napisem „zakaz wstepu”. – Ale jak to tak?! Baze wojskowa robic a tak pieknym miejscu, a mysmy chcialy pospacerowac, zatoczke zobaczyc!
- Widzicie tego pawiana tam na gorze?- pyta zolnierz, a jako ze to Afryka w koncu to pawian jest tu stworzeniem pospolitym jak dachowiec jakis zwykly w ojczystych stronach – idzcie ta sciezka, a traficie na punkt widokowy.
Idziemy wiec za pawianem, a towarzyszy nam do granic zaciekawiona, miejscowa dzieciarniania co rusz askakujaca w kadr, wieszajaca sie na rekach, na plecaku, trzymajaca za spodnie byle tylko sie z muzungiem zaprzyjaznic. Sciezka stromo wije sie pod gore, po kamieniach tak nieraz ogromnych, ze trzeba sie na nie doslownie wspinac jak na skalki. Punkt widokowy znajdujemy bez wiekszych klopotow i choc widok faktycznie jest piekny to nie to miejsce zapisalo sie w naszej pamieci jako jedno z najbardziej malowniczych w calej Afryce.
Idac dalej sciezka z gory zauwazamy dachy glinianych chatek zrobione z miejscowej strzechy. Wygladaja zupelnie jak otaczajace je zewszad ogromne glazy i za glazy w pierwszej chwili mozna je uznac. Zbaczamy z glownej sciezki, ktora pnie sie dalej stromo i schodzimy przyjrzec im sie z bliska. I tak oto trafiamy do malenkiej rybackiej wioski nad brzegiem czystego jak krysztal jeziora Malawi. Woda mieni sie na przerozne odcienie blekitu. Kolorowe rybki plywaja obok wielkich kamieni lezacych na dnie, a to widac tu golym okiem. Na piaszczystym brzegu rybacy rozlozyli czerwone i biale sieci, przykucneli wspolnie sprawdzajac pieczolowicie czy nie sa gdzie uszkodzone. Tuz obok na dlugich drewnianych platformach, przypominajacych w rzedy poustawiane stoly, susza sie ryby. Bo ryby w Afryce rzadko sie gotuje, suszy sie je w palacym sloncu, w sloncu sie je wypieka. Waskie uliczki miedzy chatkami wija sie, krete, piaszczyste, zacienione. Kobiety przygotowuja posilek skladajacy sie z sima (ugali) w rybnym badz miesnym sosie.Zaskoczone naszym widokiem zrywaja sie z miejsc i zdziwienie swe powstrzymujac witaja nas usmiechami i afrykanskimi pozdrowieniami. Z pustych uliczek wybiegaja jak spod ziemi dzieci raczki pakujac do buzi z wielkich emocji, co rodza sie z tak nieoczekiwanych odwiedzin.
Wioska polozona jest w malej zatoczce, w jej zacieninym skrawku rybacy naprawiaja swoje kanoe-dlubanki nim wieczorem znow wyrusza na nocne polowy. Wszystko to skapane w intensywnym sloncu tworzy obraz pelen barw, swiatla i spokoju ze wprost oczu nie mozna oderwac. Stoimy jak zahipnotyzowane i choc kazdy centymetr tej wspanialej przestrzeni wola o zdjecie, to w pierwszej chwili robic ich po prostu nie potrafie, sama wzrokiem nie mogac ogarnac tak fantastycznego pejzazu. Widzac nasza fascynacje jeden z rybakow, nienanganna jak na malawijskie standardy angielszczyzna, zacheca nas do odwiedzenia kolejnych dwoch wiosek. Namawiac nie trzeba nas dwa razy, tym bardziej, ze w ostatniej z nich jest ponoc nawet restauracja, wiec bedzie gdzie lokalny obiad zjesc. Ruszamy z powrotem na glowna sciezke i wspinamy sie wytrwale po rozgrzanych, tlustych kamulcach. Pomagamy sobie rekoma, bo inaczej sie nie da,a doladnie rzecz ujmjac da sie, choc sztuka ta pozsotanie dla mnie zawsze tajemnica. Gdy docieramy do drugiej wioski mijamy bowiem kobiety z koszami roznistych roznosci na glowach udajace sie do Monkey Bay na targ, boso stapaja zwinnie i do pokonania tej drogi rekoma nie potrzebuja sobie pomagac.
Wioska okazuje sie byc moze bardziej jeszcze malownicza od swej poprzedniczki, choc malutka i chatek ma niewiele. Pozdrawiane i serdecznie witane przechodzimy miedzy glinianymi domkami, wychodzac na kukurydziane pola szeroko rozrosle pod blekitnym niebem, u stop zielonych wzgorz. Idziemy wsrod tej kipiacej w sloncu zieleni dluzsza chwile nim docieramy do ostatniej z wiosek zarekomendowanych nam przez symaptycznego rybaka. Glodne juz jestesmy nie na zarty, bo godzina mocno juz popoludniowa, wiec cieszymy sie ze to juz ta wioska z restauracja. Wioska to jednak takze rozmiarami z calej trojki najwieksza, wiec bez klopotow gubimy sie w labiryncie sciezek, uliczek, domkow ciasno ze soba zestawionych. Z pomoca mieszkancow trafiamy do restauracji ale tak jednak dzis nic nie serwuje, co za rozczarowanie! Burzowe pomruki slychac z daleka. Nie ma czasu na rozmyslanie, kupujemy na targu troche lokalnych przekasek w towarzystwie chyba calej, wioskowej dzieciarni. Dzieci odprpwadzaja nas z powrotem na droge, gdzie po wielkim mangowcem funduje im spektakl ulubiony wszystkich afrykanskich malcow : smarowanie sie kremem przeciwslonecznym. Na koniec spektaklu chlapne zawsze ktoremus z czarniutkich maluchow biala substancja prosto w nosek, albo czolko wyrywajac go tym samym nieoczekiwanie z tego hupnotycznego wrecz zapatrzenia w ten egzotyczny dla nich rytual. Pisk, krzyk, w panice uciekanie na wszystkie strony. Ale za tym strachem radocha kryje sie ogromna, oczy rozpromienione szczesciem wygladaja zza krzakow.
Szybkim krokiem wracamy by zdazyc przed burza. Los nieoczekiwanie przygotowal dla nas znacznie lepszy plan niz nasze niespelnione marzenie o leniwym popoludniu.

Wysłane przez aidni 3:46 AM Kategoria Malawi Komentarze (0)

Malawi - czesc 4 JEZIORO

sunny 30 °C

JEZIORO

Stracilam zupelnie rachube, ktora to juz godzine wsluchuje sie w miarowe uderzanie fal o burte promu Ilala. Krytalicznie czysta woda jeziora Malawi rozgrywa przed moimi oczami niezwykly spektakl, zmieniajac co rusz kolor w zaleznosci od swiatla. Od zieleni i jasnego blekitu, poprzez intensywny turkus, az po soczysty granat, a nawet czern, czesto kilka kolorow przybierajac naraz. Bywa tez, ze jezioro kolorystycznie zlewa sie z niebem tak dokladnie, ze gdyby nie slonecznie oswietlona, zlota plaza, ktora jak wstega odgradza niebo od wody, linia brzegu bylaby zupelnie niewidoczna.
Mija powoli pierwszy dzien zeglugi. Nad mozambickim brzegiem ulewa. Geste, ciemne zebraly sie tam chmury, a od strony Malawi slonce. Jezioro przeciete jak nozem, ponure z jednej strony i seledynowe z drugiej. Jak w lustrze odbijaja sie w nim podniebne zywioly. A gdy nad Mozambikiem zawierucha wreszcie ustaje, nad pieknymi, zielonymi wzgorzami rozposciera sie szerokim, zamaszystum lukiem, wspaniala tecza. Zlote promienie zachodza wsrod chmur o bogatych, barokowych ksztaltach.
Ach! Czytam to, co wlasnie napisalam i mam ochote wyrwac te kartke z zeszytu, ze zlosci podeptac i wszystko zaczac od nowa. Na nowo szukac wlasciwych slow, w jakas lepsza, trafniejsza ubrac je forme. Wiem jednak, ze trud to daremny, bo i ile polskie slowa „hotel” czy „kemping” zbyt duze sa i na wyrost wobec tego, co w Malawi do nich aspiruje, tak wobec piekna jeziora Malawi wszelkie slowa, w jakimkolwiek jezyku, zbyt male sa po prostu i niewystarczajace. Piszac mam wiec te obrazy przed oczami, mam szum tych fal w uszach, ten slodki, wilgotny zapach w nozdrzach, ale zupelnie nie potrafie go slowami przekazac! Dosc, ze powiem, ze mozna tak dwa dni nie robic absolutnie nic tylko siedziec i patrzec sie na to jezioro i nie nudzic sie ani chwili! Przeciwnie, z wielkim zalem znow schodzic na brzeg.
Bo jezioro Malawi to byla moja milosc od pierwszego wejrzenia. A owo pierwsze wejrzenie mialo miejsce w wioseczce na rozdrozu zwanej Chitimba, a by dokladnie trzymac sie faktow, w drodze do tej wioseczki, z okna szczelnie zpakowanego autobusu. Nad brzegiem jeziora Malawi po raz pierwszy stanelam jednak wlasnie w Chitimba, gdzie rozbilam namiot przy pieknej piaszczystej plazy, otoczonej gorami, porosnietej palmami, na zadbanym kempingu prowadzonym przez pare Niemcow. Co ciekawe wiekszosc osrodkow nad jeziorem Malawi prowadza wlasnie Europejczcy –uciekinierzy, niegdysiejsi wolontariusze, byli hipisi, czarne owce starego kontynentu. Ale co ciekawsze znacznie bardziej to to, ze wszystkie te osrodki, choc na afrykanskie stylizowane sa w rzeczy samej malymi Europami, sa enklawami Zachodu na Czarnym Ladzie, a Afryka zaczyna sie i zwykle konczy przy ich pilnie strzezonej bramie wjazdowej. Nie lubie tych miejsc! Nie lubie, bo traca w mych oczach hiopkryzja. Jakies wydaja mi sie nienaturalne, zupelnie do Afryki nieprzystajace, wyrwane z kontekstu, pretensjonalne. Sa dla mnie zlem koniecznym podyktowanym brakiem innego, kempingowego wyboru i spedzam w nich tylko tyle czasu, ile jest absolutnie konieczne – czyli noc pod wlasnym namiotem, ktory w Afryce wschodniej zastepuje mi dom. Inni jednak przesiaduja tu calymi dniami, przeplacajac jedzenie pieciokrotnie, podczas gdy tuz za brama zjesc mozna to samo za grosze, w dodatku zgodnie z afrykanskim obyczajem, czyli prawa reka radzac sobie zwinnie i z niemala satysfakcja obserwujac pelne uznania spojrzenia miejscowych.
Los jednak bywa przewrotny i figle lubi platac. Oto uciekinierzy ze starego kontynentu przybywaja do Afryki by jak najdalej byc od Europy, a tymczasem buduja tu i moszcza sobie swoje male, wlasne Europy. Odgradzaja sie od Afryki wysokim murem, wielka stawiaja brame. A do tych enklaw Zachodu na Czarnym Ladzie przybywaja turysci, ktorzy przyjechali do Afryki... szukac w niej Europy! Wszystko do niej przyrownuja, badz to smiejec sie wesolo z afrykanskiego na tym „cywilizowanym” tle wyraznego nieudacznictwa, badz ze wzgarda punktujac afrykanskie zacofanie, Afryki ewidentna slabszosc i gorszosc. Az mam ochote zapytac: - No to co wy wszyscy w tej Afryce robicie?!
Siedze w jednym z takich osrodkow w Nkhata Bay, siedze na kamienistej plazy i usmiecham sie sama do siebie, zacieszam jak dziecko. Dzis wieczorem wyplywam promem jezioro poznawac od srodka. Klase mam druga murzynska, prawdziwie afrykanska. Chodz poklad to niski i zatloczony, a zaduch i ciasnota beda zapewne nieznosne, to wole to niz spogladanie z gory na Afryke z szerokiego pokladu pierwszej klasy, na ktora moga pozwolic sobie tylko biali.
Siedze sobie i slucham pluskania wody i ptasiego spiewu i skreslam kolejny mit dotyczacy Malawi. Malawi nie jest ani dziewicze ani nieodryte, przeciwnie szczelnie obsadzone turystami, miomo pory deszczowej i niskiego sezonu. Ale za to jezioro Malawi to byc moze najpiekniejsze jezioro na swiecie.

Niebo nad naszymi glowami ciezkie wydaje sie od gwiazd i bezkresne. Na horyzoncie gdzies przechodza gwaltowne burze piorunami dzgajac ziemie bez litosci. Lezymy sobie bezkarnie na odkrytym pokladzie pierwszej klasy, choc obie wykupilysmy bilety na druga. Nikt juz na to jednak nie zwraca uwagi od kiedy prom zupelnie opustoszal. Wszyscy pasazerowie, a bylo ich niemilosiernie upchane mnostwo, jak na komende wysiedli na wyspie Likoma, pierwszym przystanku za Nkhata Bay, a dosiadlo sie bardzo niewielu. No bo kto dzis podrozuje promem, kiedy minibusy smigaja po drogach nie znajac hamulcow, po co czas tracic na statki, kiedy mozna szybciej i taniej. Ten pospiech i pogon za czasem, od zawse trawiace ludzkosc, sa zapewne przyczyna powolnego upadku Ilali. Kiedys musial to byc naprawde ladny statek, slady jego minionej swietnosci przebijaja jeszcze czasem zza odrapanych barierek i lawek, niesmialo wygladaja zza koldry starosci i zuzycia. Kiedys musieli tym statkiem podrozowac szanowani obywatele, dzis jestesmy na nim prawie same, nie liczac obslugi i grupki Wlochow zajetych samych soba. Statek jest wyraznie podzielony. Dolny poklad zajmuja klasa ekonomiczna (3 klasa) i klasa druga. Roznica miedzy nimi plynna. W drugiej ma sie lawke z obiciem i stolik, w ekonomicznej spi sie po prostu na ziemi, lub zimnej, metalowej lawce w bocznych przejsciach miedzy tobolkami. Dolny poklad ma swoja jadlodajnie, serwujaca lokalne specjaly po w miare przystepnych cenach. „Lokalne specjaly” to moze zbyt duze slowo na plastikowa miske ryzu z fasola i to w warunkach higieny, ktorym w skali od 1 do 10 nalezaloby przyznac punkty ujemne, ale i niech tak bedzie. Tylko schody dziela dolny poklad od lepszego swiata, od pokladu drugiego, na ktorym znajduja sie kabiny (najdrozsza opcja podrozowania na Ilali) oraz restauracja z TV, DVD a nawet obrusami na stolach. Kolejne schody prowadza na trzeci poklad, poklad pierwszej klasy. Tam jest bar, materace, bo spi sie tu pod golym niebem, sa najlepsze widoki. Na statku sunacym leniwie po magicznej wodzie jeziora Malawi jak w zyciu, ten kto ma pieniadze dostaje najlepszy kasek. Ale jako, ze nie ma juz prawie zadnych pasazerow nikt juz tych zasad nie przestrzega, kazdy chodzi gdzie chce, siedzi gdzie chce, spi tam, gdzie mu sie podoba. Druga klasa miesza sie z pierwsza, a Wlosi proponuja nam nawet swoja kabine jesli chcemy sie pozadnie wyspac. Obsluga nie reaguje nawet na tak razace zasad lamanie. Jak latwo jest zrezygnowac z tych podzialow, z tej segregacji ludzi podlug zasobnosci portfela, oto na promie Ilala cala ich sztucznosc widoczna jest w pelni. Nie korzystamy jednak z oferty Wlochow, wybieramy noc przykryte srebrnym, gwiezdzistym niebem na pokladzie pierwszej klasy.
- Znasz sie troche na gwiazdach? – zagaduje mnie Dalya, zydowska podrozniczka, ktora rowniez samotnie przemierza Czarny Lad od Tanzanii az do Mozambiku, a ktora spotkalam wlasnie tu na promie.
- Ani troche, ale moge ci jedynie Oriona pokazac – odpowiadam, a Orion widoczny w pelnej krasie.
Jak to milo czasem porozmawiac z kims, kto wszystko rozumie; komu nie trzeba wyjasniac i tlumaczyc, z kims, kogo to samo dziwi i to samo zachwyca. Jak to milo moc podzielic sie spostrzezeniami, obserwacjami i doswiadczeniami. Bo Afryka cala jest dzieleniem sie, czym kto moze – jedzeniem, pieniedzmi, katem do spania, woda, cieniem, a nawet czyms tak nieuchwytnym jak mysli i wrazenia. Afryka bowiem trwa mimo tropikalnych chorob, biedy, konfliktow, bo Afryka potrafi sie dzielic i tylko dzielac sie mozemy prawdziwej Afryki doswiadczyc.
Jako ze zdecydowana wiekszosc czasu podrozuje samotnie, rzadko majac towarzystwo innych podroznikow, z zazdroscia przygladam sie jak miejscowi debatuja ze soba zazarcie, jak opowiadaja sobie jakies niezwykle historie, jak rozkminiaja rozniste tematy. I chciaz czseto dziela sie ze mna wszystkim innym, tym jednym nie moga i nie potrafia z racji jezykowych i kulturowych barier.
Dzis jednak, na promie Ilala, to oni przygladaja sie zaciekwieni, probujac odgadnac muzungowa mowe, gesty i mimike. Dzis to oni patrza jak my dzielimy sie bagazem, juz sporym calkiem, afrykanskich doswiadczen.

Niedlugo po wschodzie slonca doplywamy do mozambickiego brzegu. Na stromych, zielonych wzgorzach pietrza sie gliniane chalupki i chatki, tak jednak zmyslnie wkomponowane w krajaobraz, ze dostrzec je mozna tylko wtedy, gdy sie troche dluzej czlowiek tym zboczom poprzyglada. I znow przeplywamy jezioro, znow po malawijskiej znajdujemy sie stronie. Ilala wplywa do przecudnie malowniczej, waskiej zatoczki. To port w Mokey Bay, cel naszej podrozy, ktora jak z innego byla swiata, pelnego barw niesamowitych, spokoju i szumu fal. Bo jezioro Malawi z kazdego brzegu widziane zachwyca, ale dopiero tym, ktorzy wyplyna na jego glebie pokazuje sie z kazdej strony, dopiero wtedy rozposciera przed naszymi oczami swoj wachlarz prawdziwie czarodziejskich mozliwosci.

Wysłane przez aidni 9:58 AM Kategoria Malawi Komentarze (0)

Malawi - czesc 3 TYLKO W AFRYCE

sunny 34 °C

- Nie moze Madame wejsc bo jest slon !
- Jak to slon? Tak po prostu, na drodze na kemping?
- Tak. A podchodzic do slonia jest bardzo niebezpiecznie. –
Kreci glowa z przekonaniem pracownica parku narodowego Vwaza Marsh, ktora jeszcze 15 minut temu wyrwalam z glebokiego snu, ktory uciela sobie na lawce w kantorku straznikow parku. Bo to nie Ngorongoro, Serengheti czy inne Massai Mara, to Vwaza Marsh! Tu jestem dzis pierwszym gosciem i jak sie pozniej okazalo jedynym. Oplacilam wstep i nocleg na kempingu, stoje cala objuczona torbami z jedzeniem i woda, ktore taszcze ze soba by zoszczedzic troche grosza i co tu ukrywac ledwo zipie z goraca. A tu historia! Slon na drodze i wejsc nie moge. Wychylam sie, wygladam, szyje wyciagam i na palcach staje by chociaz kawalek tego slonia zobaczyc, ale nic nie widac.
- Slon jest w trawie, przy drodze i jak to slon nigdzie sie nie spieszy, wiec nie wiem kiedy bede mogla Madame zaprowadzic na kemping – oswiadcza z obezwladniajaca szczeroscia pracownica parku. Wybuchamy smiechem obie bo sytuacja jest trzeba przyznac nieco groteskowa. Ale przeciez mnie takze sie nigdzie nie spieszy wiec uzbrojona w cierpliwosc prawdziwie anielska, afrykanska wzrok utkwilam w sciezce w poblizu, ktorej buszuje gdzies slon.
Minelo moze jakies 15, gora 20 minut tego wyczekiwania pod brama parku i slonia wygladania, gdy gdzies z niedaleka slychac raptem meski glos. Jakas krotka wymiana zdan z pracownica parku i ruszamy. – Trzeba sie skradac i byc cicho – poucza mnie strazniczka. Latwiej powiedziec niz zrobic. No bo jak tu sie skradac z duzym plecakiem na plecach, malym z przodu i dwiema jakby na zlosc akurat teraz szeleszczacymi siatami z owocami i woda. Tuptam za moja przewodniczka wazac kazdy krok i cala jestem w emocjach. Czy to mozliwe?! Gdzies tu w poblizu jest najprawdziwszy w swiecie i calkowicie dziki, afrykanski slon!! Znow slychac glos mezczyzny, ktory jakies sygnaly wysyla mojej przewodniczce.
- Madame musimy teraz biec. Da Madame te siatki, pomoge.
No to biegniemy. Swiadomosc, ze moze mnie zaraz rozdeptac jak mrowke slon wielki jak autobus dodaje sil i plecaka juz nie czujac, ani zmeczenia czy goraca, biegne co sil w nogach. Szelest, tumult jakis w krzaku nieopodal. Jest! Widze go w odleglosci jakichs moze 15-20 metrow, jak sobie pysznie zielone listki podjada, zupelnie nie zwracajac uwagi na cokolowiek innego wokol, a tym bardziej na mnie.
Dobiegamy szczesliwie do jakichs zabudowan i za chwile wita mnie juz serdecznie zarzadca osrodka i kempingu. Ach! Jak ciezko poslugiwac sie tymi polskimi slowami, tymi „hotelami”, „osrodkami” czy „kempingami”, kiedy sa to slowa za duze zdecydowanie na to, co tutaj w Malawi do nich aspiruje. Bo tutaj wszystko jest mniejsze i skromniejsze, a za wielka nazwa zwykle kryje sie cos zupelnie niepozornego.
Po krotkiej naradzie zarzadcy ze strazniczka parku zapada decyzja, ze nie moge spac na kempingu bo ten oddalony jest od osrodka jakies 10 minut drogi, a jako ze jestem dzis jedynym w parku gosciem to nie bedzie mi tam samej wesolo. No zdecydowanie nie, tym bardziej ze juz slychac pomruki hipopotamow z pobliskiego jeziora Kazumi. Dostaje wiec pozwolenie by rozbic namiot przy jednym z domkow nalezacych do osrodka. Domek znajduje sie nad samym brzegiem jeziora i w stanie jest daleko juz posunietego rozkladu. Stoi na betonowym podwyzszeniu, by don nie zagladaly hipopotamy noca. Ja mam zas namiot rozlozyc na trawce zaraz obok. Trawka jednak bujna, bo pora deszczowa w pelni, ziemia troche podmokla, a moj namiot koloru ciemnozielonego, w nocy zupelnie niewidoczny. Skoro wpadaja na niego ludzie to i hipcio moze nie zauwazyc i zdeptac. Co to oznacza dla spiacego w srodku czlowieka nie ma chyba potrzeby wyjasniac. Krece wiec nosem i marudze troche, wiec dostaje pozwolenie na spanie w kuchni. No i znow slowo za duze! Bo kuchnia to tutaj zadaszony kawalek przestrzeni, takze na betonowym podwyzszeniu, gdzie znajduja sie dwa pameniska, pomieszczenie na naczynia, garnki i sztucce oraz stol z lawka. Ale czego trzeba mi wiecej! Jestem wniebowzieta. Rozpalam ognisko, gotuje sobie zupke knorra i herbatke na obiad. Szybki prysznic nim slonce zajdzie, wyjda hipopotamy z jeziora na nocny zer i nie bedzie sie jak do lazienek dostac. Zdecydowalam sie nie rozkladac namiotu skoro z samego rana przyjsc maja po mnie przewodnik i straznik parku, z ktorymi mam umowione juz piesze safari. Rozwine sobie tylko karimate i moskitiere jakos zawiesze. Siedze na betonowym schodku, skrobie pilnie podroznicze notatki i patrze sobie jak niebo robi sie coraz ciemniejsze.

Na ile mozna zaufac drugiemu czlowiekowi, skad wiedziec jakie ma intencje, czy mowi prawde, czy tez klamie w zywe oczy, jak rozpoznac czy probuje oszukac, czy tez szczerze pomoc. Jak sie w tym rozeznac, a jednoczesnie nikogo nie urazic, nie zranic przesadna podejrzliwoscia. Podrozujac samotnie, a w dodatku bedac kobieta musze zachowac czujnosc szczegolna, mam tego swiadomosc, ale jak tu wlasciwe proporcje wywazyc, by ze zwyklej czujnosci nie wpasc w paranoje, ktorej tak latwo stac sie mozna zakladnikiem. A przeciez caly urok podrozowania lezy w ludziach, ktorych na swej drodze spotykamy, w opowiesciach ktorymi sie z nami dziela, w ulamku ich zycia, ktorego stajemy sie czescia. Miotam sie z tymi myslami, bo od jakiejs pol godziny towarzyszy mi mezczyzna podajacy sie za nocnego wartownika parku. Zarzadca osrodka nie wspomnial jednak o zadnym wartowniku, a tym bardziej, ze ma przyjsc do mojego kuchennego obozowiska. Poza tym dziwnie jakos jest milczacy i nie wzbudza mojego zaufania. Znika gdzies ciagle na chwile i zaraz potem wraca, usmiecha sie jakos tak tajemniczo... Nie podoba mi sie i juz. W pewnym momencie mowi do mnie sciszonym glosem: -Chcesz zobaczyc slonia z bliska, to chodz. – Mimo podejrzen i nieufnosci ide, a sa to metry doslownie od mojej kuchni. I oto znow slon na mojej drodze! Zmierzch juz w pelni i na zdjecia za pozno, a celowanie lampa blyskowoa w slonia chyba nie jest najlepszym pomyslem. A slon jest naprawde blisko, jakies 5-6 metrow ode mnie. Podjada sobie liscie tylem do nas odwrocony. Nie potrafie napisac i nie umiem opowiedziec, co sie wtedy czuje, bo jest to prawdziwy koktail emocji. Strach i spontaniczna radosc, zachwyt i lek, podekscytowanie i zimny pot plynacy z czola, gdy slon sie odwraca i przyglada badawczo, a wszystko to zmieszane w jednym kielichu, w jednej krotkiej chwili. Ach! Nigdy nie sadzilam, ze te spotakania z dzika, afrykanska przyroda beda tak magiczne, ze bedzie w nich jakis taki czar nieuchwytny, co budzi w czlowieku jego dawno uspiona pierwotna tozsamosc, ktora sprawia ze jakos tak naturalnie i zupelnie podswiadomie czujemy sie czescia tego niezmiennego od tysiecy lat dzikiego swiata przyrody, czujemy swoje don przywiazanie i nasze z nim pokrewienstwo.
- Nie boj sie nic ci nie zrobie. Naprawde jestem nocnym wartownikiem w tym parku, chce ci tylko pomoc, prosze zaufaj mi – odzywa sie po chwili moj niechciany towarzysz. A wiec moja nieufnosc az tak jest widoczna! Mowa ciala jest jednak jezykiem najbardziej uniwersalnym, ktorego rozumienie dane jest chyba wszystkim ludziom bez wyjatku, a moze to moje pytania zbyt dociekliwe i podejrzliwoscia podszyte. Dosc, ze z miejsca robi mi sie okropnie glupio i gdyby nie gesta ciemnosc nocy caly swiat zobaczylby jakam czerwona ze wstydu jak burak. Trzeba przeciez dac ludziom szanse, trzeba im zaufac. Strach spuszczony ze smyczy jest grozniejszy niz najgorsza nawet naiwnosc i latwowiernosc.
Zeby jakos swe winy odkupic robie mala kolacje skaladajaca sie z herbaty, mango i chleba z margaryna. Szczgolnie tym ostatnim Dickinson zajada sie ochoczo. Chleb (w Afryce wschodniej dostepny jest tylko w postaci pszennej, tostowej) jest tu drogi (ok. 1.5 dolara) i jak wszelka zreszta zywnosc przetworzona uchodzi za rarytas. Ja zas wybieram mango, to moj najwiekszy afrykanski rarytas.
Kiedy tylko pada bariera mojej podejrzliwosci i mur nieufnosci Dickinson okazuje sie jednym z najsympatyczniejszych Malawijczykow, jakich spotkalam. Rozmawiamy, smiejemy sie nie czujac zupelnie jak czas plynie. A kiedy godzina robi sie juz mocno pozna, Dickinson cala noc czuwa przy ognisku by nie zgaslo i by zaden z hipopotamow wiedziony ciekawoscia nie przyszedl mnie niepokoic. A hipopotamow wszedzie pelno, slychac jak chodza i smieszne wydaja pomruki. Noc jdnak jest tak gesta i czarna, ze dojrzec czegokolwiek nie ma sposobu. Wsrod tej przedziwnej melodii afrykanskiej przyrody zasypiam twardym snem.
A rano, zgodnie z obietnica, zjawia sie przewodnik i straznik i wspolnie wyruszamy na piesze safari, w czasie ktorego widzialam pawianow cale stada, liczne impale, hipopotamy i kolorowe jakies, nieznane mi ptaki. Ale to juz, drodzy czytelnicy, zupelnie inna opowiesc.

Tymczasem by dojechac do parku narodowego Vwaza Marsh trzeba nie lada determinacji. Trzeba wystac swoje w sloncu przy rozgrzanej do czerwonosci drodze, by zlapac minibus, ktory w scisku podwiezie czlowieka do rozwidlenia drog, gdzie znow czekac trzeba na podobny minibus do miasteczka Rumphi. A gdy juz sie do Rumphi szczesliwie dojedzie, to przesiasc sie trzeba na pick-up i wieki czekac cale az ten sie do granic wszelkich zapelni i jechac tak kolejna godzine po wyboistej i piaszczystej drodze w scisku tak okrutnym, ze ani reka, ani noga nie mozna ruszyc. Bo w Malawi transport publiczny opiera sie na trzech filarach: calkiem europejsko wygladajacych autobusach, wszedobylskich minibusach i matolach, tj. pick-up’ach, ktore zabieraja na pake towary i pasazerow wszedzie tam, gdzie minibusy nie przejada lub im sie nieoplaca.
Nic to jednak w porownaniu z przygodami jakie spotkac moga czlowieka spotkac w drodze powrotnej! Afryka lubi bowiem zaskakiwac znienacka jakims zdarzeniem niesamowitym, okazujac w ten sposob swoja dzikosc, swoja nieokielznana, nieujarzmiona nature.
Gdy minely juz dwie dlugie godziny od kiedy siadlam pod brama parku Vwaza Marsh, na piaszczystej, goracej drodze i rozpoczelam moje oczekiwanie na jakas matole powrotna do Rumphi, powiedzialam dosc. Mimo upalu, mimo ponad 25km drogi, biore plecak i ide, bo od siedzenia w jednym miejscu godzinami i to w pelnym sloncu najzwyczajniej mozna oszalec. Ide wiec przed siebie droga kolejna godzine. Transportu zadngo. Jakis rower obladowany bananami przejedzie z rzadka, czasem przejdzie ktos wozek pelen lisci tytotniowych ciaganac za soba z wielkim wysilkiem. W wyschnietym, przydroznym blocie strasza swiezoscia potezne, sloniowe slady. Docieram do jakichs zabudowan , sciagam plecak i siadam przy drodze. Natychmiast jednak z domku wychodza ludzie i zapraszaja do srodka. Tlumacze im moja zupelnie beznadziejna sytuacje transportowa i ze wole zostac przy drodze, w pelnej byc gotowosci i nie przepuscic zadnej matoli, gdy ta juz nareszcie przyjedzie. Siadamy wiec wszyscy na malutkiej werandzie. Powoli mija czwarta godzina mojego oczekiwania, od wyjscia z parku liczac. Rozmawiam z sympatycznym, mlodym Malawijczykiem, uczniem szkoly sredniej i jednoczesnie jedyna osoba w wiosce, ktora mowi po angielsku. Jego zupelnie jeszcze male rodzenstwo przyglada mi sie z z szeroko otwartymi oczkami smialosci jednak nie majac, by podejsc i dotknac mojej bialej skory i jasnych wlosow, chociaz dorosli pokazuja im, ze muzungu, a raczej azungu (jak w lokalnym jezyku zwa tu bialych) to nie ropuchy i dotkniecie absolutnie niczymnie grozi. Siedzimy i czekamy. Nawet miejscowi dziwia sie, ze tak dlugo nic jeszcze nie jechalo.
Nagle w oddali slychc warkot silnika. Wybiegam na droge w asyscie mojej sympatycznej rodzinki, bardzo przejetej mym losem. Sluch nas nie mylil, na horyzoncie auto terenowe. Gdy podjezdza blizej okazuje sie jednak, ze to ambulans, ale kierowca zgadza sie zabrac mnie ze soba do Rumphi. Jestem uratowana! A jak wyglada afrykanski ambulans? No wiec w niczym nie przypomina naszych europejskich. Jest to auto terenowe typu land cruiser, lekko zdezelowane, gdzie na lawkach ustawionych wzdluz okien jada z tylu razem pacjenci nadajacy sie do szpitala i zdrowi, co z braku innego transportu, wraz ze swymi tobolami, zabrali sie ambulansem – slowem tacy jak ja desperaci. Ciasnota jest, bo kto by sie tu komfortem chorych przejmowal. Jedziemy tak po wertepach, w kurzu, pyle, halasie, co rusz wpadajac w jakas gleboka dziure.
Nagle na droge wybiega mezczyzna. Kierowca hamuje gwaltownie, bo mimo wybojow zdolal rozwinac predkosc calkiem znaczna. Mezczyzna mowi cos do kierowcy, a ten jak porazony wysiada i biegnie do wioski. Usiluje dowiedziec sie cosie stalo, ale nikt z pasazerow nie zna na tyle angielskiego by mi wytlumaczyc. W pewnym momencie otwieraja sie tylne drzwiczki naszego ambulansu – landcruisera i ten sam mezczyzna, ktory nas zatrzymal zwraca sie do mnie plynna angielszczyzna: - Niech Madame szybko wysiada zobaczyc ogromnego pytona, co zaatakowal moja zone.
Wyskakuje czym predzej i wraz z reszta pasazerow, tych chorych i zdrowych zarazem, biegniemy do wioski. A tam pod drzewem mlody mezczyzna, caly jeszcze trzesac sie z emocji, trzyma w reku ogromnego weza, dlugiego na co najmniej 2 m i grubego jak moja lydka. Pot scieka z czola mlodego tego bohatera, co zdolal wielkiego gada zabic odrabujac mu glowe maczeta. – Zabilem go! Zabilem! – Wrzeszczy przerazliwie, jakby chcac z siebie wykrzyczec strach, ktory w chwili proby musial trzymac za zebami. Po dloniach scieka mu jeszcze krew przed chwila doslownie powalonego gada. Kierowca pakuje odrabana glowe weza do plastykowej reklamowki, by pokazac lekarzom w szpitalu i zagania wszystkich z powrotem do ambulansu. Zabieramy tez zone mezczyzny, ktory nas zatrzymal na drodze, zone, ktora ow potezny pyton ugryzl, a czym wszyscy byli zdecydowanie najmniej przejeci. Ponoc jad pytona nie jest trujacy. Moze i nie jest, ale rana, a raczej dwie glebokie rany w rece kobiety wygladaja paskudnie. Staram sie jakos okazac jej moje wspolczucie, bo to przeciez musial byc kadr jak z horroru! Pieli sobie czlowiek ogrodek i raptem zostaje ugryziony przez pytona!!! Ale ona usmiecha sie wesolo do mnie jakby jechala na targ pohandlowac i poplotkowac z kolezankami. A wszystko to dzialo sie tak szybko, ze musicie mi drodzy czytelnicy uwierzyc na slowo, ze gadzisko bylo naprawde potezne, bo zadnych zdjec nie zdolalam niestety zrobic.

Wysłane przez aidni 9:10 AM Kategoria Malawi Komentarze (0)

(Wpisy 1 - 15 z 79) Strona [1] 2 3 4 5 6 » Następny